Elliot Aronson Timothy D. Wilson Robin M. Akert Psychologia społeczna 1000083856 Zysk i S-ka Wydawnictwo 730382 Tytuł oryginału SOCIAL PSYCHOLOGY The Heart and the Mind Copyright © 1994 by HarperCollins College Publishers Ali rights reserved Copyright © 1997 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c., Poznań Published with arrangement by HarperCollins College Publishers Copyright © lor ihe covcr illirii..11.111 by Je.iii-P.iul Garciii/1 )i;il No. 4 \iu AXXA lnteni.ilioii.il Sp. 7. D.o., Agenci.i l-'olii!Jiutic/]i:iFn-'c Przekładu dokonali: Anna Bezwińska (rozdz. 11, 12), Waldemar Domachowski (Przedmowa, Wskazówki dla studentów, O autorach, rozdz. l, 5, 13,15 — s. 652-673), Mirosław Draheim (rozdz. 3, 8, 15 — s. 631-651), Elżbieta Hornowska (rozdz. 10, 14), Marek Kowalczyk (rozdz. 4, 6), Zbigniew Kowalik (rozdz. 9), Marzena Zakrzewska (rozdz. 2, 7) Redaktor naukowy dr hab. Waldemar Domachowski Instytut Psychologii, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu Redaktor Zofia Domańska Wydanie I ISBN 83-7150-016-5 Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c. ul. Wielka 10, 61-774 Poznań fax 526 326 Dział handlowy tel./fax 532 751 Redakcja tel. 532 767 Łamanie: perfekt s.c. ul. Grodziska 11, Poznań Niech zechcą przyjąć Vera, Hal, Neal, Julie i Joshua Aronsonowie — E.A. Niech zechcą przyjąć Deirdre Smith oraz Christopher i Leigh Wilsonowie — T.D.W. Mojemu mistrzowi, moim współpracownikom, przyjaciołom oraz Dane Archer — R.M.A. Szczegółowy spis treści ix Wstęp do wydania polskiego xvii Przedmowa xxi Wskazówki dla studentów xxix O autorach xxxii Wizualny przewodnik po podręczniku xxxv CZĘŚĆ PIERWSZA Rozdział l. Wprowadzenie do psychologii społecznej 2 Rozdział 2. Metodologia: proces przeprowadzania badań 32 CZĘŚĆ DRUGA Rozumienie siebie i świata społecznego Rozdział 3. Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 78 Rozdział 4. Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 124 Rozdział 5. Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 170 Rozdział 6. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 214 CZĘŚĆ TRZECIA Wpływ społeczny Rozdział 7. Konformizm: wpływanie na zachowanie 262 Rozdział 8. Postawy i zmiana postaw: wpływanie na myśli i uczucia 310 Rozdział 9. Procesy grupowe 354 viii Zarys treści CZĘŚĆ CZWARTA Stosunki społeczne Rozdział 10. Atrakcyjność interpersonalna: od pierwszego wrażenia do związków uczuciowych 402 Rozdział 11. Zachowanie prospołeczne: dlaczego ludzie pomagają innym 452 Rozdział 12. Agresja: dlaczego ranimy innych ludzi 494 Rozdział 13. Uprzedzenie: przyczyny i lekarstwa 536 CZĘŚĆ PIĄTA Rozdział 14. Zdrowie i środowisko 590 Rozdział 15. Prawo i biznes 630 Słownik 675 Bibliografia 689 Wstęp do wydania polskiego xvii Przedmowa xxi Wskazówki dla studentów xxix O autorach xxxii Wizualny przewodnik po podręczniku xxxv CZĘŚĆ PIERWSZA Rozdział 1 Wprowadzenie do psychologii społecznej 2 Czym jest psychologia społeczna 5 Psychologia społeczna a mądrość ludowa i filozofia 8 Psychologia społeczna a inne nauki społeczne 10 Psychologia społeczna a psychologia osobowości 11 Moc wpływu społecznego 13 Moc sytuacji subiektywnych: krótka historia idei 16 Skąd się biorą konstrukty: podstawowe motywy ludzkie 19 Podejście związane z samooceną: pragnienie, by czuć, że jest się dobrym 21 Podejście związane z poznawaniem społecznym: potrzeba bycia adekwatnym 24 Psychologia społeczna a problemy społeczne 28 Podsumowanie 30 Literatura zalecana 31 Rozdział 2 Metodologia: proces przeprowadzania badań Formułowanie hipotez i teorii 37 Inspiracje płynące z wcześniejszych teorii i badań 37 Hipotezy oparte na osobistych obserwacjach 38 32 x Szczegółowy spis treści Metoda obserwacyjna: opisywanie zachowania społecznego 40 Obserwacja systematyczna 41 Obserwacja uczestnicząca 42 Analiza archiwalna 42 Ograniczenia metody obserwacyjnej 45 Metoda korelacyjna: przewidywanie zachowania społecznego 46 Pomiary 47 Korelacja nie jest tożsama z przyczynowością 50 Metoda eksperymentalna: odpowiadanie na pytania o przyczynę 53 Zmienne niezależne i zależne 56 Ustalanie trafności wewnętrznej w eksperymentach 58 Ustalanie trafności zewnętrznej w eksperymentach 62 Podstawowy dylemat psychologa społecznego 67 Badania podstawowe a badania stosowane 69 Problemy etyczne w psychologii społecznej 71 Podsumowanie 74 Literatura zalecana 75 CZĘŚĆ DRUGA ROZUMIENIE SIEBIE l ŚWIATA SPOŁECZNEGO Rozdjriał 3 Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 78 Teoria dysonansu poznawczego 81 Zachowanie racjonalne a racjonalizujące 83 Decyzje, decyzje, decyzje 84 Uzasadnianie wysiłku 92 Psychologia niewystarczającego uzasadnienia 96 Co rozumiemy przez „niewystarczające uzasadnienie" 103 Następstwa dobrych i złych uczynków 105 Dowody świadczące o istnieniu napięcia motywacyjnego 110 Nowe kierunki w badaniach nad podtrzymywaniem samooceny 112 Teoria podtrzymywania poczucia własnej wartości 112 Teoria autoafirmacji 116 Podwyższanie poczucia własnej wartości czy samopotwierdzanie? 118 Unikanie pułapki racjonalizacji 119 Podsumowanie 121 Literatura zalecana 122 Rozdział 4 Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 123 Zwykli ludzie jako teoretycy codziennej rzeczywistości: schematy i ich oddziaływanie 128 Funkcja schematów: do czego one nam służą 130 Wybór schematu: rola dostępności i zdarzeń poprzedzających 132 Szczegółowy spis treści xi Zmienianie schematów: jak łatwo ludzie modyfikują swoje poglądy 136 Sprawianie, że nasze schematy stają się prawdą: samospełniające się proroctwo 143 Czy kiedykolwiek uznajemy nasze schematy za nietrafne lub zmieniamy zdanie 146 Heurystyki wydawania sądów 147 Heurystyka dostępności: co przychodzi na myśl 149 Heurystyka reprezentatywności: jak podobne jest A do B 152 Zakotwiczenie i dostosowanie: branie za dobrą monetę tego, co się pojawia 153 Posługiwanie się uproszczonymi metodami myślowymi w wydawaniu sądów społecznych 155 Wnioskowanie z prób niereprezentatywnych: uogólnianie na podstawie informacji z prób 156 Szacowanie współzmienności: przewidywanie jednej zmiennej na podstawie innej 160 Czy ludzie rzeczywiście myślą tak źle 162 Charakterystyka ludzkiego wnioskowania 163 Korygowanie ludzkiego wnioskowania 165 Podsumowanie 168 Literatura zalecana 169 Rozdział 5 Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 170 Zachowanie niewerbalne 173 Mimiczne wyrazy emocji 174 Inne kanały komunikacji niewerbalnej 177 Wielokanałowa komunikacja niewerbalna 177 Różnice płciowe w komunikacji niewerbalnej 180 Ukryte teorie osobowości: zapełnianie luk 182 Atrybucja przyczyn: odpowiadanie na pytanie „dlaczego?" 186 Istota procesu atrybucyjnego 187 Teoria wnioskowania z czynników towarzyszących: od działań do dyspozycji 188 Model współzmienności: atrybucje wewnętrzne przeciw atrybucjom zewnętrznym 192 Stosowanie skrótów poznawczych podczas dokonywania atrybucji 195 Stosowanie schematów i teorii 195 Podstawowy błąd atrybucji: ludzie jako psychologowie osobowości 195 Różnica między aktorem a obserwatorem 201 Atrybucje w służbie ego 204 Na ile dokładne są nasze atrybucje i wyobrażenia 208 Dlaczego nasze wyobrażenia dotyczące innych są czasem błędne 209 Szczegółowy spis treści Dlaczego czasem wydaje się, że wyobrażenia są dokładne 210 Podsumowanie 212 Literatura zalecana 213 Rozdział 6 Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 214 y\ U Natura Ja 216 Definicje Ja w różnych kulturach 219 Poznawanie siebie poprzez introspekcję 221 Teoria samoświadomości 221 Ocenianie, dlaczego odczuwamy to, co odczuwamy; mówimy więcej niż wiemy 224 Konsekwencje introspekcyjnej refleksji nad przyczynami 227 Poznawanie siebie poprzez obserwację własnego zachowania 229 Teoria spostrzegania siebie 229 Efekt nadmiernego uzasadnienia 234 Dwuczynnikowa teoria emocji 239 Błędne określenie przyczyn pobudzenia 242 Poznawanie siebie poprzez schematy Ja 246 Pamięć autobiograficzna 248 Poznawanie siebie poprzez interakcję społeczną 249 Ja odzwierciedlone 250 Teoria porównań społecznych 250 Kierowanie wrażeniem 254 Cały świat jest sceną 254 Podsumowanie 258 Literatura zalecana 259 CZĘŚĆ TRZECIA WPŁYW SPOŁECZNY Rozdział 7 Konformizm: wpływanie na zachowanie 262 Konformizm: kiedy i dlaczego 264 Informacyjny wpływ społeczny. Potrzeba bycia przekonanym o tym, co jest słuszne 268 Przemiany i kryzysy 272 Kiedy konformizm informacyjny nie sprawdza się 274 Kiedy ludzie podporządkowują się informacyjnemu wpływowi społecznemu 276 Opieranie się informacyjnemu wpływowi społecznemu 277 Normatywny wpływ społeczny: potrzeba bycia zaakceptowanym 278 Konsekwencje opierania się normatywnemu wpływowi społecznemu 283 Normatywny wpływ społeczny w codziennym życiu 284 Szczegółowy spis treści xiii Bezrefleksyjny konformizm normatywny: działanie na zasadzie automatycznego pilota 287 \/ Kiedy ludzie podporządkowują się normatywnemu wpływowi społecznemu 290 «/ Opieranie się normatywnemu wpływowi społecznemu 296 Wpływ mniejszości: kiedy kilku wpływa na wielu 296 Posłuszeństwo autorytetowi 299 Podsumowanie 307 Literatura zalecana 308 Rozdział 8 Postawy i zmiany postaw: wpływanie na myśli /i uczucia 309 O Definicja postaw 313 Komponent emocjonalny, poznawczy i behawioralny 314 Zmienianie postaw poprzez zmianę zachowania. Jeszcze raz o teorii dysonansu poznawczego 315 Komunikaty perswazyjne i zmiana postaw 317 Kto mówi, co i do kogo 317 Centralna i peryferyczna strategia perswazji 319 -Komunikaty wzbudzające strach 325 Zmienianie postaw o różnej sile i różnym pochodzeniu 328 Różne źródła postaw 328 Siła postawy a jej dostępność 334 Jak uodpornić ludzi na zmianę postawy 337 Wzmacnianie wartości 337 Uodpornienie postawy 338 Kiedy w perswazji występuje efekt bumerangowy. Teoria reaktancji 341 Powody wewnętrzne a zewnętrzne: efekt naduzasadnienia 341 Kiedy na podstawie postaw można przewidywać zachowania 342 Przewidywanie zachowań spontanicznych 344 Przewidywanie zachowań zamierzonych 344 Reklama. Dlaczego jest skuteczna 347 Podsumowanie 351 Literatura zalecana 353 Rozdział fT Procesy grupowe 354 Definicje: czym jest grupa 356 Grupy niespołeczne: skutki fizycznej obecności innych 358 / Facylitacja społeczna: kiedy obecność innych mobilizuje nas 358 -/ Próżniactwo społeczne: kiedy obecność innych uspokaja nas 363 xiv Szczegółowy spis treści Facylitacja społeczna czy próżniactwo społeczne: co jest kiedy 365 Deindywiduacja: zagubienie w tłumie 366 Grupy społeczne: jak podejmowane są decyzje 371 Grupowe a indywidualne podejmowanie decyzji 372 Myślenie grupowe: wiele głów, jeden umysł 379 Polaryzacja grupy: dążenie do skrajności 382 Interakcje w grupie: konflikt i współpraca 386 „Dylemat więźnia" 388 ^ Stosowanie gróźb 392 Skutki komunikowania się 394 O Negocjacje i przetarg 395 Podsumowanie 398 Literatura zalecana 399 CZĘŚĆ CZWARTA STOSUNKI SPOŁECZNE 10 Atrakcyjność interpersonalna: od pierwszego wrażenia do związków uczuciowych 402 Główni protoplasci atrakcyjności 405 Osoba z sąsiedztwa: efekt częstości kontaktów 406 Wpływ atrakcyjności fizycznej na to, czy kogoś lubimy 410 Podobieństwo: swój ciągnie do swego 417 Dopełnianie: czyż przeciwieństwa się nie przyciągają? 419 Obsypywanie pochwałami 420 Lubić i być lubianym 422 Teorie atrakcyjności interpersonalnej: wymiana społeczna i równość 426 Związki uczuciowe 430 Przyczyny miłości 435 Wymiana społeczna w związkach długotrwałych 436 °i Równość: czy zawsze musi być „coś za coś"? 438 Atrakcyjność fizyczna a związki długotrwałe 441 Style przywiązywania się a związki uczuciowe 442 Kłopoty w raju 446 Podsumowanie 450 Literatura zalecana 451 Rozdział 11 Zachowanie prospołeczne: dlaczego ludzie pomagają innym 452 Geneza zachowania prospołecznego: dlaczego ludzie pomagają 455 Socjobiologia: instynkty i geny 455 Wymiana społeczna: zyski i koszty związane z pomaganiem 457 Empatia i altruizm: pomoc bezinteresowna 461 Szczegółowy spis treści xv Indywidualne przesłanki zachowań prospotecznych: dlaczego niektórzy ludzie bardziej niż inni są skłonni do pomocy 467 Różnice indywidualne: osobowość altruistyczna 467 Płeć a zachowanie prospołeczne 471 Wpływ samopoczucia na udzielanie pomocy: czujesz się dobrze, czynisz dobrze 472 Sytuacyjne determinanty zachowania prospołecznego: kiedy ludzie pomagają 477 Środowisko wiejskie a miejskie 477 Liczba świadków: efekt widza 478 Charakterystyka ofiary 486 Konsekwencje udzielenia pomocy 488 Jak możemy zwiększyć gotowość do udzielania pomocy 490 Podsumowanie 492 Literatura zalecana 493 /--- ) (Rózdze 12 agresja;: dlaczego ranimy innych ludzi 494 Czym jest agresja 497 Czy agresja jest wrodzona czy wyuczona 497 o Co różni ludzi od myszy 500 Sytuacyjne uwarunkowania agresji 502 Procesy neuronalne i chemiczne jako przyczyna agresji 502 Ból i niewygoda jako przyczyny agresji 503 Sytuacje społeczne prowadzące do agresji 505 Wpływ agresji oglądanej w środkach masowego przekazu 512 Przemoc, pornografia i akty agresji wobec kobiet 516 Jak zmniejszać agresję 518 Czy kara sprzyja hamowaniu zachowań agresywnych 518 Katharsis i agresja 521 Jak radzić sobie z gniewem 528 Podsumowanie 534 Literatura zalecana 535 Rozdział 13 Uprzedzenia: przyczyny i lekarstwa 536 Uprzedzenia: powszechne zjawisko społeczne 539 Zdefiniowanie uprzedzeń, stereotypizacji i dyskryminacji 542 Uprzedzenia: komponent afektywny 543 Stereotypy: komponent poznawczy 543 Dyskryminacja: komponent behawioralny 546 Co powoduje uprzedzenia 547 Sposób, w jaki myślimy: poznawanie społeczne 548 xvi Wstęp do wydania polskiego Sposób, w jaki przypisujemy znaczenie: tendencyjność atrybucji 561 P Sposób, w jaki rozmieszczamy zasoby: teoria rzeczywistego konfliktu 567 Sposób, w jaki się dostosowujemy: reguły normatywne 573 Jak można osłabić uprzedzenia 578 Hipoteza kontaktu 578 Kiedy kontakt osłabia uprzedzenia: sześć warunków 580 Współpraca i wzajemna zależność: klasa mieszana 582 Podsumowanie 585 Literatura zalecana 587 CZĘŚĆ PIĄTA Rozdział 14 Zdrowie i środowisko 590 Rola stosowanej psychologii społecznej 592 Psychologia społeczna a zdrowie 593 Spostrzeganie społeczne a zdrowie: interpretowanie negatywnych wydarzeń życiowych 594 Wykorzystanie ustaleń psychologii społecznej do doskonalenia nawyków zdrowotnych 608 Psychologia społeczna a środowisko 611 Spostrzeganie społeczne a środowisko: interpretowanie stresorów środowiskowych 611 Zastosowanie psychologii społecznej do zmieniania szkodliwych dla środowiska zachowań 619 Podsumowanie 628 Literatura zalecana 629 Rozdział 15 Prawo i biznes Psychologia społeczna a prawo 632 Zeznania świadków 633 Q Wykrywanie kłamstw 642 Sędziowie przysięgli: procesy grupowe w działaniu 646 Psychologia społeczna a biznes 652 Zachowania konsumenckie 652 Dobór pracowników: przepustka do świata biznesu 662 Przywództwo: osiąganie szczytu w świecie biznesu 665 Podsumowanie 672 Literatura zalecana 673 Słownik 675 Bibliografia 689 630 Już na samym początku należy wyraźnie podkreślić, że niniejsza praca jest prezentacją amerykańskiej psychologii społecznej. Nawet jeśli czytel- nik nie jest zorientowany w tym, czym się ta dziedzina psychologii zaj- muje, i tak bez trudu odkryje, iż jest to oferta przede wszystkim jej ame- rykańskiej gałęzi, poczynając od bibliografii przez zalecaną literaturę i do- bór zagadnień aż do sposobu rozłożenia akcentów w obrębie jej dorobku. Tak się jednak szczęśliwie składa, że prezentacja ta stanowi dość wierne odzwierciedlenie tego, z czym mamy dziś do czynienia w świecie psy- chologii społecznej. Nie oznacza to oczywiście, że istnieje znak równości między tym, co się dzieje w amerykańskiej psychologii społecznej, i tym, co jest przedmiotem zainteresowań w innych niż anglosaski kręgach kul- turowych. Oznacza tylko tyle, że tętno tej gałęzi nauki narzuca w wielu momentach swój rytm psychologii społecznej uprawianej poza granica- mi Stanów. Dla polskiego czytelnika ma natomiast ta książka walor do- datkowy. Pozwala mianowicie wyraźnie uświadomić sobie, zwłaszcza w przypadku zastosowań, odmienność zadań badawczych. Można jed- nocześnie oczekiwać, że wiele zagadnień mających swoje „dziś" w Sta- nach — jutro może stać się naszym palącym problemem. Pozwala rów- nież uświadomić sobie, jak wiele rozwiązań, sposobów badań i myślenia o problemach jest zdeterminowanych warunkami społecznymi, środowi- skowymi czy kulturowymi. Oznacza to między innymi, że owych propo- zycji rozwiązań nie daje się mechanicznie przenieść na inny grunt. W naj- lepszym razie mogą się stać jedynie analogią pokazującą sposób myślenia o problemie. Wymagają jednak pełnej świadomości wszelkich pułapek, jakie niesie ze sobą szukanie rozwiązań w ten sposób. W zasadzie każdy wstęp pisany do jakiejkolwiek książki powinien spełnić jedno podstawowe zadanie — ma ułatwić czytelnikowi kontakt z książką, czyli zachęcić go do jej studiowania, uprzedzić o ewentualnych trudnościach w percepcji, zwrócić uwagę na szczególnie ważne problemy w niej podjęte. Przy pisaniu wstępu do podręcznika opracowanego przez zagranicznych autorów zadanie to nabiera dodatkowej wagi. Jest tak z wielu powodów: dużej liczby potencjalnych czytelników o zróżnicowa- nych zainteresowaniach i zapotrzebowaniu na wiedzę, zakresu porusza- nych zagadnień, odmiennych tradycji kulturowych, w których książka powstała, itd. Przedstawiany podręcznik psychologii społecznej został napisany w Stanach Zjednoczonych. Jest to podręcznik, który można uznać za ty- xviii Wstęp do wydania polskiego pową egzemplifikację amerykańskiego spojrzenia na uprawianie nauk społecznych. W Polsce przetłumaczono dużo amerykańskich książek psychologicznych. Nie było wśród nich zbyt wielu podręczników. Wy- danie podręcznika jest zawsze inicjatywą o szczególnym charakterze. Trzeba mieć świadomość, że nie jest to tylko książka naukowa. Ma szcze- gólny wpływ na sposób myślenia o rzeczywistości tych osób, które są zainteresowane poszerzeniem własnej wiedzy o świecie, a szczególnie studentów mających w przyszłości tworzyć elitę intelektualną naszego kraju. Na autorach i wydawcach podręczników ciąży więc szczególna odpowiedzialność, której nie zawsze jesteśmy świadomi. Wszak oni właśnie określają nie tylko to, jaka będzie wiedza osób studiujących dany temat, ale również to, czy ta wiedza zostanie doceniona i wykorzysta- na w życiu. Uzasadnione więc wydaje się postawienie w tym miejscu pytań: czy jest to rzeczywiście dobra decyzja wydawnicza? czy nie moż- na byłoby zastąpić tego wydania polskim podręcznikiem? a może lepiej pokusić się o przekład jednego z wielu podręczników wydanych w kra- jach europejskich? Pytania te oczywiście nie powinny zostać bez odpo- wiedzi. Po pierwsze, dorobek amerykańskiej psychologii społecznej jest ogromny. W żadnym innym kraju nie stworzono tylu teorii wyjaśniają- cych społeczne zachowania ludzi, jak właśnie w Stanach Zjednoczonych. Nigdzie też nie zadbano tak dobrze o empiryczną weryfikację tych teorii. Nie wydaje się, aby intensywny rozwój psychologii społecznej na drugiej półkuli wynikał ze szczególnej pasji poznawczej amerykańskich badaczy. Przyczyny tak dynamicznie rozwijającej się psychologii społecznej były z pewnością bardziej prozaiczne. Chodziło przede wszystkim o zdobycie wiedzy o życiu społecznym ludzi — o powodach, dla których jednych lubimy, a innych nienawidzimy, o przyczynach podatności i odporności na wpływy społeczne, o racjach, które decydują o zaangażowaniu w re- alizację tylko niektórych zadań społecznych itd. Może być ona przydatna w życiu poszczególnych osób, ale również dużych społeczności. Ogólnie można powiedzieć, że amerykańska psychologia społeczna nigdy nie tra- ciła z pola widzenia potrzeb codziennego życia. Potrzeby takie ma oczy- wiście nie tylko społeczeństwo amerykańskie. Podobne zapotrzebowanie odczuwane jest coraz wyraźniej w naszym kraju. I chociaż w pewnych zakresach nasze życie różni się od życia w USA, to jednak problemy są w większości podobne i podobnej potrzeba wiedzy, aby się do nich od- powiednio odnosić. Podręcznik E. Aronsona, T.D. Wilsona i R.M. Akert jest z całą pewnością skarbnicą takiej wiedzy. Został napisany z pozycji bliskiej życiu i jako taki powinien być odpowiednio doceniony nie tylko w środowiskach akademickich. Po drugie, nie można postawić znaku równości między tym, co się dzieje w amerykańskiej psychologii społecznej, a stanem europejskiej, w tym również polskiej, psychologii społecznej. Inne problemy niosą od- mienne zagadnienia badawcze. Bardzo wyraźne staje się to w obrębie różnic we wpływach kulturowych, które wytwarzają nietożsame realności społeczne. Wpływy te powodują również, że inaczej są rozłożone akcenty w zapotrzebowaniu społecznym na znalezienie praktycznych rozwiązań. I stąd między innymi wcześniejsza uwaga o złudności poszukiwań roz- wiązania naszych problemów przez szukanie prostych analogii z rozwią- zaniami proponowanymi przez północnoamerykańską psychologię społeczną w odniesieniu do północnoamerykańskich problemów Wstęp do wydania polskiego xix społecznych, nawet wówczas, gdyby na pierwszy rzut oka wydawały się bardzo podobne do naszych własnych. Po trzecie, amerykańska psychologia społeczna wywierała i nadal wy- wiera wpływ na kształtowanie się tej dyscypliny naukowej w innych kra- jach. Co więcej, uważamy, że oddziaływania te nie ograniczają się do psychologii społecznej, lecz dotyczą wszystkich nauk społecznych. Polska myśl społeczna, niezależnie od tego czy była w opozycji do sposobów ujmowania rzeczywistości przez amerykańskich psychologów społecznych, czy też pozostawała pod ich urokiem, także została nasycona dominują- cymi tam orientacjami badawczymi. Niech nam będzie wolno wymienić tylko kilka nazwisk uczonych polskich, którzy przyczynili się twórczo do asymilacji amerykańskiego dorobku psychologii społecznej w Polsce. Wspomnieć należy przede wszystkim Floriana Znanieckiego, wybitnego socjologa, który mimo dużej oryginalności teoretycznej doceniał i rozwijał nurt myślenia naukowego popularny także w Stanach Zjednoczonych. Nasuwa się tu także nazwisko Andrzeja Malewskiego, socjologa chcącego pogodzić niejako ogień z wodą, czyli marksowską myśl społeczną z ame- rykańską psychologią społeczną. Nie nam osądzać, czy zadanie to zostało uwieńczone sukcesem, jednak jego praca z pewnością przyczyniła się do zakorzenienia amerykańskiej psychologii społecznej w polskiej humani- styce. Stefan Baley, autor pierwszego powojennego podręcznika psycho- logii społecznej, także wniósł znaczący wkład w zainteresowanie polskich psychologów dorobkiem amerykańskim. Pierwsi polscy psychologowie społeczni z tego źródła korzystali, zapoznając się z klasycznymi badania- mi Ascha, Scheriffa i Newcomba. Ogólnie można więc powiedzieć, że nauki społeczne w naszym kraju są przygotowane do odbioru dorobku amerykańskiej psychologii społecznej. Jednak od wydania w 1975 roku amerykańskiego podręcznika Psychologia społeczna, autorstwa Newcomba, Conversea i Tumera, wiele się w tym dorobku zmieniło. Prezentowane opracowanie uświadamia nam to w całej pełni. Jest to przecież praca, którą otrzymał do ręki amerykański czytelnik w 1994 roku. Aktualność zawartej tu informacji pozwala na w miarę pełne zorientowanie się w kie- runkach badań amerykańskiej psychologii społecznej. Pamiętajmy przy okazji, że kierunki te określają, chcemy tego czy też nie, trendy rozwoju psychologii społecznej na całym świecie. Po czwarte, amerykańskie podręczniki akademickie posiadają określo- ne walory dydaktyczne. W tym względzie różnią się zasadniczo od na- szych polskich opracowań tego rodzaju. Być może amerykańskie wyob- rażenie osoby studiującej jest nieco inne niż w Polsce i nie przyjmuje się tam założenia, iż niezależnie od tego, j a k książka jest napisana, i tak zostanie przeczytana, jeśli będą w niej zawarte mądre i ważne treści. Ame- rykańscy autorzy prac naukowych dbają i zabiegają o czytelników. I trze- ba przyznać, że potrafią to robić. Podręczniki prawie zawsze są dobrze ustrukturalizowane, mnóstwo w nich rozwiązań graficznych, które uła- twiają studiowanie, ale przede wszystkim są napisane w taki sposób, aby zainteresować czytelników, wzbudzić w nich pasję poznawania i przy- swajania wiedzy. Trzeba obiektywnie przyznać, że niekiedy stwarzane ułatwienia idą zbyt daleko. Dążąc do zaprezentowania złożonych zagad- nień możliwie prosto, przedstawia się je w sposób zbytnio uproszczony. Można tę osobliwość amerykańskich podręczników długo dyskutować. W tym miejscu jednak postąpimy po amerykańsku i powiemy krótko — nie ma róży bez kolców. Podręcznik został przez trójkę autorów napisany xx Wstęp do wydania polskiego po mistrzowsku. Każdy jego rozdział można czytać prawie jak kryminał. Najpierw zostaje postawiony problem, a potem śledzimy pracę wielu de- tektywów — psychologów społecznych, którzy mozolnie prowadząc swoje eksperymenty, przyczyniają się stopniowo do wyjaśnienia zagadki naukowej. Dzięki wybranej przez autorów formie przedstawienia mate- riału czytelnik śledzi, krok po kroku, zmagania naukowców z ich, a jed- nocześnie z naszymi problemami — zapoznaje się z psychologią społe- czną nie tylko od strony uzyskiwanych przez nią rezultatów badawczych, ale poznaje również proces dochodzenia do nich, proces tworzenia wiedzy naukowej. Ta właściwość podręcznika, którego jeden z autorów (E. Aron- son) znany jest w naszym kraju z równie ciekawej pracy (Człowiek — istota społeczna), jest także ważnym argumentem za jego wydaniem w Pol- sce. Może polscy badacze pójdą tym śladem i będą opracowywać równie ciekawie i jednocześnie kompetentnie swoje podręczniki. Życzymy tego wszystkim polskim czytelnikom. Od kilku lat w USA przetacza się fala walki z tzw. seksizmem. Ta książka także nie jest od tego wolna. Autorzy poszli tu nawet o krok dalej, niż zwykle to się czyni. Postanowili mianowicie zrezygnować z inicjałów imion i pisać je w pełnym brzmieniu po to, by jednoznacznie można było zidentyfikować, czy konkretny wkład w rozwój psychologii społecznej jest dziełem kobiety czy mężczyzny. Widać tu również wyraźne starania o to, by ten kobiecy wkład maksymalnie eksponować. Ponieważ autorzy korzy- stają w zasadzie wyłącznie z badań amerykańskich, stąd zadanie to było zapewne dość trudne. Na szczęście sytuacje te nie wpływają na zawartość pracy. Wartość wkładu w rozwój danej dziedziny nauki nie zależy ostate- cznie od tego, czy nazwisko (przynajmniej w języku polskim) kończy się na „i" czy na „a". Jest to jednak niewątpliwy smaczek tej pracy. Intencją autorów podręcznika było zaprezentować psychologię społe- czną w sposób możliwie pełny. Wszystkie wywody zostały podporząd- kowane idei przewodniej, której najpełniejszym reprezentantem jest Elliot Aronson. Jej istotnym składnikiem jest specyficznie rozwinięta teoria dy- sonansu poznawczego. Znalazł się tu również rozdział poświęcony me- todologii badań w psychologii społecznej, często zresztą przywoływany w toku analizy różnorodnych eksperymentów i badań stanowiących pod- stawową tkankę pracy i punkt wyjścia formułowanych wniosków. Można także znaleźć fragment unikatowy nie tylko dla książek tego typu. Są to mianowicie uwagi zrodzone w dużej mierze z ustaleń psycho- logii uczenia się. Zmierzają do zaoferowania wszystkim uczącym się rad, które ułatwiają przyswojenie i przechowywanie materiału; mimo że są po- myślane głównie dla potrzeb tej książki, dadzą się wykorzystać wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z procesem uczenia się i nauczania. Podsumowując, trzeba stwierdzić, że jest to dobrze napisana i szczegó- łowo przemyślana praca prezentująca psychologię społeczną i ucząca jej. Celem autorów było nie tylko przedstawić obecny dorobek tej gałęzi wie- dzy, ale i pokazać, w jaki sposób można z niego korzystać, by rozwiązywać różnorodne problemy społeczne, z jakimi przychodzi nam się borykać. Jest to niewątpliwie jedna z podstawowych zalet tej książki, z którą w zawody może iść tylko wielość różnorodnych zagadnień, w odniesieniu do których autorzy potrafią zastosować rozwiązania proponowane przez psychologię społeczną. STANISŁAW KOWALIK WALDEMAR DOMACHOWSKI Witamy w książce Psychologia społeczna. Serce i umysł. Dziękujemy za za- proszenie do waszej sali wykładowej. Jako nauczyciele czujemy się za- szczyceni, ponieważ teraz więcej osób będzie mogło uczyć się z nami, niż gdybyśmy czynili to indywidualnie. Poświęciliśmy nasze zawodowe życie tej właśnie dziedzinie badań i choć nie oczekujemy od nikogo, by uczynił to samo, jesteśmy głęboko przekonani, iż każdy może skorzystać z wiedzy wypracowanej przez psychologię społeczną. Jest to obszar usta- leń naukowych dotyczących rzeczywistego życia. Dlaczego w otaczającym nas świecie istnieją uprzedzenia? Dlaczego ludzie potrafią być pomocni i uprzejmi w jednych sytuacjach, a zachowywać się agresywnie i dążyć do przemocy w innych? Co powoduje, iż zakochują się, by nie wspominać już o odkochiwaniu się? Krótko mówiąc, dlaczego robią to, co robią? Nieważne, sam czy w obecności innych, jesteś zawsze istotą społeczną. Wiesz o tym, nawet nieświadomie, że jesteś częścią większej, interaktyw- nej sieci składającej się z osób, które kształtują twoje myśli, uczucia i za- chowanie. To, co inni myślą i mówią o nas — niezależnie od tego, czy się z tym zgadzamy — bierze się stąd, że my, ludzie, reagujemy zwykle na siebie nawzajem. Zachowanie społeczne jest skomplikowaną miesza- niną emocji i poznawania. Podtytuł Serce i umysł odzwierciedla naszą opi- nię o przedmiocie psychologii społecznej. Bo, jak napisał Karol Dickens, „Istnieje mądrość umysłu i... mądrość serca". Możemy być logiczni i ana- lityczni; możemy też być gwałtowni i zmienni. Możemy podążać za tym, co nam dyktuje głowa, ale i za tym, czym kieruje się nasze serce. Czasami udaje się pogodzić oba dyktaty. Psychologia społeczna zajmuje się bada- niem takich właśnie procesów. Praca nad tą książką wymagała wysiłku zarówno serca, jak i umysłu. Łącznie, cała nasza trójka uczy psychologii społecznej 65 lat i w tym czasie przynajmniej 65 razy przeglądaliśmy różne podręczniki, usiłując wybrać z nich to, co byłoby najlepsze dla naszych studentów, i prawie zawsze te wybory niezupełnie zaspokajały nasze oczekiwania. Dlatego zdecydo- waliśmy się napisać własną książkę.

Pozycjonowanie stron, optymalizacja, pozycjonowanie strony, indeksacja stron, katalogowanie, dodawanie do katalogów, analiza stron

pozycjonowanie pozycjonowanie pozycjonowanie warszawa pozycjonowanie optymalizacja optymalizacja stron indeksacja analiza stron katalogowanie za darmo pozycjonowanie serwisów pozycjonowanie pozycjonowanie pozycjonowanie optymalizacja stron pozycjonowanie stron pozycjonowanie google onet pozycjonowanie strony pozycjonowanie warszawa pozycjonowanie szczecin pozycjonowanie poznań pozycjonowanie wrocław pozycjonowanie kraków pozycjonowanie gdynia pozycjonowanie gdańsk pozycjonowanie łódź pozycjonowanie lublin pozycjonowanie toruń pozycjonowanie bydgoszcz pozycjonowanie Katalogowanie za darmo Katalogowanie za darmo Darmowe pozycjonowanie za darmo Systemy wymiany linków Psychologia społeczna. Serce i umysł odzwierciedla sposób nauczania sto- sowany przez nas podczas zajęć. Jest to postępowanie łączące rygor na- ukowy (cudowna nauka empiryczna) i intelektualną ekscytację (w jaki sposób rzeczywiste życie może być najbardziej podniecającą grą?). Mó- wiąc bardziej szczegółowo — jest naszym „wyśnionym" podręcznikiem psychologii społecznej. xxii Przedmowa Humanistyczne podejście do nauki Bardzo poważnie traktujemy cel nauczania formułowany przez nauki humanistyczne; pragniemy tak kształcić ludzi, by byli i artystami, i na- ukowcami, zaznajomionymi zarówno z humanistycznym spojrzeniem na świat, jak i tym, które jest oferowane przez naukę. Psychologia społeczna jest, naszym zdaniem, doskonałym miejscem na spotkanie się tych dwu tradycji. Po pierwsze, jest bogatą nauką empiryczną. Przez jej zgłębianie studenci uzyskają sporą wiedzę o metodzie naukowej, „wzorcu" umożli- wiającym dotarcie do odpowiedzi na pytania o związki przyczynowo- -skutkowe w odniesieniu do dowolnego obszaru zainteresowań. Uważamy, że każdy, kto kończy studia, powinien posiadać wiedzę z zakresu metodologii. Ponieważ psychologia społeczna koncentruje się na życiu codziennym — sytuacjach, myślach i działaniach — jest atra- kcyjnym sposobem przyswajania sobie zasad poznawania stosowanych w nauce. Tak więc w rozdziale poświęconym metodologii (rozdz. 2) ob- szernie omówiliśmy to, w jaki sposób psychologowie społeczni radzą so- bie z nauką empiryczną. Pozwoli to studentom zdobyć podstawową wie- dzę umożliwiającą zrozumienie „działania" nauki. Prezentacja badań pro- wadzonych w ramach psychologii społecznej rozszerzy tę wiedzę, dając jednocześnie podstawę naukowej edukacji. A co o sztuce? Ludzie nie mogą żyć wyłącznie nauką. Jesteśmy prze- konani, iż naukowe sposoby badania i realne życie, stanowiące tkankę naszej nauki, pomogą nam połączyć ze sobą naukę i sztukę. Tworzenie dobrze skonstruowanego eksperymentu jest działaniem artystycznym wy- magającym twórczej wyobraźni. Podejmując badanie, formułuje się wiele hipotez i podtrzymując najlepsze, łączy się je w nowe kombinacje — tak jak artysta, który — nim rozpocznie malowanie farbami — tworzy wie- le ołówkowych szkiców. Przeprowadzanie eksperymentu jest bardzo po- dobne do reżyserowania filmu albo sztuki: „Światła, kamera, akcja!" Takie badanie rozpoczyna się, gdy pierwszy jego uczestnik przekracza próg. Czy ty, reżyser (pisarz albo producent), skonstruowałeś sytuację ekspery- mentalną, która na tyle przypomina rzeczywiste życie, że potrafi wyzwo- lić w uczestnikach prawdziwe zachowania? Jeśli nie, nie odniesiesz su- kcesu ani jako artysta, ani jako naukowiec. W tekście rozsialiśmy cytaty pochodzące od pisarzy, artystów i poli- tyków oraz powszechnie znanych osób. Zawarte w nich prawdy są zgod- ne z tym, co psychologowie społeczni ustalili i odkryli w toku ekspery- mentów. Cytaty te przypominają nam, iż życie społeczne nie jest wyłączną domeną naukowców, lecz również artystów — każdy z nas przecież podlega prawidłowościom psychospołecznym. Podczas gdy cytaty unaoczniają nam wkład literatury światowej w zro- zumienie psychologii społecznej, ilustracje w książce ukazują, jak bardzo sztuki wizualne ożywiają życie społeczne. Obraz jest naprawdę wart setki słów. Z dużą uwagą dobieraliśmy fotografie. W wielu przypadkach po- chodzą one z naszych własnych zbiorów lub materiałów wykorzystywa- nych podczas nauczania. Naszym celem było wywołanie zaangażowa- nia wizualnego czytelnika przez wykorzystanie pięknych, ale i prowo- kujących do zastanowienia wyobrażeń. Co więcej, na użytek tej książki stworzyliśmy oryginalne historyjki obrazkowe, które objaśniają trudne i skomplikowane koncepcje zjawisk psychospołecznych — w przycią- gający oko i zaskakujący wizualnie sposób. Stwierdziliśmy, iż komiksy Przedmowa xxiii są cudownym narzędziem wykładu na naszych zajęciach; pozwalają od- nieść skomplikowane koncepcje teoretyczne do codziennego życia i po- magają studentom poznać je bezpośrednio. Jesteśmy szczególnie zado- woleni, że udało się nam zamienić amatorskie wykonania na zrealizowane przez profesjonalnych artystów wspaniale prace, które zobaczycie. Proces badawczy jest rygorystyczny, ale i ekscytujący Kiedy we troje planowaliśmy tę książkę, przyjęliśmy, że naszym pier- wszym i nadrzędnym celem będzie zaprezentowanie czytelnikowi badań psychospołecznych w całej ich złożoności i rozległości; chcieliśmy za- razem, by studiujący poznał coś więcej niż same tylko wyniki tych ba- dań. Pragnęliśmy pokazać, jak ekscytującym i intelektualnie pobudza- jącym wysiłkiem jest ich prowadzenie, które w rzeczywistości może stać się zabawą. Jednocześnie jest to ściśle kontrolowany proces wyma- gający bardzo szczegółowego zaplanowania, precyzyjnych decyzji i do- kładnego wykonania. Głównym wyznacznikiem naszych tożsamości ja- ko psychologów społecznych są badania eksperymentalne. Pragnęliśmy, by ten podręcznik odzwierciedlał nasz entuzjazm i zaangażowanie w proces badawczy. Nigdy nie przestał nas intrygować i zadziwiać, a czasem nawet zmuszać do śmiechu. Chcieliśmy, by te sentymenty przewijały się przez nasze dyskusje poświęcone teoriom i ustaleniom psychologii społecznej. Nie wierzymy, że trzeba rozwodnić informację, by uczynić ją strawną lub zrozumiałą. Nawet bardzo złożony materiał może być łatwo przy- swojony pod warunkiem, iż jest atrakcyjnie podany. Usiłujemy „nie prze- mawiać z góry" do naszych uczniów; staramy się tego uniknąć również i w tej książce. Prowadzimy naszego czytelnika poprzez sporą liczbę złożonych (a wspaniałych) badań w psychologii społecznej. W większo- ści przypadków usiłujemy prosto opisać sposób, w jaki je zaaranżowano; co badani spostrzegli i co zrobili; skąd wziął się model postępowania i co odzwierciedla; bieżące zagadnienia teoretyczne i to, dlaczego wy- niki badań świadczą na rzecz wysuniętych hipotez. Jeśli na tym polega naukowa dyscyplina, to w jaki sposób zaprezentować ich walor zaba- wowy? Jednym z możliwych sposobów jest uprzytomnienie czytelnikom, iż w rzeczywistości to ludzie, zwykli zjadacze chleba, których znamy (włą- czając w to nas samych), robili te badania. W tej książce użyliśmy imion uczelnianych kolegów. Prawdziwi ludzie, głęboko zaangażowani w swą pracę, jawią się wyraźniej, gdy czytasz ich pełne imiona i nazwiska w toku wywodu, a nie jedynie w imiennym spisie. Zastosowanie imion pozwala także zwrócić uwagę czytelnika na znaczny badawczy wkład kobiet w tę dziedzinę wiedzy — fakt, który niezamierzenie zostaje ukryty, gdy uży- wamy tylko nazwisk. Gdzie to było uzasadnione, włączyliśmy informację anegdotyczną o tym, w jaki sposób badanie zostało przeprowadzone, bądź jak zaistniało; te krótkie historyjki pozwalają czytelnikowi poznać „kulisy" — ukryty dotąd świat tworzenia eksperymentów. xxiv Przedmowa Zastosowanie psychologii społecznej do spraw codziennego życia Jesteśmy przekonani, że psychologia społeczna jest w sposób naturalny interesującym obszarem wiedzy, który winien zwrócić uwagę studenta — niezależnie od jego zainteresowań, pochodzenia czy skłonności. Wszy- scy ludzie są w codziennym życiu „aktorami", wytyczającymi swoją drogę w świecie społecznym, często z poczuciem, iż brakuje im mapy! Zagad- nienia, które badamy w ramach psychologii społecznej, mogą dostarczyć studentom odpowiedniego rozpoznania, to jest określonej wiedzy, obej- mującej teorię i ustalenia empiryczne, które wyjaśniają, dlaczego ludzie robią to, co robią. Uczynienie zjawisk codziennego życia przedmiotem zajęć z psycholo- gii społecznej daje wiele korzyści. Studenci otrzymujący informację, która jest w sposób naturalny interesująca, są silniej motywowani do pracy z nią, do jej badania i przyswajania. Ukazanie związku realnych wydarzeń życiowych z procesami psychologicznymi pozwala studentom zrozumieć materiał akademicki na bardziej wyrafinowanym i złożonym poziomie. Wreszcie, i to jest najważniejsze, powiązanie wiedzy czerpanej z książki z wiedzą uzyskiwaną poprzez doświadczenie daje uczącym się coś, co mogą zabrać ze sobą, kiedy zajęcia się skończą — umiejętność zastoso- wania teorii psychologii społecznej do realizacji swych przyszłych życio- wych zadań i do analizowania wydarzeń na świecie. Naszym zdaniem, za- jęcia z psychologii społecznej nigdy się nie kończą — stajesz się po pro- stu swym własnym nauczycielem (acz nie musisz zdawać egzaminów!). Wyzwaniem dla nauczyciela psychologii społecznej (i autora podręcz- nika) jest stworzenie i trafne wskazanie wyraźnego i rzeczywistego związ- ku między wiedzą akademicką a doświadczeniem codziennego życia. Po- traktowaliśmy to wyzwanie bardzo poważnie. Każdy rozdział otwiera się opowiadaniem nawiązującym do realnej sytuacji życiowej takiej, jak: bie- żące wydarzenie, zdarzenie z przeszłości, toczącą się dyskusja polityczna czy popularne zjawisko kulturowe. Owe wprowadzające w zagadnienie winiety zachęcają, i to od samego początku rozdziału, do popatrzenia na codzienne doświadczenia z punktu widzenia psychologii społecznej. Co najważniejsze, w toku wywodu odwołujemy się do tych przedstawień, wzbogacając wykład i ułatwiając zrozumienie problemu w świetle teorii i wyników badań, które właśnie omawiamy. Oczekujemy, że ta edukacyjna technika zachęci studentów do wykorzystania zdobytej wiedzy w ich włas- nym życiu, a także ułatwi zrozumienie tego, co się dzieje w otaczającym ich świecie. Zachęcanie do krytycznego myślenia W ostatnich paru latach było sporo zgiełku wokół umiejętności „kryty- cznego myślenia" u studiujących. Co dla nas oznacza krytyczne myśle- nie? Pragniemy, aby nasi studenci byli aktywnymi, a nie tylko pasywny- mi odbiorcami informacji, aby wychodzili poza rolę konsumenta tego, co wyprodukowano. Pragniemy, by zadawali pytania, podejmowali wyzwa- nie i angażowali się w zdobywanie tej wiedzy. Mówiąc krótko, chcemy, by nasi studenci myśleli, a nie tylko mechanicznie zapamiętywali. Czyż nie jest to marzeniem każdego nauczyciela? (Nie powinno być także Przedmowa xxv marzeniem każdego uczestnika takich zajęć?) Co możemy zrobić jako au- torzy podręcznika, by promować ten rodzaj myślenia? Jesteśmy przekonani, iż odpowiedź wiąże się ze sposobem prezentacji wiedzy teoretycznej i empirycznej. Zarówno teoria, jak i wyniki badań muszą mieć jednakową wagę. Ich wzajemne oddziaływanie na siebie czy nawet napięcie między nimi wywołuje intelektualne podekscytowanie. Czy badacz właściwie przetłumaczył teorię na odpowiedni wzorzec ba- dawczy? Czy postawione hipotezy testują tę teorię? Czy rezultaty są war- tościowe i znaczące? Czy wyniki podtrzymują teorię czy też zmieniają niektóre jej elementy? Aby skłonić do krytycznego myślenia, szczegółowo opisaliśmy sporo złożonych eksperymentów tak, by jasno ukazać, jak i dlaczego badacze realizowali swe prace. W jaki sposób badacz przeprowadził badanie, by uzyskać postulowany wniosek? Dlaczego te rezultaty są trafne, interesu- jące czy użyteczne? Próbowaliśmy pokazać bardzo wyraźny związek teo- rii i badań, omawiając teoretyczną bazę zjawisk, wyjaśniając pytania, które wynikają z teorii, a następnie pokazując odpowiednie dowody empiry- czne. Taki sposób prezentacji często obejmuje otwarte omówienie również takich obszarów dociekań, w odniesieniu do których dowody są niejedno- znaczne, gdzie dane z wielu badań nie dostarczają jeszcze spójnej czy wyczerpującej odpowiedzi na sformułowane wstępnie pytania. Pragnie- my przypomnieć naszym uczniom, że nauka żyje — ciągle ewoluuje, na- wet wtedy, gdy o tym czytają. Ten styl przedstawiania zachęca studentów do krytyki badań i do de- cydowania na własny użytek, czy ich wyniki są trafne, wartościowe i godne zaufania. Krytyczne myślenie to zwłaszcza zadawanie pytań i myślenie na własny użytek. Studenci otrzymują „panoramiczny obraz" ujawniający swoiste sprzężenie zwrotne, które istnieje między wnioskowaniem a dzia- łaniem — nazywa się to testowaniem hipotez — gdy czytają o tym, jak i dlaczego badacz przeprowadził badanie. Powinniśmy przypomnieć, że krytyczne myślenie nie oznacza po pro- stu krytykowania tego, co ktoś pisze. Oznacza również systematyczny i analityczny styl myślenia. Prezentowanie informacji powinno to pre- ferować. Krótko mówiąc, sądzimy, że można skłonić ucznia do czytania tego podręcznika i spowodować, by myślał! Promujemy taką krytyczną postawę poprzez precyzyjne rozplanowanie naszych rozdziałów. Usy- tuowanie i przepływ materiału oraz przemyślane stosowanie nagłów- ków pomogą czytelnikowi w wytworzeniu sobie owego „panoramicz- nego obrazu". Wreszcie, ważnym elementem krytycznego myślenia jest zdolność do wyjrzenia poza swojskie i „znane". Pragniemy, by czytelnicy zdali sobie sprawę z tego, że to, jak myślą i działają Amerykanie w USA, w swoim świecie społecznym, daleko odbiega od pełnej opowieści o ludzkim ist- nieniu. Włączyliśmy także, tam gdzie to było potrzebne, informację mię- dzykulturową, z intencją zachęcenia studentów do rozważenia różnic — tak w obrębie ich własnej kultury, jak i poza nią. Podręcznik i wykłady: bliźniacze dzieci różnych rodziców Dobry podręcznik powinien się stać częścią doświadczenia związanego z uczestnictwem w zajęciach i być utwierdzeniem wizji nauczyciela. Psy- xxvi Przedmowa ekologia społeczna. Serce i umyśl dostarcza wielu uzupełnień, które wzbo- gacają zarówno nauczycielską prezentację tej nauki, jak i jej rozumienie przez studenta. Po pierwsze, w oryginale naszemu podręcznikowi towarzyszy podrę- cznik instruktora napisany przez Freda W. Whitforda ze State University w Montanie. Obejmuje on konstrukcję poszczególnych rozdziałów, część „nauczyciel nauczycielowi", wskazówki co do dalszej lektury, rodzaje aktywności w trakcie zajęć, strategie uczenia, pytania do przemyślenia i dyskusji oraz listę wybranych prac do każdego z rozdziałów. Ponadto zawiera niektóre z naszych własnych ćwiczeń realizowanych w trakcie zajęć i obszerniejsze wykazy taśm wideo i filmów na ich użytek. Po drugie, towarzyszy naszej pracy obszerny zbiór testów opracowany przez Kurta Holzhausena i Richarda P. McGłynna, obu z Texas Tech Uni- versity. Zawiera on ponad 1000 pytań o charakterze wielokrotnego wy- boru lub eseju, które zostały wyczerpująco zanalizowane przez psycho- logów społecznych. Każde pytanie jest odniesione do odpowiedniego te- matu w tekście oraz do strony podręcznika. By zwiększyć łatwość testo- wania, około 15% pytań wielokrotnego wyboru z tego banku testów wy- stępuje także w przewodniku dla uczniów. Bank testów jest również dostępny — za pośrednictwem oprogramo- wania TestMaster dla komputerów typu IBM lub Macintosh — w skom- puteryzowanej formie umożliwiającej prowadzącemu wyświetlenie istnie- jącego pytania lub dodanie nowego. Na potrzeby ucznia Kurt Holzhausen i Richard P. McGłynn napisali przewodnik, który zawiera przeglądy rozdziałów i wskazówki co do dal- szego studiowania, zarysy poszczególnych rozdziałów, problemy do przyswojenia, terminy kluczowe i dwa testy odnoszące się do praktyki, które wykorzystują zarówno wielokrotny wybór, jak i eseje odwołujące się do krytycznego myślenia — osobno do każdego z rozdziałów. Ponad- to przewodnik zawiera nasze wyczerpujące testy dla czytelnika, związane z zawartością podręcznika. Dziękujemy za wybór naszej książki. Prosimy o komentarze i sugestie. W razie potrzeby prosimy do nas pisać pod adresem: HarperCollins Pub- lisher, 10 East 53rd Street, New York, NY 10022. Podziękowania Elliot Aronson pragnie podziękować Carrie Fried, bardzo pomocnej w po- szukiwaniu niektórych materiałów do tej książki, oraz Verze Aronson, która, jak zwykle, dostarczyła inspiracji i działała jak płyta rezonansowa wielu jego idei. Timothy Wilson dziękuje swemu promotorowi, Richardowi E. Nis- bettowi, który wykształcił jego zainteresowanie tą dziedziną badań i po- kazał związek między psychologią społeczną jako dyscypliną naukową a życiem codziennym. Dziękuje też swym studentom: Ericowi Anderse- nowi, Kate Etiing, Sarze Hodges, Chrisowi Houstonowi, Kristen Klaaren, Suzanne LaFleur i Samuelowi Lindseyowi, którzy pomogli mu utrzymać równowagę między funkcjami profesora jako badacza, nauczyciela i au- tora. Dziękuje także swym rodzicom, Elizabeth i Geoffreyowi Wilsonom, za ich komentarze do wstępnych wersji rozdziałów i całościowe wspar- cie. Przede wszystkim zaś dziękuje żonie, Deirdre, i swym dzieciom, Przedmowa xxvii Christopherowi i Leighi, za ich miłość, cierpliwość i zrozumienie, nawet wówczas, gdy godzina była późna, a komputer ciągle włączony. Robin Akert dziękuje swoim studentom i kolegom z Wellesley College za ich poparcie i zachętę. Szczególnie zaś jest zobowiązana profesorom: Julie Drucker, Patricii Berman, Nancy Genero, Abigail Panter i Jonatha- nowi Cheekowi. Ich rady, uwagi i poczucie humoru były nie do przece- nienia. Jest głęboko wdzięczna swej rodzinie. Michach i Waynowi Aker- tom oraz Lindzie i Jerry'emu Wuichetom; ich niewyczerpany entuzjazm i nieograniczone poparcie pozwoliły jej wytrwać w tym projekcie, mimo wszystkich przeszkód. Dziękuje też C. Issakowi i G. Livetowi za autorską inspirację. Wreszcie, żadne słowo nie jest w stanie wyrazić jej wdzięcz- ności i długu wobec Dane Archer, promotora, koleżanki i przyjaciela, któ- ra otworzyła dla niej świat psychologii społecznej i ciągle pozostaje w nim jej przewodnikiem. Żadna książka nie może być napisana ani opublikowana bez pomocy wielu osób, które pracują z autorami, sami pozostając za kulisami. Rów- nież nasza książka nie jest tu wyjątkiem. Po pierwsze, pragniemy podzię- kować kolegom, którzy czytali pierwsze wersje rozdziałów i dostarczyli wielu niezwykle pożytecznych uwag. Byli to: Jeffrey B. Adams z College Saint Michael; John R. Aiello z Rutgers University; Charles A. Alexander z Rock Valley College; Joan W. Baiły z Jersey City State College; Norma Baker z Belmont University; William A. Bamard z University of Northern Colorado; Susan E. Beers ze Sweet Briar College; Thomas Blass z Univer- sity of Maryland, Baltimore County; C. Georg Boeree z University Ship- pensburg; Lisa M. Bohon z California State University w Sacramento; Peter J. Brady z Ciark State Community College; Kelly A. Brennan z University of Texas w Austin; Susan D. Clayton z Allegheny College; Brian M. Cohen z University of Texas w San Antonio; Steven G. Cole z Texas Christian University; Eric J. Cooley z Western Oregon State College; Keith E. Davis z University of South Carolina-Columbia; Karen G. Duffy ze State Uni- versity of New York w Geneseo; Steve L. Eiłyson z Youngstown State University; Susan Fiske z University of Massachusetts w Amherst; Robin Franek z Southwestem College; William Rick Fry z Youngstown State University; Frederick X. Gibbons z Iowa State University; Judith Harac- kiewicz z University of Wisconsin-Madison; Trący B. Heniey z Mississippi State University; David E. Hyatt z University of Wisconsin-Oshkosh; Ja- mes D. Johnson z University of North Carolina-Wilmington; Lee Jussim z Rutgers University; G. Daniel Lassiter z Ohio University; Joann M. Mon- tepare z Tufts University; W. Gerrod Parrott z Georgetown University; M. Susan Rowley z Champlain College; Connie Schick z Bloomsburg Uni- versity; Richard C. Sherman z Miami University of Ohio; Randolph A. Smith z Ouachita Baptist University; T. Gale Thompson z Bethany College; Garry L. Wells z Iowa State University; Pauł L. Wienir z Western Michigan University; William H. Zachry z University of Tennessee-Martin. Pragniemy także podziękować wyspecjalizowanemu zespołowi wy- dawniczemu z HarperCollins, szczególnie zaś Catherinie Woods, nasze- mu Acquisitions Editor oraz Mimi Melek, naszemu Developmental Edi- tor. Nasze podziękowania niech zechcą również przyjąć: Susan Driscoll, Editorial Director; Marcus Boggs, Editor-in-Chief; Art Pomponie, Direc- tor of Development; Paula Soloway, Project Editorial Manager; Evelyn Owens, Supplements Editor; Mark Paluch, Marketing Manager; Tony Griego, Cartoonist; Sally Steele i Thompson Steel, Book Production, De- xxviii Przedmowa sign and Production Group oraz Laura Pearson i Chris Olson. Na koniec dziękujemy Mary Falcon, bez której nigdy nie rozpoczęlibyśmy tego przedsięwzięcia. ELLIOT ARONSON TIMOTHY D. WILSON ROBIN M. AKERT Tak więc istnieje zarówno twórcze czytanie, jak i twórcze pisanie. — Raiph Waldo Emerson, 1837 Jestem jak rzep; przyczepię się. — William Szekspir, 1604 Oba powyższe cytaty określają wszystko to, co powinieneś uznać, by sku- tecznie przyswajać wiedzę: być aktywnym i twórczym odbiorcą informacji i mieć pewność, że owa wiedza z tobą pozostanie! Jak to ze sobą pogodzić? Tak naprawdę nie jest to zbyt trudne. Jak wszystko w życiu wymaga jedynie nieco pracy — inteligentnej, dobrze zaplanowanej, celowej. Po- niżej o tym, jak to zrobić. Zapoznaj się z podręcznikiem Wierz lub nie, ale dokładnie przemyśleliśmy organizację i strukturę każ- dego rozdziału. Istnieje powód, dla którego zagadnienia pojawiają się w taki, a nie inny sposób. Chcemy mianowicie, byś przyswoił sobie ten materiał tak dalece, jak to tylko możliwe. A oto garść wskazówek, na co zwrócić uwagę w poszczególnych rozdziałach: • Ważne definicje czy kluczowe terminy są zapisane pogrubionym drukiem, by były łatwo widoczne. Definicje podajemy w tekście, a także powtarzamy na marginesie. Ma ci to pomóc, jeśli zapomniałeś znaczenia danego terminu. Owe definicje z marginesu dają się szybko odszukać. Możesz je także znaleźć w słowniku na końcu książki. • Upewnij się, iż zwróciłeś uwagę na nagłówki rozdziałów i podty- tuły (pogrubione). Czytając, ludzie mają tendencję najpierw do pobieżne- go przeglądu jedynie nagłówków, bez rzeczywistego zapoznania się z ni- mi. To właśnie jest powodem zakłopotania, jakie odczuwasz, gdy po prze- czytaniu kilku bieżących stron nie bardzo rozumiesz, o co tu chodzi. Na- główki są szkieletem, który utrzymuje rozdział w całości. Łączą się one wzajemnie, tworząc kręgosłup. Gdybyś się poczuł zagubiony, wróć do poprzedniego nagłówka i jeszcze wcześniejszych — dostarczy to „pano- ramicznego obrazu" tego, do czego zmierza dany rozdział. Pomoże ci także zobaczyć związki w obrębie prezentowanego materiału. xxx Wskazówki dla studentów • Podsumowanie na końcu każdego rozdziału jest zwięzłą, skrótową formą prezentacji materiału w nim zawartego z terminami kluczowymi podanymi pogrubionym drukiem. Powinieneś to przeczytać i upewnić się, że nie potykasz się o „niespodzianki". Jeśli w podsumowaniu jest coś, co nie rodzi odpowiedniego odzewu, wróć do rozdziału i przeczytaj tę część powtórnie. Najważniejsze to pamiętać, iż podsumowanie celowo jest krótkie. Całość materiału powinna być dla ciebie zrozumiała. Wyko- rzystaj podsumowanie jako pomoc przed egzaminem. Gdy je przeczy- tasz, wszystko winno być swojskie i pozostawiać cudowne odczucie, że wiesz więcej, niż ono zawiera. Oznacza to, że jesteś gotowy przystąpić do egzaminu. • Na końcu każdego rozdziału wymieniamy książki lub artykuły do- tyczące danego zagadnienia. Uważamy je za szczególnie godne polecenia. Są one wspaniałymi źródłami dla wszelkich prac, które będziesz pisał w trakcie zajęć. Jest to pierwsze miejsce, od którego należy rozpocząć poszukiwania bibliograficzne pozycji odpowiadających przedmiotowi twej pracy. Jak zwykle przy poszukiwaniach literatury odkrywamy kolejne źródła. Udanego polowania! Nie daj się zwieść pozornej oczywistości tekstu Ponieważ psychologia społeczna zajmuje się codziennym życiem, może cię uśpić przekonanie, iż wszystko jest tu zdroworozsądkowe, a więc i ła- twe. Nie daj się zwieść pozorom. Materiał jest bardziej skomplikowany, niż by się mogło wydawać. Dlatego pragniemy podkreślić, iż najlepszym sposobem opanowania tego materiału jest aktywne podjęcie tematu. Nie możesz oczekiwać, iż po prostu przeczytasz jakiś rozdział, a wiedza w nim zawarta z tobą pozostanie. Musisz się przezeń przedrzeć, mocować z jego treścią, łączyć go z innym na swój własny sposób, zadawać pytania i myśleć o nim. Aktywna praca powoduje, iż lepiej zapamiętujemy; dzieje się to wówczas samo z siebie. Dobrze jest założyć, iż ktoś zamierza później zapytać o to, co zostało zapamiętane. Chcesz zapamiętać, to uczyń, co tylko możesz, by zrobić to już teraz. A oto niektóre techniki w tym po- mocne: • Zaznajamiając się — zaznaczaj! Stosuj żółty znacznik! Szalej, pisz na marginesach! Dorysuj wąsy na fotografii Williama Jamesa (tak napra- wdę, to on już je ma). Innymi słowy, stwórz swoją własną książkę. Jeśli podkreślasz, rozjaśniasz, otaczasz kółkiem lub rysujesz małe hieroglify obok istotnych elementów, to zapamiętasz je lepiej. Zdając egzaminy, nie- raz przypominamy sobie nie tylko stronę podręcznika, na której dana treść była prezentowana, ale i małe zakrętasy czy gwiazdki narysowane na marginesach. Bywają więc bardzo pomocne. • Czytaj rozdział podręcznika, nim znajdzie on zastosowanie podczas zajęć, a nie później. W ten sposób wyniesiesz z nich więcej, ponieważ rozszerzą twą wiedzę o nowy materiał. Dostarczy ci to zarówno owego „panoramicznego obrazu", jak i wielu szczegółów. Wykład wzbogaci po- siadaną już informację i pomoże ci zebrać wszystko razem. Jeśli tego nie uczynisz, to możesz nie zrozumieć niektórych wątków w toku wykładu bądź nie uznać ich za ważne. • Zapoznawaj się także regularnie z notatkami czynionymi podczas wykładów, a nie dopiero dzień przed egzaminem. Jedynie regularne czy- Wskazówki dla studentów xxxi tanie pozwoli ci stwierdzić, czy zapamiętujesz i rozumiesz materiał na poziomie, którego oczekuje od ciebie wykładowca. Jeśli dotrzesz do cze- goś, czego w swoich notatkach nie rozumiesz, poproś o wyjaśnienie. Nie- porozumienie dziś małe może się stać wielkim w miarę, jak postępują zajęcia. Jeśli naprawdę nie zrozumiesz wcześniejszego wątku, to napo- tkasz kłopoty z bardziej złożoną informacją, która pojawi się później. Roz- wiązuj problemy wtedy, gdy są małe. • A oto dobry sposób na zapoznawanie się z materiałem: opisz trudną koncepcję lub badanie (albo opowiedz je sobie na głos) swymi własnymi słowami, bez zaglądania do książki lub notatek. Czy potrafisz to zrobić? Na ile poprawna była twoja wersja? Czy opuściłeś coś ważnego? Czy utknąłeś w jakimś miejscu, niezdolny do przypomnienia sobie, co było dalej? Jeśli tak, to już wiesz, że powinieneś powtórnie prześledzić infor- mację, tym razem bardziej szczegółowo. Możesz także uczyć się z kimś jeszcze, przedstawiając sobie nawzajem teorie i badania i sprawdzając, czy zawierają istotę rzeczy. • Jeśli masz kłopoty z przypomnieniem sobie wyników ważnego ba- dania, spróbuj wyrysować własną wersję wykresu z wynikami (możesz wykorzystać tę proponowaną przez nas, by wiedzieć, o co chodzi). Jeśli w danej teorii wprawiają cię w zakłopotanie różne jej elementy, spróbuj wyrysować własny diagram obrazujący, jak to działa. Prawdopodobnie stwierdzisz, iż zapamiętujesz wyniki badań znacznie lepiej, gdy mają one postać rysunku, a nie słów i że teoria staje się mniej zagmatwana, jeśli ją naszkicowałeś. Narysuj daną informację kilka razy, a pozostanie z tobą. • Pamiętaj: im więcej pracujesz z danym materiałem, a więc piszesz o nim własnymi słowami, mówisz o nim, wyjaśniasz innym lub rysujesz jego prezentacje, tym lepiej go poznasz i zapamiętasz. Na koniec, choć nie jest to bynajmniej mało ważne, zapamiętaj, iż pre- zentowany materiał zawiera wiele zabawnych elementów. Jeszcze nawet nie zacząłeś czytać tej książki, ą my już wiemy, że ją polubisz. Szczególnie wtedy, gdy zobaczysz, jak wiele psychologia społeczna ma do powiedze- nia o rzeczywistym, codziennym życiu. W miarę, jak przybywać ci będzie wiedzy, zaczniesz obserwować wydarzenia ze swego życia innymi ocza- mi, oczami psychologa społecznego i stosować tę wiedzę do analizy za- chowań przyjaciół, znajomych i nieznajomych i — tak, tak — również swego zachowania. Kiedy czytasz gazetę czy czasopismo lub oglądasz ostatnie wiadomości, myśl o tym, co psychologia społeczna ma do po- wiedzenia na temat prezentowanych wydarzeń i zachowań; dojdziesz z pewnością do wniosku, iż twoje rozumienie codziennego życia jest bo- gatsze. Jeśli zauważysz w gazecie lub czasopiśmie artykuł, który twoim zdaniem jest szczególnie dobrym przykładem psychologii społecznej „w działaniu" — wyślij nam z dokładną informacją, gdzie to znalazłeś. Jeśli zdecydujemy wykorzystać go w kolejnej edycji naszego podręcznika, zamieścimy twoje nazwisko wśród naszych podziękowań. Sądzimy, że zapewne za jakieś dziesięć lat nie będziesz pamiętał wszy- stkich faktów, teorii i nazwisk, których się teraz uczysz. Mamy co prawda nadzieję, iż chociaż niektóre z nich zapamiętasz. Jednak przede wszystkim zamierzamy cię wyposażyć na przyszłość w duży zasób ogólnych kon- cepcji psychologii społecznej. Jeśli otworzysz się na magię tej wiedzy, będziemy uważali, że wzbogaciło to twój sposób patrzenia na świat i twój sposób życia. ELLIOT ARONSON Wzrastałem w rodzime żydowskiej, jedynej żydowskiej rodzinie w jadowicie antysemickim sąsiedztwie. Każdego dnia, późnym popołudniem, musiałem chodzić do hebrajskiej szkoły. Ponieważ byłem jedynym młodzieńcem tam się uczącym, czyniło mnie to łatwym celem dla co niektórych starszych chuliganów mieszkających w pobliżu. Gdy wracałem o zmroku ze szkoły, na mojej drodze zasadzały się i maltretowały mnie, wykrzykując antysemickie epitety, włóczące się gangi. Żywo pamiętam, jak z poczuciem wielkiej krzywdy siedziałem na krawężniku po jednej z takich bójek, ocierając sobie krwawiący nos czy rozbite wargi. Zastanawiałem się, jak to było możliwe, że te dzieciaki mogły mnie tak nienawidzić, choć mnie nawet nie znały. Rozmyślałem o tym, czy nauczono je takiej nienawiści czy też, w jakiś sposób, urodzili się już tacy. Zastanawiałem się, czy ich nienawiść można zmienić; czy gdyby mnie poznali lepiej, nienawidziliby mniej? Rozmyślałem nad swoim charakterem. Co zrobiłbym, gdybym był w ich skórze, a więc gdybym był większy i silniejszy niż oni? Czy potrafiłbym zbić ich bez powodu? Oczywiście, nie zdawałem sobie z tego wówczas sprawy, lecz w końcu odkryłem, iż były to zasadnicze pytania. Blisko trzydzieści lat później, jako przeprowadzający eksperymenty psycholog społeczny, miałem to wielkie szczęście znaleźć odpowiedź na niektóre z nich i wynaleźć techniki służące do redukowania uprzedzeń, które ustawiły mnie na pozycji ofiary. Elliot Aronson ukończył studia na Brandeis Unwersity, a stopień doktorski uzyskał na Stanford Unwersity, pracując z Leonem Festingerem. Zrealizował pionierskie badania nad wpływem społecznym, perswazją i redukowaniem uprzedzeń. Aronson napisał kilka książek, a mianowicie: The Social Animal [Człowiek — istota społeczna; Warszawa 1978 — przyp. tłum.], The Jigsaw Ciassroom i Methods of Research in Social Psychology. Otrzymał American Psychological Association's Distinguished Teaching Award oraz Distinguished Research Award przyznaną przez American Association for the Advancement of Science. Uczy psychologii na Unwersity of CaUfornia w Santa Cruz. TIM WILSON Gdy miałem osiem lat, paru kolegów z sąsiedztwa powiedziało mi z wielkim podekscytowaniem, że znaleźli opuszczony dom niedaleko szosy. „To absolutna prawda — powiedział jeden z nich. — Wyłamałem okno i nikt na to nie zwrócił uwagi!" Wraz z moim najlepszym przyjacielem wybraliśmy się na rozpoznanie i wkrótce znaleźliśmy ten dom. Szybko rzucił kamieniem w okno na pierwszym piętrze. Był mocno podniecony, kiedy usłyszał dźwięk tłukącej się szyby, szczególnie, że nic złego się po tym nie wydarzyło; rzeczywiście, dom był opuszczony. Kolejno wybiliśmy prawie wszystkie szyby, po czym wspięliśmy się i przez okno na pierwszym piętrze weszliśmy do środka. I wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że coś tu jest nie tak. Dom zupełnie nie wyglądał, że jest niezamieszkany. Pokoje były ładnie umeblowane, na półkach stały książki, a na ścianach wisiały obrazy. Staliśmy bardzo zażenowani, a jeszcze bardziej przestraszeni. Wkrótce dowiedzieliśmy się, iż dom jest zamieszkiwany przez starsze małżeństwo, które przebywało na wakacjach. Odkryli to moi rodzice i sporo zapłacili, by pokryć szkody. Przez lata rozmyślałem nad tym wydarzeniem: dlaczego tak okropnie postąpiłem? Czy byłem złym dzieckiem? Ani ja, ani moi rodzice tak nie myśleli. Ale dlaczego dobre dziecko uczyniło tak złą rzecz? Nawet, gdy dzieciaki z sąsiedztwa powiedziały, iż był to dom porzucony, dlaczego ani ja, ani mój przyjaciel nie dostrzegliśmy wyraźnych sygnałów, iż ktoś tu mieszka? Jak dalece istotne było to, że był tam mój przyjaciel i rzudt pierwszy kamień? Choć wówczas tego nie wiedziałem, moje refleksje dotykały wielu klasycznych zagadnień psychologii społecznej. Takich, jak pytanie, czy tylko źli ludzie robią złe rzeczy, czy też presja społeczna może być tak silna, iż potrafi zmusić dobrych ludzi do czynienia zła, i to w taki sposób, że oczekiwania co do przebiegu zdarzeń mogą utrudnić ujrzenie ich w takim świetle, w jakim się one w rzeczywistości prezentują. Na szczęście, moja kariera wandala skończyła się wraz z powybijaniem owych szyb. Incydent ten jednakże określa początek moich fascynacji podstawowymi pytaniami o to, jak ludzie rozumieją siebie i świat społeczny — pytaniami, na które odpowiedzi poszukuję do dziś. Timothy D. Wilson swoją pracę magisterską zrealizował w Williams and Hampshire Colleges. Doktorat uzyskał na Unwersity of Michigan, pod kierunkiem Richarda E. Nisbetta. Obecnie jest profesorem psychologii na Unwersity of Yirginia. Opublikował wiele artykułów z zakresu introspekcji, tworzenia sądów i zmiany postaw. Jego badania były sponsorowane przez National Science Foundation i National Institute for Mentol Health. Jest członkiem Executive Board of the Society for Experimental Social Psychology, członkiem Social and Groups Processes Review Committee w National Institute of Mentol Health oraz członkiem zespołów wydawniczych kilku profesjonalnych czasopism. ROBIN AKERT W jeden z jesiennych dni, gdy miałam około 16 lat, spacerowałam wraz z przyjacielem wzdłuż brzegu Zatoki San Frandsco. Zajęta rozmową spojrzałam przez ramię i zobaczyłam przewróconą żaglówkę. Zwróciłam mu uwagę, lecz on zainteresował się tym tylko przelotnie i wrócił do rozmowy. Ja jednakże obserwowałam to, spacerując i uświadomiłam sobie, że dwóch żeglarzy znajduje się w wodzie, kurczowo trzymając się wywróconej łodzi. Powtórnie powiedziałam coś do przyjaciela, a on odpowiedział: „Och, oni ją wkrótce postawią, nie martw się". Ja się jednak martwiłam. Czy potrzebowali pomocy? Mój przyjaciel tak nie sądził. A ja nie byłam żeglarzem i nie wiedziałam nic o jachtach. Ale cały czas się zastanawiałam: „Woda jest naprawdę zimna. W takiej wodzie nie mogą wytrzymać zbyt długo". Pamiętam, iż byłam zakłopotana i niepewna. Co powinnam zrobić? Czy w ogóle cokolwiek powinnam robić? Czy oni naprawdę potrzebują pomocy? Byliśmy niedaleko restauracji z wielkim oknem wychodzącym na Zatokę i postanowiłam wejść do środka i zobaczyć, czy ktokolwiek coś robi w sprawie tego jachtu. Wielu ludzi na to patrzyło, lecz pozostali obojętni. Wprawiło mnie to w jeszcze większe zakłopotanie. Grzecznie zapytałam barmana, czy dzwonił po jakąś pomoc. A on wzruszył ramionami. Wróciłam do okna i patrzyłam na dwie małe figurki w wodzie. Dlaczego wszyscy byli tacy obojętni? A może ja zwariowałam? Po latach dopiero zdałam sobie sprawę z tego, jak trudne było dla mnie to, co zrobiłam. Zmusiłam barmana, aby udostępnił mi telefon. W tych dniach nie było jeszcze „911", ale na szczęście wiedziałam, że jest tu, w rejonie Zatoki, stacja Straży Wybrzeża i poprosiłam telefonistę o połączenie z nimi. Bardzo mi ulżyło, gdy usłyszałam, że ratownik potraktował moje zgłoszenie bardzo poważnie. Znajdowali się w niebezpieczeństwie. Obserwowałam kuter Straży Wybrzeża pędzący po zatoce i ratowników wyciągających żeglarzy na pokład. Tym, co naprawdę pozostało we mnie po tym wydarzeniu jest pamięć o tym, jak inni się zachowywali i jak ja wtedy się czułam. Ci inni obserwatorzy wydawali się nie zainteresowani i nie zrobili nic, by pomóc. Ich reakcje spowodowały, że zrodziły się we mnie wątpliwości utrudniające mi podjęcie odpowiedniego działania. Kiedy później studiowałam psychologię społeczną, zdałam sobie sprawę, iż wówczas na wybrzeżu Zatoki San Francisco doświadczyłam w pełni działania „efektu widza": obecność innych, wyraźnie nie zainteresowanych widzów, utrudniła mi rozstrzygnięcie tego, czy była to sytuacja zagrażająca życiu i czy winnam udzielić pomocy. Robin M. Akert ukończyła summa cum laude [z najwyższym wyróżnieniem — przyp. tłum.] Unwersity of Califomia w Santa Gruz, specjalizując się w psychologii i socjologii. Doktoryzowała się w zakresie eksperymentalnej psychologii społecznej na Princeton Unwersity. Obecnie jest docentem w Wellesley College, gdzie uzyskała Pinanski Prize for Excellence m Teaching. Jej publikacje dotyczą głównie zagadnień komunikacji niewerbalnej. Jest także współautorem mającej się ukazać książki Interpretation and Awareness: Verbal and Nonverbal Factors in Person Perception. WIZUALNY PRZEWODNIK PO PODRĘCZNIKU SERCE I U M Y S Ł Elliot Aronson, University of California, Santa Cniz Timothy D. Wilson, University of Yirginia Robin M. Akert, Wellesley College 0-06-04(694-6 Prezentowany tekst z zakresu psychologii społecznej został napisany przez zespół autorów, których wszechstronny lider, Elliot Aronson, jest jednym z najbardziej twórczych badaczy tego obszaru (przeprowadził pionierskie badania zarówno podstawowe, jak i stosowane nad wpływem społecznym, perswazją i redukowaniem uprzedzeń; zdobył znaczące nagrody w dziedzinie badań, nauczania, relacji rasowych, publikacji i służby publicznej). W Psychologii społecznej Aronson i współautorzy: Tim Wilson (szeroko znany badacz zajmujący się poznawaniem społecznym, introspekcją i postawami) oraz Robin Akert (zdobyła wiele nagród w sferze nauczania; jej zainteresowania naukowe koncentrują się na komunikacji niewerbalnej i stereotypach seksualnych) toczą opowieść o psychologii społecznej, korzystając ze swego wielkiego doświadczenia dydaktycznego i głębokiego zrozumienia procesu badawczego. Wszyscy troje od wielu już lat uczą psychologii społecznej. Ich łączne doświadczenie dydaktyczne w tym zakresie sięga 65 lat. Ci aktywni badacze stworzyli bardzo aktualne i przyjazne w narracji dzieło, które oddaje ich ekscytację i entuzjazm dla psychologii społecznej. RYCINA 4.1. W jaki sposób Inierpniujsmy •ytuscK nkfUnoiiuczną: rola doitipnoici l i(krz«« poprrdriących wpływem zdarzeń poprzedzających: zwiększanie się dostępności schematu pod wpływem tego, co było doświadczane bezpośrednio przedtem otrzymywała inne słowa do zapamiętaniu. Ludnie, którzy zapamiętywali określenia: miłośnik przygody, ufny we własne siły, niezależny, wytrwały, tworzyli sobie pozytywny obraz Donalda, spostrzegając go jako osobę bu- dząca sympatię, która cieszą nowe wyzwania. Ludzie, którzy zapamięty- wali określenia: lekkomyślny, zarozumiały, skryty, niezdolny do ustępstw, tworzyli sobie negatywny jego obraz, spostrzegając go jako człowieka za- dufanego w sobie, który bez potrzeby podejmuje awanturnicze prz.edsię- zdarzeri poprzedzających. Określenia przyswajane sobie przez badanych w pierwszej części eksperymentu zwiększały dostępność rożnych sche- matów, wpływając na sposób myślenia o Donaldzie, Należy zauważyć, że nie samo zapamiętywanie zabarwionych pozy- tywnie albo negatywnie słów wpływało na to, jak spostrzegano Donalda. W innym wariancie eksperymentu uczestnicy badań również zapamięty- wali określenia, które miały wydźwięk albo pozytywny, albo negatywny, jak np. schludny (w jednej grupie) bądź nieuprzejmy (w innej). Te słowa nie wpływały jednak na spostrzeganie przez nich Donalda. ponieważ nie miały związku z jego działaniami. Na przykład, kiedy próbie oceny Oryginalne „kreskówki" Wymyślone przez autorów „komiksy" przenoszą różne koncepcje psychologii społecznej na grunt realnego życia. Opisy eksperymentów 92 Rozdział 3 Autorzy szczegółowo i barwnie opisują eksperymenty przeprowadzone w ramach psychologii społecznej oraz zachęcają studentów, by postawili się w miejscu badanych. Opisy te nie tylko przedstawiają zjawiska, które poddano badaniu, lecz także pokazują, dlaczego badania w psychologii społecznej są prowadzone w taki, a nie inny sposób. twojej postawy wobec i łagodną ocenę twojego stepstwo bez ofiar, klon i, prze koń ego siebie, że jest f . Jak /.redukowałbyś s w przeciwnym kierunku. Znaczy to. /•e aby uzasadnić rezygnację z uzy- ale rzeczywista zmian. wartości; jednostki stojące przed tego rodzaju wyborem będą albo lago- lnteresu)ącym i ważnym spostrzeżeniem do zapamiętania jest to, że dwie osoby przyjmujące różne sposoby zachowania, jak opisane powyżej, mo- gły na początku mieć prawie identyczne postawy wobec tego faktu. Ich decyzje mogły się ważyć do ostatnie] chwili — jedna była o włos ud od. oparcia się jej, ale os/ukata, Jednakże, gdy decyzje .-.ostały już podjęte, Spekulacje te zostały poddane weryfikiieji empiryc/ne) przez Judsona Millsa (l'ró8) w eksperymencie, który przeprowadził nn w szkole podsta- wowej. Mills zbadał najpierw postawy uczniów szóstej klasy wobec pro- egz.iminie, w którym zwycięzcom oferowano atrakcyjne nagrody- Sytuac)ę .'aaranżowano tak, że zwycięstwo bez oszukiwani.) prawie nie było możli- a tego wykryć. W tych w. jęty nieprzejednana p. ^obec takiego zachowani.) lejpoku: / czy|e i. Następnie usiłujemy zmodyfikować tę atry- jednak zauważyliśmy, nie zawsze modyfikacja w tym drugim etapie jest wy stare zająca, Interes u ja CA implik.n-j.-i tego f.iktu jest to, ze podczas wy- jaśniania czyjegoś zachowania, gdy uwaga jest rozproszona, może do tego drugiego etapu nie dojść, a nawet powstać jeszcze skrajniejsza atrybucja trznej atrybucji) pojawia się szybko i spontanicznie, podczas gdy krok drugi (uwzględnienie sytuacji) wymaga większego wysiłku i świadome} uwagi. Daniel Gilbert wykonał sporo eksperymentów, które potwierdzają jak np. przypominanie sobie os m ioc y f rów ego numeru. Formułowali oni jes/cze bardziej skrajne atrybuoje wewnętrzne niż a, których myśli nie były odrywane od przedmiotu uwagi. Ta radykrilnosć opinii była spowo- tego. co w niej tkwi bez uwzględniania wpływu sytuacji (Gilbert, Osborne, 1484; Ciiibert, Pelham, Krull, i%8), Rola kultury. Drugą przyczyna pojawiania się podstawowego błędu odwołujących się do dyspozycji. Nie występuje to w kulturach, które kła- dą mniejszy nacisk na swobodę i autonomie jednostki (Zebrowitz-McAr- thur, 1988). Na przykład joan Miller (1984) poprosiła osoby należące do różnych kultur — Hindusów żyjących w Indiach i Amerykanów żyją- cych w Stanach — by zastanowili się nad zachowaniami swoich przyja- ciół i określili powód ich wystąpienia. Zgodnie z tym. cośmy dotychczas powiedzieli. Amerykanie preferowali uzasadnianie zachowań dyspozy- cjami, Przyczyn zachowań znajomych dopatrywali się raczej w ich indy- widualnych cechach, a nie we właściwościach sytuacji, w ramach których działali. I odwrotnie, badani Hindusi preferowali sytuacyjne wyjaśnienia zachowań swych przyjaciół (Miller, 1984), zupełnie różne przykłady. Może Hindusi myśleli o zachowaniach, które w rzeczywistości są bardziej sytuacyjnie uwarunkowane, podczas gdy Amerykanie o zachowaniach, które rzeczywiście były wywołane bardziej przez dyspozycje. By zbadać te alternatywne hipotezy, Miller (1984) popro- Uzasadnianie wysiłku czego pragnie. To jest oczywiste. Na przykład, jeśli jest jakaś konkretna praca, którą chcesz otrzymać, to prawdopodobnie przejdziesz dodatkową milę, aby ji( zdobyć. Może to być zakup najmodniejszej odzieży, ciekawe serii nieprzyjemnych wywiadów. aby zostać członkiem konkretnego klubu i ukazuje się, że jest to bezwar- tościowa organizacja, do której należą nudni, pompatyczni ludzie z.aan- nie pracuje ciężko, aby osiągnąć coś trywialnego, W takich okolicznościach Okresowe podsumowania W każdym rozdziale zawarto okresowe podsumowania, które rekapitulują trudniejsze zagadnienia i przypominają te teorie psychologii społecznej, które omówiono we wcześniejszych fragmentach rozdziału. Definicje na marginesach Wpnnndzwito do p«yehoki«ll •ptoczrwJ 13 Próbując przekonać ludzi, że na ich zachowanie wpływa wydatnie oto- czenie społeczne, psycholog staje przed potężna przeszkodą: skłonnością, która, wszyscy podzielamy, do wyjaśniania zachowania w terminach oso- bowościowych (jak w przytoczonym wcześniej przykładzie kelnerki). Za- gadnienie to było omawiane przez wielu psychologów społecznych, naj- dobitniej jednak przez Fritza Heidera (1958), E.E. ionesa (1979) i Lee Rossa (1977). Ross traktuje to jako podstawowy błąd atrybucji lub tendencje do wyjaśniania własnego zachowania oraz zachowania innych wyłącznie w terminach cech osobowości, przy niedocenianiu siły wpływu społecz- nego. Z powodu tendencji do przeoczania tej siły jesteśmy, jako autorzy niniejszej książki, w pełni świadomi, że stajemy w obliczu konieczności podjęcia uciążliwej walki. Jeśli jesteś jak większość ludzi, to spotykając się po raz pierwszy z przykładami zachowania społecznego, będziesz miał tendencje do wyjaśnienia tego zachowania w terminach osobowości osób w to zaangażowanych. Wszystko, o co prosimy to to, abyś w trakcie czytania tej książki spróbował wstrzymać się na krótko ze swoim osądem i przyjął, że aby zrozumieć, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, ko- nieczne jest bliższe rozpoznanie istoty sytuacji społecznej. Dlaczego ludzie mają tendencje do niedoceniania siły wpływu spo- łecznego? Istnieje bardzo wiele przyczyn; przyjrzymy się im szczegóło- wo w rozdziale 5. Natomiast obecnie należy zauważyć, że skłonność ta tworzy niepożądane nastawienie, które może prowadzić do niekorzyst- nych postaw i zachowań. Jej opanowanie staje się wiec koniecznością. Jednym z głównych problemów związanych z taką tendencja jest to, iż tworzy ona poczucie fałszywego bezpieczeństwa. Prawdę mówiąc, sy- stematycznie nie doceniając siły wpływu społecznego, intensyfikuje- my ryzyko, że jej ulegniemy. Na przykład, kiedy próbujemy wyjaśnić, dlaczego ludzie robią odrażające bądź dziwaczne rzeczy — takie jak ci w Jonestown czy Waco, którzy odbierają życie sobie i swoim dzieciom — pociągapce i wygodne jest opisanie ofiar jako ludzi niepełnowarto- ściowych. Pozostałym daje to poczucie, iż nam nigdy nie może się to przydarzyć — co wzmaga naszą własną podatność na wpływ społecz- ny. Ponadto nie doceniając w pełni siły oddziaływania sytuacji, jeste- śmy skłonni do nadmiernego upraszczania złożonych okoliczności; takie uproszczenie obniża nasze zrozumienie przyczyn wielu ludzkich za- chowań, Między innymi może to prowadzić do zawstydzania ofiar — jak to się stało po tragedii w Jonestown — w sytuacjach, gdy jedno- stka była zdominowana przez siły społeczne, którym trudno się było oprzeć. Poniżej przedstawiamy przykład takiego nadmiernego uproszczenia. Przyjmijmy, że jest to sytuacja, w której ludzie grają w dwuosobową grę nazwaną „Dylematem więźnia". Mogą wybrać jedną z dwóch strategii; grać rywalizujące, gdy próbują wygrać tyle pieniędzy, ile to tylko mo- żliwe, pewni, że ich partner stracił tyle, ile tylko się dato; lub grac ktf operacyjnie, gdy starają się uzyskać pewność, że zarówno oni, jak i ich partner uzyskają tyle samo. Szczegóły tej gry omówimy w rozdziale 9- Obecnie ważne jest jedynie to, by zwrócić uwagę, że są tu dwie podsta- wowe strategie, które można zastosować, grając w tę grę: rywalizacja albo Cytaty na marginesach Cytaty na marginesach zaczerpnięte z literatury, filozofii, kultury masowej i psychologii ujawniają paralele między kluczowymi koncepcjami i ideami omawianymi w tekście a rzeczywistym życiem. podstawowy błąd atrybucjt: tendencja do przeceniania zachowanie ludzi jest dyspozycji wewnętrznych, ii niedocenianie roli czynników sytuacyjnych Nt.Kto. .lip. « Płyt. •,,^3,1^^^ "^^yy: * *-CW>'Bf w^f^.:' • N^lBBflr . -•< :'?,.'.••'•' •' '' '•...'•. •:•.".•. -..^IteaTy^t^-nwM'' ,.^^:^;^^S»»»»^^? Bieżący słowniczek na marginesach definiuje kluczowe terminy, które zostały wyróżnione w odpowiadających im fragmentach tekstu. Dyofwn* poznawczy a potrzeba podtrzymywnia wmooc«ny 105 na przykład przyjaźń. Lubimy naszych przyjaciół, ufamy im, wyświad- czamy im przysługi. Załóżmy, że jesteś na oficjalnym obiedzie u przy- jaciółki. Przyjaciółka podaje dość dziwnie wyglądającą przekąskę. To nie- zupełnie kawałek ziemniaka, choć wygląda na usmażone. „Co to jest?" pytasz przezornie. „To jest smażony konik polny; naprawdę chciałabym, abyś tego spróbował" — odpowiada przyjaciółka. To sympatyczna dziewczyna i nie chcesz sprawić jej przykrości w obecności innych gości, dlatego bierzesz jednego owada z talerza, wkładasz do ust, przeżuwasz i połykasz. Jak bardzo — twoim zdaniem — będzie ci smakował ten nowy rarytas? Zapamiętaj to, ponieważ będziemy rozwijać ten przykład- Załóżmy, że jesteś gościem na obiedzie w domu kogoś, kogo nie bardzo lubisz. Podaje ci on smażonego konika polnego i mówi, że bardzo chciałby, abyś tego spróbowi. Wkładasz go do ust, przeżuwasz i połykasz. A teraz kluczowe pytanie; w której z tych dwóch sytuacji konik polny bardziej będzie ci smakował? Zdrowy rozsądek mógłby podpowiadać, że konik będzie bardziej smakował, gdy jest polecany przez przyjaciela. Zastanów się jednak nad tym przez chwile. W której sytuacji występuje mniejsze uzasadnienie zewnętrzne? Nie zważając na zdrowy rozsądek, teoria dy- sonansu formułuje przeciwstawne przewidywania. W pierwszym przy- padku, gdy pytasz siebie: „ Dlaczego zjadłem tego obrzydliwego owa- da?", dysponujesz wystarczającym uzasadnieniem: zjadłeś go, poniewa prosiła cię o to twoja dobra przyjaciółka. W drugim przypadku brakuje ci tego rodzaju uzasadnienia. Dlatego musisz znaleźć jakieś swoje włas- ne wyjaśnienie, Musisz przekonać samego siebie, że było to smaczniej- sze niż się spodziewałeś, że prawdę powiedziawszy, to było nawet dobre. Chociaż może się wydawać, że to dość dziwaczny przykład redukcji dysonansu, nie jest tak naciągany, jak mógłbyś sądzić- Philip Zimbardo i jego współpracownicy (1965) rzeczywiście przeprowadzili eksperyment analogiczny do naszego przykładu. W tym eksperymencie proszono re- zerwistów o zjedzenie smażonego konika polnego i przedstawiono to pko część badań nad pożywieniem, które daje szansę przeżycia. Rezer- wiści, którzy zjedli owada na prośbę srogiego, nieprzyjemnego przeło- żonego, polubili koniki polne znacznie bardziej niż ci, którzy zjedli je, spełniając prośbę podziwianego i lubianego przełożonego, ponieważ mieli małe zewnętrzne uzasadnienie dla swoich działań. W konsekwencji przyjęli oni bardziej pozytywną postawę wobec spożycia koników pol- nych, aby usprawiedliwić swoje skądinąd dziwne i wzbudzające dyso- nans zachowanie. .•.^-totetliwyhi^^1-- b«rdzo u A*ro, którym •: w )«kl •poa4b myślimy o iwtocte •potocznym IM Mianem poznania społecznego określa sil; dziedzinę badań nad tym, w jaki sposób ludzie selekcjonup, zapa- i w podejmowaniu decyzji dotyczących rzeczywistości społecznej. Świat społeczny zawiera za dużo informacji. byśmy mogli w całości ją ogarnąć, zinterpretować i uwzglę- dnić w swoim zachowaniu. Radzimy sobie z tym nadmia- rem, stosując metodę oszczędności poznawczej: wy- korzystujemy schematy i heuryfityki wydawania sądów, które pomagają nam zinterpretować zachowania ludzi i sytuacje oraz odpowiednio zareagować. Schenuty to struktury poznawcze, które organizują informacji; według pewnych tematów. Schematy wywierają silny wpływ na to, co z otrzymanej informacji zauważamy, o czym myś- limy i co później pamiętamy. Kiedy spotykamy sytuacje niejednoznaczną, interpretujemy ją zgodnie z naszym schematem. Zwykle łatwiej zauważamy i zapamiętujemy informację odpowiadającą naszym schematom, a lekcewa- żymy i zapominamy informację niezgodna z nimi. Ponie- waż ludzka pamięć ma charakter rekonstrukcyjny, „przy- pominamy sobie" informacje zgodna, z naszymi schema- tami nawet wtedy, gdy nigdy się z nią nie zetknęliśmy. Konsekwencją takiego zniekształcania tego, co spostrzega- my, może być zjawisko wrogich mediów. Polega ono na tym, że każda z antagonistycznych, silnie zaangażowa- nych w coś grup, spostrzega neutralne, zrównoważone przekazy mediów jako sobie wrogie. Ponieważ media nie przedstawiły faktów w jednostronnym ujęciu, które anta- goniści spostrzegają jako prawdziwe, każda z grup jest przekonana, że są, wobec niej negatywnie nastawione. Niekiedy do jednej sytuacji ma zastosowanie wiele schematów; to, którym z nich rzeczywiście się posługu- jemy, może zależeć od doftlepnoici i od wzbudzenia schematu pod wpływem zdarzeń poprzedzających. Schemat może stać się bardziej dostępny w pamięci za sprawa ostatnich myśli i doświadczeń- Te niedawne zda- rzenia mogą zatem wzbudzić określony schemat i spra- wić, że będziemy myśleli o rzeczywistości w sposób z nim zgodny. Poleganie na schematach jest do pewnego stopnia przystosowawcze i funkcjonalne, ale ludzie mogą. być nadgorliwymi teoretykami. Na przykład, jak dowo- dzą badania nad efeklem uporczywo&i, niekiedy upar- swoich przekonań nawet wtedy, kiedy a ich bezpodstawność. Niekiedy znie- nacje w taki sposób, by pasowała do na- r- Przykładem tego jest efekt pierwsieri- wsze wrażenie dotyczące innej osoby pretacje jej dalszego zachowania, które sposób zgodny ze schematem. Wreszcie schematy wpływają również na nasze postępowanie, są podstawa naszego działania. Najbardziej fascynującym tego przykładem jest samospetniajace si; proroctwo: sprawiamy, iż nasze schematy stają się prawdą, nieświa- domie odnosząc się do innych w taki sposób, że ich re- akcja sianowi dla nas potwierdzenie trafności schematu. Poza schematami wykorzystujemy też heurystyki wy- dawania sadów, by poradzić sobie z wielką ilością infor- macji społecznej, z którą mamy do czynienia. Heurystyki są nieformalnymi regułami stosowanymi przez ludzi, by wydawać sądy w sposób szybki i efektywny. Heurysłylu dostępności dotyczy tego, jak łatwo możemy cos przywo- łać na myśl. Ma to istotny wpływ na spostrzeganie przez nas świata. Heuryrtylu repiezenlatywnofci pomaga nam rozstrzygnąć, jak podobna jest jedna rzecz do innej; posłu- gujemy się nią, klasyfikując ludzi bądź sytuacje na podsta- wie ich podobieństwa do przypadków typowych. Gdy wykorzystujemy tę heurystykę, mamy tendencje do igno- rowania informacji o proporcji podstawowe!, to znaczy o apriorycznym prawdopodobieństwie tego, że ktoś lub coś należy do tej kategorii. Ludzie posługują sit; również heurystyka zakolwiczenu/doahMowuii*L Polega ona na tym, że jakaś informacja odgrywa rolę punktu zakotwicze- nia czy punktu wyjściowego dla następnych ocen danego zjawiska. Choć wszystkie trzy heurystyki są użyteczne, mogą one także prowadzić do błędnych wniosków. Rozważyliśmy również stosowanie przez ludzi my- ślowych uproszczeń w wydawaniu sądów dwóch specy- ficznych rodzajów. Po pierwsze, ludzie często popełniają błąd polegający na wnioskowaniu z prób niereprezw- Utywnych, kiedy to dokonują uogólnień na podstawie próbek informacji, o których wiedzą, że są tendencyjne bądź nietypowe. Po drugie, często nietrafne są również nasze oceny związane z przewidywaniem jednej zmien- nej na podstawie innej, czyli inaczej z •zacowaniem wipótzmiennoid. Jeśli spodziewamy się, że pomiędzy dwiema zmiennymi występuje korelacja w świecie spo- łecznym. mamy skłonność do znajdowania świadectw ją potwierdzających, co w elekcie daje kociJcje pozorną. Schematy i heurystyki wydawania sadów istnieją, po- nieważ w większości wypadków są przystosowawcze i funkcjonalne. Jednak posługiwanie się nimi jest zwią- zane z pewnym ryzykiem — niekiedy prowadzą do wysoce nietrafnych wniosków. Dalej, ludzie muszą po- radzić sobie z buiera nadmiernej ufno«ci: są zbyt silnie przeświadczeni o trafności własnych sądów. Na szczęście ostatnie badania pokazują, że niektóre z tych niedostat- ków ludzkiego wnioskowania mogą być skorygowane, zwłaszcza przez kształcenie w zakresie statystyki. Fiske. S. T., Taylor, S- E. (1991). Swial cosnilhn iwiecznej fnychotogii salwspi-iniaią- ceso się proroctw. W:). Brzeziński. |- Siuta (red.) Spił- fecznw kontekst badań psvcholo{;KZnvch i yedagosicmuch. Wybór tekstów. Poznań: Wydawnictwo Naukowe UAM. Skarżyńska, K. PWN, 1981). Spostrzeganie ludzi. War Autorzy starannie dobrali uzupełniającą literaturę do tematów związanych z danym rozdziałem, by studenci mogli kontynuować naukę na własną rękę. Każda z zalecanych pozycji jest opatrzona komentarzem i oceną autorów. [Dodatkowo podano zalecaną literaturę w języku polskim — przyp. red.] 1 J 1 ; Psychologia społeczna zajmuje się badaniem interakcji zachodzących między ludźmi — tym, jak ludzie wiążą się ze sobą, i tym, jak wpływają na siebie. W jaki sposób możemy zrozumieć owe relacje oraz wpływ społeczny? Badając sposób, w jaki ludzie odczuwają, i sposób, w jaki myślą — mówiąc krótko, badając serce i umysł. — Autorzy E Zadaniem psychologa jest zrozumienie i przewidzenie ludzkich zachowań. Poszczególni badacze dążą do tego różnymi drogami. My spróbujemy pokazać, w jaki sposób czynią to psychologowie społeczni. Zacznijmy od kilku przykładów, Niektóre z ludzkich zachowań mogą się wydać ważne, inne zaś trywialne; a bywają i zatrważające. Dla psychologa społecznego wszystkie są interesujące. Czytając poniższe przykłady, spróbuj pomyśleć o tym, w jaki sposób ty byś wyjaśnił opisywane wydarzenia. l. We wczesnych godzinach czerwcowego świtu w 1981 r. mieszkańcy wytwornej dzielnicy Los Angeles usłyszeli, dochodzące z żółtego domu, desperackie tozytó wzywające pomocy. „Proszę, nie zabijaj mnier — krzyczała jakaś kobieta. Niektórzy sąsiedzi mówili później, że słyszeli krzyki maltretowanej i wołania o litość. Jednak nikt nie uczynił nic, by sprawdzić, o co chodzi, bądź by w jakiś sposób pomóc. Nikt nawet nie zadzwonił na policję. Jedna z kobiet, która mieszkała dwa domy dalej, wyszła na'fea|kon, kiedy usłyszała krzyki, ale szybko wróciła do mieszkania. Dwanaście godzin później """'-, do żółtego domu przybyli znajomi, którzy odkryli, iż czworo ludzi zostało brutalnie zamordowanych. Piąta osoba była śmiertelnie ranna i przez dwanaście godzin leżała w sypialni, czekając na próżno, by któryś z sąsiadów się zainteresował i zadzwonił na policję („New York limes", 3 July, 1981). 4 Rozdział 1 Dlaczego sąsiedzi niechętnie udzielają pomocy? Jak sądzisz, dlaczego sąsiedzi nic nie zrobili, słysząc wołanie o pomoc? Zastanów się przez chwilę: jakimi są ludźmi? Czy chciałbyś ich mieć za przyjaciół? Czy zatrudniłbyś którąś z tych sąsiadek jako opiekunkę do swojego dziecka? 2. Jedna z naszych studentek, Sally, opowiedziala nam o następującym wydarzeniu. Oglądała telewizję wraz z kilkoma znajomymi, gdy ważne przemówienie polityczne wygłaszał prezydent Clinton. Sally po raz pierwszy od czasu kampanii prezydenckiej widziała prezydenta Clintona w akcji i wystąpienie to wywarło na niej pozytywne wrażenie. Dzięki temu prezydent „urósł" w jej oczach; Sally czuła, iż jest prawy, szczery i prostolinijny. Po zakończeniu przemówienia jej przyjaciółka, Melinda, powiedziała: „Chłopie, aleś fałszywy. Nie powierzyłabym temu facetowi nawet złamanego szeląga, nie mówiąc o narodzie. Nie dziwię się, że nazywają go Gładki Willi!" Inni szybko się z nią zgodzili, podzielając argumentację. Sally poczuła się zaniepokojona i była szczerze zdumiona. W końcu wymamrotała: „Taak, sądzę, że wypadł trochę nieszczerze". Jak myślisz, co się stało z Sally? 3. Mamy przyjaciela. Nazwijmy go Charlie. Jest w średnim wieku, a pracuje jako kierownik w jednym z towarzystw przygotowujących oprogramowanie komputerowe. Przed wielu laty Charlie studiował na wielkim uniwersytecie Środkowego Zachodu i był tam członkiem pewnego stowarzyszenia. Nazwijmy je Delta Nu. Przypomina sobie, iż aby się nim stać, przechodził przez bardzo surowe i niebezpieczne rytuały inicjacyjne wierząc, że członkostwo jest tego warte. Choć był bardzo przestraszony inicjacją, kochał tych, którzy byli z nim stowarzyszeni, i był dumny, że jest członkiem Delta Nu — z pewnością najlepszego ze wszystkich stowarzyszeń. Kilka lat temu jego syn. Sam, wstąpił na ten sam uniwersytet. Charlie nalegał, aby Sam złożył ślubowanie w Delta Nu: „To znaczące stowarzyszenie, zawsze przyciąga sporą rzeszę członków. Naprawdę to pokochasz". Sam rzeczywiście złożył ślubowanie wobec Delta Nu i został przyjęty. Charlie odetchnął z ulgą, gdy dowiedział się, że syn nie musiał przechodzić przez procedurę surowej inicjacji, by stać się członkiem stowarzyszenia; czasy były inne i o inicjacji zapomniano. Gdy w okresie przerwy świątecznej Sam przyjechał do domu, Charlie zapytał go o stowarzyszenie. „Myślę, że wszystko w porządku — odpowiedział — lecz większość moich przyjaciół do niego nie należy". Charlie był zdumiony. Jak to się dzieje, iż Charlie był tak rozkochany w swoich stowarzyszonych braciach, a Sam nie? Czy zanikły standardy starej Delta Nu? Czy stowarzyszenie przyjmuje teraz mniej pożądaną grupę młodych ludzi niż w czasach Charliego? A może jest to po prostu jedna z tych rzeczy, które nie dają się wyjaśnić? Co o tym myślisz? 4. W połowie lat siedemdziesiątych kilkuset członków sekty religijnej, Świątynia Ludu z Kalifornii, wyemigrowało do Gujany pod przewodnictwem swego proroka, wielebnego Jima Jonesa. Ich celem było utworzenie modelu międzyrasowej społeczności, nazwanej Jonestown, a opartej na „miłości, ciężkiej pracy i oświeceniu duchowym". W listopadzie 1978 r. kongresman z Kalifornii, Leo Ryan, poleciał do Jonestown w celu przeprowadzenia Wprowadzenie do psychologii społecznej śledztwa, czy niektórzy członkowie sekty nie są tam przetrzymywani wbrew ich woli. Odwiedził komunę i stwierdził, iż wielu mieszkańców pragnie wraz z nim wrócić do Stanów. Wielebny Jones wyraził zgodę na ich odejście, lecz kiedy Ryan znalazł się na pokładzie samolotu, on i kilku członków delegacji zostało ostrzelanych i zabitych przez wyznawców Świątyni Ludu, najwyraźniej na rozkaz Jonesa. Słysząc, że kilka osób z delegacji Ryana zdołało zbiec, Jones poczuł się zniechęcony i zaczął przemawiać do pozostałych wiernych, zapewniając ich o pięknie śmierci i ponownym spotkaniu się wszystkich w innym świecie. Mieszkańcy zgromadzili się wokół zbiornika zawierającego mieszaninę cyjanku. Według tych, co przeżyli, prawie wszyscy dobrowolnie wypili śmiertelny roztwór. Rodzice podali truciznę blisko 80 dzieciom i niemowlętom, a następnie sami ją wypili. Zmarło ponad 800 osób, łącznie z wielebnym Jonesem. Jak to się dzieje, że ludzie zgadzają się zabić siebie i swoje dzieci? Czy oszaleli? Czy byli pod wpływem jakichś oddziaływań hipnotycznych? Jak byś to wyjaśnił? Dlaczego mieszkańcy Los Angeles zignorowali wołania dobiegające z żółtego domu, mimo że mogli zapobiec tragedii? Dlaczego Sally zmieniła swą opinię dotyczącą wiarygodności nowego prezydenta i przychyliła się do opinii znajomych? Dlaczego Charlie polubił swych braci ze stowarzyszenia znacznie bardziej niż Sam? W jaki sposób wielka liczba ludzi w Jonestown została nakłoniona do zabicia swoich dzieci i samych siebie? W rozdziale tym próbujemy ustalić, co łączy te przykłady i dlaczego interesują one psychologów społecznych. Psychologia społeczna bada to, co się dzieje w sercach i umysłach istot ludzkich. Mimo wielu różnic przykłady te mają jedną cechę wspólną: zja- wisko nazwane wpływem społecznym. Tak czy inaczej myśli, uczucia bądź zachowania ludzi są wywoływane przez innych. Jest to centralne zagadnienie psychologii społecznej, którą można określić jako naukowe badanie sposobu, w jaki na ludzkie myśli, uczucia i zachowania wpływa rzeczywista bądź wyobrażona obecność innych (Allport, 1985). Ale co dokładnie rozumiemy przez określenie „wpływa"? Pierwszymi przykła- dami, które przychodzą na myśl, są bezpośrednie próby perswazji, gdy ktoś usiłuje rozmyślnie zmienić nasze zachowanie. To właśnie dzieje się w trakcie kampanii reklamowej wykorzystującej wyrafinowane techniki po to, by skłonić nas do kupna określonego rodzaju pasty do zębów lub proszku do prania. Szczególnie obecne jest to w trakcie kampanii wybor- czej stosującej podobne techniki po to, by skłonić do głosowania na okre- ślonego kandydata. Z bezpośrednimi próbami perswazji mamy też do czynienia wówczas, gdy nasi przyjaciele usiłują namówić nas do zrobienia czegoś, czego nie chcemy („No chodź, strzelimy sobie jeszcze jednego — wszyscy to robią"), lub gdy tyrani ze szkolnego podwórka stosują siłę albo groźby, by zmusić mniejsze i mniej agresywne dzieci do podzielenia się z nimi pieniędzmi przeznaczonymi na drugie śniadanie, lub do zgody na odpisanie pracy domowej. Te bezpośrednie próby wywarcia wpływu na zachowania ludzi sta- nowią główny przedmiot zainteresowań psychologii społecznej i zostaną przedstawione w następnych rozdziałach poświęconych konformizmowi, postawom i procesom grupowym. Jednak dla psychologa społecznego wpływ społeczny to sprawa szersza niż usiłowania jednego człowieka psychologia społeczna: naukowe badanie sposobu, w jaki rzeczywista bądź wyobrażona obecność innych ludzi wywiera wpływ na ludzkie myślenie, odczuwanie i zachowania Mimo wszelkich przeszkód spośród wszystkich gatunków jesteśmy najtrwalej i najbardziej obsesyjnie społeczni, bardziej od siebie zależni niż sławne owady społeczne, a prawdę mówiąc, gdy się nam przyjrzysz, to nieskończenie bardziej obdarzeni wyobraźnią i smykałką do życia społecznego. — Lewis Thomas The Medusa and the Snail 6 Rozdział 1 konstrukt: sposób, w jaki ludzie spostrzegają, pojmują i interpretują świąt społeczny zmierzające do zmiany zachowania kogoś drugiego. Po pierwsze, nie tyl- ko zachowanie, lecz również nasze myśli i odczucia są spowodowane przez innych. Po drugie, wpływ społeczny przybiera wiele form, a nie tylko postać umyślnych prób podejmowanych przez innych, by zmienić nasze zachowanie. Jak zauważono wcześniej, na ludzi często oddziałuje wyobrażona lub zakładana obecność innych. Nawet kiedy inni nie są fizycznie obecni pośród nas, ciągle wywierają swój wpływ; tak więc, w jakimś sensie, nosimy w sobie nasze matki, naszych ojców, przyjaciół czy nauczycieli, gdy próbujemy podjąć decyzje, które pozwolą, by byli z nas dumni. Na bardziej subtelnym poziomie każdy z nas działa w określonym społecznym i kulturowym kontekście. Psychologowie społeczni są zainteresowani badaniem tego, jak i dlaczego nasze myśli, uczucia i zachowania są kształtowane przez te wewnętrzne środowiska społeczne — ich definicje są szerokie — i co się dzieje, gdy jedno z tych oddziaływań pozostaje w konflikcie z innym. Spójrzmy na sytuację, gdy młodzi ludzie rozpoczynają studia. Większość z nich od czasu do czasu przeżywa konflikt między przekonaniami i wartościami, które przyswoili sobie w domu, a przekonaniami i wartościami, które są wyrażane przez ich nauczycieli lub rówieśników. Gdy tak się stanie, jak sobie z tym radzisz? Jak zobaczymy za chwilę, dyscypliny nauki takie, jak antropologia czy socjologia również interesuje to, jak na istoty ludzkie oddziałuje ich śro- dowisko społeczne. Psychologia społeczna różni się jednak od nich pod wieloma względami. Po pierwsze, nie zajmuje się sytuacjami społecznymi w jakimkolwiek obiektywnym sensie, lecz tym, jaki wpływ wywiera na ludzi sformułowana przez nich interpretacja czy też konstrukt tego spo- łecznego otoczenia. Oznacza to, podkreślają psychologowie społeczni, że aby zrozumieć, w jaki sposób otoczenie społeczne wywiera wpływ na daną osobę, ważniejsze jest wyjaśnienie tego, jak ludzie spostrzegają, poj- mują czy interpretują swoje otoczenie niż obiektywny obraz otaczającego ich środowiska (Lewin, 1943). Weźmy za przykład Jasona — studenta szkoły wyższej, który będąc nieśmiałym, z daleka uwielbia Debbie. Twoim zadaniem, zadaniem począt- kującego psychologa społecznego, jest przewidzieć, czy Jason zaprosi De- bbie na tańce. Mógłbyś to zrobić, obserwując zachowanie Debbie wobec Jasona. Czy zwraca na niego uwagę i dużo się do niego uśmiecha? Jeśli tak, to przypadkowy obserwator mógłby przyjąć, że Jason ją zaprosi. Jed- nak jako psycholog społeczny jesteś bardziej zainteresowany tym, by spoj- rzeć na Debbie oczami Jasona — a więc tym, w jaki sposób Jason inter- pretuje zachowanie Debbie. Jeśli ona uśmiecha się do niego, czy potraktuje to wyłącznie jako wyraz grzeczności, rodzaj uprzejmości, którą obdarza każdego ze swych adoratorów? Czy też odbierze ten uśmiech jako wyraz zachęty, coś, co skłoni go do zebrania całej swej odwagi, by poprosić ją o spotkanie? Jeśli natomiast dziewczyna go ignoruje, to czy Jason dojdzie do wniosku, że gra ona rolę „trudnej do zdobycia"? Czy może raczej uzna, iż jest to wyraz braku jej zainteresowania dla niego? By przewidzieć, jak postąpi Jason, nie wystarczy szczegółowo poznać zachowanie Debbie; ko- nieczna jest wiedza o tym, jak Jason je interpretuje. Psychologowie społeczni doceniają doniosłość tego, w jaki sposób lu- dzie interpretują świat społeczny, jednak szczególną uwagę zwracają na źródła interpretacji. Na przykład, czy ludzie konstruując swe środowisko, koncentrują się głównie na formułowaniu interpretacji, które pokazują Wprowadzenie do psychologii społecznej Dla psychologów społecznych obiektywny stan rzeczy jest mniej ważny niż zrozumienie, w jaki sposób ludzie konstruują (tzn. spostrzegają albo interpretują) rzeczywistość. Problem polega na tym, aby uwolnić się od spostrzegania nas jako tych, którzy mają lewe zarobki, ale nie od tych zarobków. ich w bardziej pozytywnym świetle (np. Jason jest przekonany, że „Debbie pójdzie na tańce z Erikiem, ponieważ próbuje wzbudzić we mnie za- zdrość") czy też tworzą bardziej adekwatne interpretacje, nawet jeśli są one dla nich mniej pochlebne (np. „Choć to bolesne dla mnie, muszę uznać, iż Debbie woli się wybrać na tańce z tym morskim ślimakiem niż ze mną")? Sporo badań w psychologii społecznej zostało poświęconych tym i innym determinantom ludzkich myśli i zachowań. Szerzej pomó- wimy o nich w dalszej" części tego rozdziału. Inną znaczącą cechą psychologii społecznej jest to, iż ta nauka testuje empirycznie swe założenia, przypuszczenia i idee dotyczące społecznego zachowania człowieka, a nie polega tylko na mądrości ludowej, zdrowym rozsądku czy odwoływaniu się do opinii bądź intuicji filozofów, pisarzy, politycznych luminarzy, babć czy innych mądrych osób. Większość stu- dentów, myśląc o nauce eksperymentalnej, ma na uwadze nauki przy- rodnicze takie, jak biologia czy chemia — kobiety i mężczyźni w białych laboratoryjnych kitlach dokonują sekcji żab lub mieszają odczynniki w zlewce. Pomysł, że psychologowie społeczni przeprowadzają szczegó- łowo zaplanowane i dobrze kontrolowane eksperymenty dotyczące za- chowania ludzi, nie jest czymś, co łatwo kojarzy się z eksperymentami. Szczerze mówiąc, psychologia społeczna nie różni się niczym od takich nauk eksperymentalnych, jak biologia czy chemia. Psychologowie społe- czni, usiłując przewidzieć zachowanie wysoce złożonego, skomplikowane- go organizmu, stają w obliczu szczególnego łańcucha wyzwań, próbując 8 Rozdział 1 znaleźć odpowiedzi na ważne pytania — takie jak te o przyczyny agresji, o uprzedzenia i atrakcyjność lub o to, dlaczego pewne rodzaje reklamy politycznej działają skuteczniej niż inne. Sposób, w jaki zajmujący się eksperymentowaniem psychologowie społeczni podchodzą do tych za- dań, zostanie przedstawiony w toku tej książki, a przeanalizowany szcze- gółowo w rozdziale 2. Niniejszy rozdział w większości jest poświęcony rozszerzeniu zagad- nień zasygnalizowanych wcześniej, a mianowicie czym jest psychologia społeczna i co ją różni od innych, pokrewnych dyscyplin. Dobrym po- czątkiem niech będzie ukazanie, czym psychologia społeczna nie jest. Psychologia społeczna a mądrość ludowa i filozofia Spójrzmy powtórnie na zaprezentowane wcześniej przykłady. Dlaczego ludzie zachowali się tak, a nie inaczej? Jednym ze sposobów udzielenia odpowiedzi na to pytanie byłoby po prostu zapytać te osoby. Moglibyśmy więc zapytać mieszkańców Los Angeles, dlaczego nie wezwali policji; zo- rientować się, co spowodowało zmianę opinii Sally o Billu Clintonie. Po- jawiający się tu problem sprowadza się do tego, że ludzie nie zawsze są świadomi źródeł swych reakcji (Nisbett, Wilson, 1977). Jest, na przykład, bardzo mało prawdopodobne, by owi sąsiedzi dokładnie wiedzieli, dla- czego poszli spać, nie wzywając policji. Mądrość ludowa. Alternatywnie moglibyśmy polegać na mądrości starców i mędrców. Filozofowie, opiniodawcy czy pisarze mogą wiele interesującego powiedzieć o takich sytuacjach, a jeśli nie oni, to z pew- nością nasze babcie. Taka mądrość jest powszechnie określana jako zdro- wy rozsądek. Weźmy przykład, gdy ludzie nie interweniują w sytuacjach wymagających udzielenia pomocy innym — tak jak to było w przypadku mieszkańców Los Angeles, którzy zignorowali wezwania o pomoc do- chodzące z żółtego domu. Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że muszą oni mieć jakieś wady osobowościowe: z pewnością normalny, zaniepoko- jony człowiek postanowiłby wykonać tak niewielki krok, jakim jest zate- lefonowanie na policję. Podobnie pomyślmy o masowym samobójstwie w Jonestown, które przyciągnęło uwagę mediów. Wyjaśnienia rozciągały się od analizy tzw. diabolicznej, mesjanistycznej i osobistej władzy Jima Jonesa do spekulacji orzekającej, że ludzie, których przyciągnął do swo- jego kultu, musieli posiadać jakieś nieprawidłowości osobowościowe i dą- żyć do samodestrukcji. Historia ma tendencję do powtarzania się. Gdy piszemy te słowa, podobny ciąg teorii wysnuwa się przy okazji pożaru w Waco w Teksasie, gdzie osiemdziesięciu sześciu wyznawców apoka- liptycznego kultu, znanego jako Sekta Dawidowców, odebrało życie sobie i swoim dzieciom. I wtedy, i teraz owe spekulacje są prawie w całości nieprawdziwe lub, w najlepszym razie, nadmiernie uproszczone. Nie osądzajcie nas źle. Jesteśmy przekonani, że o zachowaniu społe- cznym możną się sporo dowiedzieć od filozofów, opiniodawców, pisarzy czy babć — i w tej książce będziemy często czerpali cytaty ze wszystkich tych źródeł (z wyjątkiem naszych babć). Jednakże odwoływanie się do nich wiąże się z pewną trudnością: stosunkowo często nie zgadzają się one między sobą i nie jest łatwo określić, które z nich są prawdziwe. Zobaczmy, co mądrość ludowa ma do powiedzenia o czynnikach, które Wprowadzenie do psychologii społecznej 9 decydują o tym, jak bardzo lubimy innych ludzi. Z jednej strony wiemy, ze „ptaki z tego samego gniazda trzymają się razem". Skłania nas to do przypomnienia sobie wszystkich tych przypadków, gdy darzymy sym- patią i przebywamy wśród ludzi, którzy mają to samo pochodzenie i zain- teresowania. Niemniej czasem pociąga nas coś wręcz przeciwnego. Cóż jest więc prawdziwe? Podobnie, czy wierzymy w to, iż „Co z oczu, to i z myśli", że „Nie- obecność sprawia, iż serce nabrzmiewa czułością", że „Nienawiść pusto- szy" lub iż „Niezdecydowany jest ostatni"? I kto potrafi powiedzieć, czy masakra w Jonestown wydarzyła się dlatego, że: a) wielebnemu Jonesowi udało się, ponieważ przyciągnął do siebie ludzi znajdujących się w stanie depresji; b) jedynie ludzie z tendencjami do samodestrukcji dołączają do wyznań kultowych; c) Jones był tak silną, mesjanistyczną i charyzmatycz- ną osobą, że nikt — nawet silna, niedepresyjna jednostka jak ty lub ktoś z nas — nie oparłby się jego wpływowi; d) ludzie, którzy odcinają się od społeczeństwa, są szczególnie podatni na wpływ społeczny; e) wystą- piły tu wszystkie te powody jednocześnie; f) żadne z powyższych tłuma- czeń tego nie wyjaśnia? Filozofia. Zamiast polegać na mądrości ludowej i przysłowiach, być może powinniśmy zwrócić się do filozofów i innych wielkich myślicieli, aby uzyskać odpowiedź na pytania o ludzką naturę i konsekwencje wpły- wu społecznego. W historii psychologii filozofią stanowiła istotne źródło wglądu w naturę ludzką. Jest wielu filozofów, którzy dołączyli do psy- chologów, by wspólnie odpowiedzieć na ważne psychologicznie pytania o istotę świadomości (np. Dennett, 1991) czy o to, jak ludzie formułują przekonania dotyczące świata społecznego (np. Gilbert, 1991). Czasem jednak nie zgadzają się ze sobą również wielcy myśliciele i trudno jest określić, który z nich ma rację. Aby uzyskać jednoznaczne ustalenia, psychologowie społeczni — stawiając wiele takich samych pytań jak filozofowie i twórcy mądrości ludowej — usiłują rozstrzygnąć je naukowo. Tak jak fizyk realizuje eks- perymenty, które testują hipotezy dotyczące natury świata fizycznego, tak psychologowie społeczni przeprowadzają eksperymenty, by przete- stować hipotezy dotyczące natury świata społecznego. Główną przyczy- ną sprawiającą, iż aforyzmy ludowe niejednoznacznie określają, jakich ludzi lubimy i jaki jest związek między nieobecnością ą sympatią, jest to, że istnieją zarazem warunki powodujące, iż ptaki z tego samego gniazda latają razem, jak i takie, które sprawiają, że przeciwieństwa się przyciągają; podobnie pewne warunki doprowadzają do tego, że nie- obecność sprawia, iż serce nabrzmiewa czułością, inne natomiast, iż co z oczu, to i z myśli. Tak więc oba wyjaśnienia są prawdziwe. Ale czy wystarczająco dobre? Niezupełnie. Ponieważ, jeśli naprawdę chcemy zrozumieć ludzkie zachowanie, to nie wystarczy nam wiedzieć, że oba wyjaśnienia są prawdziwe. Jednym z zadań psychologa społecznego jest zaprojektowanie wystarczająco wyrafinowanego eksperymentu, aby stworzyć specyficzne sytuacje, które pozwolą wyjaśnić, co w danym przypadku jest zasadne. Wzbogaca to zrozumienie natury ludzkiej i po- zwala formułować dokładniejsze przewidywania, gdy znamy już klu- czowe elementy dominującej sytuacji. W rozdziale 2 omówimy bardziej szczegółowo naukowe metody badań stosowane przez psychologów społecznych. 10 Rozdział 1 Psychologia społeczna a inne nauki społeczne Zainteresowanie zachowaniem społecznym jest wspólne wielu innym dyscyplinom z kręgu nauk społecznych, jak socjologia, ekonomia i nauki polityczne. Każda z nich zajmuje się wpływem czynników społecznych i socjalnych na ludzkie zachowanie. Istnieją jednak istotne różnice między psychologia społeczną a innymi naukami społecznymi, spowodowane analizowaniem tych samych zjawisk na różnych poziomach. Psychologia społeczna jest częścią psychologii, toteż jej zainteresowania koncentrują się na poszczególnych jednostkach, kładąc nacisk na psychologiczne pro- cesy przebiegające w sercu i umyśle. Na przykład, aby zrozumieć, dlacze- go ludzie ranią się wzajemnie w sposób zamierzony, psychologowie spo- łeczni interesują się procesami psychologicznymi uruchamiającymi agre- sję. Do jakiego stopnia agresja jest poprzedzona stanem frustracji? Czy frustracja jest do tego konieczna? Jeżeli ludzie czują się sfrustrowani, to w jakich warunkach pofolgują sobie poprzez otwarte, agresywne działa- nia? Jakie czynniki mogą przeszkodzić sfrustrowanej jednostce w agresyw- nym zareagowaniu? Czy poza frustracją również inne czynniki mogą spo- wodować agresję? (Odpowiedzi na te pytania zawarte są w rozdziale 12). Inne nauki społeczne są bardziej skoncentrowane na czynnikach so- cjalnych, ekonomicznych, politycznych i historycznych, które wpływają na ludzkie zachowanie. Socjologia, na przykład, interesuje się takimi za- gadnieniami, jak: klasa społeczna, struktura społeczna i instytucje społe- czne. Nie mówi się przy tym, że ponieważ społeczeństwo tworzą ludzie, z konieczności więc występuje nakładanie się obszarów zainteresowań socjologii i psychologii społecznej. Główne różnice są następujące: socjo- logia, nie zajmując się psychologią jednostki, zmierza do koncentracji na skali makro — tej, która dotyczy całego społeczeństwa. Choć socjologo- wie, tak jak psychologowie społeczni, interesują się zachowaniem agre- sywnym, istnieje większe prawdopodobieństwo, iż socjologowie zajmą się tym, dlaczego w poszczególnych społecznościach występują różne po- ziomy i rodzaje agresji wśród jej członków. Albo dlaczego wskaźnik mor- derstw w Stanach jest znacznie wyższy niż w Kanadzie? A w obrębie Stanów — dlaczego wskaźnik morderstw występujący w pewnych kla- sach społecznych jest wyższy niż w innych? W jaki sposób zmiany spo- łeczne są związane ze zmianami w agresywnym zachowaniu? Różnica między psychologią społeczną a innymi naukami społecz- nymi, odnosząca się do analizowanego poziomu zjawiska, odzwierciedla inną różnicę — to, co próbują one wyjaśnić. Celem psychologii społe- cznej jest określenie uniwersalnych właściwości natury ludzkiej, które powodują, iż każdy — niezależnie od klasy społecznej czy kultury — jest podatny na wpływ społeczny. Zakłada się, na przykład, że prawa rządzące relacjami między frustracją a agresją są prawdziwe dla wię- kszości ludzi, a nie tylko dla członków jakiejś klasy społecznej, grupy wiekowej czy rasy. Psychologia społeczna jest młodą nauką, która do niedawna rozwijała się głównie w Stanach Zjednoczonych; powoduje to, że wiele jej ustaleń nie zostało jeszcze przetestowanych w innych kulturach, by stwierdzić, czy rzeczywiście są one uniwersalne. Celem psychologów społecznych jest dotarcie do takich praw. Toteż stopnio- wo, gdy metody i teorie sformułowane przez amerykańskich psycho- logów społecznych są przejmowane przez psychologów społecznych z Europy, Azji, Afryki, Środkowego Wschodu i Ameryki Południowej, Wprowadzenie do psychologii społecznej 11 dowiadujemy się coraz więcej o tym, w jakiej mierze te prawa są uni- wersalne. W kolejnych rozdziałach przedstawimy przykłady takich mie- dz ykulturowych badań. Psychologia społeczna a psychologia osobowości W obrębie psychologii występują także inne dyscypliny, które — jak psy- chologia społeczna — interesują się badaniem jednostek i tego, dlaczego działają one tak, a nie inaczej; najważniejszą z nich jest właśnie psycho- logia społeczna. Ponieważ psychologia osobowości i psychologia społe- czna mają ze sobą wiele wspólnego, pomocna mogłaby być próba okre- ślenia, czym się różnią psychologia społeczna i psychologia osobowości w swym podejściu i zainteresowaniach. Jeśli postępujesz jak większość ludzi, to analizując przykłady przed- stawione na początku tego rozdziału i myśląc o nich jako o zdarzeniach, które już zaszły, zaczynasz się na wstępie zastanawiać nad siłą, słabymi punktami czy kaprysami osobowości zaangażowanych w to uczestników. Gdy ludzie zachowują się intrygująco lub dziwacznie, naturalna jest próba ustalenia tego, jakie to elementy ich osobowości wyzwalają u nich obser- wowane zachowania. Dlaczego mieszkańcy Los Angeles nie wezwali po- licji, kiedy słyszeli wołanie o pomoc? Większość z nas zakłada, iż przy- czyną była ich osobowość lub zadziałał kaprys, który spowodował, że nie udzielili pomocy. Co to mogło być? Niektórzy z nas są szefami, inni zaś podwładnymi; niektórzy są zuchwali, a inni nieśmiali; są tacy, co działają społecznie, i są egoiści. Tak to właśnie wygląda. A gdyby pomy- śleć inaczej: jak byś odpowiedział na pytanie, czy chciałbyś, aby byli oni twymi przyjaciółmi lub opiekunkami twoich dzieci? Psychologowie zajmujący się osobowością zasadniczo koncentrują swoją uwagę na różnicach indywidualnych jako wyjaśnieniach zachowa- nia społecznego. Na przykład, by wyjaśnić, dlaczego ludzie w Jonestown pozbawili życia siebie i swoje dzieci, wypijając truciznę, wydaje się na- turalne zwrócenie uwagi na ich osobowości. Być może wszyscy oni byli typami konformistycznymi lub mieli słabą wolę; a może byli chorzy psy- chicznie. Psychologowie społeczni sądzą, że takie podejście wzbogaca nie- co naszą wiedzę o zachowaniu człowieka, jednak próba wyjaśnienia głów- nie w terminach czynników osobowościowych prowadzi do istotnego nie- doceniania roli głównego źródła ludzkiego zachowania — wpływu spo- łecznego. W tym kontekście ważne jest, by pamiętać, iż to nie garstka osób popełniła samobójstwo w Jonestown, lecz prawie 100% mieszkańców tej wioski. Można sobie wyobrazić, że wszyscy byli psychotykami, jednak jest to wysoce nieprawdopodobne. Bardziej uzasadniona staje się konie- czność zrozumienia siły i wpływu tak charyzmatycznego człowieka jak Jim Jones i tego, co powoduje, że różne osoby stają się tak podatne na ów wpływ (zob. ryć. 1.1). Te dwa różne podejścia można najlepiej zilustrować, koncentrując się na bardziej codziennym przykładzie. Przypuśćmy, iż zatrzymałeś się w przydrożnej restauracji na kawę i kawałek ciasta. Przychodzi kelnerka, by przyjąć zamówienie, jednak ty masz trudności z wyborem ciastka. Gdy się zastanawiasz, kelnerka niecierpliwie postukuje długopisem w bloczek zamówień, spogląda w sufit, patrzy na ciebie wilkiem, aż wreszcie wy- rzuca z siebie: „Och, nie mogę tu w końcu spędzić całego dnia!" różnice indywidualne: składniki osobowości, które odróżniają nas od innych ludzi 12 Rozdział 1 RYCINA 1.1. Psychologia społeczna a dyscypliny Jakie są twoje wnioski dotyczące tego wydarzenia? W konfronta- cji z taką sytuacją większość ludzi sądzi, że kelnerka jest niegodziwą lub nieprzyjemną osobą. Przypuśćmy jednak, że jest ona samotną matką i nie spała całą noc z powodu płaczu swego najmłodszego dziecka, któ- re cierpi na bolesną śmiertelną chorobę; że jej samochód został rozbity w drodze do pracy, ona zaś nie ma pojęcia, skąd wziąć pieniądze na jego naprawę; że kiedy wreszcie przyszła do restauracji, dowiedziała się, iż jej współpracownik jest zbyt pijany, by pracować, co wymaga od niej obsługi dwukrotnie większej liczby stołów niż zwykle; że szybkie ze- branie zamówienia dla kuchni powstrzymuje pretensje kucharza pod jej adresem. Być może, dysponując całością tej informacji, zrewidował- byś swój sąd i doszedłbyś do wniosku, że to niekoniecznie zła osoba — nie różni się od innych, lecz jedynie znajduje się w stanie niezwykłego stresu. Faktem jednak pozostaje, że próbując znaleźć wyjaśnienie czyje- goś zachowania w złożonej sytuacji, większość ludzi stwierdzi, iż mia- ło ono wiele wspólnego z osobowością tych, którzy tam działali. I ten fakt — często pomijany — jest ważny dla psychologa społecznego, ja- ko że ma to duży wpływ na zachowania ludzi w kontaktach z innymi. Wracając do powyższego przykładu — sposób, w jaki zareagujesz na kelnerkę, jest wyrazem tego, jak interpretujesz jej zachowanie względem siebie. Podsumowując, aby wyjaśnić zachowanie społeczne, psychologia spo- łeczna sytuuje się między jej najbliższymi kuzynami: socjologią i psycho- logią osobowości. Z socjologią dzieli zainteresowanie sytuacyjnymi i so- cjalnymi czynnikami wpływającymi na zachowanie, lecz koncentruje się bardziej na psychologicznej strukturze jednostek, która powoduje, iż stają się one podatne na wpływ społeczny. Tak jak i psychologia osobowości kładzie nacisk na psychologię jednostki, koncentrując się jednak nie tyle na tym, co ludzi różni od siebie, ile na takich procesach psychologicznych, które obecne u większości ludzi sprawiają, że są oni podatni na wpływ społeczny. Takie podejście satysfakcjonuje, oczywiście, jedynie w takim zakresie, w jakim wpływy społeczne rzeczywiście kształtują ludzkie zachowanie. Gdyby każdy poszedł swoją własną drogą, niepodatny na to, co inni robią lub myślą, wówczas nie potrzebowalibyśmy nauki nazwanej psychologią społeczną. Nie ulega jednak wątpliwości, że inni na nas wpływają. Jednak siła i rozmiar tego wpływu — jak zobaczymy — nie zawsze są łatwo dostrzegalne. Wprowadzenie do psychologii społecznej 13 Próbując przekonać ludzi, że na ich zachowanie wpływa wydatnie oto- czenie społeczne, psycholog staje przed potężną przeszkodą: skłonnością, którą wszyscy podzielamy, do wyjaśniania zachowania w terminach oso- bowościowych (jak w przytoczonym wcześniej przykładzie kelnerki). Za- gadnienie to było omawiane przez wielu psychologów społecznych, naj- dobitniej jednak przez Fritza Heidera (1958), E.E. Jonesa (1979) i Lee Rossa (1977). Ross traktuje to jako podstawowy błąd atrybucji lub tendencję do wyjaśniania własnego zachowania oraz zachowania innych wyłącznie w terminach cech osobowości, przy niedocenianiu siły wpływu społecz- nego. Z powodu tendencji do przeoczania tej siły jesteśmy, jako autorzy niniejszej książki, w pełni świadomi, że stajemy w obliczu konieczności podjęcia uciążliwej walki. Jeśli jesteś jak większość ludzi, to spotykając się po raz pierwszy z przykładami zachowania społecznego, będziesz miał tendencję do wyjaśnienia tego zachowania w terminach osobowości osób w to zaangażowanych. Wszystko, o co prosimy, to to, abyś w trakcie czytania tej książki spróbował wstrzymać się na krótko ze swoim osądem i przyjął, że aby zrozumieć, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, ko- nieczne jest bliższe rozpoznanie istoty sytuacji społecznej. Dlaczego ludzie mają tendencję do niedoceniania siły wpływu spo- łecznego? Istnieje bardzo wiele przyczyn; przyjrzymy się im szczegóło- wo w rozdziale 5. Natomiast obecnie należy zauważyć, że skłonność ta tworzy niepożądane nastawienie, które może prowadzić do niekorzyst- nych postaw i zachowań. Jej opanowanie staje się więc koniecznością. Jednym z głównych problemów związanych z taką tendencją jest to, iż tworzy ona poczucie fałszywego bezpieczeństwa. Prawdę mówiąc, sy- stematycznie nie doceniając siły wpływu społecznego, intensyfikuje- my ryzyko, że jej ulegniemy. Na przykład, kiedy próbujemy wyjaśnić, dlaczego ludzie robią odrażające bądź dziwaczne rzeczy — takie jak ci w Jonestown czy Waco, którzy odbierają życie sobie i swoim dzieciom — pociągające i wygodne jest opisanie ofiar jako ludzi niepełnowarto- ściowych. Pozostałym daje to poczucie, iż nam nigdy nie może się to przydarzyć — co wzmaga naszą własną podatność na wpływ społecz- ny. Ponadto nie doceniając w pełni siły oddziaływania sytuacji, jeste- śmy skłonni do nadmiernego upraszczania złożonych okoliczności; takie uproszczenie obniża nasze zrozumienie przyczyn wielu ludzkich za- chowań. Między innymi może to prowadzić do zawstydzania ofiar — jak to się stało po tragedii w Jonestown — w sytuacjach, gdy jedno- stka była zdominowana przez siły społeczne, którym trudno się było oprzeć. Poniżej przedstawiamy przykład takiego- nadmiernego uproszczenia. Przyjmijmy, że jest to sytuacja, w której ludzie grają w dwuosobową grę nazwaną „Dylematem więźnia". Mogą wybrać jedną z dwóch strategii: grać rywalizujące, gdy próbują wygrać tyle pieniędzy, ile to tylko mo- żliwe, pewni, że ich partner stracił tyle, ile tylko się dało; lub grać ko- operacyjnie, gdy starają się uzyskać pewność, że zarówno oni, jak i ich partner uzyskają tyle samo. Szczegóły tej gry omówimy w rozdziale 9. Obecnie ważne jest jedynie to, by zwrócić uwagę, że są tu dwie podsta- wowe strategie, które można zastosować, grając w tę grę: rywalizacja albo podstawowy błąd atrybucji: tendencja do przeceniania rozmiaru, w jakim zachowanie ludzi jest wynikiem oddziaływania dyspozycji wewnętrznych, a niedocenianie roli czynników sytuacyjnych Naczelna małpa w Paryżu włożyła czapeczkę podlóżną i wszystkie małpy w Ameryce zrobiły to samo. — Henry David Thoreau Walden, 1854 14 Rozdział 1 Często sądzimy, że ludzie zachowują się niecodziennie z powodu natury swych osobowości. Czasem jednak takie zachowania mogą być spowodowane przez silne wpływy społeczne. W filmie Nieoczekiwana zmiana miejsc bohater, grany przez Dana Aykroyda, był bogaty, wygodny i normalny — dopóki nie został złapany w sieć wpływów społecznych, które dramatycznie zmieniły jego życie. kooperacja. A teraz pomyśl o niektórych z twoich znajomych. Jak sądzisz, jak oni by tu zagrali? Niewielu ludzi ma trudności ze znalezieniem odpowiedzi na to pyta- nie; wszyscy mamy uczucie, że nasi przyjaciele mają tendencję do rywa']- lizowania. „No dobrze — mógłbyś powiedzieć — jestem pewien, że Bob, który jest szefem zbójeckiego interesu, zagrałby w tę grę bardziej rywalizacyjnie niż moja przyjaciółka, Karen, która jest prawdziwie opie- kuńczą, kochającą osobą". Oznacza to, iż pod uwagę bierzemy osobowości naszych znajomych i zgodnie z tym odpowiadamy. Nie zastanawiamy się zwykle nad naturą sytuacji, gdy przewidujemy. Na ile jednak dokładne są takie przewidywania? Czy powinniśmy się zastanowić nad sytuacją społeczną? By to stwierdzić, Steyęn Samuels i Lee Ross (1993) przeprowadzili następujący eksperyment. "Wybrali grupę studentów ze Stanford Univer- sity, którzy zostali uznani przez współmieszkańców z tego samego aka- demika za zdecydowanie kooperacyjnych bądź wyraźnie rywalizujących. Uzyskali to, prezentując „Dylemat więźnia" swoim współpracownikom i prosząc ich o wskazanie, którzy ze studentów w ich akademiku najpra- wdopodobniej przyjęliby strategię rywalizacyjną, a którzy kooperacyjną. Tak jak oczekiwano, nie mieli oni kłopotu z przypisaniem swych kolegów do jednej z kategorii. Następnie Samuels i Ross zaprosili wytypowane osoby do gry w „Dy- lemat więźnia" w prowadzonym eksperymencie psychologicznym. Za- stosowano tu niewielkie oszustwo: badacze zmienili mało znaczący ele- ment sytuacji społecznej — to znaczy nazwę gry. Połowie badanych Wprowadzenie do psychologii społecznej 15 Dlaczego jakakolwiek rozsądna osoba miałaby ślepo podążać za kimś, kto ogłasza się Chrystusem, rezygnując z wolności osobistej, pozwalając przywódcy na swobodne współżycie ze swoją żoną i dyktowanie sobie, jakie stosunki osobiste może kontynuować? Dlaczego tak łatwo można pomniejszyć wartość osób podążających za przywódcą kultu, takim jak David Koresh, określając ich mianem głupców, podczas gdy tak nadmierne uproszczenie i zaprzeczanie sile wpływu społecznego może prowadzić do obciążania winą ofiar. powiedzieli, że nazywa się to „Grą na Wali Street", a drugiej połowie, iż „Grą wspólnych interesów". Poza tym elementy gry były identyczne. Tak więc ci, którzy zostali przydzieleni do jednej z powyższych kategorii (rywalizujący lub kooperujący), grali w grę, która była nazywana zarówno „Grą na Wali Street", jak i „Grą wspólnych interesów", co dawało rozkład czteropolowy. Jak sądzisz, co się stało? Jak twoi znajomi zagraliby w tę g"?7 I znów większość z nas idzie przez życie zakładając, iż tym, co się naprawdę liczy, jest osobowość jednostki, a nie coś tak trywialnego jak nazwa gry. Niektórzy ludzie wydają się rywalizujący z natury i znajdują przyjemność w walce z rywalem. Inni, bardziej nastawieni na współ- pracę, osiągną większą satysfakcję, upewniwszy się, że nikt nie utracił zbyt dużo pieniędzy ani że niczyje uczucia nie zostały zranione. Pra- wda? Nie tak szybko. Jak pokazuje rycina 1.2, nawet tak trywialny aspekt sytuacji jak nazwa gry wywołał dramatyczną różnicę w tym, jak się ludzie zachowali. Gdy nazwano to „Grą na Wali Street", około dwóch 16 Rozdział 1 „Qra >ił8p Reklama, linki sponsorowane, boksy reklamowe, banery reklamowe, kampanie reklamowe, reklama w internecie reklama stron reklama strony reklama kampanie reklamowe banery linki sponsorowane boksy reklamowe reklama w internecie Metoda obserwacyjna, jak wskazuje jej nazwa, polega na przyglądaniu się ludziom i spostrzeganiu tego, co robią. Jest oczywiste samo przez się, że metoda obserwacyjna nie należy wyłącznie do kompetencji badaczy społecznych. Z dużym powodzeniem praktykowana jest przez pisarzy, reżyserów i dziennikarzy, zainteresowanych jakimś szczególnym proble- mem społecznym albo też sposobem działania danej instytucji. I tak na przykład Frederick Wiseman oraz Susan Sheehan spędzili dużo czasu w szpitalach psychiatrycznych nie jako pacjenci, ale jako obserwatorzy. Wiseman zawarł wyniesione stamtąd obserwacje w filmie dokumental- nym (1967), a Sheehan — w książce (1982). Obie te prace wywarły duże wrażenie na odbiorcach, i to dzięki nim wielu ludzi zmieniło poglądy na temat roli szpitali psychiatrycznych w naszym społeczeństwie. Czasem w obserwacji korzysta się z umieszczonej w strategicznym punkcie kamery telewizyjnej rejestrującej zachowania ludzi w specyfi- cznych sytuacjach. Na przykład we wczesnych latach ery telewizji Allen Funt pokazywał program zwany „Candid Camera" (Ukryta kamera), w którym ludzie byli stawiani w obliczu niezwykłych sytuacji — np. głosu wydobywającego się z wnętrza skrzynki pocztowej — a ukryta kamera po prostu podpatrywała ich reakcje na te zdarzenia. Obserwacje te są bardzo interesujące, ale mają niestety ograniczoną użyteczność nau- kową, a to głównie z tego powodu, że nie były przeprowadzane w spo- sób kontrolowany. I tak prawie zawsze na każdą interesującą, zareje- strowaną przez Funta reakcję na mówiącą skrzynkę pocztową przypadły tuziny osób, które podejrzewając jakiś dowcip, po prostu wzruszały ra- mionami i odchodziły. Ponieważ takie zachowania nie były atrakcyjne Metodologia: proces przeprowadzania badań 41 dla telewizji. Funt je odrzucił. Nie ma w takim postępowaniu niczego nagannego, dopóki z tych materiałów nie wyprowadza się wniosków na temat tego, co ludzie zwykle robią w takiej sytuacji. Przykłady wy- jątkowych zachowań są oczywiście interesujące, nie pozwalają nam one jednak na formułowanie ostatecznych odpowiedzi na pytania o zacho- wania człowieka. Obserwacja systematyczna W obserwacji systematycznej obserwatorzy są wyszkolonymi badaczami społecznymi, którzy szukając odpowiedzi na pytania dotyczące określo- nego zjawiska społecznego, obserwują i kodują je według zbioru wcześniej przygotowanych kryteriów. Metoda ta wykazuje pewną zmienność w zależności od stopnia, w ja- kim obserwator aktywnie uczestniczy w obserwowanej sytuacji. W przy- padku krańcowym obserwator ani nie uczestniczy, ani w żaden sposób nie wpływa na zachowanie; stara się natomiast nie być dostrzeganym i tak dalece, jak to tylko jest możliwe, wtopić się w scenerię obserwowanej sytuacji. Na przykład badacz zainteresowany zachowaniem społecznym dzieci może stać poza ogrodzeniem placu zabaw i obserwować je podczas zabawy. Zwraca wtedy uwagę na takie konkretne zachowania dzieci, jak agresja, współpraca, przywództwo czy asertywność. Owe zachowania społeczne muszą zostać ściśle zdefiniowane, zanim rozpocznie się obser- wacja. Współpraca może być więc określona jako dzielenie się dziecka zabawką z innym dzieckiem i jako interakcja z innymi dziećmi dla osiąg- nięcia celu. Następnie obserwator notuje, kiedy takie zachowanie się po- jawi, i stawia znaczek przy odpowiednim typie zaobserwowanej współ- pracy. Jeżeli badacz jest zainteresowany obserwacją różnic w zachowaniu społecznym wynikających z wieku i płci, dodatkowo odnotowuje te dane. obserwacja systematyczna: forma metody obserwacyjnej, w której obserwatorem jest wyszkolony badacz społeczny, który przystępuje do odpowiedzi na pytania odnoszące się do określonego zjawiska społecznego, obserwując i kodując je zgodnie z wcześniej przygotowanym zbiorem kryteriów Psychologowie czasami systematycznie obserwują swoich badanych przez jednostronne lustro. Umożliwia to im obserwację rozmawiających ze sobą ludzi bez jakiejkolwiek ingerencji i możliwości wpływania na ich zachowanie. 42 Rozdział 2 Mówmy głośno, panowie! To my! Ktoś zainstalował to jednostronne lustro odwrotnie! Ryzyko metody obserwacyjnej. obserwacja uczestnicząca: forma obserwacji systematycznej, w której obserwator wchodzi w interakcję z obserwowanymi ludźmi, ale stara się w żaden sposób nie wpływać na sytuację Obserwacja uczestnicząca Niektóre sytuacje z racji swojej natury wymagają obserwacji uczestniczą- cej. W takich przypadkach obserwator wchodzi w interakcję z osobami, które obserwuje; stara się jednak, by jego obecność w żaden sposób nie wpływała na sytuację. Na przykład kilka lat temu grupa ludzi z Midwest podawała konkretną datę nadejścia gwałtownego kataklizmu, który spo- woduje koniec świata. Ogłaszali też, że oni sami zostaną w porę z tegoż kataklizmu uratowani przez statek kosmiczny, który wyląduje w ogrodzie ich przywódcy. Leon Festinger i jego koledzy, którzy jednak nie uwierzyli w bliskość kataklizmu, pomyśleli, że interesujące byłoby obserwowanie tej grupy z bliska i zarejestrowanie reakcji jej członków w momencie, gdy ich wierzenia i proroctwa się nie spełnią (Festinger, Riecken, Schachter, 1956). Tu jednak — inaczej niż w sytuacji, gdy po prostu obserwuje się dzieci podczas zabawy — badacze nie mogli stanąć poza ogrodzeniem i dyskretnie obserwować zachowania członków grupy. Aby móc monito- rować godzina po godzinie rozmowy jej członków, psychologowie spo- łeczni postanowili przyłączyć się do niej i udawać, że wierzą w bliski koniec świata. analiza archiwalna: forma obserwacji systematycznej, w której badacz obserwuje zachowanie społeczne przez badanie nagromadzonych w danej kulturze dokumentów albo archiwaliów (np. pamiętników, powieści, czasopism czy dzienników) Analiza archiwalna Trzecią formą metody obserwacyjnej jest analiza archiwalna. Można wiele się dowiedzieć o zachowaniu społecznym poprzez badanie nagromadzo- nych w danej kulturze dokumentów lub archiwaliów. Do nich należą na przykład pamiętniki, powieści, listy samobójców, popularne kawałki muzyczne, programy telewizyjne, artykuły w czasopismach i gazetach Metodologia: proces przeprowadzania badań 43 codziennych, a także reklamy. Mówią one wiele o tym, jak dana społe- czność widzi samą siebie. Jeżeli owe zapisane i zobrazowane ślady kultury są utrwalone i dostępne dla badacza, może on je kodować na specyficz- nych interesujących go zmiennych. Bardzo podobnie jak we wcześniej przedstawionych przykładach badacz tworzy specyficzne i dobrze zdefi- niowane kategorie, które później odnosi do źródeł archiwalnych. Mierzy się potem zgodność sędziów kompetentnych, a więc poziom zgodności pomiędzy dwiema osobami lub większą liczbą osób, które niezależnie kategoryzują materiał. Analiza treści reklam w czasopismach nie powinna odzwierciedlać subiektywnej opinii jednostki, ale winna być obiektywną, naukową klasyfikacją tego, co rzeczywiście znajduje się w dokumencie źródłowym. Każdy, kto analizuje ten materiał, winien dochodzić do tych samych wniosków. Analiza archiwalna jest dobrą formą badań obserwacyjnych, ponieważ pozwala nam analizować zmiany w zachowaniu społecznym nie tylko w różnych kulturach, ale i w czasie. Na przykład Archer, Iritani, Kimes i Barrios (1983) oraz Akert, Chen i Panter (1991) kodowali treść portretów artystycznych, fotografii reklamowych i fotografii aktualności, które po- jawiły się w druku lub w telewizji, badając sposób, w jaki ukazują one kobiety i mężczyzn. Interesowało ich w szczególności to, ile spośród tych wizerunków oddaje twarze portretowanych osób. Wyniki analiz pokazały, że przez pięć stuleci — w różnych kulturach i w różnych rodzajach me- diów — mężczyźni byli pokazywani z bliska (głowa i twarz), kobiety zaś przedstawiano w pewnym oddaleniu (cała postać). Autorzy tych ana- liz zinterpretowali wnioski ze swoich badań jako wskaźnik subtelnej for- my stereotypizacji roli seksualnej. Mężczyźni przedstawiani są tak, by uwydatnić ich osiągnięcia intelektualne, portrety kobiet natomiast uwy- puklają ich ogólny wygląd fizyczny. Analizując kolejny przykład, powróćmy do kwestii relacji pomiędzy pornografią i przemocą. Jednym z najtrudniejszych problemów, które po- jawiają się na samym wstępie, jest określenie terminu pornografia. Wię- kszość z nas od czasu do czasu styka się z materiałem o charakterze wyraźnie erotycznym, jak na przykład zdjęcia z rozkładówek „Playboya" czy innych, podobnych pism. Czy to jest pornografia? A jak zaklasyfiko- wać nagość w filmach albo reklamy bielizny w gazetach, które ukazują zazwyczaj skąpo odziane modelki? Od dziesięcioleci cały naród trudzi się, by zdefiniować to zjawisko. Jest tak, jak powiedział sędzia Sądu Naj- wyższego Potter Steward: „Kiedy na to patrzę, wiem, że jest to porno- grafia", nie jest jednak łatwo opisać wprost jej istotę. Co tak naprawdę prezentuje amerykańska literatura i fotografia „przeznaczona tylko dla dorosłych"? Analiza archiwalna jest znakomitym narzędziem do poszukiwania od- powiedzi na powyższe pytanie, ponieważ pozwala badaczom opisywać zawartość dokumentów obecnych w danej kulturze. Mówiąc o dokumen- tach, mamy tu na myśli fotografie i utwory beletrystyczne, które repre- zentują dostępną na rynku pornografię. Don Smith (1976) był jednym z pierwszych badaczy zajmujących się treścią pornografii. Analizował przede wszystkim broszurki z opo- wiadaniami przeznaczone tylko dla dorosłych. Ponieważ chciał zajmo- wać się pornografią, która jest typowa i powszechnie dostępna, badania przeprowadzał z dala od pornograficznych centrów kraju, czyli miast w Nebrasce i w Tennessee. Z tego samego powodu zajął się książkami zgodność sędziów kompetentnych: stopień zgodności pomiędzy dwiema osobami albo większą liczbą osób, które niezależnie obserwują i kodują grupę danych; poprzez pokazanie, że dwóch lub więcej ekspertów niezależnie obserwujących i kodujących dochodzi do tych samych obserwacji, badacze upewniają się, że obserwacje te nie są subiektywnymi, zniekształconymi wrażeniami jednostki 44 Rozdział 2 sprzedawanymi na stoiskach z nowościami wydawniczymi i w zwykłych księgarniach, a nie tymi, które można było kupić w specjalnych księ- garniach tylko dla dorosłych. Wybierał i analizował każdą piątą książkę z półki w jednej księgarni w każdym z ośmiu miast w pięciu stanach. Jego analizy obejmowały wiele zmiennych. Notował między innymi, jak często w tych książkach pojawiał się seks, jaki to był rodzaj seksu, jaka akcja w niej się toczyła lub jaki podjęto w niej temat. Smith (1976) stwierdził, że typowy bohater tych książek był młody, samotny, biały, atrakcyjny fizycznie i heteroseksualny. Wyniki jego analiz zdecydowanie wskazują, że „świat pornografii jest światem mężczyzn". W porównaniu z opisami kobiet autorzy książek przywiązywali niewiel- ką wagę do charakterystyk wyglądu fizycznego mężczyzn. Z kolei ciała kobiet opisywali w najdrobniejszych szczegółach. Najbardziej niepokoją- cym efektem tych badań było stwierdzenie, że prawie jedna trzecia wszy- stkich znalezionych w opisywanych książkach epizodów seksualnych za- wierała użycie przez mężczyzn siły (siły fizycznej, psychicznej lub szan- tażu) po to, by zmusić kobietę do udziału w akcie seksualnym. A zatem agresja wobec kobiet była głównym tematem tych pornograficznych opo- wiadań. Druga analiza archiwalna, tym razem odnosząca się do fotografii, również dostarczyła dowodów na seksualną przemoc wobec kobiet. Park Dietz i Barbara Evans klasyfikowali zdjęcia z okładek czasopism z księ- garń przeznaczonych tylko dla dorosłych w okręgu Czterdziestej Drugiej Ulicy w Nowym Jorku. Wybrawszy losowo cztery księgarnie, analizowali wszystkie te pisma, których okładka przedstawiała co najmniej jedną kobietę. Kategorie stworzone przez autorów badań uwzględniały między innymi specyficzne akty seksualne, ubiór i wygląd fizyczny kobiet. Dwo- je ludzi uprawiających seks to najbardziej powszechny typ fotografii z okładek (37,3%). Jednak drugim z kolei, najbardziej rozpowszechnio- nym typem okładek okazały się fotografie przedstawiające zniewolenie i zdominowanie (17,2%), gdzie kobiety związane były linami, kajdanami, łańcuchami, częściami garderoby lub kawałkami innego materiału. Oto jak Dietz i Evans (1982) opisali tę kategorię: Zakneblowane, zalepione taśmą usta, zawiązane oczy i kaptury na głowach pojawiały się najczęściej. Przedstawiane narzędzia tortur to zwykle agrafki, kleszcze i zaciski przytwierdzane do piersi i do genitaliów, a sposoby to przypalanie albo kapanie gorącą parafiną na skórę i skrajnie niewygodne pozycje, np. powieszenie za nadgarstki albo za kostki. Rzadziej na zdję- ciach pojawiał się mężczyzna, który groził kobiecie pistoletem lub nożem, gwałcił ją, rozcinał ciało do krwi albo dusił. Stopień przemocy na zdjęciach wahał się od surowego spojrzenia do jawnego morderstwa. Niektóre fo- tografie wzbudzały niepewność co do tego, czy przedstawiona na nich kobieta żyje. Badania obserwacyjne w formie analizy archiwalnej mogą nam sporo powiedzieć na temat uznawanych wartości i przekonań społecznych. Fakt rozpowszechnienia w pornografii wątku przemocy seksualnej wobec ko- biet wskazuje na to, iż takie przede wszystkim obrazy i opowiadania przy- ciągają uwagę wielu czytelników (Dietz, Evans, 1982; Lowry, Love, Kirby, 1981). Te niepokojące wyniki prowadzą wprost do alarmujących pytań: Metodologia: proces przeprowadzania badań 45 Czy pornografia ma związek z gwałtami wobec kobiet, które zdarzają się w naszym społeczeństwie? Czy czytanie albo oglądanie pornografii po- pycha niektórych mężczyzn do czynów seksualnych z użyciem przemo- cy? Aby odpowiedzieć na te pytania, trzeba wykorzystać inne metody niż analiza archiwalna. W dalszej części tego rozdziału będziemy mo- gli zaobserwować, jak można zastosować metodę korelacyjną i metodę eksperymentalną do analizowania zjawiska seksualnej przemocy wobec kobiet. Ograniczenia metody obserwacyjnej Metoda obserwacyjna jest metodą odpowiednią wtedy, gdy celem badania jest opis zachowania społecznego. Ma ona jednak wady. Po pierwsze, niektóre rodzaje zachowań są trudne do obserwacji, ponieważ albo zda- rzają się bardzo rzadko, albo pojawiają się jedynie wtedy, gdy człowiek pozostaje w samotności. Gdyby na przykład Łatane i Darley wybrali taką metodę, badając gotowość ludzi do niesienia pomocy ofierze, moglibyśmy wciąż jeszcze czekać na wyniki. Aby stwierdzić, jak ludzie reagują, gdy w ich obecności wydarzy się przestępstwo z użyciem przemocy, badacze musieliby przemierzać ulice całego miasta, cierpliwie wyczekiwać na ro- gach ulic, a kiedy wreszcie napad się wydarzy, uważnie śledzić reakcje kilku lub wszystkich jego naocznych świadków. Mogliby, rzecz jasna, cze- kać bardzo długo, zanim w ich obecności zdarzyłby się napad, a i wtedy, w obliczu realnej krytycznej sytuacji, mogliby mieć trudności z groma- dzeniem danych. Wielu ludzi wierzy w to, że istnieje przyczynowa relacja pomiędzy liczbą publikacji przedstawiających agresywną pornografię i nasilaniem się przemocy seksualnej wobec kobiet. Twierdzą, że tego typu publikacje powinny być zakazane. Czy myślisz, że czytanie i oglądanie pornografii może popychać ludzi do popełniania przestępstw na tle seksualnym z użyciem przemocy? W jaki sposób można na to pytanie odpowiedzieć naukowo? 46 Rozdział 2 Zamiast tego Łatane i Darley mogli odwołać się do analizy archiwalnej, która jest wersją metody obserwacyjnej: mogliby na przykład analizować traktujące o przestępstwach artykuły w gazetach, notować liczbę świad- ków oraz to, jak często szli oni z pomocą ofierze. Jednak wtedy badacze szybko natknęliby się na inne problemy. Czy każdy dziennikarz wspo- mina o liczbie naocznych świadków opisywanego przestępstwa? Czy je- żeli liczbę tę podaję, to jest ona prawdziwa? Czy wszystkie formy pomocy zostały odnotowane w artykule prasowym? Wiadomo, że są to niepeł- ne i nie uporządkowane dane. Jak to zwykle bywa w przypadku ana- lizy archiwalnej, badacz jest na łasce twórców oryginalnego materiału; dziennikarzom przyświecają inne cele, kiedy piszą swoje artykuły, i mogą nie uwzględniać wszystkich tych informacji, których potem potrzebują badacze. Kolejną wadą metody obserwacyjnej jest to, że jest ona ograniczona do konkretnej grupy ludzi w konkretnej sytuacji, na przykład głoszącej zagładę świata grupy z Midwest albo grupy dzieci z placu zabaw. Może to stanowić problem wtedy, gdy celem badacza jest generalizacja wniosków z obser- wacji jednej grupy ludzi w określonych warunkach i odnoszenie ich do innych populacji i sytuacji. Wreszcie badacze społeczni chcą zwykle zrobić coś więcej niż tylko opisać zachowanie. Celem nauk społecznych jest zro- zumienie relacji pomiędzy zmiennymi oraz możliwość przewidywania uwarunkowań różnych rodzajów zachowań społecznych. Chcą wiedzieć na przykład, jaki jest związek pomiędzy nasileniem agresji u człowieka a liczbą aktów przemocy oglądanych w telewizji. Jak reagują dzieci na rozwód swoich rodziców? Kto jest bardziej narażony na używanie narko- tyków? Aby odpowiedzieć na tego typu pytania, badacze często odwołują się do innego podejścia — metody korelacyjnej. metoda korelacyjna: metoda, w której mierzy się systematycznie dwie zmienne lub ich większą liczbę i oszacowuje się relację pomiędzy nimi (tj. w jakim stopniu można przewidzieć wartości jednej z nich na podstawie drugiej) Metoda korelacyjna polega na systematycznym pomiarze dwóch zmien- nych lub ich większej liczby i sprawdzaniu, czy są one ze sobą związane. Innymi słowy, metoda ta daje odpowiedź na następujące pytanie: z jaką dokładnością możemy przewidzieć pozycję danej osoby na jednej zmien- nej, jeżeli znamy jej pozycję na innej zmiennej? Procedura ta nazywana jest szacowaniem stopnia korelacji pomiędzy dwiema zmiennymi. Pod- czas gdy celem metody obserwacyjnej jest opisanie zachowania, celem metody korelacyjnej jest oszacowanie relacji pomiędzy zmiennymi. Do korelacji odwołujemy się zwykle wtedy, gdy chcemy sprawdzać hipote- zy wyjaśniające, kiedy i dlaczego pojawia się interesujące nas zachowanie. W badaniach korelacyjnych w rozmaity sposób można mierzyć zacho- wanie człowieka i jego postawy. Tak jak w metodzie obserwacyjnej ba- dacze czasami wprost obserwują zachowanie ludzi. Wykorzystując me- todę korelacyjną, badacz może na przykład analizować relację pomiędzy agresywnymi zachowaniami dzieci a ilością przemocy oglądanej w tele- wizji. Badacz może również obserwować dzieci na placu zabaw, ale tutaj jego celem jest oszacowanie zależności czy też korelacji pomiędzy agre- sywnością dziecka i innymi, również zmierzonymi czynnikami, jak na przykład zwyczaj oglądania telewizji. Metodologia: proces przeprowadzania badań 47 Pomiary Metoda korelacyjna oprócz danych pochodzących z obserwacji często wy- korzystuje także pomiary. Jest wiele interesujących dla badaczy zachowań społecznych, których obserwacja jest bardzo trudna albo wręcz niemożli- wa. Nie można na przykład zaobserwować, ile książek pornograficznych czytają ludzie, ile wiedzą na temat AIDS, czy też ilu posiadają przyjaciół. Jeżeli interesujących badaczy zmiennych nie da się łatwo obserwować, odwołują się oni do pomiarów i pytają po prostu ludzi o ich przekonania, postawy i zachowania. Następnie sprawdzają, czy istnieje związek po- między analizowanymi zmiennymi. Mogą na przykład sprawdzać, czy ludzie, którzy dużo wiedzą na temat sposobów przenoszenia AIDS, bar- dziej od innych preferują bezpieczny seks. Badacze analizują tego typu relacje poprzez wyliczanie korelacji po- między różnymi zmiennymi. Korelacja dodatnia oznacza, że wzrostowi wartości jednej zmiennej towarzyszy wzrost wartości drugiej zmiennej. Wzrost i waga są skorelowane dodatnio; im wyższy jest człowiek, tym więcej waży. Korelacja ujemna to taka relacja pomiędzy dwiema zmien- nymi, w której wzrostowi wartości jednej zmiennej towarzyszy zmniej- szanie się wartości drugiej zmiennej. Gdyby wzrost i waga były skore- lowane ujemnie, wyglądalibyśmy dość osobliwie — ludzie niewielkiego wzrostu przypominaliby pingwiny, ludzie wysocy zaś, na przykład za- wodnicy ligi NBA, byliby jak „skóra i kość". Może być również i tak, że pomiędzy dwiema zmiennymi zupełnie nie ma korelacji i w takim przypadku badacz nie może przewidywać jednej zmiennej na podstawie drugiej. Korelacje wyrażone są przez liczby z przedziału od -l do +1. Korelacja równa l oznacza, że dwie zmienne są całkowicie i wprost proporcjonalnie skorelowane. Jeżeli więc badacz zna pozycję danej osoby na jednej zmiennej, może dokładnie przewidzieć jej pozycję na drugiej zmiennej. Oczywiście, w życiu codziennym takie całkowite korelacje zdarzają się rzadko. W pew- nych badaniach wykazano, że w próbie mężczyzn w wieku od osiemnastu do dwudziestu czterech lat korelacja pomiędzy wzrostem i wagą wynosi 0.47 (Freedman, Pisani, Purves, Adhikari, 1991). Znaczy to, że przeciętnie ludzie o wyższym wzroście ważyli więcej niż ludzie niscy, ale zdarzały się odstępstwa od tej zasady. Korelacja równa -l oznacza, że dwie zmienne są całkowicie i odwrotnie proporcjonalnie skorelowane. I wreszcie korelacja równa O oznacza, że dwie zmienne nie są ze sobą skorelowane. ' Posługiwanie się pomiarami ma wiele zalet, a jedną z nich jest możli- wość wyodrębniania i badania grup reprezentatywnych dla populacji. Od- powiedzi na pytania badaczy są użyteczne jedynie wtedy, gdy są odbi- ciem sądów całej populacji, a nie jedynie osób tworzących próbę. Badacze posługujący się pomiarami bardzo starają się, by włączane do próby osoby były dla tejże populacji reprezentatywne. Owa reprezentatywność doty- czy zwykle pewnej liczby zmiennych, ważnych z punktu widzenia prze- prowadzanych badań (np. wiek, wykształcenie, religia, płeć, wysokość dochodów). Jednocześnie badacze starają się zapewnić reprezentatywność próby poprzez odwołanie się do losowego doboru ludzi z populacji jako całości. Znaczy to tyle, że każdy człowiek wchodzący w skład populacji ma taką samą szansę na pojawienie się w próbie. Jeżeli próba dobrana jest losowo, możemy założyć, że odpowiedzi tworzących ją osób harmo- nizują z opiniami całej populacji. korelacja dodatnia: taka relacja pomiędzy dwiema zmiennymi, w której wzrostowi wartości jednej zmiennej towarzyszy wzrost wartości drugiej zmiennej korelacja ujemna: taka relacja pomiędzy dwiema zmiennymi, w której wzrostowi wartości jednej zmiennej towarzyszy zmniejszanie się wartości drugiej zmiennej dobór losowy: sposób zapewniania reprezentatywności dla danej populacji wybranej do próby grupy osób gwarantujący, że każda jednostka wchodząca w skład populacji ma taką samą szansę na pojawienie się w próbie 48 Rozdział 2 Tworzenie próby nie zawsze kończy się pomyślnie. Pod koniec 1936 r. tygodnik o nazwie „Literary Digest" przeprowadził szeroko zakrojone badania. Pytano ludzi o to, na kogo zamierzają oddać głos w zbliżających się wyborach prezydenckich. Redakcja gazety wzięła nazwiska i adresy osób tworzących próbę z książek telefonicznych i spisów kart rejestracyj- nych samochodów. Wyniki sondażu przeprowadzonego na dwóch milio- nach ludzi wykazały, iż kandydat republikanów. Alf Landon, zwycięży przeważającą większością głosów. Wiesz oczywiście, że nigdy nie było prezydenta o nazwisku Landon. Franklin Delano Roosevelt zwyciężył we wszystkich stanach Ameryki, z wyjątkiem dwóch. Jaki błąd popełnił „Literary Digest" w swoim sondażu? W czasie Wielkiego Kryzysu wielu Waga doboru losowego w przypadku dokonywania pomiarów. W 1936 r. redakcja „Literary Digest" utworzyła próbę, posługując się książką telefoniczną i listą kart rejestracyjnych samochodów. Ludzi wybranych do próby pytano o to, na kogo będą głosowali w nadchodzących wyborach prezydenckich. Opierając się na w ten sposób uzyskanych wynikach pomiarów, „Literary Digest" opublikował prognozę, która głosiła, że Alf Landon zwycięży zdecydowaną większością głosów. W rzeczywistości niemal we wszystkich stanach Ameryki zwyciężył Franklin Roosevelt. Dlaczego „Literary Digest" tak niedokładnie przewidział wyniki wyborów? Metodologia: proces przeprowadzania badań 49 ludzi nie mogło sobie pozwolić na posiadanie telefonu czy też samochodu. Ci, których było na to stać, a więc z definicji ludzie dobrze sytuowani, to najczęściej republikanie w przeważającej większości faworyzujący Alfa Landona. Jednak większość wyborców to ludzie biedni popierający z kolei kandydata demokratów, Roosevelta. Korzystając z listy, która nie zawie- rała nazwisk mniej zamożnych członków populacji, „Literary Digest" stworzył niereprezentatywną próbę. („Literary Digest" nigdy nie odzyskał zaufania po tej klęsce metodologicznej i przestał się ukazywać krótko po opublikowaniu sondażu). Współczesne badania i sondaże polityczne nie są wolne od problemów związanych z tworzeniem próby. Podczas wyścigu do fotela prezydenc- kiego w 1984 r. wszystkie badania opinii publicznej przeprowadzane przez sztab wyborczy Reagana wykazywały, że Reagan ma sporą prze- wagę nad Walterem Mondalem z wyjątkiem tych sondaży, które były wykonywane w piątkowe noce. Po początkowej panice członkowie sztabu wyborczego Reagana doszli do wniosku, że ponieważ generalnie demo- kraci są mniej zamożni od republikanów, istnieje większe prawdopodo- bieństwo, że w piątkowe noce, kiedy zatelefonuje do nich ankieter, będą obecni w swoich domach („Newsweek", September 28,1992). Mimo takich sporych pomyłek, albo też być może dzięki nim, metody pomiaru z bie- giem lat zostały znacznie udoskonalone i dziś pozwalają adekwatnie okre- ślać korelacje pomiędzy dużą liczbą interesujących psychologa społecz- nego zmiennych. Następne pytanie: wierzę, że życie jest ciągłym dążeniem do utrzymania równowagi, wymagającym częstego balansowania pomiędzy moralnością a koniecznością wewnątrzcyklicznych modeli radości i smutku oraz fałszowania wlokącej się za człowiekiem słodko-gorzkiej pamięci aż do momentu, gdy stoczy się on nieuchronnie w okowy śmierci. Zgadza się pan, czy się pan nie zgadza? 50 Rozdział 2 Innym problemem, który niesie ze sobą konieczność posługiwania się pomiarami, jest kwestia adekwatności odpowiedzi. Na proste pytanie, np. co ludzie myślą o danej sprawie lub co zwykle robią, jest stosunkowo łatwo odpowiedzieć. Jednak już pytanie osób badanych o to, jak zacho- waliby się w jakiejś hipotetycznej sytuacji lub o to, dlaczego zachowali się w przeszłości tak, jak się zachowali, jest zaproszeniem do nieadekwat- ności (Schuman, Kalton, 1985). Często ludzie po prostu nie znają odpo- wiedzi na pytanie, choć wydaje im się inaczej. Richard Nisbett i Timothy Wilson (1977) w kilku badaniach zademonstrowali to zjawisko. W ich badaniach ludzie często zachowywali się zgodnie z zasadą „mówię więcej niż wiem" i nieadekwatnie wyjaśniali, dlaczego zareagowali tak, jak za- reagowali. Relacje osób badanych dotyczące przyczyn własnych reakcji odnosiły się bardziej do ich teorii i przekonań o tym, co powinno tymi reakcjami kierować, niż do tego, co rzeczywiście na nie wpływało. (Szerzej opiszemy te badania w rozdziale 6). Na koniec trzeba jeszcze dodać, że badacze wykorzystujący pomiary muszą bardzo uważać, by nie wpływać na odpowiedzi osób badanych przez sposób sformułowania pytania (Hip- pler, Schwarz, Sudman, 1987). Korelacja nie jest tożsama z przyczynowością Metoda korelacyjna mówi nam tylko, że dwie zmienne są ze sobą powią- zane. Jest to jej główna wada, ponieważ celem psychologa społecznego jest identyfikacja procesów psychicznych, które wyjaśniają, dlaczego lu- dzie są tak podatni na wpływy społeczne. Aby uzyskać taką informację, musimy mieć możliwość wnioskowania o przyczynach. Dążymy do tego, by powiedzieć, że A powoduje B, a nie jedynie, że A jest związane albo skorelowane z B. Jeżeli badacz stwierdzi, że istnieje korelacja pomiędzy dwiema zmien- nymi, to ma do czynienia z trzema możliwymi relacjami przyczynowymi pomiędzy tymi zmiennymi. Badacze zauważyli na przykład, że istnieje korelacja pomiędzy ilością przemocy oglądaną w telewizji przez dziecko i jego agresywnością (Eron, 1982). Jednym wyjaśnieniem owej korelacji jest twierdzenie, że przemoc oglądana w telewizji powoduje wzrost agre- sywności dziecka. Jest jednak równie prawdopodobna relacja odwrotna, a więc, że dzieci bardziej agresywne częściej oglądają telewizję. I wreszcie może być i tak, że pomiędzy tymi dwiema zmiennymi nie ma relacji przy- czynowej. Zarówno ilość czasu spędzoną przed telewizorem, jak i zacho- wania agresywne może powodować trzecia zmienna, na przykład rodzice zaniedbujący swoje obowiązki wobec dziecka. (W rozdziale 12 przedsta- wimy wyniki eksperymentu, które przemawiają za jedną z trzech powy- ższych relacji przyczynowych). Jeżeli wykorzystujemy metodę korelacyj- ną, to nie wolno wyprowadzać wniosku, że jedna zmienna jest przyczyną drugiej. Korelacja nie implikuje przyczynowości. Niestety nieuwzględnianie tej zasady jest jednym z najbardziej po- wszechnych błędów metodologicznych w naukach społecznych. Rozważ- my jako przykład relację stałego mieszkańca Los Angeles, uzyskaną po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło południową Kalifornię: Prawdopodobnie wielu ludzi myśli, że w taki czy inny sposób spowodo- wali trzęsienie ziemi, ale stoję tu po to, by wam powiedzieć, że ja jestem Metodologia: proces przeprowadzania badań 51 Wydaje się, że istnieje korelacja pomiędzy oglądaniem przemocy w telewizji i agresywnym zachowaniem dzieci. Czy jakieś inne przyczynowe relacje mogą wyjaśnić ten związek? jedynym, który to rzeczywiście zrobił. Dziś rano o siódmej czterdzieści dwie nacisnąłem przycisk, który otwiera drzwi od mojego garażu i wów- czas całe niebo rozpadło się na kawałki. Pierwszą moją myślą było: „Ja to załatwiłem". („New Yorker", October 19, 1987) Te słowa będące oczywiście wyłącznie przechwałką pokazują jed- nak, jak łatwo wpaść w pułapkę schematu myślenia, że jeżeli dwie zmienne są skorelowane, to jedną musi być przyczyną drugiej. Inne przy- kłady tego samego błędu wcale nie są tak komiczne ani aż tak nielogi- czne. Weźmy za przykład wnioski wyprowadzone z badań nad meto- dami kontroli urodzeń i chorobami przenoszonymi drogą płciową (STDs) u kobiet (Rosenberg, Davidson, Chen, Judson, Dougląs, 1992). Badacze analizowali lekarskie kartoteki kobiet, które zgłosiły się do kliniki, i no- towali rodzaje stosowanych przez nie metod kontroli urodzeń oraz to, czy były one chore na STDs. Ku dużemu zaskoczeniu okazało się, że kobiety preferujące wykorzystanie prezerwatyw zapadały częściej na choroby przenoszone drogą płciową niż kobiety, które używały wkła- dek domacicznych lub gąbek antykoncepcyjnych. Ów wynik wraz z wnioskiem, że używanie wkładek domacicznych oraz gąbek antykon- cepcyjnych niesie mniejsze ryzyko zachorowania na STDs został rozpo- wszechniony przez popularną prasę. Niektórzy reporterzy namawiali ko- biety, których partnerzy używali prezerwatyw, na zmianę środka anty- koncepcyjnego. Czy widzisz, na czym polega problem? Z faktu, że incydent chorobo- wy był skorelowany z typem środka antykoncepcyjnego używanego przez 52 Rozdział 2 kobiety, można wyprowadzić pewną liczbę interpretacji przyczynowych. Być może kobiety używające gąbek lub wkładek domacicznych uprawiają seks z mniejszą liczbą partnerów. (W rzeczywistości, w miesiącach po- przedzających badanie osoby używające prezerwatyw częściej utrzymy- wały stosunki seksualne z większą liczbą partnerów). Może być też i tak, że w przypadku partnerów kobiet preferujących używanie prezerwatyw występuje większe prawdopodobieństwo zachorowania na choroby prze- noszone drogą płciową niż w przypadku partnerów kobiet używających wkładek domacicznych i gąbek antykoncepcyjnych. Nie ma po prostu sposobu na to, by dowiedzieć się, jak jest naprawdę. I dlatego właśnie z badań korelacyjnych nie można wyprowadzić wniosku, że jeden z tych trzech typów środków kontroli urodzeń chroni przed chorobami przeno- szonymi drogą płciową. Rozpatrując kolejny przykład trudności z wnioskowaniem na temat przyczynowości w badaniach korelacyjnych, wróćmy do pytania, czy po- rnografia jest przyczyną agresywnych czynów seksualnych wobec kobiet, na przykład gwałtów. Aby odpowiedzieć na to pytanie, Larry Baron i Murray Straus (1984) sprawdzali w kilku stanach, czy istnieje związek pomiędzy liczbą sprzedawanych pism pornograficznych i liczbą odnoto- wanych w tych stanach gwałtów. Do pomiaru liczby sprzedawanych pism pornograficznych badacze wybrali osiem czasopism o wyraźnie erotycz- nym charakterze (jak np. „Playboy", „Hustler", „Chic"). Liczbę czasopism sprzedanych w każdym stanie w 1979 r. porównali z liczbą odnotowanych przez FBI w „Uniform Crime Reports" gwałtów w tych stanach. (Ponie- waż jest to przestępstwo nie zawsze zgłaszane policji, opublikowane dane są bez wątpienia zaniżone w stosunku do rzeczywistej liczby popełnio- nych gwałtów). Powyższe badania wykazały silną dodatnią korelację pomiędzy liczbą sprzedanych publikacji pornograficznych i liczbą popełnionych gwałtów. (Teoria prawdopodobieństwa wskazuje na to, że istnieje jedynie jedna szansa na tysiąc, że wielkość tej korelacji jest dziełem przypadku). Ponadto badacze wykazali również, że liczba sprzedanych pism pornograficznych nie koreluje wysoko z częstością nieseksualnych aktów przemocy. Dlatego Baron i Straus wyeliminowali interpretację, że pornografia prowadzi do popełniania przestępstw nacechowanych przemocą, a nie tylko do agre- sywnych przestępstw na podłożu seksualnym. Mimo że wyniki wskazywały na taki związek, badacze ci nie udo- wodnili, że pornografia jest przyczyną gwałtów. Czy przychodzą ci do głowy jakieś inne wyjaśnienia tej korelacji? Baron i Straus (1984) sami przyznawali, że wyniki ich badań nie dowodzą przyczynowości. Ich zda- niem, mogły one być odbiciem różnic pomiędzy funkcjonującymi w róż- nych stanach kulturowymi modelami supermężczyzny, które popycha- ją mężczyzn i do kupowania gazet pornograficznych, i do popełniania gwałtów. Łatane i Darley mogli też odwołać się do metody korelacyjnej, aby określić, czy liczba widzów wpływa na prawdopodobieństwo udzielenia pomocy. Mogli oni wypytywać ofiary oraz świadków przestępstw i ko- relować później ogólną liczbę obecnych przy popełnianiu przestępstwa z liczbą widzów, którzy udzielili pomocy ofierze. Załóżmy, że bada- cze stwierdziliby ujemną korelację pomiędzy tymi zmiennymi. Znaczy- łoby to, że im więcej widzów, tym jest mniej prawdopodobne, że któryś z nich przyjdzie z pomocą ofierze. Czy jest to jednak dowód na to, że Metodologia: proces przeprowadzania badań udzielenie pomocy uzależnione jest od tego, ile osób obserwuje zdarzenie? Niestety nie. Kilka innych, nie znanych zmiennych może warunkować i liczbę widzów, i częstość udzielanej po- mocy. Taką trzecią zmienną może być na przykład stopień powagi sytuacji. Sytuacja krytyczna i przerażająca — w porównaniu do mniej poważnego wypadku — może sprawić, że pojawi się więcej widzów, a ludzie będą mniej chętni do niesienia pomocy. Inne przykłady trud- ności z wnioskowaniem na temat przyczynowości w badaniach korela- cyjnych przedstawione zostały na rycinie 2.2. Jedynym sposobem określenia związków przyczynowych jest meto- da eksperymentalna. W metodzie tej badacz systematycznie kontroluje i aranżuje zdarzenia tak, że jedna grupa osób doświadcza ich w pewien określony sposób (np. są świadkami krytycznej sytuacji w towarzystwie innych osób), inna zaś w inny sposób (np. są jedynymi świadkami tej samej sytuacji krytycznej). Metoda eksperymentalna jest stosowana w większości badań w psychologii społecznej, ponieważ pozwala na for- mułowanie wniosków o przyczynach. Metoda obserwacyjna jest użyte- czna wtedy, gdy chodzi o opis zachowania. Metoda korelacyjna z kolei jest bardzo użyteczna,[gdy chcemy poznać, które aspekty życia społe- cznego są ze sobą związane lub współwystępują. Jednak tylko metoda eksperymentalna pozwala formułować wnioski w kategoriach przyczyny i skutku. Z tego powodu właśnie metoda ta jest klejnotem w koronie wszystkich procedur badawczych psychologii społecznej. metoda eksperymentalna: metoda badania relacji przyczynowo-skutkowych; badacz losowo przydziela uczestników eksperymentu do różnych sytuacji i upewnia się, że sytuacje te są identyczne pod wszystkimi względami z wyjątkiem jednego, zdefiniowanego przez zmienną niezależną (badacz oczekuje, że tenże jedyny warunek będzie miał przyczynowy wpływ na reakcje ludzi) Metoda eksperymentalna obejmuje zwykle bezpośrednią interwencję ze strony badacza. Zmienna (np. liczba widzów), od której oczekuje się, że jest przyczyną zachowania interesującego badacza (np. udzielenie po- mocy), jest kontrolowana przez eksperymentatora w ten sposób, że jed- ni uczestnicy badań są poddani działaniu jednej formy tej zmiennej (np. są jedynymi świadkami sytuacji krytycznej), na innych zaś oddziałuje in- na jej forma (np. są świadkami sytuacji krytycznej wraz z małą grupą albo wraz z dużą grupą innych ludzi). Poprzez ostrożne wymienianie tylko jednego aspektu sytuacji (np. wielkości grupy) badacze mogą się przekonać, czy ten właśnie aspekt jest przyczyną interesującego ich za- chowania. Czy to jest jasne? Teraz jeszcze nie. Zastanów się, w jaki sposób mo- glibyśmy zaaranżować eksperyment, by sprawdzić hipotezę Łatanego i Darleya o efekcie wielkości grupy. Chwila refleksji pozwoli spostrzec, że pojawiają się tu pewne praktyczne i etyczne problemy. Jakiego rodzaju sytuacji krytycznej powinniśmy użyć? Najlepiej byłoby (z perspektywy nauki), gdyby sytuacja ta była możliwie jak najbardziej podobna do przy- padku Genovese. A zatem, powinniśmy zaaranżować morderstwo, które mogliby widzieć przechodnie. Należałoby stworzyć dwie sytuacje eks- perymentalne. W jednej świadkami zaaranżowanego morderstwa było- by niewielu widzów, w drugiej zaś morderstwo to obserwowałaby duża liczba osób. Teoria jest rzeczą dobrą, ale dobry eksperyment będzie trwał wiecznie. — Peter LeonfdoWh Kapitsa 54 Rozdział 2 RYCINA 2.2. Korelacja nie jest tożsama z przyczynowością. Dość trudno uznać, że korelacja nie pozwala nam na wyprowadzanie wniosków przyczynowych. Trudno o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy to korelacja sugeruje szczególnie nieodpartą przyczynę. Łatwo zapomnieć, że istnieją alternatywne wyjaśnienia dla uzyskanej korelacji; inna zmienna może być przyczyną pojawienia się obu obserwowanych zmiennych. W przypadku każdego z wyżej przytoczonych przykładów zastanów się, dlaczego pojawiła się korelacja. Nawet wówczas, gdy wydaje ci się oczywiste, która zmienna jest przyczyną drugiej, pomyśl, czy istnieje alternatywne wyjaśnienie? Taki scenariusz budzi wiele zastrzeżeń natury etycznej. To, co jest naj- lepsze z perspektywy potrzeb nauki, wcale nie musi być najlepsze w aspe- kcie etycznym. Jest oczywiste, że żaden naukowiec, nawet w dobrych intencjach, nie popełniłby morderstwa. Moglibyśmy zamiast tego wynająć kilku aktorów, którzy „zagraliby" morderstwo na ulicy miasta. Byłoby to Metodologia: proces przeprowadzania badań 55 NIGDY EKSPERYMENT ZAWSZE KONTROLA trochę lepsze z punktu widzenia etyki, ale ciągle jeszcze problematyczne. Nie można bowiem niczego nie podejrzewających ludzi narażać na takie przerażające doświadczenia. Rozwiązaniem mógłby być kompromis po- między „zagraniem" i takim aranżowaniem zdarzenia, by było mniej wstrząsające dla obserwatorów. Ale jak stworzyć realistyczną sytuację, wystarczająco niepokojącą, aby była podobna do przypadku Genovese, a równocześnie nie budziła przerażenia? Jak, na dodatek, moglibyśmy zagwarantować, że wszyscy świadkowie znajdują się w sytuacjach róż- niących się tylko wartością tej zmiennej, której efekt chcemy mierzyć — w tym przypadku liczbą widzów? Zobaczmy, jak Łatane i Darley (1968) poradzili sobie z tymi problemami. Załóżmy, że jesteś uczestnikiem ich eksperymentu. Przyszedłeś w umó- wionym czasie i oczekujesz w długim korytarzu z drzwiami prowadzącymi do małych kabin. Eksperymentator wita się z tobą i prowadzi do jednej z nich, wspominając po drodze, że w badaniach będzie brało udział także pięciu innych, znajdujących się już w pozostałych kabinach, studentów. Eksperymentator prosi, byś nałożył na uszy słuchawki z przyłączonym do nich mikrofonem, po czym odchodzi. Za chwilę słyszysz przez słuchawki eksperymentatora, który mówi, że interesują go różne typy problemów osobistych, jakie trapią obecnie studentów, i że chce je poddać analizie. Wyjaśnia też, że każdy uczestnik eksperymentu pozostanie anonimowy, by w ten sposób mieć pewność, że badani będą opowiadać o swoich pro- blemach otwarcie. Każdy z nich pozostanie więc w oddzielnym pokoju i będzie porozumiewał się z resztą tylko przez interkom. Eksperymentator dodaje, że aby czuli się swobodnie i byli bardziej otwarci i uczciwi, on sam nie będzie się przysłuchiwał dyskusji. Na koniec prosi badanych, by pre- zentowali swoje problemy kolejno, każdy przez dwie minuty. Potem każda osoba będzie mogła skomentować to, co mówili pozostali. Wyjaśnia wre- szcie, że dla pewności, iż taki porządek dyskusji zostanie zachowany, w tym samym momencie tylko jedna osoba będzie miała włączony mikrofon. Potem rozpoczyna się dyskusja w grupie. Słyszysz, jak pierwszy ucze- stnik eksperymentu mówi, że ma kłopoty z przystosowaniem się do 56 Rozdział 2 studiów. Z pewnym zakłopotaniem wyznaje, że miewa czasami, szcze- gólnie w warunkach stresu, ataki padaczki. Mijają jego dwie minuty, a ty słuchasz, jak pozostali czterej uczestnicy eksperymentu opowiadają o swoich problemach. Potem nadchodzi twoja kolej. Kiedy kończysz, znowu zaczyna mówić osoba, która rozpoczęła dyskusję. Ku twojemu zdziwieniu, po kilku uzupełniających komenta- rzach, u osoby tej zaczyna się atak padaczki: Ja-och-uch-ja, myślę, że j-ja potrzebuję-och-jeżeli-jeżeli mógłby-och-och-ktoś och-och-och-och-och-och-och-trochę-och-trochę mi pomóc tutaj, bo-och-ja- och-ja-och-och-m-m-mam pra-prawdziwy problem-och-teraz i ja-och-gdy- by ktoś mógl mi pomóc wyjść, byloby-to byłoby-och-och, p-p-pewnie byioby-pewnie byłoby dobrze... bo-och-jest-och-och-przyczyna ja-och-ja- uch-ja mam je-jeden z-och-ata... och-och-myślę, że nadchodzi i-i-i mogę naprawdę-och-potrzebować pomocy, więc gdyby ktoś mógl-och-mi trochę po-pomóc-uch-och-och-och-och, m-mógłby ktoś-och-och-pomóc-och-uch- uch-uch (odgłos dławienia się) ...ja umieram-och-och-ja... ja umieram-och-ra- tunku-och-och-atak-och (dławienie się, potem cisza). (Darley, Łatane, 1968, s. 379) Zastanów się przez chwilę. Co zrobiłbyś w tej sytuacji? Gdybyś był taki jak większość uczestników tego eksperymentu, został- byś w swojej kabinie i słuchał odgłosów ataku padaczki kolegi, nic nie robiąc. Czy to cię zaskakuje? Pewna liczba uczestników badań Łatanego i Darleya opuściła swoje kabiny, aby poszukać ofiary albo eksperymenta- tora, jeszcze zanim atak padaczki się zakończył. Tylko 31% osób starało się w ten sposób pomóc. Natomiast 69% studentów pozostało w kabinach i nie zrobiło nic — zupełnie tak, jak sąsiedzi Kitty Genovese, którzy w żaden sposób nie zaofiarowali jej swojej pomocy. Czy ten wynik dowodzi, że to właśnie liczba świadków ataku była przyczyną nieudzielenia pomocy? Skąd wiemy, że nie stało się tak z jakie- goś innego powodu? I tu dochodzimy do najważniejszej zalety metody eksperymentalnej. Wiemy to, ponieważ Łatane i Darley uwzględnili w swoim eksperymencie jeszcze dwie inne sytuacje. Procedura ekspery- mentalna była w nich identyczna z opisaną powyżej oprócz jednej, roz- strzygającej kwestii. Mianowicie wielkość grupy dyskusyjnej była mniejsza. Znaczy to tyle, że mniej osób było świadkami ataku padaczki. W jednej sytuacji poinformowano uczestników eksperymentu, że poza nimi w dys- kusji uczestniczyć będą jeszcze trzy inne osoby (ofiara oraz dwóch innych studentów), w drugiej zaś mówiono badanym, że tylko jeden inny student będzie prowadził dyskusję (mianowicie ofiara). W drugiej sytuacji ekspe- rymentalnej każdy uczestnik badań był przekonany, że tylko on jeden sły- szał prośby ofiary ataku padaczki. zmienna niezależna: zmienna, którą badacz zmienia albo różnicuje, aby stwierdzić, czy ma ona wpływ na jakąś inną zmienną; badacz oczekuje, że ta właśnie zmienna będzie powodowała zmiany jakiejś innej zmiennej Zmienne niezależne i zależne Liczba osób, które były świadkami sytuacji krytycznej, to w badaniach Łatanego i Darleya zmienna niezależna. Zmienna niezależna jest bezpo- średnio kontrolowana przez eksperymentatora. Jest to tą zmienną, któ- rą badacz manipuluje (pojawia się ona w eksperymencie na różne spo- soby). Badacz zakłada, że właśnie zmienna niezależna jest przyczyną Metodologia: proces przeprowadzania badań 57 RYCINA 2.3. Zmienne zależne i niezależne w badaniach eksperymentalnych zmiennej zależnej, która z kolei jest tym, co badacz mierzy, by sprawdzić, czy oczekiwany efekt się pojawi (w tym przypadku: czy ludzie pomogą ofierze). Badacz zakłada więc, że zmienna zależna zależy od zmiennej niezależnej (patrz ryć. 2.3). Darley i Łatane stwierdzili, że ich zmienna niezależna — liczba świadków — miała wpływ na zmienną zależną. Gdy uczestnicy eksperymentu byli przekonani, że cztery inne osoby są świadkami ataku padaczki, jedynie 31% spośród nich udzieliło pomocy ofierze. Gdy zaś badani sądzili, że tylko dwóch innych ludzi wie o ataku, liczba udzielających pomocy wzrosła do 62%. Prawie każdy pomógł ofie- rze (85%), gdy uczestnicy eksperymentu byli przekonani, że są jedynymi świadkami sytuacji. Wyniki te dowodzą wprawdzie, iż liczba świadków w dużym stopniu wpływa na częstość udzielania pomocy, nie znaczy to jednak wcale, że wielkość grupy jest jedyną przyczyną warunkującą udzielenie pomocy. Zauważmy, że w obecności czterech świadków jedna trzecia badanych jednak jej udzieliła. Z kolei w sytuacji, gdy badani sądzili, iż są jedynymi świadkami ataku, niektórzy jednak nie pomogli. Jest rzeczą oczywistą, że na fakt udzielenia lub braku pomocy ofierze wpływają też inne czynniki — osobowość świadków, ich wcześniejsze doświadczenia w sytuacjach krytycznych itp. Zdajemy sobie sprawę z tego, że zachowanie społeczne jest złożone i zwykle powoduje je wiele różnych zmiennych. Dlatego właśnie ekspe- rymenty często obejmują równocześnie więcej niż jedną zmienną nieza- leżną. Ponieważ wiemy, że pewne kombinacje zmiennych niezależnych mają szczególnie silny wpływ na zachowanie, możemy postarać się, by zmienna zależna: zmienna, którą badacz mierzy po to, by stwierdzić, czy na nią wpływa zmienna niezależna; badacz stawia hipotezę, że zmienna zależna zależy od poziomu zmiennej niezależnej Rozdział 2 plan wieloczynnikowy: plan eksperymentalny, w którym uwzględnia się więcej niż jedną zmienną niezależną; każda zmienna niezależna ma więcej niż jedną wersję lub też poziom; wszystkie możliwe kombinacje tych poziomów pojawiają się w badaniach każda wersja każdej zmiennej niezależnej wystąpiła w eksperymencie łą- cznie z każdą z wersji wszystkich pozostałych zmiennych. Taka procedura nazywana jest planem wieloczynnikowym. Jest to więc procedura eks- perymentalna, w której: a) uwzględnia się więcej niż jedną zmienną nie- zależną; b) każda zmienna niezależna ma więcej niż jedną wersję lub też poziom; c) wszystkie możliwe kombinacje tych poziomów pojawiają się w badaniach. Badacz mógłby na przykład zdecydować się na badanie zachowania świadków przy użyciu trzech zmiennych niezależnych, a mianowicie: sto- pnia powagi sytuacji, liczby obecnych w tej sytuacji świadków oraz płci osoby, której potrzebna jest pomoc. Ważność sytuacji mogłaby mieć trzy poziomy: a) bardzo poważna sytuacja (człowiek leży na ziemi, a z jego ust toczy się krew); b) sytuacja poważna (człowiek leży na ziemi, kur- czowo zaciska pięści i jęczy); c) sytuacja mniej poważna (człowiek potknął się i upadł na ziemię). Kolejna zmienna — liczba świadków — mogłaby pojawić się w dwóch wariantach: a) obecność jednego świadka; b) obe- cność trzech świadków, I wreszcie ostatnia zmienna niezależna, czyli płeć „ofiary", miałaby oczywiście dwa poziomy: a) ofiarą jest mężczyzna; b) ofiarą jest kobieta. W wyniku zastosowania planu wieloczynnikowego uzyskamy dwa- naście różnych kombinacji tych trzech zmiennych niezależnych. I tak, na przykład, w jednej z możliwych sytuacji ofiarą będzie kobieta, która w obecności trzech świadków upada na ziemię, brocząc krwią z ust. Ba- dacz wprowadza wszystkie dwanaście możliwych sytuacji do badań. Na- stępnie zbiera informacje o tym, jak świadkowie reagują, gdy zostają postawieni w sytuacjach określonych przez różne wersje trzech wy- korzystanych zmiennych. W ten sposób badacz może określić nie tyl- ko niezależny udział każdej z tych trzech zmiennych niezależnych (np. w jakim stopniu ludzie zmieniają zachowania związane z niesieniem po- mocy wtedy, gdy ofiarą jest kobieta, a nie mężczyzna), ale również swoi- ste kombinacje czy też interakcje różnych wersji tych trzech zmien- nych (np. czy kobieta jako ofiara w bardzo poważnej sytuacji częściej otrzymuje pomoc ze strony trzech świadków niż mężczyzna jako ofiara w tych samych warunkach). Wieloczynnikowy plan eksperymentalny jest bardzo wiarygodnym narzędziem. Umożliwia rozdzielenie oddzia- łujących na siebie nawzajem zmiennych, a tym samym pozwala psycho- logom społecznym określić istotne dla analizowanego problemu ich kombinacje. Ustalanie trafności wewnętrznej w eksperymentach Czy możemy być pewni, że różnice w gotowości niesienia pomocy w róż- nych sytuacjach, uwzględnionych w eksperymentach Łatanego i Darleya (1968), były dziełem różnej liczby świadków zainscenizowanego ataku padaczki? Czy efekt ten nie mógł być spowodowany przez jakiś inny aspekt sytuacji? Największą zaletą metody eksperymentalnej jest właśnie to, że możemy być pewni istnienia przyczynowego związku pomiędzy liczbą widzów i faktem niesienia pomocy. Łatane i Darley zagwarantowa- li, że zastosowane w ich eksperymentach sytuacje były identyczne pod każdym względem z wyjątkiem jednego, określonego przez zmienną nie- zależną, którą była liczba widzów. Metodologia: proces przeprowadzania badań 59 O takich badaniach mówi się, że mają wysoką trafność wewnętrzną (Campbell, Stanicy, 1967). Znaczy to tyle, że wszystkie wykorzystane w badaniach sytuacje były takie same, a różniły się jedynie wartością zmiennej niezależnej. Łatane i Darley starali się zapewnić wysoką trafność wewnętrzną swoim eksperymentom poprzez następujące zabiegi: wszy- scy uczestnicy badań otrzymali taką samą instrukcję i wszystkim w taki sam sposób opisano badania; wszystkie osoby badane siedziały w tych samych kabinach; eksperyment przeprowadzano oddzielnie z każdą oso- bą badaną, można było więc uważnie kontrolować wszystkie inne aspe- kty sytuacji i zadbać o to, by każdy uczestnik eksperymentu znalazł się w identycznych warunkach; komentarze fikcyjnych uczestników ekspe- rymentu zostały wcześniej nagrane na taśmę magnetofonową i były później odtwarzane przez interkom po to, by prawdziwe osoby badane słyszały tę samą dyskusję w grupie i były świadkami tej samej sytuacji krytycznej. Wnikliwy czytelnik może jednak zauważyć, że poza liczbą widzów w badaniach Łatanego i Darleya pojawiła się jeszcze jedna kluczowa róż- nica pomiędzy sytuacjami eksperymentalnymi. Mianowicie różne osoby badane uczestniczyły w różnych sytuacjach eksperymentalnych. Być może zaobserwowane różnice w niesieniu pomocy należałoby przypisać chara- kterystykom osób badanych, a nie zmiennej niezależnej. Mogło być na przykład tak, że w sytuacji, gdy badany był jedynym świadkiem, znaleźli się ludzie, którzy z natury są bardziej skłonni do niesienia pomocy innym niż ci, którzy uczestniczyli w dwóch pozostałych sytuacjach. Osoby te mogły różnić się od pozostałych uczestników badań pod wieloma wzglę- dami, które mogły wpływać na ich większą skłonność do niesienia po- mocy innym. Może mieli oni bardziej kochających rodziców, może wie- dzieli coś na temat epilepsji albo pomagali już w sytuacjach krytycznych. Gdyby któraś z tych możliwości okazała się prawdziwa, trafność wewnę- trzna badań byłaby poważnie zagrożona. Na szczęście mamy do dyspozycji technikę, która pozwala ekspe- rymentatorowi na wyeliminowanie tych różnic pomiędzy badanymi, któ- re mogą wpływać na końcowe wyniki. Mowa tu o losowym przydziela- niu do sytuacji. Ta użyteczna technika jest główną składową metody eksperymentalnej. Każdy uczestnik badań Łatanego i Darleya miał taką samą szansę na przydzielenie do każdej z trzech wykorzystanych w eks- perymencie sytuacji. W praktyce robi się to poprzez rzucanie monetą, wyciąganie nazwisk badanych z kapelusza albo wykorzystanie tablic liczb losowych (zbioru liczb losowo wygenerowanych przez komputer). Dzięki randomizacji (albo losowemu przydzielaniu) badacz może być względnie pewien, że różnice w osobowościach uczestników eksperymentu albo ich wcześniejsze doświadczenia są równomiernie rozłożone na wszystkie sy- tuacje. I tak na przykład teoria prawdopodobieństwa mówi nam, że jeżeli uczestnicy eksperymentu będą losowo przydzielani do sytuacji ekspery- mentalnej, istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, iż osoby bardziej skłonne do pomocy wyznaczone zostaną do tej samej sytuacji. Ludzie bardziej od innych chętni do pomocy będą losowo (tj. w przybliżeniu równomiernie) rozłożeni na wszystkie trzy sytuacje eksperymentalne. Zawsze jednak istnieje (bardzo niewielka) możliwość, że nawet w przy- padku losowego przydziału osoby o różnych cechach osobowości nie roz- łożą się równomiernie na wszystkie sytuacje eksperymentalne. Jeżeli na przykład dzielimy losowo czterdzieści osób na dwie grupy, to może się trafność wewnętrzna: upewnianie się, że nic więcej poza zmienną niezależną nie może wpływać na zmienną zależną; realizuje się to poprzez kontrolowanie wszystkich zmiennych ubocznych oraz poprzez losowe przydzielanie wszystkim badanym różnych warunków eksperymentalnych losowe przydzielanie do sytuacji: upewnianie się, że wszyscy badani mają taką samą szansę na przydzielenie do danej sytuacji w eksperymencie; dzięki losowemu przydzielaniu tychże sytuacji badacz może być względnie pewien, że różnice w osobowościach uczestników eksperymentu albo ich wcześniejsze doświadczenia są równomiernie rozłożone na wszystkie sytuacje 60 Rozdział 2 poziom ufności (wartość p)'. liczba wyliczona za pomocą technik statystycznych, która informuje badacza o tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że wyniki jego eksperymentu są dziełem przypadku (spowodowane są niepowodzeniem w randomizacji), a nie są efektem działania zmiennej niezależnej lub zmiennych niezależnych; standardowo w nauce — także i w psychologii społecznej — przyjmuje się, że wyniki uznaje się za istotne wtedy, gdy prawdopodobieństwo, iż wyniki mogą być dziełem czynników losowych, a nie badanych zmiennych niezależnych, wynosi mniej niż pięć setnych zdarzyć, że tych dwadzieścia osób, które wiedzą najwięcej o epilepsji, znajdzie się w jednej grupie. Jest to możliwość, którą w nauce ekspery- mentalnej trzeba traktować poważnie. Statystyczna analiza naszych da- nych pozwala na wyliczenie poziomu ufności (wartości p). Ów poziom ufności to liczba informująca badacza o tym, jakie jest prawdopodobień- stwo, że wyniki jego eksperymentu są dziełem przypadku (spowodowane są niepowodzeniem w randomizacji), a nie efektem działania zmiennej niezależnej lub zmiennych niezależnych. Standardowo w nauce — także i w psychologii społecznej — wyniki uznaje się za istotne wtedy, gdy prawdopodobieństwo tego, iż są one dziełem czynników losowych, a nie badanych zmiennych niezależnych, wynosi mniej niż pięć setnych. Jeżeli wyniki są istotne statystycznie, przyjmujemy hipotezę, że to właśnie zmienna niezależna, a nie różnice w osobowościach czy też wcześniej- szych doświadczeniach naszych badanych, jest przyczyną różnic w zmien- nej zależnej. Możliwość kontrolowania zmiennych ubocznych, które mogą wpły- wać na wyniki, oraz możliwość losowego przydzielania osób badanych do sytuacji to dwie wielkie zalety metody eksperymentalnej. Nie jest to możliwe ani w metodzie korelacyjnej, ani w metodzie obserwacyjnej. Na- wet jeżeli pomiędzy dwiema zmiennymi występuje silna korelacja, to nie możemy być pewni ani tego, czy pierwsza zmienna jest przyczyną drugiej, ani też czy druga zmienna jest przyczyną pierwszej, czy może jakaś inna zmienna jest przyczyną i jednej, i drugiej. Jak już wspominaliśmy powyżej, gdyby Łatane i Darley wykorzystali metodę korelacyjną i stwierdzili wy- soką korelację pomiędzy liczbą widzów i faktem niesienia pomocy ofierze, nie byliby w stanie wyeliminować takiej możliwości, że jakaś inna zmien- na — na przykład powaga sytuacji — wpływała i na liczbę widzów, i na prawdopodobieństwo udzielenia pomocy. Łatane i Darley mogli wy- eliminować takie alternatywne wyjaśnienie uzyskanych wyników jedy- nie poprzez potraktowanie liczby świadków jako zmiennej niezależnej i utrzymanie wszystkich pozostałych elementów sytuacji (np. powagi tej sytuacji) w nie zmienionym stanie. Pokazaliśmy również, że niemożliwa jest interpretacja w kategoriach przyczynowości wyników analiz korelacyjnych w badaniach nad porno- grafią i przemocą seksualną. Larry Baron i Murray Straus (1984) wskazali na istotną korelację pomiędzy liczbą czasopism pornograficznych sprze- dawanych w poszczególnych stanach i liczbą odnotowanych w tych sta- nach gwałtów, ale nie mogli wyeliminować ewentualności, że jakaś trzecia zmienna jest przyczyną tych dwóch. Może być na przykład tak, że w nie- których stanach mieszka więcej mężczyzn o zaburzonej, hipermęskiej oso- bowości i że to właśnie ci mężczyźni czytają więcej pornografii i częściej popełniają gwałty. Tylko metoda eksperymentalna może udzielić odpowiedzi na pytanie, czy oglądanie pornografii popycha mężczyzn do popełniania agresywnych czynów seksualnych. Oczywiście ze względów etycznych nie możemy przeprowadzać eksperymentów, w których zmienną zależną byłby rzeczy- wisty czyn seksualny z użyciem przemocy. Jednak Edward Donnerstein, Neił Malamuth i ich współpracownicy badali wpływ pornografii na agresję w kilku starannie zaplanowanych eksperymentach (Donnerstein, Linz, Pen- rod, 1987; Malamuth, 1986; Malamuth, Donnerstein, 1983). Przyjrzyjmy się jednemu z takich eksperymentów, który został prze- prowadzony przez Edwarda Donnersteina (1980). Wszyscy badani studenci Metodologia: proces przeprowadzania badań 61 uczestniczący w tym eksperymencie to mężczyźni. Poinformowano ich, że eksperyment ma na celu badanie wpływu stresu na proces uczenia się. Każdy z uczestników oraz współpracownik eksperymentatora (który uda- wał, że jest osobą badaną) stanowili parę i wspólnie wykonywali zadanie polegające na tym, że jeden z nich uczył się pewnego materiału, drugi zaś aplikował partnerowi wstrząsy elektryczne za każdą błędną odpo- wiedź. Współpracownik eksperymentatora był zawsze tą osobą z pary, któ- rej aplikowano wstrząsy (nie stosowano prawdziwych wstrząsów elektry- cznych). Płeć współpracownika eksperymentatora była pierwszą zmienną niezależną uwzględnioną w tych badaniach — w parze pojawiał się albo student, albo studentka. Drugą zmienną niezależną był rodzaj krótkiego filmu, który uczest- nicy eksperymentu oglądali, zanim zaczęli aplikować partnerowi wstrzą- sy elektryczne. Eksperymentator pytał, czy w czasie, gdy ich partnerzy się uczą, nie zechcieliby obejrzeć krótkiego filmu, który zamierza wy- korzystać w swoich badaniach, i prosił, by go ocenili. Wszyscy uczest- nicy eksperymentu wyrazili zgodę. Każdy z nich obejrzał jeden z trzech krótkich filmów: a) film o mężczyźnie, który włamuje się do pewnego domu i gwałci kobietę, grożąc jej pistoletem (tj. pornografię nacechowa- ną przemocą); b) film pokazujący różne etapy stosunku seksualnego ko- biety z mężczyzną, ale bez aktów przemocy czy agresji; c) film neutralny, bez seksu i bez agresji. Po obejrzeniu filmu osoby badane wracały do tej części eksperymentu, która dotyczyła uczenia się. Poinstruowano każdego badanego, że jeżeli jego partner poda niepoprawną odpowiedź, ma go ukarać wstrząsem ele- ktrycznym o takim natężeniu, jakie sam wybierze w skali od l do 8. Zaraz potem badani słyszeli odpowiedzi współpracowników lub współpracow- nic eksperymentatora, które zawierały kilka błędów (w rzeczywistości był to głos kobiety lub mężczyzny odtwarzany z taśmy magnetofonowej). Zmienną zależną była tu intensywność wstrząsów, które badany zaapli- kuje ofierze. Czy ci mężczyźni, którzy przed chwilą obejrzeli film porno- graficzny, będą zachowywać się bardziej agresywnie (będą aplikować sil- niejsze wstrząsy) od tych, którzy takiego filmu nie oglądali? Czy fakt, że film pornograficzny zawierał akty przemocy albo był ich pozbawiony spo- woduje różnicę w zachowaniu badanych? Czy kobietom (współpracow- nicom eksperymentatora lub też „ofiarom") badani zaaplikują silniejsze wstrząsy niż mężczyznom? Wyniki tego eksperymentu zostały przedstawione na rycinie 2.4. Naj- bardziej zatrważającym odkryciem było to, że kiedy mężczyźni uczestni- czący w eksperymencie obejrzeli film pornograficzny nacechowany prze- mocą, a zaraz potem mieli okazję do agresywnego zachowania wobec kobiety, aplikowali jej wstrząsy najsilniejsze ze wszystkich, jakie w ogóle pojawiły się w eksperymencie. W sytuacji, kiedy to mężczyzna był ofiarą, obejrzenie zarówno filmu pornograficznego nacechowanego przemocą, jak i filmu pornograficznego bez aktów przemocy w treści prowadziło do wzrostu agresji u osób badanych. Działo się tak być może dlatego, że filmy pornograficzne pobudzały albo niepokoiły badanych i sprawiały, że rozładowywali oni powstałe w ich wyniku napięcie poprzez agresję. Wzrost agresji nie był jednak w żadnej z pozostałych sytuacji ekspery- mentalnych nawet w przybliżeniu tak duży jak wtedy, gdy wstrząsy ele- ktryczne aplikowali kobietom mężczyźni, którzy obejrzeli film pornogra- ficzny z aktami przemocy w treści. Opisany tu eksperyment oraz inne 62 Rozdział 2 Film pornograficzny Film pornograficzny bez aktów z aktami przemocy przemocy .Ofiara" mężczyzna .Ofiara" kobieta RYCINA 2.4. Wpływ oglądania filmów pornograficznych na agresję. Osoby badane płci męskiej oglądały film neutralny, film pornograficzny bez aktów przemocy albo film pornograficzny nacechowany przemocą, a następnie wybierały intensywność wstrząsów elektrycznych aplikowanych kobiecie lub mężczyźnie. Najbardziej intensywne wstrząsy aplikowali kobietom ci mężczyźni, którzy obejrzeli film pornograficzny z aktami przemocy (zaczerpnięto z: Donnerstein, 1980) podobne do niego (np. Linz, Donnerstein, Penrod, 1984) wykazały, że mężczyźni oglądający film pornograficzny, w którym kobieta jest poni- żana i traktowana agresywnie, stają się bardziej tolerancyjni w stosunku do aktów przemocy wobec kobiet; przemoc budzi u nich mniejszą odrazę, a sami stają się bardziej agresywni. Obszerniej omówimy te kwestie w rozdziale 12, który będzie traktował o agresji. Teraz chcielibyśmy jedynie podkreślić, że tylko takie badania jak te przeprowadzone przez Donnersteina (1980), a więc eksperymenty analizujące wpływ pornografii, mogą dać ostateczną odpowiedź na py- tanie o to, czy pornografia jest przyczyną przemocy i agresji. Ustalanie trafności zewnętrznej w eksperymentach Jak to zwykle w życiu bywa, niewątpliwym zaletom metody ekspery- mentalnej towarzyszą również wady. Kontrolowanie warunków ekspe- rymentalnych poprzez losowe przydzielanie osób badanych do sytuacji oraz eliminowanie wpływu zmiennych ubocznych może spowodować, że zaaranżowana sytuacja stanie się trochę sztuczna i niezbyt podobna do tych, które spotykamy w świecie realnym. Można na przykład od- wołać się do argumentu, że Łatane i Darley zagubili gdzieś to, co w rze- czywistości zainspirowało ich badania, a więc morderstwo popełnio- ne na Kitty Genovese. Jak zachowaliby się świadkowie ataku padacz- ki uczestniczący w laboratoryjnym eksperymencie przeprowadzonym w budynku uniwersytetu, gdyby byli świadkami brutalnego morder- stwa w Oueens? Jak często w życiu codziennym dyskutujemy z innymi ludźmi, posługując się interkomem? Czy fakt, że badani wiedzieli, iż Metodologia: proces przeprowadzania badań 63 uczestniczą w eksperymencie psychologicznym, wpłynął na ich zacho- wanie? Możemy też zastanawiać się nad tym, do jakiego stopnia ten rodzaj agresji, który badał Donnerstein (1980) w swoim eksperymencie laboratoryjnym — aplikowanie wstrząsów elektrycznych innym stu- dentom — można uogólnić na takie agresywne przestępstwa na tle se- ksualnym jak gwałt. Pytania te dotyczą trafności zewnętrznej albo możliwości generalizacji eksperymentów w psychologii. Mamy do czynienia z dwoma rodzajami generalizacji: a) stopniem, w jakim można uogólniać sytuacje stworzone przez eksperymentatora na sytuacje spotykane w życiu codziennym (generalizacja na inne s y t u a c j e); b) stopniem, w jakim można uogólniać zachowanie grupy ludzi uczestniczących w badaniach na zachowanie lu- dzi w ogóle (generalizacja na innych ludzi). Generalizacja na inne sytuacje. Psychologom społecznym można za- rzucić to, że często przeprowadzają swoje badania w sytuacjach sztucz- nych, które nie mogą być później uogólniane na sytuacje spotykane w re- alnym życiu. Aby rozwiązać ów problem, badacze starają się zwiększyć możliwość generalizacji wyników poprzez takie planowanie sytuacji eksperymentalnych, by były one jak najbardziej podobne do sytuacji re- alnych. Trzeba jednak w tym miejscu zauważyć, że istnieją różne spo- soby urealnienia eksperymentu. Jeżeli przyjmiemy, że owa realność to podobieństwo sytuacji eksperymentalnej do zdarzeń często spotyka- nych w życiu codziennym, to uznamy oczywiście, że wiele eksperymen- tów zasady realizmu nie spełnia. W eksperymentach, które opisujemy w tej książce, stawiano badanych w obliczu sytuacji, które raczej rzadko, jeżeli w ogóle kiedykolwiek zdarzają się w życiu codziennym (choćby na przykład wzięta z eksperymentu Łatanego i Darleya dyskusja w gru- pie ludzi na temat osobistych problemów każdego z nich prowadzona poprzez system nagłaśniający). Mówiąc o realizmie sytuacyjnym (Aron- son, Cąrismith, 1968) eksperymentu, mamy na myśli stopień, w jakim sytuacje eksperymentalne są podobne do sytuacji spotykanych w życiu codziennym. Tak pojmowany realizm jest zwykle w eksperymencie nie- wielki. Jednak ważniejsze od wyżej zdefiniowanego realizmu sytuacyjnego jest to, w jakim stopniu eksperyment kontroluje procesy psychologiczne podobne do tych, które pojawiają się w życiu codziennym. Ten rodzaj realizmu nazywamy realizmem psychologicznym. Zaaranżowana przez Łatanego i Darleya sytuacja krytyczna istotnie różniła się od sytuacji po- jawiających się w realnym życiu. Ale zastanówmy się, czy może była ona psychologicznie podobna do sytuacji z życia codziennego? Czy osoby badane o podobnym typie percepcji i podobnych przekonaniach podję- łyby taką samą decyzję i zachowały się tak samo, gdyby stanęły w obliczu realnej sytuacji? Jeżeli tak by się stało, wtedy wyniki tego eksperymentu można uogólnić na zjawiska życia codziennego. Utrzymanie wysokiego realizmu sytuacyjnego i wysokiego realizmu psychologicznego w eksperymencie nie jest zadaniem łatwym. Być może tutaj właśnie największą rolę odgrywają zdolności twórcze badacza. Naj- łatwiejszym sposobem badania zachowania widzów byłoby na przykład powiedzenie osobom badanym: „Interesuje nas to, co ludzie robią w ob- liczu krytycznych sytuacji. W pewnym momencie tego eksperymentu za- aranżujemy więc wypadek i będziemy patrzeć, jak na to zareagujesz". trafność zewnętrzna: stopień, w jakim wyniki badań mogą być generalizowane na inne sytuacje i na innych ludzi realizm sytuacyjny: stopień, w jakim sytuacje eksperymentalne są podobne do sytuacji spotykanych w życiu codziennym realizm psychologiczny: stopień, w jakim kontrolowane w eksperymencie procesy psychologiczne są podobne do procesów psychologicznych pojawiających się w życiu codziennym; realizm psychologiczny może być wysoki nawet wtedy, gdy realizm sytuacyjny jest niewielki 64 Rozdział 2 instrukcja maskująca: opis celu badań przedstawiany ich uczestnikom, który różni się od prawdziwego celu tychże badań; instrukcja maskująca używana jest po to, by zachować realizm psychologiczny Sądzimy jednak, że zgodzisz się z tym, iż taka procedura będzie się chara- kteryzowała niskim stopniem realizmu sytuacyjnego i niskim stopniem realizmu psychologicznego. W życiu codziennym nigdy nie wiemy, kiedy sytuacja krytyczna wystąpi, i nie mamy czasu, by zaplanować naszą re- akcję. Nie przychodzi nam wtedy do głowy myśl, że sytuacja ta została zaaranżowana z korzyścią dla nas lub że nasze reakcje obserwują jacyś badacze. Dlatego właśnie zarówno taka eksperymentalna sytuacja sama w sobie, jak i rodzaj uruchamianych w niej procesów psychologicznych bardzo różnią się od sytuacji i od procesów psychologicznych znanych z codziennego, realnego życia. Przypomnijmy jeszcze to, o czym już wspominaliśmy. Otóż ludzie nie zawsze wiedzą, dlaczego robią to, co robią, albo też nie wiedzą, co zrobią, aż do momentu, w którym owo „coś" się wydarzy. Dlatego też, jeżeli opiszemy osobom badanym sytuację eksperymentalną i poprosimy je o to, by reagowały naturalnie, możemy w najlepszym razie tylko przypuszczać, że w obliczu realnej sytuacji tak właśnie się zachowają. Po przedstawieniu na wykładach przebiegu eksperymentu Łatanego i Darleya często prosi- liśmy naszych studentów — tak jak wcześniej prosiliśmy o to ciebie — aby spróbowali zastanowić się, jak oni zareagowaliby w takiej sytuacji. Prawie wszyscy twierdzili, że pomogliby ofierze. Byli o tym przekonani nawet wtedy, gdy już wiedzieli, że w grupie liczącej sześć osób większość uczestników eksperymentu nie udzieliła ofierze pomocy. Nie możemy więc opierać się na opisach samych badanych o tym, co zrobiliby w hipo- tetycznej sytuacji. Możemy jedynie stwarzać sytuacje uruchamiające te same procesy psychologiczne, które pojawiają się w realnym życiu i ob- serwować rzeczywiste zachowania ludzi. Aby urealnić badania psychologiczne, często konieczne jest podanie uczestnikom eksperymentu instrukcji maskującej, a więc przedstawienie im celu badań różnego od faktycznego. Możesz się dziwić, dlaczego Łatane i Darley powiedzieli swoim badanym, że celem eksperymentu jest analiza problemów osobistych studentów. Byłoby z pewnością prościej poinformować ich, że badacze chcą poznać reakcje ludzi w krytycznych sytuacjach. Taki otwarty komentarz mógłby jednak w znacznym stopniu obniżyć psychologiczny realizm eksperymentu i spowodować trudności w uogólnianiu wyników. Realizm psychologiczny jest najpełniejszy wte- dy, gdy ludzie są przekonani, że stoją w obliczu realnych wydarzeń. Jeżeli są o danej sytuacji uprzedzeni, planują swoje reakcje, a to nie zdarza się w realnym świecie. Generalizacja na innych ludzi. Powtórzmy raz jeszcze, że psycholo- gowie społeczni dążą do wyjaśnienia przyczyn ulegania wpływom spo- łecznym. Eksperyment Łatanego i Darleya ukazał interesujący i zaska- kujący przykład wpływu społecznego. Okazało się, iż wystarczy sama wiedza o tym, że obecni są też inni, by ludzie powstrzymywali się od udzielenia pomocy. Ale czego nauczyliśmy się o ludziach w ogóle? W badaniach uczestniczyły pięćdziesiąt dwie osoby, mężczyźni i kobie- ty, studenci uniwersytetu w Nowym Jorku, którzy w zamian za udział w eksperymencie zyskiwali prawo uczestniczenia w pewnym cyklu wy- kładów. Pytanie, czy uzyskalibyśmy te same wyniki, gdyby badania przeprowadzono na innej populacji, jest uzasadnione. Czy liczba wi- dzów również wpływałaby na prawdopodobieństwo udzielenia pomo- cy, gdyby w eksperymencie uczestniczyli robotnicy w średnim wieku, Metodologia: proces przeprowadzania badań 65 Psychologia społeczna próbuje badać procesy psychologiczne, które dotyczą wszystkich ludzi i sprawiają, że są oni podatni na wpływ społeczny. Aby sprawdzić, czy wyniki eksperymentu można tak generalizować, trzeba powtarzać badania, wykorzystując rozmaite populacje. a nie studenci uniwersytetu? Ludzie ze Środkowego Zachodu, a nie no- wojorczycy? Japończycy, a nie Amerykanie? Jedynym sposobem zagwarantowania, że wyniki eksperymentu są re- prezentatywne dla zachowań pewnej konkretnej populacji jest losowy do- bór osób badanych z tej właśnie populacji. Najlepiej byłoby, gdyby grupy osób uczestniczące w eksperymentach były wyodrębniane z populacji lo- sowo, tak jak czyni się to w przypadku posługiwania się pomiarami. Jed- nak w eksperymentach przeprowadzanych w ramach psychologii społe- cznej rzadko badani są wybierani w ten właśnie sposób. Łatane i Darley na przykład nie próbowali losować próby ani spośród obywateli amery- kańskich, ani spośród mieszkańców Nowego Jorku, ani nawet spośród studentów nowojorskiego uniwersytetu. Tak jak w przypadku wielu in- nych, przedstawionych w tej książce eksperymentów, w badaniach ucze- stniczyli studenci, którzy zgłosili się na ochotnika. Losowy dobór osób badanych do eksperymentów psychologicznych jest niestety przedsięwzięciem niepraktycznym i kosztownym. Już samo przekonanie losowo wybranej próby Amerykanów, by zgodzili się odpo- wiedzieć przez telefon na kilka pytań w ramach sondażu politycznego, jest zadaniem trudnym. Na dodatek przeprowadzenie takiego sondażu kosztuje tysiące dolarów. Wyobraź sobie, jakie trudności mieliby Łatane powtarzalność: powtarzanie badań, często z udziałem osób z innych badanych populacji albo w innych warunkach i Darley z nakłonieniem wybranych losowo Amerykanów, by przylecieli samolotem do Nowego Jorku i wzięli udział w badaniach, nie wspomi- nając już o kosztach takiego przedsięwzięcia. Nawet próby badania loso- wo wybranej grupy studentów uniwersytetu nowojorskiego mogłyby oka- zać się skomplikowane, biorąc pod uwagę fakt, że każda wybrana osoba musiałaby wyrazić zgodę na wyrwanie sobie godziny z napiętego har- monogramu zajęć i spędzenie jej w laboratorium Darleya i Łatanego. Względy praktyczne i finansowe nie są oczywiście wystarczającym usprawiedliwieniem dla słabej nauki. O wiele ważniejsze jest to, że z pun- ktu widzenia celu psychologii społecznej tworzenie losowej próby do każ- dego eksperymentu nie jest konieczne. Jak zaznaczyliśmy w rozdziale l, psychologowie społeczni starają się zidentyfikować podstawowe, wspólne dla wszystkich ludzi procesy psychologiczne, które powodują uleganie wpływom społecznym. Jeżeli przyjmiemy, że istnieją fundamentalne pro- cesy psychologiczne, takie same u wszystkich ludzi mieszkających w róż- nych miejscach na Ziemi, i że te właśnie procesy są przedmiotem ekspe- rymentów psychologów społecznych, to wówczas selekcja osób z każdego zakątka świata nie będzie już konieczna. Większość psychologów społe- cznych zakłada, że badane przez nich procesy — takie jak rozprosze- nie odpowiedzialności w sytuacji krytycznej powodowane przez obecność innych — to podstawowe składniki ludzkiej natury, jednakowe dla mie- szkańców Nowego Jorku, ludzi z południowego zachodu czy Japoń- czyków. Nie znaczy to wcale, że powinniśmy wierzyć psychologom społecz- nym na słowo. Czy możemy być pewni, że efekt rozproszenia odpowie- dzialności jest uniwersalny? Pytanie o stopień, w jakim wyniki konkret- nych badań mogą być generalizowane, jest pytaniem empirycznym i jako takie musi być testowane poprzez powtarzanie badań z udziałem osób reprezentujących inne populacje. Powtarzalność. Przypuśćmy, że pewien badacz utrzymuje, iż jego bada- nia cechuje wysoki poziom realizmu psychologicznego i w związku z tym obejmują one funkcjonowanie psychologiczne typowe dla sytuacji z życia codziennego oraz że nie ma tu żadnego znaczenia fakt, iż w eksperymencie uczestniczyli wyłącznie studenci drugiego roku, ponieważ badane procesy psychologiczne są uniwersalne. Czy powinniśmy mu wierzyć? Ostatecznym sprawdzianem trafności zewnętrznej eksperymentu jest jego powtarzalność, a więc powtórne przeprowadzanie badań, często z udziałem innych osób albo z wykorzystaniem innych sytuacji. Czy są- dzimy, że Łatane i Darley uzyskali swoje wyniki tylko dlatego, że osoby przez nich badane wiedziały, iż biorą udział w eksperymencie? Jeżeli tak, to powinniśmy powtórzyć ich eksperyment poza laboratorium. Czy myślimy, że ich wyniki ograniczają się jedynie do pewnego typu sytuacji krytycznych? Jeżeli tak, powinniśmy powtórzyć ten eksperyment, wy- korzystując sytuację inną niż atak epilepsji. Czy sądzimy, że tylko mie- szkańcy Nowego Jorku są tacy nieskorzy do udzielania pomocy? Po- winniśmy zatem powtórzyć eksperyment z mieszkańcami Południa, Kalifornijczykami czy też z Niemcami. Tylko przez takie powtarzanie badań możemy się przekonać, do jakiego stopnia uzyskane wyniki mogą być generalizowane. Niemal wszystkie badania relacjonowane w tej książce były powtarza- ne w różnych sytuacjach i z wykorzystaniem różnych populacji badanych. Metodologia: proces przeprowadzania badań 67 Stąd pewność, że nie są to zjawiska ograniczone do warunków laborato- ryjnych czy też do studentów drugiego roku. Oryginalna hipoteza Łata- nego i Darleya została potwierdzona w licznych badaniach. Wykazano wpływ wzrastającej liczby widzów na zmniejszanie się prawdopodobień- stwa udzielenia pomocy. Badania przeprowadzono w różnych grupach ludzi, między innymi z dziećmi, studentami i przyszłymi duszpasterzami (Darley, Batson, 1973; Łatane, Nida, 1981), w małych miasteczkach i w du- żych miastach (Łatane, Dabbs, 1975), w różnorodnych warunkach, a więc w laboratoriach psychologicznych, na ulicach miast i w wagonach metra (Łatane, Darley, 1970; Piliavin, Dovidio, Gaertner, Ciark, 1981; Piliavin, Piliavin, 1972), wykorzystując różne typy sytuacji krytycznej, na przykład atak padaczki, potencjalny pożar, bójkę czy wypadek (Łatane, Darley, 1968; Shotland, Straw, 1976; Staub, 1974) oraz mniej poważne sytuacje, takie jak przebicie opony samochodowej (Hurley, Allen, 1974). W bada- niach przeprowadzonych w warunkach naturalnych ludzie nie mogli wie- dzieć, że uczestniczą w eksperymencie. W dalszej części tej książki bę- dziemy często zwracać uwagę na podobne replikacje tych badań, które przyniosły ważne odkrycia. Jak już wspominaliśmy w rozdziale l, eksperymentalna psychologia społeczna rozwijała się na początku przede wszystkim jako dyscyplina amerykańska. Dlatego też jednym z ograniczeń w uogólnianiu wyników może być to, że większość eksperymentów na tym polu przeprowadzali amerykańscy badacze, a uczestniczyli w nich Amerykanie. Również w in- nych kręgach kulturowych podejmuje się już coraz więcej badań, co po- winno wzbogacić naszą wiedzę na temat trafności zewnętrznej wielu od- kryć dokonanych w psychologii społecznej. I tak na przykład, badania nad wpływem liczby widzów na prawdopodobieństwo udzielenia pomo- cy ofierze zostały przeprowadzone w jeszcze jednym poza Stanami Zjed- noczonymi kraju — w Izraelu (patrz Schwartz, Gottiieb, 1976). Jeżeli bę- dzie więcej międzykulturowych badań, to stanie się możliwe wskazanie, które procesy psychologiczne są uniwersalne, a które dotyczą jedynie da- nego kręgu kulturowego. Podstawowy dylemat psychologa społecznego Jednym z najlepszych sposobów zwiększania trafności zewnętrznej jest przeprowadzanie eksperymentów w warunkach naturalnych. W przy- padku takich eksperymentów bada się zachowanie ludzi poza labora- torium, w naturalnych sytuacjach. Tu jednak, inaczej niż w przypadku obserwacji systematycznej albo metody korelacyjnej, badacz kontroluje występowanie zmiennej niezależnej (np. wielkości grupy) po to, by spraw- dzić, jaki będzie to miało wpływ na zmienną zależną (np. fakt udzielenia pomocy innemu człowiekowi) i losowo przydziela badanych do różnych sytuacji. Dlatego właśnie procedura eksperymentu w warunkach natural- nych jest identyczna z procedurą eksperymentu laboratoryjnego z tą jedną różnicą, że ten pierwszy przeprowadzany jest w warunkach spotykanych w realnym życiu, drugi zaś — w relatywnie sztucznych warunkach labo- ratoryjnych. Uczestnicy badań w warunkach naturalnych są nieświadomi tego, że sytuacja, w jakiej się znaleźli, jest w rzeczywistości eksperymen- tem. Trafność zewnętrzna tego typu eksperymentów jest wysoka, ponie- waż dzieją się one w świecie realnym, a uczestniczą w nich realni ludzie, eksperymenty w warunkach naturalnych: eksperymenty przeprowadzane raczej w warunkach życia realnego niż w laboratorium 68 Rozdział 2 którzy są pomiędzy sobą o wiele bardziej zróżnicowani niż typowa dla takich badań próba złożona ze studentów. W psychologii społecznej przeprowadzono wiele tego typu ekspery- mentów. I tak na przykład Łatane i Darley (1970) sprawdzali swoje hi- potezy o wpływie wielkości grupy na zachowanie widzów w pewnym sklepie poza śródmieściem Nowego Jorku. Dwóch „rabusiów" (za wiedzą i przyzwoleniem kasjera oraz kierownika sklepu) czekało do momentu, aż jeden lub dwóch klientów pojawi się przy ladzie. Wtedy zbliżali się do kasjera i pytali go, jaki najdroższy gatunek piwa sklep ma w sprzedaży. Kasjer wymieniał gatunek piwa i szedł sprawdzić na zapleczu, ile tego piwa znajduje się na składzie. Kiedy oddalał się, rabusie wystawiali naj- bliżej stojącą skrzynkę piwa przed sklep i mówiąc „Nigdy tego nie za- uważy", chowali skrzynkę do samochodu i odjeżdżali. Ponieważ złodzieje byli raczej groźnie wyglądającymi facetami, nikt nawet nie próbował interweniować wprost, by ich powstrzymać. Powstało pytanie, ilu ludzi pomoże kasjerowi, gdy ten wróci, i powie mu o kra- dzieży? Liczba widzów miała tu ten sam hamujący wpływ na fakt nie- sienia pomocy, który wykryto w laboratoryjnych badaniach nad napada- mi. Istotnie mniejsza liczba osób informowała kasjera o zajściu wtedy, gdy byli obecni inni świadkowie/klienci niż wtedy, gdy osoby te były w sklepie same. Możesz zapytać, dlaczego w ogóle przeprowadza się eksperymenty laboratoryjne, skoro eksperymenty w warunkach naturalnych są o wiele lepsze, jeżeli idzie o ich trafność zewnętrzną. Dlaczego nie możemy po- rzucić studiów laboratoryjnych i przeprowadzać wszystkich eksperymen- tów w warunkach naturalnych? Rzeczywiście, wydaje się, iż doskonały eksperyment w psychologii społecznej powinien być przeprowadzony w warunkach naturalnych, a uczestniczące w nim osoby badane — wy- brane losowo z interesującej nas populacji, sam eksperyment zaś powinien mieć wysoką trafność wewnętrzną (skontrolowane wszystkie zmienne uboczne, natomiast badani losowo przydzieleni do sytuacji). Brzmi to do- brze, prawda? Jedynym problemem jest to, że niezwykle trudno Spełnić wszystkie te warunki w jednym badaniu i to czyni takie przedsięwzięcie właściwie niewykonalnym. Prawie zawsze w eksperymencie trzeba lawirować pomiędzy jego we- wnętrzną i zewnętrzną trafnością, a więc pomiędzy: a) posiadaniem wy- starczającej kontroli nad sytuacją, by żądna zmienna uboczna nie miała wpływu na wyniki; b) gwarancją, że wyniki eksperymentu mogą być generalizowane na zjawiska życia codziennego. Najłatwiej sprawować kontrolę w warunkach laboratoryjnych, ale sytuacje symulowane mogą nie być podobne do tych z życia. Rzeczywiste sytuacje dają się najlepiej odtworzyć w eksperymentach przeprowadzanych w warunkach natural- nych, ale tu z kolei trudno o kontrolę wszystkich ubocznych zmiennych^ Wnikliwy czytelnik mógł na przykład zauważyć, że eksperyment Łata- nego i Darleya (1970) ze złodziejami piwa różnił się od eksperymentu laboratoryjnego w pewnym ważnym punkcie. Mianowicie, osoby badane nie były losowo przydzielane do dwóch wykorzystanych sytuacji (jeden klient i dwóch klientów). Gdyby Łatane i Darley wykonali tylko ten jeden eksperyment, nie mielibyśmy pewności, czy ludzie preferujący samotne dokonywanie zakupów i ludzie, którzy wolą robić je z przyjacielem, nie różnią się przypadkiem w taki sposób, że może to wpływać na chęć nie- sienia przez nich pomocy innym. Łatane i Darley mogli wyeliminować Metodologia: proces przeprowadzania badań 69 tę alternatywę dopiero poprzez losowe przydzielanie osób badanych do sytuacji w swoich eksperymentach laboratoryjnych. Owo balansowanie pomiędzy wewnętrzną i zewnętrzną trafnością jest określane jako podstawowy dylemat psychologa społecznego (Aronson, Carismith, 1968; Aronson, Ellsworth, Carismith, Gonzales, 1989). Usiło- wania, by wszystkie wyżej wymienione warunki spełnić w pojedynczym eksperymencie nie prowadzą do rozwiązania tego dylematu. Wielu psy- chologów społecznych opowiada się za zapewnieniem przede wszystkim trafności wewnętrznej i przeprowadzaniem eksperymentów laboratoryj- nych, w których badani są losowo przydzielani do różnych sytuacji, a wszystkie zmienne uboczne są kontrolowane. W takich warunkach nie jest nigdy do końca jasne, co jest przyczyną, a co skutkiem. Inni psycho- logowie społeczni preferują kontrolowanie trafności zewnętrznej i ci właś- nie przeprowadzają większość swoich badań w warunkach naturalnych. Jeszcze inni wykonują obydwa rodzaje eksperymentów. Oba rodzaje eks- perymentów wzięte razem spełniają kryteria eksperymentu doskonałego. Dlatego też, dzięki powtarzalności, specyficzne pytanie badawcze można analizować z maksymalną trafnością wewnętrzną i maksymalną trafnością zewnętrzną. Teraz, kiedy już przedstawiliśmy trzy główne metody badawcze w psy- chologii społecznej, musimy odnieść się do dwóch innych kwestii doty- czących badań. Po pierwsze, możesz być ciekawy, w jaki sposób wybiera się konkretny temat badań. Dlaczego psychologowie społeczni decydują się na badanie teorii dysonansu poznawczego, wpływu pornografii na agresję czy też usiłują dociec, kiedy ludzie udzielają pomocy innym? Czy pcha ich do tego tylko prosta ciekawość? Czy też może mają na uwadze ważne zadanie, na przykład próbę redukcji przemocy seksualnej? Ogólnie rzecz biorąc, możemy wyróżnić dwa typy badań, z których każdy ma inny cel. Celem badań podstawowych jest poszukiwanie naj- lepszej odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują. Badania te przeprowadza się wyłącznie dla zaspokojenia cie- kawości poznawczej i nie ma tu miejsca na próby rozwiązywania specy- ficznych społecznych czy też psychologicznych problemów. Celem badań stosowanych jest z kolei rozwiązywanie właśnie problemów specyficz- nych. Tutaj, zamiast zaspokajania własnej ciekawości poznawczej i bu- dowania teorii wyjaśniającej zachowania ludzi, badacze skupiają się na poszukiwaniu sposobów złagodzenia takich problemów, jak: rasizm, prze- moc seksualna czy rozprzestrzenianie się AIDS. Różnicę pomiędzy badaniami podstawowymi i badaniami stosowany- mi można łatwo zilustrować, odwołując się do innych nauk. Na przykład niektórzy biolodzy koncentrują się przede wszystkim na fundamental- nych kwestiach teoretycznych, takich jak rola DNA w transmisji informa- cji genetycznej, a nie na tym, w jaki sposób wyniki ich badań można zastosować do problemów życia codziennego. Inni biolodzy z kolei kie- rują uwagę na kwestie praktyczne. Pracują na przykład nad wyhodo- waniem takiej odmiany ryżu, która będzie miała więcej białka i będzie badania podstawowe: badania projektowane po to, by dać najlepszą odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują, i przeprowadzane wyłącznie dla zaspokojenia ciekawości poznawczej badania stosowane: badania projektowane specjalnie w celu rozwiązania konkretnego problemu społecznego; tworzenie teorii zachowania jest zwykle wtórne do rozwiązywania specyficznego problemu 70 Rozdział 2 Nie RI» ittc bardziej praktycznego niż dobra teoria.''1;'11 • . ^ — Kurt Leww, 1951 bardziej odporna na choroby, by w ten sposób przyczynić się do rozwią- zania problemu głodu na świecie. Jednak w większości nauk nie ma ostrej granicy pomiędzy badaniami podstawowymi i badaniami stosowanymi. Nawet jeżeli wielu badaczy określa siebie jako przedstawicieli badań podstawowych lub przedstawi- cieli badań stosowanych, to jest zupełnie jasne, że działania jednej grupy nie są niezależne od zabiegów drugiej. Istnieją niezliczone przykłady po- stępów w obszarze badań podstawowych, które w czasie, kiedy pow- stawały, nie miały żadnej praktycznej wartości, za to później stały się kluczem do rozwiązania istotnych problemów praktycznych. Badania podstawowe nad DNA i genetyką doprowadziły do powstania technologii umożliwiającej badaczom wyhodowanie nowych bakteńi oraz praktycz- nego zastosowania w medycynie i kontroli środowiska. I tak na przykład genetycznie zaprojektowana bakteria jest dziś wykorzystywana do roz- drabniania i rozpraszania płynącej rurociągami ropy. Podobnie dzieje się i w psychologii społecznej. Jak pokażemy w rozdziale 14, badania pod- stawowe przeprowadzane na psach, szczurach i rybach, analizujące zna- czenie poczucia kontroli nad środowiskiem, doprowadziły do powstania technik, które zwiększając poczucie kontroli u starych ludzi wymagają- cych stałej opieki i nie opuszczających domu, bardzo korzystnie wpływają na ich stan zdrowia (Langer, Rodin, 1976; Richter, 1957; Schulz, 1976; Seligman, 1975). Równie często z postępów w badaniach stosowanych wypływają teo- retyczne implikacje, które prowadzą do rewizji teorii podstawowych na temat świata fizycznego. I tak na przykład w połowie XVIII w. James Watt przeprowadzał swoje eksperymenty w praktycznym celu. Chciał mianowi- cie ulepszyć działanie maszyn parowych. Owe eksperymenty doprowadzi- ły nie tylko do skuteczniejszej pracy maszyn, ale położyły też fundament pod współczesne teorie termodynamiki. Większość psychologów społecznych zgodzi się zapewne z tym, że aby rozwiązywać specyficzne problemy społeczne, trzeba najpierw do- brze rozumieć odpowiedzialne za owe problemy procesy psychologicz- ne. Kurt Lewin (1951), jeden z twórców psychologii społecznej, wy- powiedział kiedyś zdanie, które do dziś używane jest jako motto tej dyscypliny: „Nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria". Miał on na myśli to, że aby rozwiązywać tak skomplikowane problemy spo- łeczne, jak przemoc w wielkich miastach czy uprzedzenia rasowe, trzeba przede wszystkim zrozumieć istotę psychologicznej dynamiki ludzkiej natury oraz dynamikę interakcji społecznej. W początkach istnienia psy- chologii społecznej jako dyscypliny naukowej badacze różnili się sto- pniem, w jakim ich zainteresowania skupiały się wprost na rozwiązy- waniu problemów społecznych albo na analizowaniu podstawowych aspektów natury ludzkiej. W skład grupy badawczej Lewina wchodzili ludzie reprezentujący obie orientacje. Owa dychotomia obecna jest do dziś. Niektórzy psychologowie społeczni zajmują się przede wszystkim badaniami podstawowymi przeprowadzanymi w warunkach laborato- ryjnych, inni zaś skupiają się głównie na badaniach stosowanych i pro- wadzą je w warunkach naturalnych. Nasza książka jest odbiciem poglądów szkoły psychologów społecz- nych, która koncentruje się przede wszystkim na podstawowych kwestiach teoretycznych. Jednak przedmiot badań tej dyscypliny ma taką naturę, że nawet wtedy, gdy celem analizy jest poznanie procesów psychicznych Metodologia: proces przeprowadzania badań 71 leżących u podłoża zachowania społecznego, to jej wyniki często mają wyraźnie praktyczne implikacje. Dlatego w naszej książce pojawi się wiele przykładów badań, które znalazły istotne zastosowanie praktyczne. W ostatnich dwóch rozdziałach pokażemy, w jaki sposób osiągnięcia psy- chologii społecznej były stosowane w rozwiązywaniu ważnych problemów społecznych. Ostatnią, ale wcale nie najmniej ważną kwestią jest dyskusja nad ety- cznymi problemami, które są nierozłącznie związane z badaniami w psy- chologu społecznej. W trakcie poszukiwania i tworzenia realistycznych i atrakcyjnych sytuacji, które będą mogły uchwycić istotę badanych pro- cesów, psychologowie społeczni często stają wobec dylematów etycz- nych. Z jednej strony z oczywistych naukowych względów chcemy, aby nasze eksperymenty przypominały — tak dalece jak to tylko jest mo- żliwe — świat rzeczywisty i aby były one tak solidnie i tak dokładnie kontrolowane, jak to tylko jesteśmy w stanie zrobić. Z drugiej jednak strony, nie chcemy narażać badanych osób na nadmierny i niepotrzeb- ny stres czy przykrości. Zadanie, którym jest zaplanowanie i przepro- wadzenie eksperymentu, to ciągłe balansowanie pomiędzy tymi dwoma celami. Badacze troszczą się o zdrowie i dobro osób uczestniczących w eks- perymencie. Równocześnie jednak owe osoby są przedmiotem badań związanych z zachowaniem społecznym ludzi, jak np. udzielanie pomo- cy przez widzów, uprzedzenia, konformizm, agresja czy posłuszeństwo autorytetom. Wiele z tych odkryć na pewno przyniesie korzyść społe- czeństwu. Ponieważ psychologowie społeczni mają do dyspozycji dobre narzędzia do naukowego badania tego typu zjawisk, wielu uczonych uważa, że rezygnacja z eksperymentów byłaby niemoralna. Jednak w celu dostatecznego rozpoznania owych zjawisk badacze muszą tworzyć jasne i wyraziste sytuacje dla uczestników swoich eksperymentów. Nie- które z tych sytuacji, z racji swojej natury, mogą powodować pewien dyskomfort u badanych. I z tego właśnie powodu wymogi dobrej nauki oraz wymogi etyki mogą być sprzeczne. Dylematu tego nie rozwiążą ani pobożne życzenia, by żaden z naszych badanych nie doświadczył jakiegoś rodzaju przykrości w trakcie eksperymentu, ani też upieranie się przy tym, że wszystko w nauce jest uczciwe. Zatem pozostaje wyjście pośrednie. Ów dylemat byłby mniej skomplikowany, gdyby badacz mógł uzyskać przyzwolenie badanych, jeszcze zanim wezmą udział w eksperymencie. Jeśliby badacz dokładnie opisał im rodzaj doświadczeń, na jakie będą narażeni, i zapytał, czy chcą wziąć w nich udział, wtedy kwestia rozwią- załaby się sama. W wielu eksperymentach w ramach psychologii społe- cznej taka procedura jest możliwa i wszędzie tam, gdzie to możliwe — jest stosowana. W niektórych rodzajach eksperymentów jest ona jednak nie do przyjęcia. Załóżmy, że Łatane i Darley powiedzieliby swoim ba- danym, iż napad będzie zainscenizowany, a więc nie będzie realnego nie- bezpieczeństwa, i że hipoteza zakłada, iż uczestnicy eksperymentu udzielą przyzwolenie: wyjaśnienie uczestnikom badania natury eksperymentu, zanim on się rozpocznie, i uzyskanie ich zgody na udział w tym eksperymencie 72 Rozdział 2 maskowanie: wprowadzenie w btąd uczestników eksperymentu lub zatajenie przed nimi prawdziwego celu badań albo też wydarzeń, które w rzeczywistości zaistnieją pomocy ofierze. Jak już wspominaliśmy wcześniej, takie postępowanie byłoby dalekie od naukowości. Istotą tego rodzaju eksperymentów jest to, że ich uczestnicy doświadczają stworzonych dla nich sytuacji tak, jak gdyby sytuacje te były realne. Ponieważ pojawiające się zdarzenia są róż- ne od tych, na jakie wcześniej przygotowano badanych, procedurę tę na- zwano maskowaniem eksperymentu. (Trzeba w tym miejscu odnotować, że nie wszystkie badania w psychologii społecznej wykorzystują masko- wanie). Potrzebny tu jest pewien kompromis. Trzeba chronić godność i bez- pieczeństwo osób badanych, ale należy też przeprowadzać badania w ści- śle naukowy, rygorystyczny sposób. Osiągnięcie kompromisu nie jest ła- twe. Z biegiem lat wypracowano jednak pewne wskazania, które mają zapewnić etyczne traktowanie uczestników eksperymentu. I tak na przy- kład Stowarzyszenie Psychologów Amerykańskich opublikowało listę za- sad etycznych, które obowiązują we wszystkich badaniach w psychologii. Zasady te przedstawione zostały na rycinie 2.5. Wszystkie badania przeprowadzane przez psychologów muszą być dodatkowo recenzowane przez Komisję ds. Recenzji (Institutional Re- view Board) lub komisję etyczną. Każdy element procedury ekspery- mentalnej, który zostanie przez taką komisję uznany za stresujący lub budzący zaniepokojenie, musi zostać zmieniony albo z procedury tej RYCINA 2.5. Procedury chroniące uczestników badań psychologicznych (zaczerpnięto z: Ethical principles of psychologists in the conduct of research, American Psychological Association, 1992) Metodologia: proces przeprowadzania badań 73 Jest mało prawdopodobne, by Komisja ds. Recenzji zatwierdziła te badania! usunięty. Jeżeli badacze używali maskowania, są oni zobowiązani do zorganizowania sesji wyjaśniającej po zakończeniu eksperymentu. Pod- czas tego spotkania muszą powiedzieć jego uczestnikom o maskowaniu i wyjaśnić, dlaczego było ono konieczne. Jeżeli uczestnicy badań do- świadczyli jakiegoś rodzaju nieprzyjemności, badacze powinni starać się odczucia te złagodzić i przywrócić badanym dobre samopoczucie. I wre- szcie trzeba dodać, iż sesja wyjaśniająca jest znakomitą okazją do prze- kazania uczestnikom eksperymentu informacji o celach, które przyświe- cały twórcom badań, oraz o uzyskanych wynikach. Pełni więc ona rów- nież ważną funkcję edukacyjną. Najlepsi badacze ostrożnie stawiają ba- danym pytania i uważnie słuchają odpowiedzi bez względu na to, czy wykorzystali maskowanie w swoim eksperymencie. (Szczegółowo o tym, jak powinna zostać przeprowadzona sesja wyjaśniająca, piszą Aronson, Ellsworth, Carismith, Gonzales, 1989). Z naszych doświadczeń wynika, że wszyscy uczestnicy eksperymen- tów rozumieją i uznają potrzebę maskowania, jeżeli tylko w trakcie sesji wyjaśniającej po zakończeniu eksperymentu poświęcono im wystarczającą ilość czasu, opisano cele i objaśniono, dlaczego nie mogła zostać zasto- sowana alternatywna procedura. Niektórzy badacze posunęli się o krok dalej i oceniali wpływ, jaki wywiera na badanych udział w eksperymencie z wykorzystaniem maskowania (np. Christensen, 1988; Gerdes, 1979). Wy- niki badań zgodnie wskazują na to, iż ten typ delikatnego maskowania, który jest zwykle stosowany w badaniach psychologii społecznej, oraz łagodny dyskomfort, który czasami towarzyszy udziałowi w eksperymen- tach psychologicznych, nie budzi sprzeciwu. Okazuje się, iż uczestnikom maskowanych eksperymentów badania te niekiedy się podobały bardziej i bardziej były dla nich pouczające niż dla osób uczestniczących w ekspe- rymentach nie wykorzystujących maskowania (Smith, Richardson, 1983). sesja wyjaśniająca: wyjawienie uczestnikom badań po zakończeniu eksperymentu jego celu oraz dokładne objaśnienie tego, co się wydarzyło 74 Rozdział 2 Oto co Łatane i Darley stwierdzili na temat reakcji osób uczestniczących w ich eksperymentach: Mimo że badani w trakcie trwania eksperymentu doświadczali stresów i konfliktów, ich całościowe reakcje były w wysokim stopniu pozytywne. W kwestionariuszu, który wypełniali już po zapoznaniu ich z naturą i wy- nikami badań, każdy z nich ocenił eksperyment jako „interesujący" albo jako „bardzo interesujący" i wyraził chęć uczestniczenia w podobnych eks- perymentach w przyszłości. Wszyscy badani uważali, że rozumieją istotę eksperymentu, i byli przekonani, iż maskowanie było w nim konieczne i usprawiedliwione. (Łatane, Darley, 1970, s. 101) Nie mamy zamiaru przekonywać, że maskowanie zawsze jest korzy- stne. Chcemy tylko powiedzieć, że jeżeli badacz zastosuje jakąś łagodną formę maskowania, a po eksperymencie poświęci pewną ilość czasu na rozmowy z badanymi i wyjaśni im, dlaczego było ono konieczne, to są dowody na to, iż ludzie nie będą takim zabiegom przeciwni. Celem psychologii społecznej jest naukowe poszuki- wanie odpowiedzi na pytania o zachowania społeczne. Główne procedury badawcze stosowane w psychologii społecznej to metoda obserwacyjna, metoda korelacyjna i metoda eksperymentalna. Każda z tych procedur ma wady i zalety i każda z nich jest odpowiednią metodą w odniesieniu do specyficznych pytań badawczych. Za- stosowanie każdej z nich zobowiązuje też badacza do wy- prowadzania innego typu wniosków. Metoda obserwacyjna — tak w formie systematy- cznej, uczestniczącej, jak i archiwalnej — pełni przede wszystkim funkcję opisową. Umożliwia badaczowi ob- serwowanie zjawisk społecznych i ich opisywanie. Obie- ktywność owych obserwacji ocenia się następnie poprzez sprawdzanie zgodności sędziów kompetentnych. Meto- da korelacyjna pozwala z kolei na określanie, czy zmien- ne są ze sobą związane, a więc czy wartości jednej zmien- nej można przewidywać na podstawie wartości innych zmiennych. Jeżeli istnieje dodatnia korelacja, to wzrost wartości zmiennej A jest związany ze wzrostem wartości zmiennej B. Jeżeli natomiast istnieje korelacja ujemna, to wzrost wartości zmiennej A jest powiązany z obniżaniem się wartości zmiennej B. Często wylicza się korelacje na podstawie dokonanych wcześniej pomiarów uzyskanych z próby osób wybranych z populacji za pomocą doboru losowego. Ów losowy dobór gwarantuje, że odpowiedzi badanej próby są reprezentatywne dla sądów całej popu- lacji. Główną wadą metody korelacyjnej jest to, że nie pozwala ona wnioskować na temat przyczynowości. Nie jest w jej ramach możliwe stwierdzenie, czy A powoduje B, czy może B powoduje A, czy też jakaś inna zmienna powoduje i A, i B. Z tego właśnie względu preferowaną procedurą ba- dawczą w psychologii społecznej jest metoda ekspery- mentalna. Tylko ona pozwala wnioskować na temat przyczynowości. Eksperymenty mogą być przeprowa- dzane w laboratoriach albo w warunkach naturalnych. Zmienne niezależne to te, którymi badacz systematycz- nie manipuluje. To o nich właśnie zakłada, że mają przy- czynowy wpływ na zachowanie. Zmienne zależne to z kolei te zmienne, o których badacz zakłada, że są efe- ktem zmiennych niezależnych. Badacz musi zagwaran- tować, że wszyscy uczestnicy eksperymentu będą stawia- ni w sytuacjach różniących się wyłącznie wartością zmiennej niezależnej. Musi on również zadbać o to, by osoby badane były losowo przydzielane do sytuacji eksperymentalnych. Owo losowe przydzielanie — pro- bierz jakości procedury eksperymentalnej — gwarantu- je, że różne typy osób badanych będą równomiernie roz- łożone na wszystkie sytuacje. Z kolei poziom ufności (wartość p) informuje o tym, jakie jest prawdopodobień- stwo, że wyniki eksperymentu są dziełem przypadku, a nie efektem działania zmiennej niezależnej. Psychologowie społeczni używają często w swoich eksperymentach planu wieloczynnikowego. Procedura ta uwzględnia więcej niż jedną zmienną niezależną i wię- cej niż jeden poziom na każdej z tych zmiennych. W eks- perymencie pojawiają się wszystkie możliwe kombinacje Metodologia: proces przeprowadzania badań 75 poziomów zmiennych niezależnych. Badacz może dzięki temu określić efekty główne każdej zmiennej niezależnej oraz swoiste interakcje czy też kombinacje poziomów wszystkich wykorzystanych zmiennych niezależnych. Badacz powinien starać się zapewnić swoim ekspe- rymentom tak wysoką, jak to tylko jest możliwe trafność wewnętrzną (gwarancja, że nic poza zmiennymi nieza- leżnymi nie wpływa na wyniki) oraz trafność zewnętrzną (gwarancja, że wyniki mogą być uogólniane na innych ludzi i na inne sytuacje). Realizm sytuacyjny to stopień, w jakim sytuacje eksperymentalne podobne są do sytu- acji spotykanych w życiu codziennym. Realizm psycho- logiczny natomiast to stopień, w jakim kontrolowane w eksperymencie procesy psychologiczne są podobne do procesów psychologicznych pojawiających się w życiu codziennym. Najlepszym sposobem sprawdzenia traf- ności zewnętrznej jest powtarzalność. Polega ona na prze- prowadzaniu tego samego eksperymentu z udziałem in- nych ludzi i w innych sytuacjach oraz na porównywaniu wyników.

Strony internetowe, tworzenie stron, strony www, projektowanie stron, kompleksowa obsługa stron

Strony internetowe, tworzenie stron, strony www, projektowanie stron, kompleksowa obsluga stron projektowanie stron warszawa strony internetowe strony www tworzenie stron kompleksowa obsługa stron projektowanie stron warszawa Podejmowane są zarówno badania podstawowe, jak i badania stosowane. Granica pomiędzy tymi dwoma ro- dzajami badań jest często nieostra, jednak celem badań podstawowych jest zrozumienie zachowania społecznego bez wnikania w specyficzne i szczegółowe problemy; ce- lem badań stosowanych jest natomiast rozwiązywanie właśnie specyficznych zagadnień, które często mają spore znaczenie dla życia społecznego. Na koniec trzeba zazna- czyć, że ważnym problemem w psychologii społecznej jest etyczny stosunek do osób badanych. Wskazówki wy- pracowane przez Stowarzyszenie Psychologów Amery- kańskich zalecają ostrożne postępowanie i akcentują takie kwestie, jak na przykład uzyskanie przyzwolenia osób badanych, możliwość rezygnacji z udziału w badaniach w każdym momencie ich trwania, zapewnienie anonimo- wości i dyskrecji, przeprowadzenie sesji wyjaśniającej po zakończeniu eksperymentu, zwłaszcza wtedy, gdy wykorzystano maskowanie (a więc instrukcję maskują- cą, która dotyczyła rzekomego celu badań albo zmien- nych niezależnych lub zależnych). Aron A., Aron E.N. (1990). The heart of social psychology (wyd. II). Lexington, MA: Heath. Rzut oka na kulisy badań prowadzonych przez psychologów społecz- nych na podstawie wywiadów z wiodącymi badacza- mi tego obszaru zainteresowań. Aronson E., Ellsworth P., Carismith J.M., Gonzales M. (1989). Methods of research in social psychology (wyd. II). New York: Random House. Zabawny i dokładny opis sposobów na przeprowadzanie badań w psycho- logii społecznej. Rosenthal R., Rosnow R.L. (1991). Essentials of behavioral research: Methods and data analysis (wyd. II). New York: McGraw-Hill. Szczegółowy przewodnik po metodo- logii i analizach statystycznych przeznaczony dla stu- dentów i profesjonalistów. Blalock H.M. (1977). Statystyka dla socjologów. Warszawa: PWN. Brzeziński J. (1978). Elementy metodologii badań psychologi- cznych. Warszawa: PWN. Nie istnieją kłamstwa; są jedynie zniekształcone prawdy. — Spinoza Nie tak dawno Bob Amot, redaktor zajmujący się sprawami medycznymi w porannych wiadomościach CBS, podał zadziwiającą informację. Grupa wybitnych badaczy w dziedzinie medycyny opublikowała właśnie najwyraźniej ostateczne wyniki badań, w których pokazano, że napinanie mięśni podczas rozgrzewki przed podjęciem właściwej aktywności fizycznej w niczym nie pomaga sportowcom, a może nawet im szkodzić. Wyniki — opracowane na podstawie tysięcy przypadków — świadczą o tym, że ludzie, którzy zawsze napinają mięśnie w średnim stopniu, nie doznają mniej obrażeń niż ci, którzy nigdy nie napinają mięśni, podczas gdy osoby, które napinają mięśnie w dużym stopniu, w rzeczywistości doznają więcej kontuzji niż ci, którzy nigdy nie napinają mięśni („CBS Morning News", March 9, 1990). W czasie, gdy Amot przekazywał tę informację, kamera penetrowała Park Centralny w Nowym Jorku, gdzie przechadzający się reporter przeprowadzał wywiady 80 Rozdział 3 z kilkoma osobami uprawiającymi jogging. „To bardzo interesujące" — wykrzyknął jeden z nich. „To jest ważna informacja. Kto, ja? Nie, ja prawie nigdy nie napinam mięśni, to zbyt kłopotliwe". Reporter zbliżył się następnie do płotu, gdzie kilku młodych ludzi sumiennie napinało mięśnie podczas rozgrzewki przed porannym biegiem, i poinformował ich o najnowszych wynikach badań. „Nie wierzę w to" — powiedział jeden. „To nie może być prawda — stwierdził drugi. — Napinam mięśnie przez więcej niż piętnaście lat i miałem bardzo niewiele kontuzji". „ To nic innego jak stek kłamstw!" — krzyknął trzeci. „Dlaczego naukowcy mieliby kłamać?" — zapytał reporter. „Aby zachować swoją pracę — odpowiedział ten, który napinał właśnie mięśnie. — Oni muszą dostarczać nowych »odkryć« od czasu do czasu, bo inaczej zostaną zwolnieni z prący!" Nawet dla przypadkowego obserwatora różnica była uderzająca; te osoby, które prawie nigdy nie napinały mięśni, w ogóle nie były zaniepokojone wynikami badań, podczas gdy ci, którzy od wielu lat poświęcali wiele czasu na napinanie mięśni, sprawiali wrażenie, że mają ogromne trudności z przyjęciem naukowego odkrycia — nawet do tego stopnia, że podawali możliwość intencjonalnego zafałszowania wyników przez wybitnych naukowców. Jak możemy wyjaśnić to zjawisko? W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat psychologowie społeczni odkryli, że jednym z czynników najsilniej wpływających na ludzkie zachowania jest potrzeba — występująca u większości ludzi — myślenia o sobie jak najlepiej, to znaczy potrzeba podtrzymywania względnie wysokiego poziomu samooceny (Aronson 1969; Baumeister 1993; Greenberg, Pyszczynski, Solomon 1986). Większość z nas żywi przekonanie, że jesteśmy ludźmi racjonalnymi, przyzwoitymi, którzy podejmują mądre decyzje i nie zachowują się niemoralnie, ale uczciwie. Krótko mówiąc, staramy się wierzyć, że nie postępujemy niedorzecznie i okrutnie. Jednak w ciągu naszego życia to przekonanie często bywa zakwestionowane. Tematem tego rozdziału jest to, jak ludzie radzą sobie z takim podważeniem poczucia własnej wartości. Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 81 Teoria dysonansu poznawczego Spójrzmy z innej strony na ludzi uprawiających jogging, a przedstawio- nych we wstępie. Załóżmy, że uprawiasz jogging i ze zwykłego lenistwa nigdy nie napinałeś mięśni podczas rozgrzewki przed biegiem. Następnie dowiadujesz się, że napinanie mięśni nie jest niczym dobrym, a może nawet spowodować szkody. Dla ciebie jest to dobra wiadomość. Będziesz czuł się jak osoba zwolniona z odpowiedzialności. I rzeczywiście, nawet jeśli nie ćwiczyłeś w przeszłości z lenistwa, to w jakiś sposób, dokonując retrospekcji, czujesz, że zachowałeś się racjonalnie. Informacja przekazana przez Arnota nie kwestionuje twojego dotychczasowego postępowania. Teraz załóżmy, że przez ostatnich kilka lat sporo czasu przeznaczy- łeś na napinanie mięśni przed każdym biegiem. W takim przypadku in- formacja zakomunikowana przez Arnota nie jest dla ciebie korzystna. Czujesz się zaniepokojony. Jeśli dajesz wiarę wynikom badań, to twoje przeszłe zachowanie nie wydaje się rozsądne — rzeczywiście, dokonując retrospekcji, czujesz, że było ono wręcz absurdalne. Zatem będziesz pró- bował znaleźć sposób na zdyskredytowanie owych odkryć — nawet po- suwając się do zakwestionowania uczciwości naukowców, jak czyniły to niektóre osoby w Parku Centralnym w Nowym Jorku. Uczucie przykrego napięcia spowodowane informacją, którą jest sprzeczna z naszym wyob- rażeniem siebie jako osoby rozsądnej i sensownej, nazywa się dysonansem poznawczym (Aronson, 1992; Brehm, Cohen, 1962; Festinger, 1957; Fe- stinger, Aronson, 1960). Leon Festinger (1957) dysonans definiował jako niezgodność między dwoma elementami poznawczymi. Mamy wiele przekonań na temat nas samych oraz na temat świata i czasami te przekonania są wzajemnie sprze- czne. Weźmy jako przykład ludzi, którzy palą papierosy. Jest bardzo pra- wdopodobne, że pojawią się u nich sprzeczne ze sobą elementy poznaw- cze — wiedza o tym, że palą, z jednej strony i wiedza o tym, że palenie papierosów może być przyczyną poważnych problemów zdrowotnych, z drugiej strony. Z definicji, którą podał Festinger, wynika, że gdy dwa elementy są ze sobą niezgodne, to ludzie doświadczają swoistego napięcia psychologicznego zwanego dysonansem. Czy rzeczywiście jakakolwiek niezgodność między elementami po- znawczymi wywołuje dysonans? Gdyby można było zajrzeć do czyjejś głowy i zbadać istniejące tam przekonania, to niewątpliwie okazałoby się, że niektóre z nich są ze sobą sprzeczne, ale jednocześnie nie powodują dużego dysonansu, czyli stanu przykrego napięcia. Na przykład możemy uważać, że należy być czystym i schludnym, a pewnego dnia zostawić otwartą tubkę pasty do zębów. Dla większości z nas ta niezgodność nie będzie szczególnie niepokojąca. Inne rodzaje niezgodności, takie jak sprze- czność między następującymi elementami poznawczymi: „Palę papiero- sy" oraz „Palenie papierosów może mnie zabić", najprawdopodobniej spowodują znacznie większy dysonans. Jak wskazuje powyższy przykład, nie wszystkie niezgodności poznaw- cze są jednakowo niepokojące. W miarę jak rozwijała się teoria, coraz bardziej było jasne, że największe prawdopodobieństwo pojawienia się dysonansu jest wtedy, gdy zrobimy coś lub dowiemy się czegoś, co za- graża naszemu wyobrażeniu siebie, przez zaistnienie niezgodności mię- dzy tym, kim sądzimy, że jesteśmy, a tym, jak się zachowujemy — to Umysł uznaje za nieprzyzwoite kwestionowanie tego, co mówi serce. — Milan Kundera, 1989 dysonans poznawczy: popęd spowodowany poczuciem dyskomfortu, pierwotnie definiowany jako konsekwencja utrzymywania dwóch lub więcej niezgodnych ze sobą elementów poznawczych, następnie określany jako konsekwencja zaangażowania się w działanie, które jest sprzeczne z koncepcją siebie jako osoby przyzwoitej i rozsądnej elementy poznawcze: myśli, uczucia, przekonania bądź wiedza o czymś 82 Rozdział 3 (1) To jesteś ty, umiarkowanie szczęśliwa i zadowolona osoba z dobra samooceną. (2) Robisz cos, co jest sprzeczne z twoim obrazem samego siebie... coś głupiego lub niemoralnego. (5) Doświadczasz dysonansu! Nieprzyjemny stan napięcia, który pobudza cię do jego zmniejszenia. (6) Skuteczne zastosowanie jednego z tych trzech sposobów zmniejszy twój dysonans. Znowu jesteś szczęśliwą osobą. RYCINA 3.1. Jak redukujemy dysonans poznawczy (7) Albo mógłbyś dodać elementy poznawcze, które z nim współbrzmią. znaczy przez działania lub myśli, które zagrażają naszej samoocenie (Aronson, 1969; Greenwald, Ronis, 1978; Thibodeau, Aronson, 1992). Mó- wiąc krótko, dysonans poznawczy wystąpi wtedy, gdy czujemy się nie- mądrzy lub niemoralni. Dysonans poznawczy wywołuje uczucie dyskomfortu, a zatem pobu- dza do podjęcia prób jego zredukowania, w taki sam sposób jak głód lub pragnienie pobudza nas do jedzenia lub picia. Jednak inaczej niż w przy- padku głodu lub pragnienia — różne sposoby redukowania dysonansu prowadzą do interesujących zachowań. Jak zredukować dysonans? Mo- żemy to zrobić na trzy podstawowe sposoby: • Przez zmianę naszego zachowania — tak, aby było ono zgodne z dy- sonansowym elementem poznawczym. • Przez uzasadnienie naszego zachowania — zmieniając jeden z ele- mentów poznawczych tak, aby był on mniej sprzeczny (a zatem bardziej zgodny) z zachowaniem. • Przez uzasadnienie naszego zachowania — dodając nowe elementy poznawcze, które są zgodne z zachowaniem i je wspierają. Podstawowe sposoby redukowania dysonansu przedstawione są na rycinie 3.1. Aby je dokładnie zilustrować, powróćmy do przykładu z pa- leniem. Załóżmy, że palisz papierosy. Jest prawdopodobne, że doświad- czasz dysonansu, ponieważ głupio angażować się w działanie, które może doprowadzić do bolesnej, 'przedwczesnej śmierci. W jaki sposób mo- żesz zmniejszyć ten dysonans? Najprostszym sposobem jest zmiana swe- go zachowania: rzucić palenie. Zachowanie byłoby wtedy zgodne z twoją Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 83 wiedzą na temat związku między paleniem a rakiem. Niektórym udaje się właśnie tak uczynić, lecz nie jest to łatwe — wielu próbowało rzucić palenie i nie udało im się to. Co zatem ci ludzie robią? Byłoby błędem zakładać, że z trudem przełykają swoją porażkę i przygotowują się do śmierci. Na ogół starają się zredukować dysonans, poszukując jakiegoś usprawiedliwienia dla swojego zachowania. Niektórzy palacze będą usiłowali zmienić jeden z elementów poznaw- czych; na przykład mogą oni próbować przekonać siebie, że wiedza na temat związku między paleniem a rakiem nie jest rozstrzygająca. (Jest to bardzo podobne do tego, co robiły osoby uprawiające jogging, które na- pinały swoje mięśnie — patrz przykład przedstawiony we wstępie). Inni będą się starali wprowadzić nowe elementy poznawcze — na przykład przekonanie, że filtry papierosowe zatrzymują większość szkodliwych substancji i w ten sposób zmniejszają niebezpieczeństwo zachorowania. Niektórzy posłużą się przykładem, który pozwoli im skupić uwagę na żywym wyjątku: „Spójrz na starego Sama Carouthersa, on ma 97 lat i pali paczkę papierosów dziennie od dwunastego roku życia. To jest dowód na to, że palenie nie zawsze jest szkodliwe". Jeszcze inni powiedzą, że palenie to przyjemność, dla której warto ryzykować zachorowanie na ra- ka, lub nawet skutecznie przekonają samych siebie, że jeśli wziąć wszystko pod uwagę, to palenie warte jest zachodu, ponieważ relaksuje, zmniejsza napięcie nerwowe itp. Takie uzasadnienia mogą się wydawać nielogiczne dla kogoś, kto nie pali, i to o to właśnie nam chodzi. Ludzie przeżywający dysonans często nie będą się liczyć z niczym, byleby tylko go zredukować. Przedstawione powyżej przykłady zaprzeczania, zniekształcania i usprawiedliwiania nie zostały przez nas wymyślone, są one oparte na rzeczywistych przy- padkach podawanych przez ludzi, którzy próbowali, lecz nie zdołali zer- wać z nałogiem. Podobne uzasadnienia podawały osoby, które próbo- wały bez skutku zrzucić nadwagę, które zaniechały praktykowania bez- piecznego seksu lub które wiedzą o złym stanie swego zdrowia (Croyle, Jemmott, 1990; Kassarjian, Cohen, 1965; Leishman, 1988). Aby uciec od dysonansu, ludzie będą się angażować w zupełnie niezwykłe racjona- lizacje. Zachowanie racjonalne a racjonalizujące Większość z nas z dumą przyznaje, że jesteśmy zwierzętami racjonalnymi — i rzeczywiście ludzie są zdolni do zachowań racjonalnych. Jak jednak pokazują powyższe przykłady, potrzeba podtrzymania naszej samooceny sprawia, że nie zawsze myślimy racjonalnie; raczej racjonalizujemy. Osoby uprawiające jogging, które przez wiele lat napinały mięśnie i odrzuciły wyniki badań, nie zachowały się racjonalnie. Całkowicie racjonalne jed- nostki przeczytałyby uważnie raport z badań, sprawdziły, czy metodologia była poprawna, i jeśli nie byłoby żadnych błędów, to zaniechałyby dotych- czasowej praktyki. Ale ludzie zaangażowani w redukowanie dysonansu są tak zajęci przekonywaniem samych siebie, że zawsze postępują i po- stępowali właściwie, iż często kończy się to zachowaniem irracjonalnym i dezadaptącyjnym. W tym przypadku usiłując usprawiedliwić swoje za- chowania z przeszłości, w końcu przekonają siebie, że należy nadal na- pinać mięśnie. Jeśli metodologia naukowa jest poprawna, to zachowanie 84 Rozdział 3 takich nawyków jest, w najlepszym razie, stratą czasu. W przypadku pa- lenia papierosów rezultat takiego uporu może być tragiczny. Aby zademonstrować irracjonalność zachowania zmierzającego do re- dukcji dysonansu, Edward E. Jones i Rika Kohier (1959) przeprowadzili prosty eksperyment w jednym z miast na południu Stanów Zjednoczo- nych w końcu lat pięćdziesiątych, zanim jeszcze desegregacja została po- wszechnie zaakceptowana. Wyselekcjonowali oni osoby, które były bar- dzo zaangażowane w problem segregacji rasowej — jedni byli za utrzy- maniem jej, inni sprzeciwiali się temu. Następnie badacze prezentowali uczestnikom eksperymentu serię argumentów zarówno za, jak i przeciw segregacji. Część argumentów i z jednej, i z drugiej strony było wiary- godnych, a część wręcz niedorzecznych. Chodziło o stwierdzenie, które argumenty zostaną najlepiej zapamiętane. Gdyby uczestnicy eksperymentu Jonesa i Kohier mieli zachować się ściśle racjonalnie, to należałoby oczekiwać, że najlepiej zapamiętają argu- menty wiarygodne, a najgorzej argumenty niewiarygodne — bez względu na to, po której stronie występowały. Ostatecznie, dlaczego ktoś miałby zapamiętać argumenty niewiarygodne? Co przewiduje teoria dysonansu? Argument głupi, ale zgodny z czyjąś postawą, wzbudza pewien dysonans, ponieważ podaje w wątpliwość mądrość stanowiska, czyli inteligencję osób, które się z nim zgadzają. Podobnie argument sensowny po stronie przeciw- nej wzbudza pewien dysonans, ponieważ dopuszcza możliwość, że druga strona może być bliższa prawdy niż ktoś początkowo zakładał. Ponieważ takie argumenty burzą spójność poglądów, dlatego staramy się o nich nie myśleć; znaczy to, że możemy niezbyt dobrze je sobie uświadomić lub po prostu zapomnieć. Dokładnie takie właśnie wyniki uzyskali Jones i Kohier (1959). Uczestnicy ich eksperymentu nie kierowali się w procesie pamięcio- wym zasadą racjonalności czy funkcjonalności. Wykazali tendencję do za- pamiętania argumentów wiarygodnych, zgadzających się z ich włas- nym stanowiskiem, i argumentów mało wiarygodnych, zaprezento- wanych po stronie przeciwnej. Inni badacze uzyskali podobne rezultaty (np. Lord, Ross, Lepper, 1979; Vallone, Ross, Lepper, 1985), które świadczą o tym, że ludzie przetwarzają informację tendencyjnie. Ważniejsze wyniki eksperymentu Jonesa i Kohiera zostały przedstawione na rycinie 3.2. Powyżej opisany proces wyjaśnia prawdopodobnie znany fakt, że w ta- kich zagadnieniach, jak polityka i religia ludzie, którzy są mocno zaanga- żowani, nie będą prawie nigdy spostrzegać rzeczy tak, jak my je widzimy (we właściwy sposób!), bez względu na to, jak silne i wyważone mogą być nasze argumenty. Kiedy będziesz śledził kolejną debatę pretendentów do fotela prezydenckiego, sprawdź opinię swoich bliskich na temat zwycięzcy i porównaj ją z ich opinią sprzed rozpoczęcia debaty. Jeśli wynik będzie niejednoznaczny, to prawdopodobnie stwierdzisz małą zgodność między przeciwstawnymi obozami co do tego, który z kandydatów zwyciężył. dysonans podecyzyjny: dysonans, który zostaje nieuchronnie wzbudzony po podjęciu decyzji. W takiej sytuacji dysonans jest najczęściej likwidowany przez podwyższenie atrakcyjności wybranej alternatywy i zdewaluowanie alternatywy odrzuconej Decyzje, decyzje, decyzje Co dzieje się po podjęciu decyzji? Biorąc pod uwagę nasze dotychcza- sowe rozważania można sądzić, że jeśli podejmujemy ważną decyzję, to doświadczamy dysonansu. Nazywa się to dysonansem podecyzyjnym. Ważną decyzję można zdefiniować jako decyzję, która jest kosztow- na, trudna do zmiany, wymaga odpowiedniego wysiłku i powoduje Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 85 Za Neutralni Przeciw godne Wiarygodne przeciw Stwierdzenia RYCINA 3.2. Wpływ wiarygodności na uczenie się kontrowersyjnych stwierdzeń. Ludzie są skłonni do zapamiętania wiarygodnych argumentów, które wspierają ich stanowisko, i niewiarygodnych argumentów na rzecz stanowiska przeciwnego. Zapamiętanie niewiarygodnych argumentów na rzecz swego stanowiska lub argumentów wiarygodnych, które wspierają stanowisko przeciwne, wzbudziłoby dysonans (zaczerpnięto z: Jones, Kohier 1959) negatywne konsekwencje dla drugiej osoby. Zilustrujmy to przekonywa- jącym przykładem. Kilka miesięcy temu nasz przyjaciel Roger sprzedał swoją ośmioletnią hondę i kupił całkowicie nowego mercedesa. Wkrótce po dokonanym za- kupie Roger, który jest raczej nieśmiały i skromny, zaczął przejawiać nie pasujące do niego zachowania. Zaczął krytykować samochody swoich przyjaciół, stwierdzając: „Czy nie czas już, abyś sprzedał ten wrak? Czy nie sądzisz, że zasłużyłeś na przyjemność prowadzenia dobrze zaprojekto- wanej maszyny?" lub „Wiesz, rzeczywiście nie jest bezpiecznie jeździć ma- łymi samochodami — jeśli zdarzy się wypadek, to w takim samochodzie można zginąć. Z pewnością twoje życie i życie twoich najbliższych jest warte kilku tysięcy dodatkowych dolarów. Nie masz pojęcia, ile spokoju daje świadomość, że moja rodzina jest bezpieczna, ponieważ kupiłem duży, solidny samochód". O co tu chodzi? Dlaczego nasz nieśmiały, skromny przyjaciel nagle zaczął narzucać swoje poglądy wszystkim naokoło? Dlaczego nagle sa- mochody, którymi jeździmy, stały się dla niego tak ważne? Być może on po prostu połknął bakcyla posiadania bezpiecznego samochodu i po roz- ważnym namyśle doszedł do przekonania, że byłoby cudownie, gdyby każdy posiadał tak duży samochód jak jego mercedes. Nie jest jednak wykluczone, że zdarzyło się coś więcej. Mercedes jest bardzo drogi. Jest możliwe, że po zainwestowaniu wszystkich pieniędzy w nowy samochód Roger mógł poczuć się jak głupiec. Jego sposób myślenia mógł wyglądać tak: „Ojej, czy warto było to robić? Będę spłacał ten samochód przez na- stępnych pięć lat. To rzeczywiście zwiąże mi ręce. Gdybym zdecydował się na nową hondę, pozostałoby mi dużo pieniędzy na inne rzeczy, któ- rych potrzebujemy. Co ja zrobiłem? Czy jestem idiotą?" Rozdział 3 Fanatycy tworzą ze swoich snów raj dla sekty. — John Keats The Fali of Hyperion Potem w odpowiedzi na swoje wątpliwości Roger zaczął poszukiwać argumentów wspierających jego działanie: „Mercedes jest wspaniałym sa- mochodem; pracowałem ciężko przez całe moje życie; zasłużyłem na nie- go. Ponadto, weź pod uwagę sprawę bezpieczeństwa. Dobro mojej rodzi- ny warte jest tylu pieniędzy". Czując się jeszcze trochę zaniepokojony, zaczął następnie namawiać swoich przyjaciół, aby kupili podobny samo- chód. „Ostatecznie — mógł rozumować — jeśli rozsądni ludzie, tacy jak Elliot, Tim i Robin dadzą się przekonać, że warto kupić mercedesa, to dlaczego miałbym mieć poczucie, że podjąłem złą decyzję". Innymi słowy, gdyby Rogerowi udało się przekonać innych, to poczułby się uwol- niony od owych zarzutów, jego dysonans zostałby zredukowany, a sa- moocena pozostałaby nienaruszona. Kiedy przepowiednia się nie spełnia. Nasza interpretacja tego, co mo- tywowało zachowanie Rogera, jest czystą spekulacją, ale podobny proces redukcji dysonansu poprzez nawrócenie, czyli poprzez przekonywanie in- nych, aby przyjęli twoje przekonania, został dokładnie zbadany (Festinger, Riecken, Schachter, 1956). Wszystko zaczęło się od artykułu w gazecie na temat niezwykłej kobiety i małej grupy jej zwolenników. Marian Keech była charyzmatyczną kobietą w średnim wieku, żyjącą w dużym mieście Środkowego Zachodu, która we wczesnych latach pięćdziesiątych twier- dziła, że otrzymała informację z przestrzeni kosmicznej. Ponoć pewnego wieczoru we wrześniu otrzymała informację z planety Ciarion, że 21 grud- nia świat zostanie zniszczony przez wielką powódź. Została też przekazana informacja, że przybędzie flotylla latających talerzy, żeby uratować Marian i jej bliskich. Keech przyciągnęła małą, ale lojalną grupę zwolenników, którzy żar- liwie wierzyli w jej przepowiednię i zgodnie ze swym przekonaniem ponieśli wiele ofiar: porzucili pracę, rozdali pieniądze, domy i posiad- łości (komu potrzebne są pieniądze i dobytek na planecie Ciarion?) i zerwali kontakty z przyjaciółmi. Kilka osób opuściło nawet współmał- żonków. Keech zwróciła uwagę psychologów społecznych: Leona Festingera, Henry'ego Rieckena i Stanieya Schachtera. Przeniknęli do nowego ruchu, aby zastosować obserwację uczestniczącą. Zostali przyjęci do owego gro- na. Celem ich było uzyskanie precyzyjnej i przeprowadzonej z bliska obserwacji grupy. Byli ciekawi, co ludzie ci zrobią po 21 grudnia, gdy odkryją, że przepowiednia (optymistycznie zakładając!) się nie spełniła. Festinger i jego koledzy zauważyli, że Keech i jej zwolennicy tworzyli spokojną, życzliwą i osamotnioną grupę. Najbardziej interesujące było to, że unikali rozgłosu i zniechęcali do nawracania się; byli zadowoleni z te- go, że są wierni sobie. Nowych członków traktowali uprzejmie i dawali im jasno do zrozumienia, że to czy zostaną zwolennikami czy też nie, nie będzie miało dla nich żadnych konsekwencji. Gdy gazety zainteresowały się sprawą Keech, zarówno ona, jak i jej współtowarzysze odmówili udzie- lania wywiadów oraz rozgłaszania swoich przekonań. Rankiem 20 grudnia Marian Keech otrzymała informację z planety Cia- rion, w której donoszono, aby grupa była gotowa do opuszczenia Ziemi dokładnie o północy. Kazano im usunąć wszelki metal z ubrań. Dosto- sowano się do tych instrukcji: zamki błyskawiczne i spinki zostały usu- nięte ze spodni, spódnic i bluzek. Gdy północ minęła, wszyscy nerwo- wo sprawdzali zegar, myśląc, że się spieszy. Z upływem minut i godzin Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 87 oczekujących coraz bardziej ogarniały uczucia lęku i rozpaczy. Do godzi- ny 4 rano wszyscy siedzieli w ogłuszającej ciszy. Keech zaczęła płakać. Jednak o 4.45 jej twarz nagle rozpromieniła się. Właśnie otrzymała informację z planety Ciarion/ że latające talerze nie musiały lądować na Ziemi — światu zaoszczędzono kataklizmu z powodu niezłomnej wiary tej małej grupy wyznawców. Jak można sobie wyobrazić, wszyscy odżyli i byli podnieceni tą nową wiadomością. Wyjaśnienie przedstawione przez Keech stało się nowym elementem poznawczym, zgodnym z przekona- niami członków grupy, który pomógł zredukować dysonans, który prze- żywali. Jednakże ta racjonalizacja nie wystarczyła do całkowitego zlikwido- wania ich niepokoju. W ciągu 24 godzin zainicjowali oni nową racjonali- zację. Prawdziwi wyznawcy — grupa spokojnych, samotnych ludzi — zaczęła kontaktować się z redakcjami gazet i stacjami telewizyjnymi, chcąc teraz mówić o swojej przepowiedni. Wygłaszali przemówienia bez żad- nych oporów, wyszli na ulice, rozdawali ulotki, starając się za wszelką cenę przyciągnąć nowych wyznawców. Nagle niezwykle ważną dla nich rzeczą było, aby rozpowszechnić posiadaną informację tak szeroko, jak to tylko możliwe. Dlaczego? Zdaniem Festingera i jego kolegów, grupa ta, po początkowym uniesieniu, doświadczyła pewnych wątpliwości. Jej członkowie z własnej woli stracili bardzo wiele z powodu zawierzenia w nadciągający koniec świata. Koniec świata nie nastąpił, a oni pozostali bez małżonków, bez domów, bez pracy i bez majątku. W jaki sposób mogli się utwierdzić w tym, że postąpili właściwie? Oczywiście przeko- nując innych! Mówiąc krótko, kiedy ich pierwotna przepowiednia się nie spełniła, grupa została tym faktem zdopingowana do zdobywania no- wych wyznawców, aby w ten sposób przekonać samych siebie, że ich poświęcenia nie były daremne. Gdyby się im udało przekonać innych, że ich wiara uratowała świat, mogliby przytłumić swoje obawy, że być może zachowali się głupio. „Zniekształcanie" naszych sympatii i antypatii. W dwóch przedsta- wionych powyżej przykładach zarówno Roger, jak i zwolennicy Marian Keech podjęli ważne decyzje i tym samym stanęli wobec niebezpieczeń- stwa poczucia, że zachowali się niewłaściwie. Mówiąc krótko, doświad- czali oni dysonansu, którego źródłem było zagrożenie własnej samooceny. W takich sytuacjach najprostszym sposobem redukcji dysonansu jest na- wrócenie. Istnieją też inne sposoby redukcji dysonansu podecyzyjnego. Na ogół możemy to zrobić sami, w naszych własnych umysłach, przez proste zniekształcenie oceny tego, jak bardzo coś lubimy. Na przykład w jednym z wczesnych eksperymentów Jack Brehm (1956) zainscenizował badanie preferencji klientów, prosząc kobiety o oszacowanie atrakcyjności i zalet kilku rodzajów urządzeń, takich jak opiekacz do chleba i elektry- czny ekspres do kawy. Każdej klientce powiedziano, że w nagrodę za uczestniczenie w badaniach może otrzymać jeden z owych sprzętów w prezencie. Wybierały jeden z dwóch produktów, jednakowo dla nich atrakcyjnych. Wskazane urządzenie było pakowane i wręczane badanym. Po 20 minutach każdą kobietę proszono o ponowną ocenę wszystkich produktów. Brehm stwierdził, że po otrzymaniu wybranego towaru ko- biety oceniały jego atrakcyjność nieco wyżej niż uczyniły to za pierwszym razem. Jednocześnie drastycznie obniżyły one ocenę urządzeń, które mo- gły wybrać, a które odrzuciły. Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 87 oczekujących coraz bardziej ogarniały uczucia lęku i rozpaczy. Do godzi- ny 4 rano wszyscy siedzieli w ogłuszającej ciszy. Keech zaczęła płakać. Jednak o 4.45 jej twarz nagle rozpromieniła się. Właśnie otrzymała informację z planety Ciarion, że latające talerze nie musiały lądować na Ziemi — światu zaoszczędzono kataklizmu z powodu niezłomnej wiary tej małej grupy wyznawców. Jak można sobie wyobrazić, wszyscy odżyli i byli podnieceni tą nową wiadomością. Wyjaśnienie przedstawione przez Keech stało się nowym elementem poznawczym, zgodnym z przekona- niami członków grupy, który pomógł zredukować dysonans, który prze- żywali. Jednakże ta racjonalizacja nie wystarczyła do całkowitego zlikwido- wania ich niepokoju. W ciągu 24 godzin zainicjowali oni nową racjonali- zację. Prawdziwi wyznawcy — grupa spokojnych, samotnych ludzi — zaczęła kontaktować się z redakcjami gazet i stacjami telewizyjnymi, chcąc teraz mówić o swojej przepowiedni. Wygłaszali przemówienia bez żad- nych oporów, wyszli na ulice, rozdawali ulotki, starając się za wszelką cenę przyciągnąć nowych wyznawców. Nagle niezwykle ważną dla nich rzeczą było, aby rozpowszechnić posiadaną informację tak szeroko, jak to tylko możliwe. Dlaczego? Zdaniem Festingera i jego kolegów, grupa ta, po początkowym uniesieniu, doświadczyła pewnych wątpliwości. Jej członkowie z własnej woli stracili bardzo wiele z powodu zawierzenia w nadciągający koniec świata. Koniec świata nie nastąpił, a oni pozostali bez małżonków, bez domów, bez pracy i bez majątku. W jaki sposób mogli się utwierdzić w tym, że postąpili właściwie? Oczywiście przeko- nując innych! Mówiąc krótko, kiedy ich pierwotna przepowiednia się nie spełniła, grupa została tym faktem zdopingowana do zdobywania no- wych wyznawców, aby w ten sposób przekonać samych siebie, że ich poświęcenia nie były daremne. Gdyby się im udało przekonać innych, że ich wiara uratowała świat, mogliby przytłumić swoje obawy, że być może zachowali się głupio. „Zniekształcanie" naszych sympatii i antypatii. W dwóch przedsta- wionych powyżej przykładach zarówno Roger, jak i zwolennicy Marian Keech podjęli ważne decyzje i tym samym stanęli wobec niebezpieczeń- stwa poczucia, że zachowali się niewłaściwie. Mówiąc krótko, doświad- czali oni dysonansu, którego źródłem było zagrożenie własnej samooceny. W takich sytuacjach najprostszym sposobem redukcji dysonansu jest na- wrócenie. Istnieją też inne sposoby redukcji dysonansu podecyzyjnego. -\a ogół możemy to zrobić sami, w naszych własnych umysłach, przez proste zniekształcenie oceny tego, jak bardzo coś lubimy. Na przykład w fednym z wczesnych eksperymentów Jack Brehm (1956) zainscenizował badanie preferencji klientów, prosząc kobiety o oszacowanie atrakcyjności i zalet kilku rodzajów urządzeń, takich jak opiekacz do chleba i elektry- czny ekspres do kawy. Każdej klientce powiedziano, że w nagrodę za Łtczlestruczenie w badaniach może otrzymać jeden z owych sprzętów w prezencie. Wybierały jeden z dwóch produktów, jednakowo dla nich atraAcy^ivch. Wskazane urządzenie było pakowane i wręczane badanym. Po 2L' minutach każdą kobietę proszono o ponowną ocenę wszystkich produktów. Brehm stwierdził, że po otrzymaniu wybranego towaru ko- b»er» oceniały (ego atrakcyjność nieco wyżej niż uczyniły to za pierwszym razićir- lednocześnie drastycznie obniżyły one ocenę urządzeń, które mó- gł •<•'»'*'••»€, a które odrzuciły. 88 Rozdział 3 Kiedy poświęcamy jakiejś sprawie dużo czasu i energii, to jest prawie niemożliwe, aby udało się nas przekonać, że sprawa nie była tego warta. Podjęcie decyzji wywołuje dysonans. Elementy poznawcze odnoszące się do negatywnych aspektów preferowanego obiektu są w dysonansie Z, faktem, ż,e zostali oi\ -wybrany, a elementy poznawcze dotyczące pozy- tywnych aspektów obiektu, który został odrzucony, są w dysonansie z je- go odrzuceniem. Aby zredukować dysonans, ludzie zmieniają sposób my- ślenia o dwóch obiektach — poznawczo oddalają je od siebie w swoich umysłach, utwierdzając się w ten sposób w przekonaniu, że dokonali wła- ściwego wyboru. Nieodwołalność decyzji. Wykazaliśmy, że im bardziej ważna decyzja, tym większy dysonans. Wybór przyszłego małżonka jest poważniejszy niż wybór na przykład samochodu. Decyzje różnią się także pod wzglę- dem ich nieodwołalności. Zwykle dużo łatwiej powrócić do salonu samo- chodowego i wymienić zakupiony samochód na inny niż wyzwolić się z nieszczęśliwego małżeństwa. Im ważniejsza i bardziej nieodwołalna de- cyzja, tym większa potrzeba redukcji dysonansu. Wyśmienitym miejscem do badania nieodwołalnych sytuacji jest tor wyścigowy. Doświadczeni gracze zwykle spędzają wiele czasu na ana- lizowaniu publikacji zawierających statystyki na temat koni uczestniczą- cych w wyścigach. Starają się w ten sposób dokonać wyboru konia, na którego postawią swoje pieniądze. Kiedy decyzja jest już podjęta, gracze kierują się w stronę okienek, gdzie zawierane są zakłady. Jeżeli stoją w kolejce, to już podjęli decyzję, ale ponieważ mogą ją jeszcze zmienić, prawdopodobnie jeszcze nie występuje u nich potrzebą zredukowa- nia dysonansu. Ale gdy już dotarli do okienka i zawarli zakłady — na- wet jeśli ich wysokość wynosi tylko dwa dolary — to jest to decyzja Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 89 Jeżeli ktoś podejmuje ostateczną i nieodwołalną decyzję, to pojawia się większa potrzeba redukcji dysonansu. Na przykład na torze wyścigowym, gdy przyjęliśmy zakład, wtedy nasza pewność jest większa niż bezpośrednio przedtem. absolutnie nieodwołalna. Nie można już wrócić i powiedzieć milej osobie w okienku, że chciałoby się zmienić zakład. Zatem, jeśli nieodwołalność jest istotnym czynnikiem, to można oczekiwać większej redukcji dyso- nansu wśród graczy kilka minut po zawartym zakładzie niż kilka minut przedtem. W prostym eksperymencie Knox i Inkster (1968) zatrzymywali ludzi, którzy zamierzali zrobić dwudolarowe zakłady, z zapytaniem, jak bar- dzo są pewni, że ich konie wygrają. Badacze zapytywali o to samo także graczy, którzy odchodzili już od okienka. Prawie niezmiennie ludzie, którzy już zawarli zakłady, dawali „swoim" koniom znacznie większe szansę zwycięstwa niż ci, którzy jeszcze tego nie uczynili. Ponieważ tylko kilka minut oddzielało jedną grupę od drugiej, nie zdarzyło się nic istot- nego, co mogłoby zwiększyć prawdopodobieństwo zwycięstwa; jedyną rzeczą, która się zmieniła, była niedwolalność decyzji i wywołany tym dysonans. Nieodwołalność decyzji zawsze zwiększa dysonans i pobudza zarazem do jego redukcji. Wykorzystując to, pozbawieni skrupułów sprzedawcy rozwinęli odpowiednie techniki w celu stworzenia iluzji nieodwołalności. ledna z takich strategu, nazywana techniką niskiej piłki, jest skutecznie stosowana przez niektórych sprzedawców samochodów. Psycholog spo- łeczny Robert Cialdini okresowo przyłączał się do sprzedawców samo- chodów, aby z bliska obserwować funkcjonowanie tej techniki. A oto jak ona działa: wchodzisz do salonu samochodowego z zamiarem zakupu określonego modelu auta. Wcześniej sprawdziłeś jego cenę u kilku deale- •w i wiesz, że możesz dostać go za około 13 000 dolarów. Podchodzi do c»et")e przystojny mężczyzna w średnim wieku i mówi, że może sprzedać technika niskiej piłki: pozbawiona skrupułów strategia, mocą której sprzedawca nakłania klienta, aby zgodził się kupić produkt po bardzo niskiej cenie; następnie twierdzi, że to byla pomyłka, i podnosi cenę; często klient godzi się na zakup po zawyżonej cenie 90 Rozdział 3 Sprzedawcy samochodów często stosują technikę silnego nacisku, która sprawia, że klient ma poczucie, iż podjął nieodwołalną decyzję. ci samochód za 12 679 dolarów. Podekscytowany okazją, zgadzasz się na taką transakcję i na prośbę sprzedawcy wypisujesz czek, który on zanosi do szefa na dowód, że jesteś poważnym klientem. Ogarnia cię radość, gdy wyobrażasz sobie siebie jadącego do domu nowym, okazyjnie kupionym samochodem. Ale niestety, dziesięć minut później sprzedawca powraca i powiada, że starając się gorliwie, abyś jak najwięcej zaoszczędził, popełnił błąd w obliczeniach, który wykrył jego szef. Cena samochodu w rzeczywistości wynosi 13 178 dolarów. Jesteś zawiedziony. Co więcej, jesteś niemalże pewny, że możesz kupić ten sa- mochód trochę taniej gdzie indziej. Decyzja kupna samochodu nie jest nieodwołalna. A jednak w tej sytuacji, jak wskazuje badanie przeprowa- dzone przez Cialdiniego i jego współpracowników (1978), dużo więcej osób zawrze transakcję, niż gdyby ostateczna cena proponowana była od razu i nawet pomimo że nie musi dokonać zakupu samochodu u tego właśnie dealera. Dlaczego tak się dzieje? Istnieją co najmniej trzy przyczyny, dla których technika niskiej pił- ki jest skuteczna. Po pierwsze, chociaż decyzja klienta o kupnie nie jest z pewnością ostateczna, to jakiś rodzaj zaangażowania istnieje. Jest on spowodowany faktem podpisania czeku jako formy zapłaty. To stwarza iluzję nieodwołalności. Gdyby klient się zastanowił, uświadomiłby sobie szybko, że jest to kontrakt, który nie zobowiązuje. Jednakże w świecie powszechnego stosowania różnych sztuczek wobec klientów nawet słaba iluzja może mieć daleko idące konsekwencje. Po drugie, to zaangażowanie wyzwoliło antycypację podniecającego zdarzenia: jazda nowym samocho- dem. Udaremnienie oczekiwanego zdarzenia, czyli rezygnacja z kupna samochodu, spowodowałoby wystąpienie dysonansu i zawód. Po trzecie, chociaż ostateczna cena jest istotnie wyższa niż proponowano klientowi na początku, to jest ona prawdopodobnie tylko nieznacznie wyższa niż Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 91 cena u innych dealerów. W tych okolicznościach klient w rzeczywistości myśli: „Co u diabła? Już jestem tutaj, wypełniłem blankiety, wypisałem czek — dlaczego miałbym czekać?" Tak więc, wykorzystując redukcję dysonansu i iluzję nieodwołalności, sprytni sprzedawcy zwiększają pra- wdopodobieństwo, że zdecydujesz się kupić ich produkt po proponowa- nej przez nich cenie. Decyzja o nieetycznym zachowaniu. Życie składa się z czegoś więcej niż tylko z decyzji dotyczących samochodów, sprzętów i wyścigów kon- nych. Często nasze wybory pociągają za sobą problemy natury moralnej i etycznej. Kiedy wolno nam okłamać przyjaciela, a kiedy nie? Kiedy jakieś działanie jest kradzieżą, a kiedy pożyczaniem? Rozwiązywanie dylematów moralnych jest szczególnie interesującym obszarem dla badania dysonansu ze względu na następstwa dla samooceny. Jeszcze bardziej interesujące jest to. że redukcja dysonansu po podjęciu trudnej decyzji moralnej może wpły- nąć na przyszłe zachowania etyczne (Mills, 1958). Weźmy problem oszukiwania na egzaminie. Załóżmy, że jesteś ucz- niem college'u i zdajesz końcowy egzamin z fizyki. Jak tylko sięgasz pamięcią, zawsze chciałeś być chirurgiem i wiesz, że twoje przyjęcie na studia medyczne zależy w bardzo dużym stopniu od wyniku tego właś- nie egzaminu. Podstawowe pytanie dotyczy materiału, który znasz dość dobrze, ale ponieważ tak wiele zależy od tego egzaminu, pomimo to czujesz przeszywający lęk i pustkę. Mijają minuty. Stajesz się coraz bar- dziej niespokojny. Po prostu nie możesz myśleć. Rozglądasz się ukrad- kiem, i stwierdzasz, że zdarzyło ci się usiąść za najmądrzejszą osobą w klasie. Spoglądasz na kartkę kolegi i spostrzegasz, że właśnie kończy swoją odpowiedź na kluczowe pytanie. Wiesz, że mógłbyś z łatwością odczytać »ego odpowiedź, jeśli tylko starczyłoby ci odwagi. Czas ucieka. Co robisz? Twoje sumienie mówi ci, że oszukiwanie jest rzeczą złą — jeśli jednak n«e oszukasz, to z pewnością otrzymasz słaby stopień. A jeśli otrzymasz iłaby stopień, to nie będziesz mógł studiować w szkole medycznej. Wal- czysz ze swoim sumieniem. Bez względu na to, czy zdecydujesz się oszukać czy też nie, jesteś iŁazany na przeżycie określonego rodzaju zagrożenia twojej samooceny, *tore wzbudza dysonans. Jeśli oszukasz, to twój element poznawczy: „Je- aem przyzwoitą, moralną osobą" będzie w dysonansie z elementem po- znawczym: „Zachowałem się właśnie nieetycznie". Jeśli zdecydujesz się przeciwstawić pokusie, to twój element poznawczy: „Chcę być chirur- oon' będzie sprzeczny z innym twoim elementem poznawczym: „Mo- dem zachować się w taki sposób, który zapewniłby mi uzyskanie dobrego •oposa i przyjęcie na studia medyczne, ale nie zdecydowałem się tego isobwL 0)e), ale byłem głupi!" W te; sytuacji niektórzy uczniowie — być może większość — posta- aoTi4 oszukać. Sądzimy, że można sformułować interesujące pytanie: Ja- ur hfda postawy uczniów wobec oszukiwania już po podjęciu decyzji? ZJAozan'. że po ciężkiej walce wewnętrznej zdecydowałeś się oszukać. r 9b sposób zredukujesz dysonans? Nie możesz udawać, że nie oszu- —aAe& Byłoby to całkowite zaprzeczenie oczywistości faktu. To, co mo- JBB nobtć, to spróbować uzasadnić swoje zachowanie, znajdując sposób •K J——omalizowanie negatywnych aspektów twojego postępku. W tym JEnipftdku skutecznym sposobem zmniejszenia dysonansu będzie zmiana 92 Rozdział 3 twojej postawy wobec oszukiwania. Mówiąc krótko, przyjmiesz bardziej łagodną ocenę twojego czynu, przekonasz samego siebie, że jest to prze- stępstwo bez ofiar, które nikogo nie rani, że wszyscy tak postępują, a więc w rzeczywistości nie jest to tak złe itd. Załóżmy z drugiej strony, że po trudnej walce postanowiłeś nie oszu- kiwać. Jak zredukowałbyś swój dysonans? Ponownie mógłbyś zmienić swój sąd o aspekcie etycznym takiego zachowania — ale tym razem w przeciwnym kierunku. Znaczy to, że aby uzasadnić rezygnację z uzy- skania dobrego stopnia, musisz przekonać siebie, że oszukiwanie jest okropnym grzechem, jedną z najbardziej nikczemnych rzeczy, jaką czło- wiek może zrobić, i że oszuści powinni być surowo karani. To, co się zdarzyło, nie jest po prostu tylko racjonalizacją twojego za- chowania, ale rzeczywistą zmianą w wyznawanym przez ciebie systemie wartości; jednostki stojące przed tego rodzaju wyborem będą albo łago- dziły, albo zaostrzały swoje postawy wobec oszukiwania na egzaminie, w zależności od tego, czy same zdecydowały się kiedyś oszukać czy nie. Interesującym i ważnym spostrzeżeniem do zapamiętania jest to, że dwie osoby przyjmujące różne sposoby zachowania, jak opisane powyżej, mo- gły na początku mieć prawie identyczne postawy wobec tego faktu. Ich decyzje mogły się ważyć do ostatniej chwili — jedna była o włos od oszustwa, ale przeciwstawiła się pokusie, podczas gdy druga była o włos od oparcia się jej, ale oszukała. Jednakże, gdy decyzje zostały już podjęte, ich postawy w tym względzie będą się znacznie różnić, stanowiąc kon- skwencję ich działań. Spekulacje te zostały poddane weryfikacji empirycznej przez Judsona Millsa (1958) w eksperymencie, który przeprowadził on w szkole podsta- wowej. Mills zbadał najpierw postawy uczniów szóstej klasy wobec pro- blemu oszukiwania. Następnie uczniowie wzięli udział w konkursowym egzaminie, w którym zwycięzcom oferowano atrakcyjne nagrody. Sytuację zaaranżowano tak, że zwycięstwo bez oszukiwania prawie nie było możli- we. Mills postarał się, aby dzieci mogły łatwo oszukiwać i aby wydawało się im, że nie można tego wykryć. W tych warunkach, jak można było oczekiwać, niektórzy uczniowie oszukiwali, a inni nie. Następnego dnia proszono ponownie szóstoklasistów, aby powiedzieli, jakie jest ich zdanie o oszukiwaniu. Te dzieci, które dopuściły się oszustwa, oceniały oszuki- wanie bardziej tolerancyjnie, a te które przeciwstawiły się tej pokusie, przy- jęły nieprzejednaną postawę wobec takiego zachowania. Uzasadnianie wysiłku Większość ludzi jest skłonna podjąć ogromny wysiłek, aby zdobyć to, czego pragnie. To jest oczywiste. Na przykład, jeśli jest jakaś konkretna praca, którą chcesz otrzymać, to prawdopodobnie przejdziesz dodatkową milę, aby ją zdobyć. Może to być zakup najmodniejszej odzieży, ciekawe dodatkowe studia, zdanie wielu trudnych egzaminów lub poddanie się serii nieprzyjemnych wywiadów. Odwróćmy tę propozycję. Załóżmy, że włożyłeś wiele wysiłku w to, aby zostać członkiem konkretnego klubu, i okazuje się, że jest to bezwar- tościowa organizacja, do której należą nudni, pompatyczni ludzie zaan- gażowani w trywialne zajęcia. Czułbyś się jak głupiec. Rozsądna osoba nie pracuje ciężko, aby osiągnąć coś trywialnego. W takich okolicznościach Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 93 Jakie doświadczenia mogłyby zbliżyć tych rekrutów do siebie i uczynić z nich bardziej spójny zespół? powstałby duży dysonans; twój element poznawczy mówiący, że jesteś rozsądną, doświadczoną osobą jest sprzeczny z innym twoim elementem poznawczym, który mówi, że ciężko pracowałeś, aby dostać się do bez- wartościowego klubu. Jak byś zredukował ten dysonans? Jak uzasadnił- byś, po fakcie, swoje zachowanie? Niewykluczone, że mógłbyś zmienić pojęcie Ja („Może jednak nie jestem rozsądną, doświadczoną osobą"), ale )ak później się przekonamy, pojęcie Ja jest raczej stałą strukturą; to ostatnia rzecz, jaką jesteśmy gotowi zmienić. Mniej drastycznym, ale równie sku- tecznym sposobem redukcji dysonansu byłoby przekonanie samego sie- bie, że członkowie naszego klubu są bardziej sympatyczni, interesujący i bardziej godni włożonego trudu niż wydawało się to na pierwszy rzut oka. Prawdopodobnie pomyślałeś, że byłoby to szaleństwem! Jak można zmienić ludzi nudnych w interesujących, a klub banalny w godny naszego wysiłku? W rzeczywistości to nie jest takie szaleństwo, jak mogłoby się wydawać. Nawet najbardziej nudne osoby i banalne kluby mają pewne cechy, które kompensują ich wady. Działania i zachowania są także otwarte na różnorodne interpretacje; jeśli będziemy pobudzani do spo- strzegania tego, co najlepsze w ludziach i rzeczach, wtedy pozytywnie zinterpretujemy te wieloznaczności. W tego rodzaju sytuacji dysonans wzbudzony przez potrzebę uzasadnienia wysiłku dostarcza koniecznej motywacji tego typu zniekształceń. Klasyczny eksperyment, w którym weryfikowano związek między wysiłkiem i dysonansem przeprowadzili Elliot Aronson i Judson Mills il959). W badaniu tym studentki zgłaszały się na ochotnika do grupy, która miała regularnie się spotykać na dyskusjach o różnych aspektach psychologii seksu. Studentkom powiedziano, że jeśli chcą w nich ucze- stniczyć, muszą najpierw przejść test selekcyjny, wprowadzony po to, aby upewnić się, że wszystkie osoby przyjęte do grupy będą potrafiły pojęcie Ja: suma całej wiedzy o sobie uwzględniająca tożsamość, zdolności i role uzasadnianie wysiłku: występująca u ludzi tendencja do podwyższania oceny tego, na co ciężko pracowali, aby to osiągnąć 94 Rozdział 3 100 RYCINA 3.3. Im trudniejsza inicjacja, tym bardziej lubimy daną grupę. Im więcej wysiłku wkładamy w zdobycie członkostwa grupy, tym bardziej lubimy grupę, do której zostaliśmy właśnie przyjęci (zaczerpnięto z: Aronson, Mills, 1959) 90 80 Grupa Łagodna Surowa kontrotna inicjacja inicjacja B.„HU__AX l—I«klaJftil wwwHwWS mWfU^fl swobodnie i otwarcie dyskutować o seksie. Informacja ta miała przygo- tować grunt dla procedury inicjacji, której poddano jedną trzecią stu- dentek. Wymagała ona głośnego czytania w obecności mężczyzny-ekspe- rymentatora sprośnych słów oraz obscenicznych zwierzeń seksualnych. (Należy zaznaczyć, że eksperyment ten został przeprowadzony w latach pięćdziesiątych, kiedy taka procedura dla większości ówczesnych ko- biet była dużo bardziej krępująca niż byłaby dzisiaj). Jedna trzecia stu- dentek przeszła przez łagodną procedurę, którą polegała na czytaniu słów związanych z seksem, ale nie słów sprośnych. Pozostałe uczestni- czki eksperymentu zostały przyjęte do grupy bez jakiejkolwiek inicjacji. Każdej studentce pozwolono później przysłuchiwać się dyskusji prowa- dzonej przez członków grupy, do której została właśnie przyjęta. Chociaż dziewczęta były przekonane, że dyskusja jest prowadzona „na żywo", jednak to, czego w rzeczywistości słuchały, było nagraniem magnetofo- nowym. Rozmowę tak wyreżyserowano, by była bardzo nudna i napu- szona. Po zakończeniu dyskusji każdą studentkę proszono, aby ją oceniła — czy się jej podobała, w jakim stopniu była interesująca, czy inteli- gentni byli jej uczestnicy itd. Ważniejsze wyniki przedstawione są na rycinie 3.3. Wyniki potwierdziły przewidywania: te studentki, które dostały się do grupy małym wysiłkiem lub bez żadnego wysiłku, powiedziały, że dyskusja nie bardzo im się podobała. Potrafiły one widzieć grupę taką, jaka była — jako nudną, a dyskusję uznać za stratę czasu. Żałowały, że zgodziły się w niej uczestniczyć. Natomiast studentki, które przeszły su- rową inicjację, przekonały same siebie, że ta dyskusja może nie była tak mądra jak oczekiwały, ale zawierała interesujące i prowokujące uwagi, a zatem, ogólnie biorąc, była doświadczeniem wartym trudu. Mówiąc krótko, one uzasadniały uciążliwą inicjację, interpretując pozytywnie wszystkie wieloznaczne aspekty dyskusji grupowej (zobacz także Gerard, Mathewson, 1966). Nie powinno budzić wątpliwości, że nie sugerujemy, iż większość lu- dzi znajduje przyjemność w przykrych doświadczeniach — tak nie jest. Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 95 ł Duży wysiłek Silny stres Ochotnicy Uczestnicy, którzy nie mieli wyboru RYCINA 3.4. Dobrowolne przeżywanie przykrych lub traumatycznych doświadczeń po to, aby osiągnąć jakiś cel (w tym przypadku zredukować swój lęk przed wężami), zwiększa prawdopodobieństwo, że przetrzymamy je i zrealizujemy ten cel (zaczerpnięto z: Cooper, 1980) Nie sugerujemy też, że ludzie lubią rzeczy, które kojarzą się z przykrymi doświadczeniami. Twierdzimy natomiast, że jeśli ktoś godzi się znosić przykre lub trudne doświadczenie po to, aby osiągnąć jakiś cel lub przed- miot, to ten cel lub przedmiot staje się dla niego bardziej atrakcyjny. Tak więc, jeśli udając się na dyskusję grupową, zostałbyś cały ochlapany bło- tem przez przejeżdżający samochód, to grupa ta wcale nie podobałaby ci się bardziej. Natomiast gdybyś z własnej woli wskoczył do błotnistej kałuży, aby być przyjętym do tej grupy, to chociaż okazałaby się banalna i nudna, uznałbyś ją za interesującą. Znaczenie dobrowolnego przeżywania nieprzyjemnych doświadczeń zademonstrowano w eksperymencie przeprowadzonym przez Joela Coope- ra (1980). Uczestnikami były osoby cierpiące z powodu patologicznego lęku przed wężami. Natężenie lęku zostało na początku zmierzone na podstawie obserwacji tego, jak blisko ośmielali się oni podejść do węża dusiciela — boa o długości dwóch metrów — trzymanego w szklanym zbiorniku. Na- stępnie uczestnicy przechodzili przez wiele przykrych doświadczeń — niektórzy przez stresujące, inni przez uciążliwe — które, jak ich poinfor- mowano, mogą mieć pewne znaczenie terapeutyczne w procesie reduko- wania ich lęku przed wężami. Ale — i to jest kluczowa sprawa — poło- wie uczestników po prostu opisano procedurę, którą później wobec nich zastosowano. Drugiej połowie przypomniano to wszystko, co powiedziano wcześniej: że w każdej chwili mogą zrezygnować z eksperymentu, że dal- szy udział w nim zależy tylko od nich samych itd. W ten sposób u połowy uczestników zostało zaakcentowane i uwypuklone ich poczucie dobrowol- nego udziału w następnej fazie eksperymentu. Po zakończeniu procedury terapeutycznej każdego uczestnika przyprowadzano z powrotem do dusi- ciela boa i proszono, aby zbliżył się do niego tak blisko, jak to możliwe. Tylko ci uczestnicy wykazali poprawę, wobec których zaakcentowano do- browolny charakter udziału w nieprzyjemnym procesie terapii; potrafili oni zbliżyć się do węża znacznie bardziej niż przed eksperymentem. Ci, którzy przechodzili przez nieprzyjemną procedurę terapeutyczną bez przy- pominania, że jest to ich dobrowolny wybór, wykazali bardzo małą po- prawę (zobacz także Axsom, 1989). Wyniki eksperymentu Joela Coopera przedstawione są na rycinie 3.4. 96 Rozdział 3 uzasadnienie zewnętrzne: wyjaśnienie, jakie podaje osoba dla swojego dysonansowego zachowania, wskazujące na przyczynę, która znajduje się poza nią samą (np. jeśli ktoś coś robi, aby uzyskać dużą nagrodę lub uniknąć surowej kary) uzasadnienie wewnętrzne: likwidowanie dysonansu poprzez dokonanie jakiejś zmiany w sobie (np. swojej postawy lub zachowania) Psychologia niewystarczającego uzasadnienia Powiedzieć znaczy uwierzyć. Gdy byliśmy dziećmi, uczono nas, że nie należy kłamać. Nasze lekcje historii w szkole podstawowej były pełne legendarnych opowieści (ukrywających pod płaszczykiem prawdy per- swazję), jak np. ta o George'u Washingtonie i drzewku wiśniowym, najwyraźniej mająca na celu przekonanie nas, że byłoby lepiej, gdyby- śmy mówili prawdę, jeśli aspirujemy do fotela prezydenckiego. Niestety, świat jest skomplikowany. Być może są na świecie ludzie, którzy ni- gdy nie skłamali, ale musimy dopiero ich spotkać. Czasami wielu z nas ma poczucie, że dla dobra sprawy nie musimy mówić prawdy do koń- ca, na przykład — czego również nas uczono — aby być dla ludzi uprzejmym. Od czasu do czasu stwierdzamy, że koniecznie musimy skłamać. Załóżmy, że wchodzisz do domu swojego przyjaciela. Sama, i spo- strzegasz okropny obraz na ścianie. Patrzysz na niego i widzisz jego kiczowatość. Podejrzewasz, że to jakiś kawał. Już prawie wybuchasz śmiechem, kiedy Sam odzywa się z radosnym podnieceniem: „Podoba ci się? Kosztował bardzo dużo. Namalowała go stosunkowo mało znana miejscowa artystka, Carol Smear. Sądzę, że jest bardzo utalentowana, dlatego kupiłem ten obraz. Nie uważasz, że jest piękny?" Jak odpowiesz? Wahasz się. Jest bardzo prawdopodobne, że pojawi się u ciebie następujący sposób myślenia: „Sam wydaje się tak szczęśliwy i podniecony. Dlaczego mam zniszczyć jego zadowolenie? Jeśli powiem, jakie są moje prawdziwe odczucia, to z pewnością sprawię mu przykrość. On oczywiście lubi obrazy i bardzo wiele za nie płaci. Wyjawiając moją prawdziwą opinię, mogę go zmartwić i uświadomić, że popełnił pomyłkę. W każdym razie będzie to nieprzyjemne. Nawet, jeśli uda mi się przeko- nać Sama, że jest to bezwartościowy kicz, to i tak nie może oddać go z powrotem. Jaki jest więc sens mówić mu prawdę?" Zatem utwierdzasz Sama w przekonaniu, że obraz jest bardzo piękny. Czy przeżywasz duży dysonans? Wątpimy w to. Istnieje wiele elementów poznawczych, które dopuszczają takie kłamstwo, jak wykazano to w twoim myśleniu w po- wyższym przykładzie. W istocie twój element poznawczy nakazujący, aby nie zadawać bólu osobom, które lubimy, dostarcza wystarczającego uza- sadnienia zewnętrznego dla nieszkodliwego kłamstwa. A co się stanie, jeśli powiesz coś, do czego w rzeczywistości nie jesteś przekonany, i nie ma żadnego wystarczającego, zewnętrznego uzasad- nienia takiego zachowania? Co będzie, jeśli twój przyjaciel jest niewia- rygodnie bogaty i stale kupuje obrazy? Co będzie, jeśli on rzeczywiście chce poznać twoją opinię na temat tego zakupu? Co będzie, jeśli w prze- szłości powiedziałeś mu, że kupił bohomaz i nie zaszkodziło to waszej przyjaźni? Teraz zewnętrzne uzasadnienia okłamania Sama co do warto- ści obrazu są minimalne lub prawie nie ma ich wcale. Jeśli nadal będziesz się powstrzymywał od wyrażenia swojej prawdziwej opinii (mówiąc za- miast tego: „Ojej, Sam, obraz jest hm... interesujący"), to doświadczysz dysonansu. Jeśli nie możesz znaleźć zewnętrznego uzasadnienia swojego zachowania, będziesz próbował znaleźć uzasadnienie wewnętrzne — poprzez zmniejszenie rozbieżności między dwoma elementami poznaw- czymi — twoją postawą i twoim faktycznym zachowaniem. Jak możesz to zrobić? Zaczynasz poszukiwać pozytywnych aspektów obrazu — ja- kichś oznak talentu lub wyrafinowania artystki, które poprzednio mogły Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 97 uyść twojej uwagi. Jest szansa, że jeśli przyjrzysz się wystarczająco wni- kliwie, to coś znajdziesz. W krótkim czasie ta postawa wobec obra- zu przesunie się w kierunku pozytywnych stwierdzeń, jakie poczyniłeś, i tak właśnie realizuje się zasada „powiedzieć znaczy uwierzyć". To zja- wisko jest ogólnie nazywane obroną stanowiska niezgodnego z własną postawą — jest to proces, w którym osoby są zachęcane do wyraże- nia publicznie opinii lub postawy sprzecznej z ich osobistym poglądem. leśli uda się to osiągnąć przy minimalnym zewnętrznym uzasadnieniu, to nastąpi zmiana osobistej postawy w kierunku wyrażonej publicznie opinii. Teza ta po raz pierwszy była weryfikowana empirycznie w ekspery- mencie Leona Festingera i J. Merrilla Carismitha (1959). Namówiono stu- dentów, aby przez godzinę wykonywali wiele nudnych i monotonnych zadań. Następnie eksperymentator wyjaśnił każdemu studentowi, że ce- lem tego badania jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy ludzie będą lepiej pracować, jeśli powie się im przedtem, że ich zadania są interesu- jące. Powiedział też, że został losowo przydzielony do grupy kontrolnej • to znaczy, że nic mu wcześniej nie powiedziano o doświadczeniu. jednakże, wyjaśniał dalej, następny uczestnik, który teraz przebywa w ko- niarzu, został przydzielony do grupy eksperymentalnej. Badacz poinstru- ował, że należy przekonać go, iż zadanie będzie interesujące i przyjemne. Byłoby znacznie bardziej wiarygodne, gdyby to raczej student-kolega przekazał tę informację niż eksperymentator, zapytał więc, czy zgodziliby s»e to zrobić. Tak więc eksperymentator swoją prośbą nakłonił uczestni- ków do okłamania innych studentów (w rzeczywistości współpracowni- ków eksperymentatora). Połowie studentów zaoferowano 20 dolarów za skłamanie (duże, ze- wnętrzne uzasadnienie), a innym zaproponowano tylko dolara za to samo kłamstwo (bardzo małe, zewnętrzne uzasadnienie). Po zakończeniu eks- perymentu osoby przeprowadzające wywiad pytały „kłamców", w jakim stopniu były przyjemne wykonywane w eksperymencie zadania. Wyniki potwierdziły postawioną hipotezę. Ci studenci, którym zapłacono 20 do- larów za skłamanie — to jest za stwierdzenie, że zadania są przyjemne • ocenili te działania jako nudne. Ale ci, którym zapłacono za to samo tylko dolara, ocenili je jako znacząco bardziej przyjemne. Innymi słowy, osoby, które otrzymały możliwość dużego, zewnętrznego uzasadnienia swojego kłamstwa — skłamały, ale same w to nie uwierzyły, podczas gdv ci, którzy okłamali innych, nie mając dużego zewnętrznego uzasad- nienia tego kłamstwa, zdołali przekonać samych siebie, że to, co powie- dzieli, było prawdą. Możną zapytać, czy to zjawisko pojawia się również wtedy, gdy cho- dzi o zaangażowanie w poważne sprawy. Czy zdołasz nakłonić kogoś di? zmiany postawy wobec zjawisk, które mają duże znaczenie? Następne •udanie pokazuje, że paradygmat Festingera-Carlsrnitha ma rówież sze- rokie zastosowanie w dziedzinach życia o dużym znaczeniu. Rozważmy •a przykład eksperyment A.R. Cohena (1962). Cohen był psychologiem społecznym zatrudnionym na Uniwersytecie Yale w okresie zamieszek, dy miejska policja często robiła „naloty" na miasteczko studenckie, aby kontrolować dość swobodne zachowania studentów. Od czasu do czasu pchqa działała z nadmierną siłą. Po jednej takiej awanturze Cohen od- •nedził dom akademicki mówiąc, że pracuje dla dobrze znanego insty- ultu badawczego. Wyraził pogląd, że każda sprawa ma dwie strony i że obrona stanowiska niezgodnego z własną postawą: proces, który pojawia się, gdy ktoś wyraża opinię lub postawę sprzeczną ze swoim osobistym przekonaniem lub postawą 98 Rozdział 3 RYCINA 3.5. Studenci uwierzyli w to, co powiedzieli, tylko wtedy, gdy ich słuchacze byli podatni na perswazję, a nagroda była mała (zaczerpnięto z: Nel, Hełmreich, Aronson, 1969) Audytorium • Za • Neutralni • Przeciw 50 centów 5 dolarów instytut jest zainteresowany poznaniem obu stron konfliktu policja-stu- denci. Następnie prosił studentów o napisanie esejów zdecydowanie popie- rających zachowanie policji. Co więcej, zaoferował im za to nagrodę. W za- leżności od grupy, do której zostali przypisani studenci, oferował im 50 centów, dolara, 5 dolarów lub 10 dolarów. Żaden student nie wiedział, jaką sumę zaproponowano innym. W złożonych esejach Cohen szacował rzeczywiste postawy studentów wobec działań policji. Wyniki były jednoznaczne. Im mniejsza nagroda, tym bardziej przy- chylnie odnosili się studenci do miejskiej policji. Innymi słowy, gdy stu- dentom dano duże zewnętrzne uzasadnienie do napisania eseju, nie musieli przekonywać siebie, że wierzą w to, co napisali. Natomiast gdy napisali coś pozytywnie o policji za 50 centów lub dolara, to musieli przekonać samych siebie, że w tym, co napisali, jest jakaś prawda. W podobnym eksperymencie Elizabeth Nel, Robert Hełmreich i Elliot Aronson (1969) nakłonili studentów, którzy byli przeciwni paleniu mari- huany, aby przygotowali i wygłosili mowę popierającą zażywanie tego narkotyku i jego legalizację, którą nagrano na wideo. Niektórym ofero- wano duże nagrody, innym zaś małe. I tutaj wyniki były jednoznaczne: im mniejsza nagroda, tym bardziej przychylna postawa wobec zażywania i legalizacji marihuany. Rozwijając paradygmat, badacze zmieniali skład audytorium, któremu ten film rzekomo pokazywano. Nel i jej współpracownicy postawili hi- potezę, że jeśli audytorium będą tworzyć studenci szkoły wyższej, którzy nie mają jeszcze ukształtowanych postaw wobec palenia marihuany, to ci studenci, którzy nagrali film, będą przeżywać duży dysonans. Byliby oni w poważnym niebezpieczeństwie, przekonując młodych, nieświado- mych ludzi do zachowania, które osobiście uważali za złe. Aby zreduko- wać dysonans, wobec braku dużego uzasadnienia zewnętrznego dla swo- ich działań, musieliby przekonać samych siebie, że zażywanie marihuany nie jest takie złe. Z drugiej strony Nel i jej współpracownicy przypuszczali, że jeśli film byłby pokazany osobom, które już mają ukształtowane postawy wobec Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 99 tego nałogu, a zatem nie miałby on żadnego wpływu albo tylko niezna- czny na ich zachowanie, to konsekwentnie zostałby wzbudzony dużo mniejszy dysonans. Jeśli wystąpiłby mały dysonans, oznaczałoby to małą potrzebę zmiany postawy, aby była zgodna z wygłoszoną mową. Naj- większa zmiana postawy w kierunku akceptacji palenia i legalizacji ma- rihuany wystąpiła w grupie, w której studenci otrzymali bardzo małą nagrodę za nagranie filmu przychylnie odnoszącego się do tego narkotyku i byli przekonani, że będzie on pokazany osobom młodym, podatnym na perswazję. Jeśli sądzili, że audytorium jest stanowczo za lub przeciw pa- leniu marihuany, to dysonans był minimalny, bez względu na wielkość nagrody. Wyniki są przedstawione na rycinie 3.5. Hipokryzja a zapobieganie AIDS. W ostatnich latach AIDS przybrało rozmiary epidemii. Wydaje się setki milionów dolarów na informowa- nie o AIDS w mass mediach oraz na profilaktykę. O ile te kampanie są skuteczne w rozpowszechnianiu informacji, o tyle nie dają efektów w za- pobieganiu niebezpiecznym zachowaniom seksualnym. Na przykład, cho- ciaż studenci wiedzą, jak poważnym problemem jest AIDS, to jednak za- skakująco mały procent z nich stosuje prezerwatywy w każdym stosunku seksualnym. Powodem wydaje się to, że stosowanie prezerwatyw nie jest wygodne, niszczą one romantyczny nastrój i przypominają o chorobie — co jest ostatnią rzeczą, o której chcieliby słyszeć, gdy chcą z kimś współ- żyć. Raczej, co potwierdziły liczne badania, ludzie wykazują silną ten- dencję do zaprzeczania wszędzie tam, gdzie chodzi o zachowania seksu- alne — w tym przypadku działa przekonanie, że AIDS stanowi problem dla większości ludzi, ale ich samych to nie dotyczy. Jeśli mass media są nieskuteczne, to czy można zrobić jeszcze coś innego? Ostatnio Elliot Aronson, Carrie Fried i Jeff Stone (1991) osiągnęli pe- wien sukces w nakłanianiu do używania prezerwatyw, stosując odmianę paradygmatu „powiedzieć znaczy uwierzyć". Poprosili oni studentów o przygotowanie mowy o niebezpieczeństwie AIDS i nawołującej do sto- sowania prezerwatyw w każdym stosunku seksualnym. W jednej grupie studenci jedynie wymyślali argumenty. W innej wymyślali argumenty i następnie odczytywali je przed kamerą wideo, po czym informowa- no ich, że nagrany film będzie pokazywany uczniom szkoły średniej. Wówczas połowa studentów w każdej z grup przypominała sobie przy- padki, gdy sami nie zastosowali prezerwatywy, po czym sporządzili listę okoliczności, w których jej użycie było szczególnie trudne, krępujące lub niemożliwe. W istocie, studenci z jednej grupy — tej, którą robiła film wideo dla uczniów szkoły średniej — po uświadomieniu sobie swoich własnych porażek w stosowaniu prezerwatyw przeżywali duży dysonans. Spowo- dowała to świadomość własnej hipokryzji; zdawali sobie jasno sprawę z faktu, że zalecali uczniom szkoły średniej określone zachowanie, któ- Jtgo sami nie praktykowali. Aby usunąć tę hipokryzję i podtrzymać swoją samoocenę, musieliby sami czynić to, co zalecali innym. Taka była kon- Łhiż)a eksperymentu Aronsona i jego współpracowników. Studenci, któ- rym uświadomiono hipokryzję, wykazali większą skłonność do częstszego nocowania prezerwatyw niż studenci z grupy kontrolnej. Co więcej, w uzupełniającym eksperymencie (Stone, Aronson, Crain, Winslow, Fned. 1993) każdy student miał możliwość zakupu bardzo tanich prezer- watyw. Okazało się, że studenci z uświadomioną hipokryzją dużo chętniej 100 Rozdział 3 Procent badanych, którzy kupili prezerwatywy Średnia liczba nabytych prezerwatyw Hipokryzja Tylko zalecanie Tylko uświadomienie Tylko informacja RYCINA 3.6. Osoby, którym uświadomiono ich hipokryzję, zaczęły praktykować to, co zalecały innym (zaczerpnięto z: Stone, Aronson, Crain, Winslow, Fried, 1993) niewystarczająca kara: dysonans wzbudzony wtedy, gdy jednostka nie ma wystarczającego zewnętrznego uzasadnienia, że nie zaangażowała się w pożądane przez nią działanie lub zrezygnowała z pożądanego przez nią obiektu, co zwykle prowadzi do obniżenia atrakcyjności zakazanego działania lub obiektu je nabywali niż osoby z pozostałych grup. Rycina 3.6 pokazuje wyniki tego eksperymentu. Niewystarczająca kara. Złożone społeczeństwo funkcjonuje, stosując czasami karę lub zagrożenie karą. Jako jego członkowie ciągle spotykamy się z sytuacjami, w których osoby odpowiedzialne za utrzymanie prawa i porządek grożą nam karą, jeśli nie dostosujemy się do ich zasad i re- gulaminów. Na przykład podróżując autostradą 70 mil na godzinę wiemy, że gdy zostaniemy złapani, zapłacimy niemały mandat. Jeśli zdarzać się to będzie zbyt często, stracimy prawo jazdy. Uczymy się więc przestrze- gania ograniczeń prędkości, ale tylko wtedy, gdy patrole policyjne są w pobliżu. Tak samo dzieci w szkole wiedzą, że jeśli będą oszukiwać na klasówce i zostaną przyłapane, to mogą być przez nauczyciela ukarane. Uczą się więc nie oszukiwać w obecności nauczyciela, który ich obserwuje. Czy surowe kary uczą dorosłych przestrzegania dozwolonej prędko- ści? Czy surowe kary uczą dzieci cenić uczciwe zachowanie? Sądzimy, że nie. Raczej jesteśmy przekonani, że wszystko, czego one nas uczą, to jak uniknąć przyłapania. Mówiąc krótko, zastosowanie surowej kary jako środka powstrzymywania kogoś od zrobienia tego, co lubi, wymaga cią- głej czujności i nękania. Przejdźmy do zjawiska znęcania się nad innymi. Jest niezmiernie trud- no przekonać dzieci, że bicie młodszych nie jest dobre. Jest możliwe, że w pewnych warunkach przekonają się same, iż takie zachowanie nie jest przyjemne. Wyobraź sobie, że jesteś rodzicem sześcioletniego chłopca, który często bije swojego czteroletniego brata. Próbowałeś mu tłumaczyć, ale na nic się to zdało. I tak zaczynasz go karać za jego agresywne za- chowanie. Jako rodzic masz do dyspozycji wiele różnych kar — od ła- godnych (karcące spojrzenie) do bardzo surowych (mocny klaps, posta- wienie dziecka do kąta, pozbawienie go możliwości oglądania telewizji przez miesiąc). Im surowsza kara, tym większe prawdopodobieństwo, że Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 101 dziecko zaprzestanie bicia swego brata — ale tylko wówczas, gdy na nie patrzysz. Jest bardzo prawdopodobne, że znów uderzy brata, jeśli tylko się odwrócisz. Mówiąc krótko, tak jak większość kierowców uczy się zwracać uwagę na patrole policyjne, gdy przekraczają dozwoloną pręd- kość, tak samo twój sześciolatek nie traci przyjemności w znęcaniu się nad młodszym bratem, on jedynie nauczył się nie robić tego w twojej obecności, by uniknąć konsekwencji. Załóżmy, że zagroziłeś mu bardzo łagodną karą. W obu przypadkach • przy groźbie kary surowej i łagodnej — dziecko przeżywa dysonans. Jest ono świadome, że nie bije swojego małego brata, jak i tego, że bardzo chciałoby go uderzyć. Jeśli ma ono chęć uderzyć swojego brata i nie czyni tego, to implicite zadaje sobie pytanie: „Dlaczego nie biję mojego małego brata?" W przypadku surowego zagrożenia ma przekonującą odpowiedź w formie wystarczającego zewnętrznego uzasadnienia: „Nie biję go, po- nieważ gdybym to zrobił, to rodzice by mnie ukarali". Wyjaśnienie takie redukuje dysonans. W sytuacji łagodnego zagrożenia dziecko również przeżywa dysonans. Ale zadając sobie pytanie: „Dlaczego nie biję mojego małego brata?", nie ma przekonującej odpowiedzi, ponieważ zagrożenie jest tak łagodne, że nie może dostarczyć wystarczającego uzasadnienia. Dziecko nie robi cze- goś, co chciałoby robić, i chociaż ma uzasadnienie tego, że nie bije brata, to jednak nie jest ono wystarczające. W tej sytuacji nadal przeżywa dy- sonans. Dlatego dziecko musi znaleźć inny sposób uzasadnienia faktu, że nie jest agresywne wobec braciszka. Im łagodniejsze zagrożenie, tym mniejsze uzasadnienie zewnętrzne; un mniejsze uzasadnienie zewnętrzne, tym większa potrzeba uzasadnie- nia wewnętrznego. Dziecko może zredukować swój dysonans, przekonu- je siebie, że tak naprawdę nie chce bić brata. Z czasem może pójść dalej w swoim poszukiwaniu uzasadnienia wewnętrznego i uznać, że bicie ma- łych dzieci nie jest zabawne. Pozwalanie dzieciom na swobodę konstruo- wania swojego własnego uzasadnienia wewnętrznego jest równoznaczne z umożliwieniem im ukształtowania trwałego zbioru wartości. Wszystko, o czym dotychczas była mowa, to spekulacje. Czy groźba lagodnej kary za jakieś zachowanie zmniejsza atrakcyjność tego zacho- wania w większym stopniu niż perspektywa kary surowej? Hipoteza ta była po raz pierwszy weryfikowana w eksperymencie z przedszkolakami Aronson, Carismith, 1963). Ze względu na to, że w eksperymencie tym brały udział bardzo małe dzieci, względy etyczne wykluczały oddziaływanie na ważne wartości, takie jak te, które dotyczą zachowań agresywnych. Badacze próbowali zmienić coś, co nie miało dużego znaczenia społecznego, ale było ważne dla dzieci, mianowicie ich preferencje dla różnego rodzaju zabawek. Eks- perymentator najpierw prosił każde dziecko, aby oceniło atrakcyjność kil- •JJ zabawek. Następnie wskazywał na zabawkę, którą dziecko oceniło uko bardzo atrakcyjną, i mówił, że nie wolno mu się nią bawić. Połowa dzieci była zagrożona łagodną karą w przypadku nieposłuszeństwa; dru- §a polowa — karą surową. Eksperymentator następnie opuszczał pokój, •stwarzając dzieciom możliwość bawienia się wszystkimi zabawkami i za- razem szansę pokonania pokusy zabawy zabawką zakazaną. Żadne dziec- ko po nią nie sięgnęło. Po kilku minutach eksperymentator powracał do pokoju i prosił dziec- ko. abv- oceniło, jak bardzo lubi każdą zabawkę. Początkowo wszystkie 102 Rozdział 3 autoperswazja: długotrwała zmiana postawy, która jest konsekwencją prób usprawiedliwiania samego siebie dzieci chciały bawić się zabawką zakazaną. W czasie trwania pokusy po- wstrzymywały się od tego. To powodowało, że u dzieci został wzbudzony dysonans. Jak zareagowały? Te, którym zagrożono surową karą, miały wy- starczające uzasadnienie dla zaniechania zabawy. Wiedziały, dlaczego nie bawiły się atrakcyjną zabawką, i dlatego nie miały żadnego powodu, aby zmieniać swoją postawę wobec niej. Te dzieci nadal oceniały ją jako bardzo atrakcyjną; prawdę powiedziawszy, niektóre bardziej jej pragnęły teraz niż przed wprowadzeniem zagrożenia. A jak zareagowały inne dzieci? Nie mając wystarczającego zewnę- trznego uzasadnienia dla powstrzymania się od zabawy, dzieci, którym zagrożono łagodną karą, potrzebowały wewnętrznego uzasadnienia, aby zredukować swój dysonans. Potrafiły one przekonać siebie, że powodem, dla którego nie bawiły się zabawką, było to, że tak naprawdę jej nie lubią. Oceniały zakazaną zabawkę jako mniej atrakcyjną niż na początku eksperymentu. Opisane zjawisko jest dobrym przykładem usprawiedli- wiania siebie, które prowadzi do autoperswazji w zachowaniu bardzo małych dzieci. Trwałość przekonywania samego siebie. Powiedzmy, że jesteś na wykładzie, na którym jest mowa o tym, że źle jest oszukiwać. Może to mieć chwilowy wpływ na twoją postawę wobec oszukiwania. Ale kiedy tydzień lub dwa tygodnie później znajdziesz się w sytuacji dużej pokusy, to zmiana, która ostatnio nastąpiła w twojej postawie, prawdopodobnie nie zadziała jako środek zapobiegawczy. Psychologowie społeczni wie- dzą, że sam wykład zwykle nie powoduje długotrwałych zmian postawy. W przeciwieństwie do tego załóżmy, że znajdujesz się w tego rodzaju sytuacji, jakiej doświadczyły dzieci w eksperymencie Judsona Millsa (1958) dotyczącym oszukiwania, który został omówiony wcześniej w tym rozdziale. Tutaj oczekiwalibyśmy, że zmiana postawy będzie dużo bar- dziej głęboka i trwała. Te dzieci, które zmagały się z pokusą oszukania i się jej przeciwstawiły, doszły do przekonania, że oszukiwanie jest ni- kczemnym występkiem, nie dlatego, że ktoś im to powiedział, ale dla- tego, że same siebie o tym przekonały, uzasadniając tym pozbawienie siebie atrakcyjnej nagrody. Długoterminowe konsekwencje postaw ukształtowanych w procesie autoperswazji i usprawiedliwiania siebie są prezentowane w różnych kontekstach. Dobitnym przykładem jest powtórzenie przez Jonathana Fre- edmana (1965) eksperymentu Aronsona i Carismitha (1963) z zakazaną zabawką. W eksperymencie przeprowadzonym przez Freedmana zakaza- ną zabawką był atrakcyjny robot napędzany baterią; wszystkie dzieci uczestniczące w eksperymencie chciały się nim bawić. Freedman zabronił im tego mówiąc, że jeśli chcą, mogą się bawić innymi zabawkami — nieciekawymi w porównaniu z zabawką zakazaną. Tak jak w pierwotnym eksperymencie, stosował on zagrożenie albo surową, albo łagodną karą za złamanie tej zasady. I tak samo jak w pierwotnym eksperymencie wszy- stkie dzieci przestrzegały tej zasady. Freedman następnie opuścił szkołę i nigdy do niej nie powrócił. Teraz następuje to, co jest najbardziej interesujące. Kilka tygodni później przyszła do szkoły pewna młoda kobieta pod pretekstem prze- badania dzieci testami typu „papier-ołówek". W rzeczywistości pracowa- ła ona dla Freedmana, jednakże dzieci nie wiedziały, że jej obecność w ja- kikolwiek sposób wiąże się z Freedmanem, zabawkami lub zagrożeniem Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 103 Po zagrożeniu surową karą Po zagrożeniu łagodną karą RYCINA 3.7. Kilka tygodni później dzieci, którym zagrożono łagodną karą, były dużo mniej skłonne do bawienia się zakazaną zabawką niż dzieci, którym grożono surową karą. Te z łagodnym zagrożeniem musiały znaleźć swoje własne uzasadnienie, zmniejszając atrakcyjność zakazanej zabawki (zaczerpnięto z: Freedman, 1963,1965) karą, jakie pojawiło się kilka tygodni wcześniej. Przypadkowo wykony- wała swoje testy w tym samym pokoju, w którym Freedman przeprowa- dził swój eksperyment — w pokoju były te same zabawki. Po zakończe- niu badań testowych poprosiła dzieci, aby na nią zaczekały, i poszła do pokoju obok, żeby obliczyć wyniki testów. Mimochodem zasugerowa- ła dzieciom, że obliczanie wyników może trochę potrwać i że — co za szczęście! — ktoś pozostawił zabawki, którymi mogą się w tym czasie bawić. Wyniki były zaskakujące. Przytłaczająca większość dzieci, którym Freedman zagroził łagodną karą kilka tygodni wcześniej, postanowiła z własnej woli nie bawić się robotem. Znaczna zaś część dzieci, którym zagrożono surową karą, bawiła się robotem właśnie teraz, gdy taka mo- żliwość zaistniała. Konkretnie, 78% dzieci, którym grożono surową karą, i tylko 33% dzieci, którym grożono łagodną karą, bawiło się robotem. Tak więc jednorazowe zagrożenie łagodną karą było skuteczne jeszcze po kilku tygodniach, czego nie można powiedzieć o zagrożeniu surową karą. Siła tego zjawiska wynika z faktu, że powodem zachowania dzieci nie była perswazja dorosłych. Skuteczność takich napomnień nie będzie trwała długo po tym, kiedy osoba dorosła przestanie ostrzegać. Przy- czyną tego, że łagodne zagrożenie karą utrzymywało się przez co naj- mniej kilka tygodni, było to, że dzieci zostały umotywowane do prze- konania samych siebie, że nie lubią zakazanej zabawki. Wyniki ekspe- rymentu Freedmana przedstawione są na rycinie 3.7. Co rozumiemy przez „niewystarczające uzasadnienie" W tym rozdziale jest mowa o usprawiedliwianiu siebie pojawiającym się w sytuacjach, w których nie ma wystarczającego uzasadnienia ze- wnętrznego. Na przykład pokazaliśmy, jak wypowiedzenie czegoś, w co 104 Rozdział 3 nie wierzysz, będzie powodować zmianę twoich przekonań w kierunku tego, co powiedziałeś, ale tylko wtedy, gdy nie otrzymujesz żadnej istot- nej nagrody za to, co powiedziałeś. Dowiedliśmy też, że powstrzymanie się od konkretnego działania spowoduje spadek jego atrakcyjności, ale tylko wtedy, gdy odpowiednio surową karą nie można uzasadnić kon- tynuacji uległości. Pojęcie niewystarczającego uzasadnienia zewnętrznego wymaga wy- jaśnienia. W pewnym sensie jest ono wystarczające — wystarczające do wywołania określonego zachowania. Na przykład studenci w ekspe- rymencie Festingera i Carismitha (1959) zgodzili się okłamać innych twierdząc, że wykonywanie nudnej pracy było interesujące. Prośba eksperymentatora wystarczała, aby tak się zachować, ale później nie wy- starczała, by usprawiedliwić tak nikczemny występek wobec innych stu- dentów. Ostatecznie nikt nie przykładał im pistoletu do głów; zgodzili się kłamać z własnej woli — przynajmniej tak to spostrzegali uczestnicy eksperymentu. W rzeczywistości ta sytuacja, jak wiele innych w życiu, charakteryzuje się „iluzją wolności". Sądzimy, że jesteśmy wolni, ale silne zasady i nor- my społeczne często narzucają nam nasze rzeczywiste zachowania. Jak uczestnicy tego eksperymentu mogliby odpowiedzieć „nie" na uprzejmą, dość nieszkodliwą prośbę ze strony autorytetu? Sytuacja była wcześniej obmyślona — i rzeczywiście blisko 100% uczestników w tego typu ba- daniach zgadza się na prośbę eksperymentatora; właściwie nikt nie mówi „nie". Tak więc, w jakim stopniu można tu mówić o prawdziwym wy- borze? Jednak uczestnicy nie spostrzegają faktycznych ograniczeń mo- żliwości dokonania prawdziwego wyboru między akceptacją i odrzuce- niem prośby. Później, gdy się zastanawiają, dlaczego okłamali niewin- ną osobę, nie zrzucają winy na eksperymentatora, lecz spostrzegają to kłamstwo jako swój osobisty wybór. Najlepszym sposobem podtrzyma- nia samooceny jest przyznanie, że ostatecznie zadanie było rzeczywiście zabawne i interesujące; w tej chwili tamto kłamstwo przestaje być kłam- stwem. Tak więc, chociaż lubimy myśleć o nas samych jako o istotach całko- wicie racjonalnych, to często zdarza się nam popełniać czyny, których zupełnie nie przemyśleliśmy — mówiąc „tak", gdy chcieliśmy powie- dzieć „nie" itd. Paradoks polega na tym, że wierząc w naszą racjonalność, mądrość i moralność, jesteśmy podatni na wzbudzaną przez dysonans chęć do przekonania o tym samych siebie. To nie są po prostu nagrody lub kary. Jak się okazuje, duże nagrody lub surowe kary są efektywnym sposobem dostarczania zewnętrznego uzasadnienia dla jakiegoś działania. Stosownie do tego, czy chcesz, aby ktoś coś uczynił lub aby powstrzymał się od tego czegoś tylko raz, naj- lepszą strategią będzie obietnica dużej nagrody lub zagrożenie surową karą. Jeśli jednak chcesz, aby u kogoś wykształciła się głęboko zakorze- niona postawa, to im mniejsza nagroda lub kara, która wzbudza chwilową uległość, tym większa będzie końcowa zmiana postawy, a więc bardziej długotrwały skutek. Duże nagrody i surowe kary stanowią silne uzasad- nienia zewnętrzne, dlatego blokują powstanie dysonansu, a zatem nie do- puszczają do zmiany postawy. Zauważmy, że to zjawisko nie ogranicza się tylko do nagród i kar; uzasadnienia mogą też występować w bardziej subtelnej formie. Weźmy Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 105 na przykład przyjaźń. Lubimy naszych przyjaciół, ufamy im, wyświad- czamy im przysługi. Załóżmy, że jesteś na oficjalnym obiedzie u przy- jaciółki. Przyjaciółka podaje dość dziwnie wyglądającą przekąskę. To nie- zupełnie kawałek ziemniaka, choć wygląda na usmażone. „Co to jest?" pytasz przezornie. „To jest smażony konik polny; naprawdę chciałabym, abyś tego spróbował" — odpowiada przyjaciółka. To sympatyczna dziewczyna i nie chcesz sprawić jej przykrości w obecności innych gości, dlatego bierzesz jednego owada z talerza, wkładasz do ust, przeżuwasz i połykasz. Jak bardzo — twoim zdaniem — będzie ci smakował ten nowy rarytas? Zapamiętaj to, ponieważ będziemy rozwijać ten przykład. Załóżmy, że jesteś gościem na obiedzie w domu kogoś, kogo nie bardzo lubisz. Podaje ci on smażonego konika polnego i mówi, że bardzo chciałby, abyś tego spróbował. Wkładasz go do ust, przeżuwasz i połykasz. A te- raz kluczowe pytanie: w której z tych dwóch sytuacji konik polny bar- dziej będzie ci smakował? Zdrowy rozsądek mógłby podpowiadać, że konik będzie bardziej smakował, gdy jest polecany przez przyjaciela. Za- stanów się jednak nad tym przez chwilę. W której sytuacji występuje mniejsze uzasadnienie zewnętrzne? Nie zważając na zdrowy rozsądek, teoria dysonansu formułuje przeciwstawne przewidywania. W pier- wszym przypadku, gdy pytasz siebie: „Dlaczego zjadłem tego obrzyd- liwego owada?", dysponujesz wystarczającym uzasadnieniem: zjadłeś s,o, ponieważ prosiła cię o to twoja dobra przyjaciółka. W drugim przy- padku brakuje ci tego rodzaju uzasadnienia. Dlatego musisz znaleźć ja- kieś swoje własne wyjaśnienie. Musisz przekonać samego siebie, że było to smaczniejsze niż się spodziewałeś, że prawdę powiedziawszy, to było nawet dobre. Chociaż może się wydawać, że to dość dziwaczny przykład redukcji dysonansu, nie jest tak naciągany, jak mógłbyś sądzić. Philip Zimbardo : le-go współpracownicy (1965) rzeczywiście przeprowadzili eksperyment analogiczny do naszego przykładu. W tym eksperymencie proszono re- .Berwistów o zjedzenie smażonego konika polnego i przedstawiono to afco część badań nad pożywieniem, które daje szansę przeżycia. Rezer- TTsd. którzy zjedli owada na prośbę srogiego, nieprzyjemnego przeło- apoego, polubili koniki polne znacznie bardziej niż ci, którzy zjedli je, Systemy cms, sklepy internetowe, prezentacje multimedialne, projektowanie graficzne, grafika stron systemy cms sklepy internetowe prezentacje multimedialne projektowanie graficzne grafika stron prezentacje multimedialne projektowanie sklepów grafika systemy cms Załóżmy, że uważasz siebie za bardzo dobrego kucharza — za najlepsze- go kucharza wśród wszystkich twoich przyjaciół i znajomych. Niczego bardziej nie kochasz niż swobodne traktowanie przepisu kulinarnego, wprowadzanie swoich własnych, twórczych poprawek, aż powstanie wspaniała, smakowita, nowa potrawa. Następnie przeprowadzasz się do innego miasta, poznajesz nowych przyjaciół i — wyobraź sobie! — twój nowy najlepszy przyjaciel okazuje się niezrównanym kucharzem, dużo lepszym od ciebie. Jak będziesz się czuł? Przyznasz, iż mógłbyś bardzo się zmartwić tym faktem. Teraz rozważmy nieco inną sytuację. Załóżmy, że twoja nowa najle- psza przyjaciółka nie jest wspaniałą kucharką, ale bardzo utalentowaną artystką. Czy w tej sytuacji będziesz przeżywał jakiś dyskomfort? Nie- wątpliwie nie; prawdopodobnie będziesz się pławił w blasku jej sukcesu. „Wiesz co? — będziesz prawdopodobnie mówił do każdego — moja dziewczyna sprzedała kilka swoich obrazów w najbardziej ekskluzyw- nych galeriach Nowego Jorku". Różnica między tymi dwiema sytuacjami polega na tym, że w pier- wszej z nich twój przyjaciel jest lepszy w dziedzinie, która jest dla ciebie bardzo ważna, a może nawet kluczowa dla twojego pojęcia Ja. Wszyscy posiadamy zdolności i cechy, do których przywiązujemy najwyższą wagę — bywamy szczególnie dumni, gdy jesteśmy dobrymi kucharzami, uta- lentowanymi artystami, uzdolnionymi muzykami czy też twórczymi na- ukowcami. Bez względu na to, jaką zdolność najbardziej w sobie cenimy, jeśli spotkamy kogoś, kto jest w tym lepszy od nas, prawdopodobnie pojawi się kłopot — kłopot natury dysonansowej. Trudno być dumnym Dysonans poznawczy a potrzeba podtrzymywania samooceny 113 Ty Przyjaciel (2a) Pławisz się w blasku twego przyjaciela. (1a) Jesteś w bliskim kontakcie z kimś, kto jest lepszy od ciebie w dziedzinie, która nie ma dla ciebie dużego znaczenia przy określaniu siebie samego. Ty Przyjaciel (1b) Jesteś w bliskim kontakcie z kimś, kto jest lepszy od ciebie w dziedzinie, która ma dla ciebie duże znaczenie przy określaniu samego siebie. (sSsy^- (5b) Możesz zdystansować się od tej osoby. (4b) Możesz pomniejszyć wagę, jaką to zadanie ma dla ciebie. r-T^--\ s Ćwiczenie.-\ • ćwiczenie i a jeszcze raq :r.ansuJ, kiedy stają wobec elementów poznawczych c.-.rózacych się do jakiegoś aspektu zachowania, które t--; rufcZĘodne z ich pojęciem Ja. Wtedy są pobudzani ;'; .:xwidowania tego dysonansu albo przez zmianę swe- L- /chowania, albo przez jego usprawiedliwianie tak, *c". bvto ono zgodne z pozytywnym obrazem samego -Ji"CTr Powstająca w ten sposób zmiana zachowania jest •-.Tu-kiem procesu autoperswazji. D-.scnans nieuchronnie pojawia się po podjęciu waż- T .:- .źccyzji (dysonans podecyzyjny), gdy element :*;./-.i.-.c2y: „Wybrałem alternatywę X" jest niezgodny ,' "Je—wtem: „Skorzystałbym znacznie więcej, wybiera- —: ż--e"atywę Y". Można usunąć taki dysonans, _pod- '«'•» r-Ja^s. ocenę wybranego przedmiotu, a _zanjzając JK3"r>i alternatywy odrzuconej. Pozbawieni skrupułów -cr-za-J^ .<;',• znani są z tego, że wykorzystują tę tenden- •» f-c./; -'osuląc strategię zwaną techniką niskiej pił- •.. *-.ri :x.'!e^a na stworzeniu w umyśle klienta iluzji, •K T,A'Łtr;'ź transakcja kupna produktu, podczas gdy » ~r--~.-r^".--~\L'-sC.\ nic takiego nie zaistniało, Z".-.-'-ź.-- pojawia się także wtedy, kiedy ludzie »'»sa»SAB -:-Z.J •A-ysiłku, aby czynić coś nudnego lub uzy- -aut: ;•-- r-iCpotrzebnego. Pojawia się wtedy dążenie do •o—Anau wysiłku, co prowadzi do podniesienia oce- Tli« "»-ay •«-"- '"•-«—--=•' /'•^•dłem dysonansu są niemoralne lub nie- ii«cntiBi«iiiT*' J-T;i-.'-'v.'ania, którym brak wystarczającego sa»amccsw:" ^i \a przykład, jeżeli ludzie mówią coś •••»'3e!—-TtT / ••.ia?na postawą (bronienie stanowiska i x wtasną postawą) przy niskim uzasadnie- •- znajdują wewnętrzne uzasadnienia swojego zachowania i zaczynają wierzyć w to, co powie- dzieli. Podobnie jest, gdy ludzie unikają czegoś, co lu- bią, a towarzyszy temu niewystarczająca kara, to będą wierzyć, że tego czegoś naprawdę nie lubią. Tak samo oddanie komuś przysługi przy braku wystarczającego uzasadnienia pociąga za sobą pojawienie się przeświad- czenia o sympatii dla tej osoby. Zaskakującem efektem tego rodzaju redukcji dysonansu są groźne konsekwen- cje: jeśli ludzie przyłapią się na sprawianiu komuś przy- krości przy braku wystarczającego uzasadnienia, to będą poniżać swoją ofiarę, zakładając, że sobie na to zasłużyła. Zgodnie z koncepcją, że dysonans jest stanem przykrego napięcia, które pobudza ludzi do jego usunięcia, istnieją dowody na to, że dysonansowi towarzyszy napięcie fi- zjologiczne. W ostatnich latach psychologowie społeczni rozwinę- li nowe i fascynujące kierunki badań oparte na koncepcji zakładającej, że ludzie dążą do podtrzymywania swojej samooceny. Teoria podtrzymywania poczucia własnej wartości mówi, że dysonans powstaje w związkach inter- personalnych, jeśli ktoś nam bliski osiąga wyższy poziom wykonania w zadaniu, które ma duże znaczenie dla two- rzenia obrazu Ja. Ludzie mogą zmniejszać ten dysonans, dystansując się od"'fej~ osoby, podwyższając swój po- -zipm wykonania, zaniżając poziom wykonania tej dru- giej osoby'lub obniżając znaczenie'danego zadania. Teo- ria~aut(!afirmaC]i Zakłada, że ludzie są bardzo elastycz- ni w zmaganiu się z zagrożeniami swej samooceny. Jeśli dysonans nie może być zmniejszony przez usunięcie kon- kretnego zagrożenia, to ludzie mogą podnieść swoją sa- moocenę poprzez potwierdzenie się w jakiejś innej dzie- dzinie. Badania nad teorią samopotwierdzania sugerują, że potrzeba podtrzymania samooceny wchodzi czasem w konflikt z potrzebą zweryfikowania obrazu samych sie- bie. Jeżeli osoby z negatywnym obrazem samych siebie obawiają się ujawnienia, że nie są kimś, kim się wydają, i kiedy sądzą, że możliwa jest zmiana i poprawa mniej 122 Rozdział 3 pożądanych stron samego siebie, to będą wybierać taką informację zwrotną, która potwierdza ich niskie mniema- nie o sobie, a nie informację zwrotną, która je podnosi. Niebezpieczeństwo redukcji dysonansu przez pod- niesienie samooceny wynika z tego, że może to zakoń- czyć się pułapką racjonalizacji, która wywołuje coraz to głupsze i bardziej niemoralne działania. Jak sugeruje teo- ria autoafirmacji, możemy uniknąć tej pułapki, uświada- miając sobie, że jesteśmy dobrymi i uczciwymi ludźmi, tak ze nie musimy uzasadniać i racjonalizować każdego naszego działania. Literatura zalecana Aronson E. (1969). The theory of cognitwe dissonancc: A cur- rent perspectiye. W: L. Berkowitz (red.), Adyances m experimental social psychology (Vol. 4, s. 1-34). New York: Academic Press. Rewizja oryginalnej teorii w terminach samooceny i pojęcia Ja. Aronson E. (1992). The return of the repressed: Dissonance theory makes a comeback. „Psychological Inquiry", 3, s. 303-311. Krótka próba uaktualnienia teorii dyso- nansu poznawczego przez omówienie związku za- chodzącego między teorią dysonansu poznawczego a postępem wiedzy w dziedzinie psychologii po- znawczej. Festinger L. (1957). A theory of cognitiye dissonance. Stan- ford, CA: Stanford University Press. Oryginalna pre- zentacja teorii dysonansu. Klasyka w psychologii spo- łecznej — napisana jasno, zwięźle i zachęcająco. Wicklund R., Brehm J. (1976). Perspectiyes on cognitwe dis- sonance. Hillsdale, NJ: Earibaum. Profesjonalna, przy- stępna prezentacja teorii dysonansu napisana prawie 20 lat po jej ogłoszeniu. Zawiera opis dużej liczby wczesnych badań oraz kilka ważniejszych, pojęcio- wych modyfikacji tej teorii. Aronson E. (1978, 1995). Człowiek — istota społeczna. War- szawa: PWN. Grzelak J. (1971). Teoria dysonansu poznawczego. W: L. Wo- łoszynowa (red.). Materiały do nauczania psychologii. Warszawa: PWN. FoiRozdział 4 Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie P 3 czerwca 1988 r. Gorący, wilgotny dzień w Zatoce Perskiej. Członkowie załogi USS „Ymcennes" bronią swojego statku uporczywie ostrzeliwanego przez kilka irańskich kanonierek. Od miesięcy międzynarodowe tankowce przebywające w zatoce są atakowane przez irańskie statki i samoloty. Prezydent Reagan zadecydował o wysłaniu amerykańskiej floty, by utrzymać drożność tych ważnych morskich szlaków. Pomiędzy siłami Iranu i Stanów było już kilka poważnych potyczek. Niedawno samolot irański wystrzelił rakietę w stronę USS „Stark". Zginęło trzydziestu siedmiu żołnierzy, a statek omal nie zatonął. Kapitana „Starka" obwiniono o niewłaściwą obronę okrętu i zmuszono do odejścia z marynarki. 126 Rozdział 4 Powietrze wypełnia gryzący dvm, kiedy irańskie jednostki ostrzeliwują „Vincennesa" z karabinów maszynowych i z wyrzutni rakietowych. Nagle nowoczesny svstem radarowy „Vincennesa" sygnalizuje, że jakiś samolot wystartował z irańskiego lotniska i kieruje się w stronę okrętu. Operatorzy radaru spieszą się z identyfikacją maszyny. Pamiętając atak na „Starka", gorączkowo analizują napływające dane i dochodzą do wniosku, że jest to irański myśliwiec F-14, który lotem nurkującym zbliża się do „Vincennesa". To złowieszczy zwiastun. Taki tor lotu obierają samoloty mające wystrzelić rakietę powietrze-statek. „Vincennes" natychmiast wysyła samolotowi ostrzeżenia radiowe, żądając zmiany kursu, ale nie otrzymuje żadnej odpowiedzi. Na domiar złego zacina się działo rufowe i statek musi wykonać gwałtowny skręt przy sterze wychylonym na burtę, idąc z prędkością 30 węzłów, co powoduje jego przechył o 32 stopnie. Światła mrugają i wszystko, co nie jest umocowane, fruwa w powietrzu. Kapitan Rogers ma tylko chwilę na podjęcie decyzji. Rozważa informację otrzymaną od operatorów radaru. Samolot to irański F-14, który lotem atakującym kieruje się prosto na statek, nie odpowiedziawszy na ostrzeżenia radiowe. Uznając, że nie może czekać dłużej, kapitan przekręcą klucz odpalający, co powoduje wystrzelenie dwóch rakiet statek-samolot. Kilka sekund później maszyna zostaje zniszczona w powietrzu. Ku przerażeniu Rogersa i całego świata Iran wkrótce oświadcza, że nie był to myśliwiec F-14, ale cywilny samolot rejsowy Iran Air, lot 655, z 290 niewinnymi pasażerami na pokładzie. Nikt nie ocalał. Jak mogło dojść do tej tragicznej pomyłki? Komisja śledcza Marynarki rozpatrywała możliwość, że zawiodło nowe, oparte na najnowocześniejszej technologii wyposażenie radarowe „Vincennesa", które błędnie zidentyfikowało samolot jako F-14. Prowadzący dochodzenie stwierdzili jednak, że sprzęt radarowy działał bez zarzutu. Taśmy z zapisami sygnałów radaru pokazywały wyraźnie, że samolot wznosił się, a nie zniżał w kierunku „Vincennesa", że nie był to F-14 i że znajdował się w korytarzu lotów cywilnych. Z jakichś przyczyn operatorzy radaru błędnie zidentyfikowali samolot wbrew wyraźnym danym. Jak mogła popełnić tę tragiczną omyłkę wysoko wyszkolona, wdrażana do działań w warunkach bojowych obsługa radaru? Oto przedmiot tego rozdziału. l odejmujemy decyzje każdego dnia. Niektóre nie mają wielkiego zna- czenia, jak na przykład, czy południowy posiłek zjeść w pobliskiej sma- żalni, czy też w barze na rogu. Inne są bardzo ważne, na przykład decyzja, gdzie studiować; zostać psychologiem czy prawnikiem; poślubić Billy'ego czy Jima. W niniejszym rozdziale zajmujemy się tym, jak podejmujemy tego rodzaju decyzje. Ujmując rzecz bardziej formalnie, jego przedmiotem Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 127 jest poznanie społeczne: analiza tego, w jaki sposób ludzie selekcjonują, interpretują i wykorzystują informację do formułowania sądów i podej- mowania decyzji dotyczących świata społecznego. Przekonamy się, że lu- dzkie istoty często podejmują decyzje znakomicie, w sposób bardziej wyrafinowany niż najpotężniejsze komputery. Zobaczymy też, że w pew- nych okolicznościach jesteśmy narażeni na popełnianie brzemiennych w skutki pomyłek we wnioskowaniu, takich jak uznanie przez operato- rów radaru, że rozbłysk na ekranie ich urządzenia to myśliwiec F-14. Obsługa radaru miała do czynienia z wielką ilością informacji i musiała w bardzo krótkim czasie podjąć dramatyczną decyzję. Na szczęście, zwykle nie znajdujemy się pod tak straszliwą presją, gdy dokonujemy naszych codziennych wyborów. Są jednak pewne analogię pomiędzy tym, jak ope- ratorzy radaru interpretują sygnały pojawiające się na ich ekranach, a co- dziennym podejmowaniem decyzji. W obydwu wypadkach ludzie muszą dokonywać przeglądu wielkiej ilości informacji i rozstrzygać, co jest ważne, a co może być zignorowane. Pomyśl, jak wiele danych przetwarzasz za każdym razem, kiedy rozmawiasz z inną osobą albo gdy wkraczasz w ja- kiekolwiek otoczenie społeczne — czy jest to prywatka, czy dworzec ko- lejowy. W tym, co się dzieje, zawarte są dosłownie tysiące bitów informacji. Czy jesteś zdolny wszystkie zarejestrować, przemyśleć, zareagować na nie? Gdybyś, rozmawiając z innymi, za każdym razem musiał zauważać w naj- drobniejszych szczegółach każde wypowiadane przez nich słowo (i rozwa- żać każde, które nie zostało użyte), każdy niuans tonu ich głosu, wyrazu twarzy i gestykulacji, każdy aspekt ich wyglądu fizycznego, każdą właści- wość otoczenia społecznego, w którym toczy się rozmowa, i wszystko, czego kiedykolwiek się dowiedziałeś o tych ludziach i o tym otoczeniu, to... byłbyś sparaliżowany. Spostrzeganie i myślenie pochłaniałoby cię do tego stopnia, że zabrakłoby już czasu i energii na jakąkolwiek reakcję. Najwyraźniej, my ludzie, wynaleźliśmy sposób rozwiązania tej trudności. Są nim uproszczone metody myślenia. Korzystając z nich, możemy zwracać uwagę tylko na część z zawrotnej ilości informacji, ażeby odpowiedzieć na nmdamentalne pytania: Co się tu dzieję, w jaki sposób powinienem się poznanie społeczne: sposób, w jaki ludzie myślą o sobie samych i o świecie społecznym; a dokładniej, jak selekcjonują, interpretują, zapamiętują i wykorzystują informację społeczną w wydawaniu sądów i w podejmowaniu decyzji To umysł kreuje świat wokół nas i nawet gdybyśmy stanęli tuż obok siebie na tej samej łące, moje oczy nigdy nie ujrzą tego, co widzą twoje. — George Gissing The priyate papers of Henry Ryecroft, 1903 Nasza rzeczywista pierwsza linia obrony, czy nie zgodzi się pan ze mną, ze to nasza zdolność rozumowania. 128 Rozdział 4 oszczędność poznawcza: teza mówiąca, że ludzie uczą się stosować efektywne uproszczenia myślowe i praktyczne reguły zdroworozsądkowe, które pomagają im zrozumieć rzeczywistość społeczną, ponieważ nie są zdolni przetwarzać całej oddziałującej na nich informacji społecznej zachować? Z olbrzymią liczbą danych, które do nas stale docierają, radzi- my sobie, stosując metodę oszczędności poznawczej (Fiske, Taylor, 1991). Zwykle obieramy drogę najmniejszego oporu i poddajemy się prawu naj- mniejszego wysiłku, pobierając tylko tyle informacji, ile potrzeba, by zrobić to, co należy: podjąć decyzję, wybrać reakcję itd. Jak przekonamy się w trakcie lektury rozdziału, te uproszczenia myślo- we są użyteczne. Zaufanie im wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, po- nieważ niekiedy okazują się po prostu całkowicie błędne. Kiedy wykorzy- stujemy tylko część informacji, a ignorujemy resztę, narażamy się na nie- bezpieczeństwo zlekceważenia tego, co może być naprawdę ważne. Nasze metody oszczędności poznawczej mogą sprawiać, że będziemy dokonywali nietrafnych ocen czy nawet będziemy w sposób zniekształcony spostrze- gali i interpretowali rzeczywistość społeczną. Jeszcze bardziej komplikuje problem to, iż często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że się mylimy. Tak więc, chociaż poznawcze teorie i uproszczone metody myślowe, o których będziemy mówić, pomagają nam poruszać się w święcie społecznym z płyn- nością i gracją tancerzy baletowych, prawdą jest również to, że z ich po- wodu niekiedy depczemy po nogach innym ludziom i sami się potykamy. Zwykli ludzie jako teoretycy codziennej rzeczywistości: schematy i ich oddziaływanie schematy: struktury poznawcze, za pomocą których ludzie organizują swoją wiedzę o świecie według pewnych tematów; schematy silnie wpływają na to, co / otrzymanej informacji zauważamy, o czym myślimy i co później pamiętamy W nauce instytucjonalnej badacze formułują wiele teorii i hipotez doty- czących przedmiotu swoich zainteresowań — czy będzie to zachowanie się cząstek elementarnych, czy zachowanie się świadków wypadku. Rów- nież każdy z nas w codziennym życiu posługuje się teoriami, które do- tyczą jego samego oraz społecznego świata wokół. Tę teorie interesują psychologów społecznych, ponieważ wpływają one znacząco na sposób rozumienia i interpretacji przez ludzi samych siebie, innych osób i wszy- stkich interakcji i sytuacji społecznych. Nasze teorie dotyczące rzeczywistości społecznej, nazywane schemata- mi (Bartlett, 1932; Markus, 1977; Taylor, Crocker, 1981), mają istotny wpływ na to, co zauważamy, o czym myślimy, co później sobie przypominamy. Jak zauważył Norman Maciean w opowiadaniu A Rivcr Runs Through It: „Wiem, że często nie spostrzegłbym czegoś, jeśli najpierw o tym bym nie pomyślał". Schematy są strukturami poznawczymi w naszych głowach, które organizują informację według pewnych tematów. Dotyczą one róż- nych spraw: innych ludzi, nas samych, ról społecznych (np. jakim człowie- kiem jest bibliotekarz albo kelnerka), a także określonych zdarzeń (np. co się zwykle dzieje, gdy ludzie jedzą posiłek w restauracji). W nich zawiera się nasza podstawowa wiedza o świecie i nasze odczucia. Na przykład, schemat dotyczący członków Bractwa Domu Zwierzęcego może ujmować ich jako hałaśliwych, odrażających miłośników pijatyk, którzy mają zwy- czaj wymiotowania wokół. Wart uwagi jest wpływ funkcjonującego schematu na przetwarzanie i zapamiętywanie przez nich nowej informacji. Jeśli napotkasz członka Brac- twa Domu Zwierzęcego, który zachowuje się powściągliwie i uprzejmie, to jego sposób bycia będzie niezgodny ze schematem i jest prawdopodobne, że umknie twojej uwadze, zostanie zignorowany lub że nie będziesz go Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 129 później pamiętał. Schematy działają jak filtry, które „odsiewają" informację sprzeczną lub niespójną z dominującym motywem (Higgins, Bargh, 1987; Stangor, Ruble, 1989). Niekiedy, oczywiście, jakiś fakt może być do tego stopnia niezgodny ze schematem, że uwydatnia się jak kwiatek na tle kożucha i prawdopo- dobne jest, że go zapamiętamy. Jeśli napotkamy członka Bractwa Domu Zwierzęcego, który aktywnie walczy o to, by alkohol wolno było sprzeda- wać dopiero osobom powyżej 25 roku życia, i który woli wieczorki poetyc- kie od wrzaskliwych imprez towarzyskich, to jest on tak jaskrawym wy- jątkiem od naszego schematu, że wbije się nam w pamięć — zwłaszcza jeśli będziemy się zastanawiać, jak w ogóle mógł znaleźć się w tym samym domu studenckim, co jego miłujący zabawę współbracia (Hastie, 1980; Srull, 1981). Na ogół jednak prawdopodobnym przedmiotem naszej uwagi i refleksji będą te zachowania członków Bractwa Domu Zwierzęcego, które odpowiadają naszym wyobrażeniom o tych ludziach. W ten sposób sche- maty stają się wraz z upływem czasu coraz silniejsze i coraz mniej podatne na zmiany. Na przykład Ciaudia Cohen (1981) pokazywała badanym oso- bom film wideo z zapisem czynności wykonywanych przez pewną kobietę i przedstawiała ją jako bibliotekarkę albo jako kelnerkę. Uczestnicy badań, których poproszono później o przypomnienie sobie scen z filmu, bardziej trafnie odtwarzali fakty zgodne z etykietą określającą zawód jego bohaterki — na przykład to, że bibliotekarka słuchała muzyki klasycznej. Co więcej, nasza pamięć ma charakter rekonstrukcyjny. Nie zapamię- tujemy dokładnie — na podobieństwo kamery filmowej — tego/ cc) się /darzyło w określonych okolicznościach. Pamiętamy tylko część informacji ' szczególnie tę, którą spostrzegamy i analizujemy za sprawą naszych sche- matów) i „przypominamy sobie" to, czego nie było, rzeczy, które bezwied- nie dodaliśmy później (Loftus, Palmer, 1974; Markus, Zajonc, 1985). Na przykład, jeśli zapytasz ludzi o najsłynniejszą kwestię z Casablanki z Hum- phreyem Bogartem i Ingrid Bergmąn, prawdopodobnie usłyszysz: „Zagraj •o jeszcze raz. Sam". Tak samo, jeśli zapytasz ich o jedną z najsłynniejszych kwestii w pierwszym cyklu odcinków (1966-1969) telewizyjnego serialu Star Trek", prawdopodobnie odpowiedzą: „Zabierz mnie stad, Scotty"*. Podamy szczegół, który być może ciebie zaskoczy: obydwie te kwestie •^a rekonstrukcjami — zarówno bohaterowie filmu, jak i serialu telewizyj- nego nigdy nie wypowiedzieli tych zdań. Nic dziwnego, mamy tendencję io rekonstruowania wydarzeń w taki sposób, by były zgodne z naszymi -chomątami. Na przykład uczestnicy badań Cohen (1981) dotyczących -chematu bibliotekarza i kelnerki błędnie przypominali sobie, co w filmie nła bibliotekarka. W dokonywanej przez nich pamięciowej rekonstrukcji .-.'aściwej sceny było to wino, a nie piwo, ponieważ picie wina pozosta- ••• ało w zgodzie z ich schematem bibliotekarki. Jak pokażemy w rozdziale "-; ten właśnie sposób działania schematów sprawia, że nasze uprzedze- r:a -ul w znacznym stopniu oporne na zmiany. \\ dalszej części rozdziału rozważymy szczegółowo, jak uproszczone TTY?ti>dv myślowe wpływają na sposób interpretowania świata społecznego. " -»^sm mc up, Scotty", dosłownie': „Nadaj (wyemituj) mnie w góry, Scotty". Miałoby i -'~'-.:/ac prośbo o „przetransformowanie" z powrotem na statek kosmiczny po stwier- „"-•-...; /v na danej planecie nic ma poszukiwanej pozaziemskiej inteligencji. Wyrażenie to •"'•'• -. _:/;~ia) używane jako sarkastyczny komentarz do mało inteligentnych zachowań ludzi i- /-tr~-: przyp. tłum.). Teoria pomaga nam znosić nieznajomość faktów. — George Santayana The Sense of Beauty, 1896 130 Rozdział 4 „Zabierz mnie stąd, Scotty". Czy bohaterowie pierwszego cyklu odcinków serialu telewizyjnego „Star Trek" kiedykolwiek wypowiedzieli tę kwestię? Pokażemy, że — w dosłownym sensie — przekonania mogą kreować rzeczywistość. Funkcja schematów: do czego one nam służą Jak by to było, gdybyś był pozbawiony schematów twojego otoczenia społecznego? Gdyby wszystko, co napotykasz, było niezrozumiałe, my- lące i niepodobne do niczego, co już poznałeś? Przypominałoby to pobyt na obcej planecie, gdzie nic nie jest dla ciebie jasne. Przeczytaj poniższy fragment i spróbuj dociec, o czym on mówi: Procedura jest zupełnie prosta. Najpierw posortuj rzeczy na różne grupy. Oczywiście jeden stos może wystarczyć, to zależy, ile jest do zrobienia. Jeżeli musisz iść gdzie indziej, bo sam nie masz odpowiednich udogodnień, to jest to następny krok; jeżeli nie, jesteś już dość dobrze przygotowany. (Bransford, Johnson, 1973, s. 400) Czyż nie brzmi to dość dziwnie? Co u licha oznacza stwierdzenie „jeden stos może wystarczyć"? Ale przypuśćmy, że powiedzieliśmy ci, iż przyto- czony fragment dotyczy tego, jak masz zrobić pranie. Jeżeli dysponujesz już tym schematem interpretacyjnym dla tekstu, staje się on całkowicie zrozumiały. Schematy pomagają nam kategoryzować bodźce, dostarczając odpowiedzi na pytanie „co to jest?", gdy napotykamy coś nieznanego. Odnoszenie nowych doświadczeń do tego, co już wiemy, jest efektywnym Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 131 Ludzie, którzy go znają, uważają go za osobę raczej Ludzie, którzy go znają, uważają go za osobę bardzo chłodną, pracowitą, krytyczną, praktyczną i zdecydowaną, ciepłą, pracowitą, krytyczną, praktyczną i zdecydowaną. sposobem osiągania zrozumienia społecznej rzeczywistości, szczególnie je- di te nowe doświadczenia są niejednoznaczne i trudne do rozszyfrowania. Rozważmy na przykład, jak ludzie interpretowali niejednoznaczną in- formację w klasycznym eksperymencie Harolda Kelleya (1950). Studen- tom z różnych sekcji na pewnym roku ekonomii w jednym z college'ów mówiono, że prowadzący zajęcia wyjechał i tego dnia gościnnie zastąpi y» inny wykładowca. Ażeby wytworzyć schemat dotyczący tego wykła- dowcy, Kelley powiedział studentom, że wydział ekonomii interesuje się tym, jak słuchacze poszczególnych lat reagują na różne osoby prowadzące za^ęda, i z tego powodu przed pojawieniem się wykładowcy otrzymają •ego krótką notkę biograficzną. Notka zawierała dane o wieku, wykształ- ceniu i dotychczasowej pracy nauczycielskiej. Dostarczała również jedne- go z dwóch opisów osobowości wykładowcy. Jedna wersja głosiła, że Judzie, którzy go znają, uważają go za osobę raczej chłodną, pracowitą, krytyczną, praktyczną i zdecydowaną". Druga wersja była identyczna, i tym wyjątkiem, że określenie „osoba raczej chłodna" zastąpiono okre- Anuem „osoba bardzo ciepła". Studenci losowo otrzymywali jeden z tych dwóch opisów osobowości. Następnie zaproszony wykładowca przeprowadzał trwającą dwadzie- ścia minut dyskusję w grupie, po czym studenci dokonywali ocen, kierując ae wrażeniem, jakie na nich wywarł. Co z jego poczuciem humoru? Czy es* towarzyski? Delikatny w kontaktach z innymi? Ponieważ sytuacja była iio pewnego stopnia niejednoznaczna — w końcu studenci widzieli wy- cładowcę tylko przez krótki czas — Kelley zakładał, że aby odpowiedzieć aa te pytania, posłużą się oni swoim schematem, wytworzonym na pod- amne notki biograficznej. Hipoteza ta została potwierdzona. Studenci, któ- mr spodziewali się, że wykładowca będzie „ciepły", oceniali go znacznie wq mz studenci oczekujący od niego zachowania „chłodnego", chociaż •dta i drudzy obserwowali tego samego nauczyciela, zachowującego się w — sam sposób. Ci, którzy oczekiwali, że wykładowca będzie „ciepły", 132 Rozdział 4 częściej również zadawali mu pytania i częściej zabierali głos w dyskusji. Pomyśl przez chwilę, czy tobie nie przytrafiło się kiedyś coś podobnego. Czy ci się nie zdarzyło, że to, co wiedziałeś o profesorze przed pierwszymi zajęciami, wpłynęło na to, jak go odebrałeś? Czy stwierdziłeś, rzecz dziwna, że profesor zachowywał się dokładnie tak, jak się spodziewałeś? Przy naj- bliższej sposobności zapytaj koleżankę albo kolegę, którzy mieli inne ocze- kiwania, co oni myśleli. Sprawdź, czy wasze spostrzeganie wykładowcy różni się, ponieważ posługiwaliście się różnymi schematami. Oczywiście, ludzie nie są całkowicie ślepi na to, co się wokół dzieje. Niekiedy to, co spostrzegamy, jest względnie jednoznaczne i nie musimy uciekać się do naszych schematów, by dokonać interpretacji. Na przykład w jednej z grup, w których Kelley przeprowadzał swoje badania, zapro- szony wykładowca był wyraźnie pewny siebie, a nawet zarozumiały. Po- nieważ jego zarozumiałość była dość oczywista, studenci nie musieli po- legać na swoich oczekiwaniach, żeby odpowiedzieć na pytania. Ocenili wykładowcę jako mało skromnego zarówno w tych wypadkach, gdy in- strukcja przypisywała mu „ciepło", jak i wtedy, gdy określała go jako osobę „chłodną". Jednakże oceniając poczucie humoru prowadzącego za- jęcia, nie demonstrowane już tak wyraźnie, studenci odwoływali się do swoich oczekiwań. Ci, którym wykładowcę przedstawiono jako „ciepłe- go", przypisywali mu większe poczucie humoru niż ci, którzy dowiady- wali się, że jest on „chłodny". A zatem użycie przez ludzi schematów, żeby odpowiedzieć na postawione pytania, jest bardziej prawdopodobne wtedy, gdy nie są całkowicie pewni, czym jest to, co obserwują. Trzeba podkreślić, że w postępowaniu studentów badanych przez Kel- leya nie ma nic niewłaściwego. Tak długo, jak długo ludzie mają powód, by wierzyć, że ich schematy są trafne, w pełni sensowne jest posługiwanie się nimi dla radzenia sobie z wieloznacznością. Jeśli w ciemnej uliczce podejdzie do ciebie podejrzanie wyglądający osobnik i powie: „Wyciągnij portfel", schemat dotyczący takich spotkań podpowie ci, że ten człowiek chce ukraść pieniądze, a nie podziwiać zdjęcia twojej rodziny. Ten schemat pozwala ci uniknąć niebezpiecznego, a być może nawet śmiertelnego nie- porozumienia. Schematy dostarczają także użytecznych wskazówek doty- czących naszego działania, tak że nie musimy zatrzymywać się i zastana- wiać nad każdym kolejnym krokiem. Na przykład, gdy idziemy coś zjeść poza domem, przywołujemy scenariusz „w restauracji" — schemat, który opisuje, jakiego rodzaju zdarzenia mogą zajść i w jakiej kolejności. Nie musimy tracić czasu na zastanawianie się, czy wręczyć napiwek kelnerce przed złożeniem zamówienia czy po posiłku albo czy najpierw powinniśmy zamówić deser czy drugie danie. Zarówno nasze własne zachowanie, jak i zachowanie kelnerki w tej sytuacji jest w znacznym stopniu określo- ne przez scenariusz. Jednakowe odczytywanie tego scenariusza umożliwia płynną i realizowaną bez wysiłku interakcję społeczną (Abelson, 1976). Wybór schematu: rola dostępności i zdarzeń poprzedzających Niekiedy sytuacji odpowiada tylko jeden schemat, a zatem nie mamy pro- blemu z wyborem. Kiedy wchodzimy do restauracji, wiemy, że powin- niśmy przywołać scenariusz „w restauracji", ponieważ żaden inny nie jest odpowiedni. [Kiedy w najbliższym czasie będziesz w restauracji, spróbuj Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 133 przywołać zamiast niego scenariusz „przyjęcia domowego". Po skończo- nym posiłku podziękuj twojemu „gospodarzowi" (kelnerowi), a potem wstań i skieruj się do wyjścia — zobaczysz, co się stanie!] Kiedy indziej znowu wcale nie jest tak jasne, którym ze schematów powinniśmy się posłużyć, żeby zrozumieć sytuację czy drugą osobę. Wyobraź sobie, że siedzisz w autobusie obok osobnika, który zachowuje się nieco dziwnie. Mruczy coś bez związku sam do siebie, kryje twarz w dłoniach, a potem nieoczekiwanie zwraca się do ciebie i pyta: „Czy w tym wszystkim jest jakiś sens?" Jaki schemat przywołasz, próbując zrozumieć, co się z tym człowiekiem dzieje? Ostatnie badania pokazują, że zależy to od dostę- pności schematów. Możemy ją zdefiniować jako łatwość uświadamiania sobie przez ludzi myśli i idei (tych, które akurat znajdują się najbliżej „powierzchni" naszego umysłu; Higgins, 1989; Wyer, Srull, 1989). Jest interesujące, że — jak wykazały badania — dostępność takich czy innych treści może zależeć od czynników dość przypadkowych. To, co zdarzy nam się przed dostrzeżeniem faktu robić czy myśleć, może wpłynąć na wzbudzenie określonego schematu, czyniąc go bardziej dostępnym. Zwiększą się wtedy prawdopodobieństwo, że zostanie on użyty do zinter- pretowania tego, co obserwujemy. Załóżmy na przykład, że tuż zanim mężczyzna w autobusie usiadł obok ciebie, czytałeś Lo( nad kukułczym ^niaz- dcm Kena Kęseya, powieść o pacjentach w szpitalu psychiatrycznym. Jeżeli dostępne w twojej głowię myśli byłyby związane z pacjentami szpitali psy- chiatrycznych, to zauważywszy dziwnie zachowującego się pasażera au- tobusu, przypuszczalnie przywołałbyś schemat „człowieka z zaburzeniami umysłowymi", zakładając, że mężczyzną mą poważne problemy psychicz- ne. Gdybyś jednak myślał właśnie o czymś, co ma związek z alkoholem — np. tuż przed chwilą widziałeś alkoholika wspartego o budynek i piją- Łfgo wino z butelki — przypuszczalnie przywołałbyś schemat „pijanego", zakładając, że mężczyzna ma za sobą o kilka kolejek za dużo (por. ryć. 4.1). Tak więc ostatnie doświadczenia mogą zaktywizować schematy, które ludzie wykorzystują do zinterpretowania sytuacji niejednoznacznych. To- ry- Higgins, Stephen Rholes i Cari Jones (1977) zademonstrowali efekt wpływu zdarzeń poprzedzających w następującym eksperymencie. Wyobraź sobie, że jesteś jego uczestnikiem. Po przybyciu na miejsce do- wiadujesz się, że masz uczestniczyć w dwóch odrębnych badaniach. Pier- w>»/e dotyczy spostrzegania. Będziesz w nim rozpoznawał różne kolory, przechowując jednocześnie w pamięci zbiory słów. Drugie badanie doty- czy rozumienia czytanego tekstu. Zapoznasz się z notatką mówiącą o kimś imieniem Donald, ą następnie podzielisz się swoimi wrażeniami .^wiązanymi z tą osobą. Tekst notatki jest przedstawiony na rycinie 4.2. Poświęć chwilę na jego przeczytanie. Co myślisz o Donaldzie? Być może zauważyłeś, że wiele z jego działań jest niejednoznacznych - mogą być one zinterpretowane zarówno w kategoriach pozytywnych, •łk i negatywnych. Weźmy fakt, że pilotował łódź, nie mając o tym wiel- LK>;O pojęcia, i że chce przepłynąć żaglówką Atlantyk. Możną to potra- Łl».»wdc jako coś zasługującego na aprobatę, dostrzegając u Donalda godną pAŁiriwu żyłkę podróżnika. Równie łatwo jednak możną ocenić te dzia- tiKł krytycznie, uznając go za osobę dość lekkomyślną i niebezpieczną. JU. interpretowali to uczestnicy badań? Higgins i jego współpracownicy I'-^""'' stwierdzili, zgodnie z własnymi oczekiwaniami, że zależy to od IIR&.-. c/v dostępny był schemat pozytywny czy negatywny. W pierwszym i—LliOiM eksperymentatorzy podzielili ludzi na dwie grupy. Każda z nich dostępność: łatwość, z jaką możemy sobie uświadomić rozmaite myśli i idee; idea dostępna to taka, która jest obecnie uświadamiana albo która może zostać łatwo przywołana do świadomości 134 Rozdział 4 RYCINA 4.1. W jaki sposób interpretujemy sytuację niejednoznaczną: rola dostępności i zdarzeń poprzedzających wzbudzanie schematu pod wpływem zdarzeń poprzedzających: zwiększanie się &os^pw»d sdYCTMAu ^od wpływem tego, co było doświadczane bezpośrednio przedtem otrzymywała inne słowa do zapamiętania. Ludzie, którzy zapamiętywali określenia: miłośnik przygody, ufny we własne siły, niezależny, wytrwały, tworzyli sobie pozytywny obraz Donalda, spostrzegając go jako osobę bu- dzącą sympatię, którą cieszą nowe wyzwania. Ludzie, którzy zapamięty- wali określenia: lekkomyślny, zarozumiały, skryty, niezdolny do ustępstw, tworzyli sobie negatywny jego obraz, spostrzegając go jako człowieka za- dufanego w sobie, który bez potrzeby podejmuje awanturnicze przedsię- wzięcia. To jest właśnie przykład wzbudzenia schematu pod wptywem zdarzeń poprzedzających. Określenia przyswajane sobie przez badanych w pierwszej części eksperymentu zwiększały dostępność różnych sche- matów, wpływając na sposób myślenia o Donaldzie. Na\e'z^ iwwyi^d, te wie samo zapamiętywanie zabarwionych pozy- tywnie albo negatywnie stów wpływało na to, jak spostrzegano Dona\Aa. W innym wariancie eksperymentu uczestnicy badań również zapamięty- wali określenia, które miały wydźwięk albo pozytywny, albo negatywny, jak np. schludny (w jednej grupie) bądź nieuprzejmy (w innej). Te słowa nie wpływały jednak na spostrzeganie przez nich Donalda, ponieważ nie miały związku z jego działaniami. Na przykład, kiedy próbie oceny Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 135 Negatywne Pozytywne Słowa zapamiętywane w pierwszym badaniu Charakterystyka Donalda

Agencja modelek, fotomodelki, agencja hostess, modelki, hostessy, warszawa

Agencja modelek warszawa Agencja hostess warszawa Modelki warszawa hostessy warszawa fotomodelki warszawa Donald spędzał mnóstwo czasu na poszukiwaniu tego, co lubił określać mianem podekscytowania. Wspiął się na Mt. McKinIey, przepłynął kajakiem przez bystrza Colorado, wziął udział w samochodowym rodeo i prowadził łódź z silnikiem odrzutowym — nie wiedząc o łodziach zbyt wiele. Często narażał swoje zdrowie, a nawet życie. Wciąż poszukiwał nowych emocji. Myślał o akrobacji przy wykonywaniu skoków ze spadochronem albo o przepłynięciu Atlantyku łodzią żaglową. Obserwując jego postępowanie, można było się łatwo domyślić, że jest przekonany o własnych możliwościach wykonania wielu rzeczy dobrze. Jeśli pominąć sprawy zawodowe, jego kontakty z innymi ludźmi były dość ograniczone. Czuł, że nie potrzebuje niczyjej pomocy. Gdy Donald powziął jakieś postanowienie, to tak, jakby ta rzecz już była zrobiona, bez względu na to, jak długa i trudna mogła się okazać droga do celu. Zwykle trwał przy swoim, nawet wtedy, gdy znacznie lepiej byłoby zmienić zdanie. RYCINA 4.2. Wpływ zdarzeń poprzedzających a dostępność. Ludzie na podstawie powyższego tekstu tworzyli sobie obraz Donalda. W uprzednim badaniu niektórzy zapamiętywali określenia, które mogły być użyte do zinterpretowania osoby Donalda w sposób negatywny (np. lekkomyślny, zarozumiały). Inni zapamiętywali określenia, które mogły być użyte do zinterpretowania Donalda w sposób pozytywny (wielbiciel przygody, polegający na sobie). Jak widać na wykresie, ci, którzy zapamiętywali określenia negatywne, tworzyli sobie bardziej negatywny obraz Donalda niż ci, którzy zapamiętywali określenia pozytywne (zaadaptowano z: Higgins, Rholes, Jones, 1977) poddawany jest fakt, że Donald pragnie przepłynąć łodzią żaglową At- lantyk, mało pomocne są określenia: schludny i nieuprzejmy, ponieważ to, jak bardzo ktoś jest schludny czy uprzejmy, nie ma wiele wspólnego z prowadzeniem łodzi. Określenia: miłujący przygodę i lekkomyślny są tu natomiast znaczące i wpływały one na odbiór Donalda. Schemat musi być zarazem i adekwatny, i dostępny, by został wykorzystany w budo- waniu obrazu świata społecznego. Wróćmy na chwilę do przykładu, od którego rozpoczęliśmy rozdział, czyli do tragicznej pomyłki popełnionej przez załogę USS „Vincennes". Zjawiska dostępności i wzbudzenia schematu pod wpływem zdarzeń po- przedzających pomagają zrozumieć, jak mogło dojść do takiego błędu we nuoskowaniu i w decyzji. Jakie myśli mogły być najbardziej prawdopo- dołme u członków załogi tuż przed dostrzeżeniem irańskiego samolotu? Z»»-ażywszy, że znajdowali się oni pod ostrzałem irańskich kanonierek, srrypuszczalnie najbardziej dostępny był schemat, zgodnie z którym ten ałmolot to również przeciwnik szykujący się do ataku. Dobrze do te- »y pasowałby brak odpowiedzi na wezwania radiowe, atakujące F-14 bo- kiem nie kontaktują się przez radio ze swoimi ofiarami. Nastawieni na dostrzeżenie maszyny wroga operatorzy radaru błędnie rozpoznali wzór, •*r saki układały się napływające dane, odczytując go jako obniżanie się, a aae t»-znoszenie nadlatującego samolotu. Dominujący i dostępny schemat ipcani. ze zinterpretowali niejednoznaczne dane w sposób z nim zgodny. FnOtimuwc decyzję, kapitan „Vincennesa" bez wątpienia pamiętał o USS ..-cark'. który nie podjął właściwego działania i został trafiony przez prze- ci'o»-nika Mając w pamięci te wydarzenia (a także, być może, pamiętając Całe myślenie jest sztuką kojarzenia. To, co masz przed sobą, wydobywa z twojej pamięci coś, o czym prawie nie wiedziałeś, że wiesz. — Robert Frost, wywiad, Writers at Work: Second Series, 1963 136 Rozdział 4 o losie kapitana „Starka"), dowódca „Vincennesa" postąpił zgodnie z in- formacją, którą dostarczyli mu podwładni, i wydał rozkaz odpalenia ra- kiet. To wszystko mogło się wtedy uczestnikom wydarzeń wydawać lo- giczne. Schemat, że są atakowani przez samolot wroga, był tak dostępny i silnie wzbudzony, iż patrząc wstecz, nie można sobie wyobrazić, że mogliby podjąć jakąkolwiek inną decyzję. Należy podkreślić, że spostrzeganie świata przez pryzmat schematów przynosi niezliczone korzyści. Jedzenie w restauracji nie wymaga od nas wiele wysiłku poznawczego, ponieważ schemat, którym dysponujemy, pozwala nam gładko przechodzić przez to doświadczenie, bez koniecz- ności specjalnego namysłu. Porównaj swoje zachowanie z zachowaniem małego dziecka. Pobyt w restauracji to dla maluchów często trudna sy- tuacja, ponieważ nie mają one odpowiedniego schematu, który pomógłby im ją zinterpretować. Małe dzieci znają tylko scenariusz „jedzenie w do- mu", dzięki któremu rozumieją to, co się dzieje podczas kolacji. Nie poj- mują zatem, dlaczego danie nie zjawia się natychmiast, dlaczego nie mogą dostać dokładki i dlaczego nie mogą odejść od stołu zaraz po zjedzeniu. Posiłek w restauracji odbiega w każdym aspekcie od jedynego scenariu- f sza, który znają, i zanim nie wytworzą sobie nowego, specjalnego sche- matu dla tej sytuacji, jedzenie poza domem będzie dla nich przykrym doświadczeniem (tak jak i dla każdej innej osoby!). Spostrzeganie świata przez pryzmat schematów może być zarazem źródłem problemów. Jeżeli będzie on nietrafny, nieuchronnie doprowadzi do błędnych ocen, tak jak to było w wypadku załogi „Vincennesa". Często | przesadnie przywiązujemy się do swoich teorii, trwając zbyt długo przy schematach, które się nie potwierdziły jako trafna reprezentacja rzeczy- wistości. Przejdziemy teraz do przedstawienia problemów, które mogą wynikać z nadmiernego polegania na schematach. Zmienianie schematów: jak łatwo ludzie modyfikują swoje poglądy Większość z nas zna przynajmniej jednego starego zrzędę, który ma usta- lony, nieustępliwie broniony pogląd na niemal każdą sprawę. Co w kraju wymaga dziś naprawy? Nasz Stary Zrzęda (S.Z.) zna odpowiedź. Dla- czego nasze szkoły są w tak kiepskiej kondycji? Co musi zrobić miejscowa drużyna baseballowa, żeby zdobyć mistrzostwo? Jaki samochód jest naj- lepszy? Po prostu spytaj S.Z. Gdybyśmy ośmielili się przedstawić takiej osobie dane niezgodne z jej przekonaniami, bez wątpienia usłyszelibyśmy w odpowiedzi wykład o zawodności statystyki, o próbie zagmatwania problemu przez przygłupich liberałów (albo durnych konserwatystów) lub być może pouczenie w rodzaju: „To jest wyjątek, który potwierdza regułę". Łatwo uśmiechać się na myśl o takich wszystkowiedzących, będąc w bezpiecznym przekonaniu, że nie jesteśmy ani trochę tak sztywni i niezmienni w naszych poglądach na świat jak oni. Sporo danych prze- mawia jednak za tym, że większość ludzi nie zmienia łatwo swoich prze- konań, nawet w obliczu sprzecznej z nimi informacji. Być może nie je- steśmy aż tak skostniali w poglądach jak Stary Zrzęda, ale także i my nie zmieniamy lekko własnych schematów, nawet kiedy dane wskazują, że powinniśmy to uczynić. Na przykład, kiedy Michaił Gorbaczow został Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 137 sekretarzem generalnym [partii komunistycznej — przyp. tłum.] Związ- ku Radzieckiego, stawało się stopniowo coraz bardziej jasne, że nie jest to zwykły sowiecki przywódca. Doprowadził on do zakończenia zimnej wojny i do rozpadu Związku Radzieckiego. Inaczej niż jego poprzednicy, nie sprzeciwiał się, a nawet sprzyjał zakończeniu panowania komuni- stów w Europie Wschodniej. Stosunki między Zachodem i Związkiem Radzieckim nigdy nie były lepsze niż w czasie sprawowania władzy przez Gorbaczowa. Jednak konserwatywni politycy i komentatorzy nie potrafili odrzucić poglądu, że Związek Radziecki to — jak go określił Reagan — „imperium zła". Jeden z nich powiedział: „Rzeczywisty prob- lem nie polega na tym, czy [Gorbaczow] obierze kurs odmienny niż jego poprzednicy, ale czy będzie go realizował bardziej skutecznie". Inny su- gerował, że „niebezpieczne jest myślenie, iż Gorbaczow będzie choć od- robinę bardziej »liberalny« czy »elastyczny« w stosunkach międzynaro- dowych". Nie dawniej niż w 1989 r. wiceprezydent Ouayle powiedział: „Nie sądzę, że nastąpiła istotna zmiana w ich polityce zagranicznej... Wciąż mamy do czynienia z rządem totalitarnym". Dlaczego ludzie tak trwają przy swoich z góry przyjętych założeniach, nawet gdy mają do czynienia z wyraźnie niezgodną z nimi informacją? Jeden powód poznaliśmy w rozdziale 3: uznanie, że nie mamy racji, wzbu- dza dysonans, a spostrzeganie rzeczywistości jako zgodnej z naszymi po- trzebami, życzeniami i przekonaniami przynosi naszemu ego satysfakcję. Decyduje tu także sposób funkcjonowania umysłu. Dane potwierdzają- ce'nasze przekonania są przez nas łatwiej zauważane, lepiej pamiętane i uznawane za ważniejsze. Informacja niezgodna z przekonaniami częściej zostaje przeoczona, zapomniana i częściej jest uznawana za nieistotną, nawet gdy nie jest ważna dla naszej samooceny. Poniżej przedstawimy kilka przykładów ilustrujących skłonność ludzi do upartego trzymania aę własnych schematów. Niektóre z tych przypadków mogą być wiązane i czynnikami motywacyjnymi, takimi jak dysonans, inne ze sposobem, i*" pki rejestrujemy i zapamiętujemy informację. Ludzie spostrzegają nowe dane przez pryzmat schematów. Posługi- *rame się schematami w celu zinterpretowania zachowania wieloznaczne- ao. jak czynili to studenci oceniający wykładowcę w eksperymencie Ha- lolda Kelleya (1950), to jedna sprawa, a druga, to gdy schematy dyktują im treść spostrzeżeń. Jeżeli zniekształcamy dane, by stały się zgodne t uszymi schematami, niewielkie są szansę, że zostanie zarejestrowana fl&akołwiek prawdziwie niezgodna z tymi schematami informacja. Klasyczna demonstracją tego zjawiska są badania przeprowadzone prań Ala Hastorfa i Hadleya Cantrila (1954). Pokazywali oni studentom Obrcmouth i Princeton film z meczu futbolowego pomiędzy drużynami z Tvch uczelni i prosili o zanotowanie liczby przewinień popełnionych przez zawodników każdego z zespołów. Gra była szczególnie brutalna, «• wzbudzało gorące protesty w obu społecznościach studenckich: każda JT i—Ol obwiniała drugą o kontuzje, do których doszło. Hastorf i Cantrii Mww—H^b przypuszczenie, że jednym z powodów niezgodności opinii było J& B ifudenci z obydwu uniwersytetów, wskutek swojego zaangażowania p» niaeq ze stron, w rzeczywistości widzieli różne mecze. Badania po- a-Tmtnły tę hipotezę. Studenci Princeton, którzy oglądali film, rejestro- ww. wvcef przewinień popełnianych przez drużynę z Dartmouth niż craer współ z Princeton, podczas gdy studenci Dartmouth dostrzegali Kardynalnym błędem jest teoretyzowanie przed zebraniem wszystkich faktów. Wypacza to sąd. — Sheriock Holmes (Sir Arthur Conan Doyle), 1988 138 Rozdział 4 Ludzie spostrzegają rzeczywistość przez pryzmat schematów. Studenci z Princeton i Dartmouth oglądali ten sam film o brutalnym meczu futbolowym pomiędzy obydwiema szkołami. Studenci z Princeton spostrzegali więcej przewinień popełnianych przez drużynę z Dartmouth, podczas gdy studenci z Dartmouth widzieli więcej przewinień po stronie zespołu z Princeton. zjawisko wrogich mediów: odkrycie, że każda z antagonistycznych, silnie zaangażowanych w coś grup spostrzega neutralne, zrównoważone przekazy mediów jako sobie wrogie, ponieważ media nie przedstawiły faktów w jednostronnym ujęciu, o którym antagoniści „wiedzą", że jest prawdą coś przeciwnego. Należy podkreślić, że zapisując swoje spostrzeżenia, stu- denci byli absolutnie szczerzy — naprawdę w tym samym filmie wi- dzieli dwie różne rzeczywistości. Zniekształcanie przez schematy tego, co spostrzegamy, sprawia, że mamy tendencję do ujmowania świata w ka- tegoriach czarno-białych, gdzie po naszej strome jest dobro, a po prze- ciwnej zło. Tendencyjne spostrzeganie może powodować, że osoby mocno w coś zaangażowane będą sądziły, iż większość innych ludzi interpretuje rzeczywistość błędnie. Na przykład, co by było, gdyby studenci Princeton i Dartmouth obejrzeli w wiadomościach telewizyjnych zrównoważoną, neutralną relację, zgodnie z którą obie drużyny przejawiały brutalne, nie- sportowe zachowanie? Każda ze stron uznałaby doniesienie za tenden- cyjne, ponieważ nie przedstawiało ono skrajnego stanowiska uznawanego przez nią za prawdę. Vallone, Ross i Lepper (1985) zademonstrowali zja- wisko wrogich mediów, pokazując studentom proarabskim i proizrael- skim relacje telewizyjne dotyczące konfliktów na Bliskim Wschodzie (przedstawiały one masakrę ludności cywilnej z obozu dla uchodźców w Libanie w 1982 r.). Jak oczekiwano, każda grupa była przekonana, że doniesienia miały charakter stronniczy i faworyzowały drugą stronę, po- nieważ nie pokazywały jednostronnego punktu widzenia, który był przez nią uznawany za prawdę. Uczestnicy badań Hastorfa i Cantrila (1954) oraz Vallone'a i jego współpracowników (1985) byli mocno zaangażowani w owe konflikty i było dla nich ważne, by widzieć swoją stronę jako tych „w porządku". Prawdopodobnie działały tu siły motywacyjne, takie jak dysonans. Na przykład, kiedy studenci Princeton zauważali, że jeden z ich graczy robi Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 139 ;i» problematycznego, skłonni byli to interpretować jako twardą, ale mie- •szczacą się w regułach sportową walkę, ponieważ zależało im, by wize- ••Jnek ich szkoły pozostawał bez skazy. Studenci z Dartmouth to samo zachowanie gotowi byli interpretować jako bezwzględną, niesportową :"robę sfaulowania zawodnika z ich drużyny, co pomagało im utrzymać :viglad, że własna strona jest bez zarzutu. Wystarczy przysłuchać się kilku «CTawom rozwodowym, by zaobserwować podobne zniekształcanie fa- ww w służbie ego. W pewnych okolicznościach ludzie będą jednak interpretowali fakty ił&o zgodne z własnymi schematami i oczekiwaniami nawet wtedy, gdy aae SĄ zbyt głęboko zaangażowani w sprawę. Rozpatrzmy badania doty- ;zaoe zjawiska nazwanego efektem pierwszeństwa. Kilka eksperymen- x*»«" dowiodło, że pierwsze wrażenia często są bardzo ważne, ponieważ ••-pływają na to, jak interpretowana jest informacja napływająca później. Choć w pewnych okolicznościach występuje efekt świeżości — naj- większy wpływ ma informacja uzyskana na końcu — jak się wydaję, są Ł-- icdnak zjawiska o charakterze wyjątku od reguły). Efekt pierwszeństwa swrze się stąd, że na podstawie informacji otrzymanej na początku ludzie r-wza schematy, a te wpływają na sposób interpretowania dalszej infor- BaciL To znaczy, ludzie często uporczywie kierują się swoim pierwszym wrażeniem i późniejsza informacja, która mu przeczy, jest ignorowana, •cz-awana za nieistotną czy niewiarygodną lub bywa reinterpretowana. Tę dominację pierwszego wrażenia zademonstrowali w prostym i ele- canckun eksperymencie Jones, Rock, Shaver, Goethals i Ward (1968). Lcaestnicy badania obserwowali studenta, który w teście wielokrotnego wrboru rozwiązywał trzydzieści problemów dotyczących związków ana- JpCT- Mówiono, że problemy te cechują się jednakowym stopniem trud- &XCL Student zawsze rozwiązywał poprawnie połowę z nich. Jedyna róż- •nca »»• warunkach eksperymentalnych polegała na tym, że raz zaczynał •w haidzo dobrze, rozwiązując poprawnie większość początkowych za- Sss w teśde, a potem następowało pogorszenie i rozwiązywał źle wię- Ksmac zadań końcowych, a kiedy indziej ten porządek był odwrócony: 3«aez r-iększość początkowych pozycji testu popełniał błędy, a potem ycrs większości pozycji końcowych — odnosił sukces. Po zakończo- no' obserwacji uczestnicy eksperymentu byli proszeni o ocenę inteligencji •o Aodenta i o przypomnienie sobie, jak wiele problemów rozwiązał amprJime- jbfc przewidywano, badani okazywali się nieprzejednanymi teoretyka- mi. kurzy zniekształcali dane tak, by pasowały do pierwszego wrażenia. C. którzy widzieli, jak student rozwiązuje poprawnie większość począt- HIMTH h problemów, w odróżnieniu od tych, którzy widzieli, jak wykonuje • aSs. aanawali go za bardziej inteligentnego i pamiętali, że odpowiedział •nf na więcej pytań w teście. Przypomnijmy, że w obydwu wy- db student rozwiązywał piętnaście z trzydziestu zadań, z których Jar lwłv jednakowo trudne. Pomimo to u uczestników ekspery- i «mQpd silny efekt pierwszeństwa: to, co zobaczyli najpierw, zdo- alD ich odczucia, prowadząc do pomniejszenia wagi (i w istocie IMO" reprezentowania) tego, co nastąpiło później (por. ryć. 4.3). Ukaepoi tak się działo? Wydaje się mało prawdopodobne, iż uczest- ntu zniekształcali rzeczywistość, by mieć lepsze zdanie wytaśnień odwołujących się do pojęcia samooceny (np. Lczestnicy eksperymentu oceniali nie siebie samych, efekt pierwszeństwa: proces, za sprawą którego nasze pierwsze wrażenie dotyczące innej osoby wpływa na to, że jej późniejsze zachowanie interpretujemy w sposób zgodny z tym pierwszym wrażeniem •O Rozdział 4 Obserwowana osoba rozwiązuje pierwsze zadanie testowe poprawnie — popełnia Ui|dy w zadaniach późniejszych Obserwowana osoba rozwiązuje pierwsze zadanie testowe niepoprawnie — później wykonuje je właściwie RYCINA 4.3. Dominacja pierwszego wrażenia. Ludzie obserwowali odpowiedzi studenta na trzydzieści pytań testowych i następnie przypominali sobie, jak wiele z nich byto poprawnych. Ci, którzy widzieli, że jego odpowiedzi na pytania początkowe były w większości poprawne, przeceniali całkowitą liczbę poprawnych odpowiedzi, natomiast ci, którzy zaobserwowali, że większość jego odpowiedzi na pytania początkowe była błędna, nie doceniali tej liczby (zaczerpnięto z: Jones i in., 1968) lecz jakiegoś nie znanego im studenta, którego prawdopodobnie już nigdy później nie mieli spotkać. Zważywszy, że sytuacja nie była dla nich zbyt angażująca, jest mało prawdopodobne, iż za zniekształcenia tego, co ob- serwowali, ponosiły odpowiedzialność potrzeby związane z samooceną. Wydaje się raczej, że to raz utworzone schematy zaczynają żyć własnym życiem, wpływając na spostrzeganie przez nich nowej informacji, bez względu na to, czy zagraża samoocenie czy też nie. Ludzie utrzymują swoje schematy, nawet gdy pierwotne dane je wspierające zostaty podważone. Niekiedy słyszymy o jakiejś sprawie czy osobie coś, co potem okazuje się nieprawdą. Moglibyśmy na przykład się dowiedzieć, że Bob dokonuje nielegalnych obrotów akcjami firmy, w któ- rej zajmuje kierownicze stanowisko, że Susan jest alkoholiczką albo że Philip i Jane się rozwodzą — po to tylko, by później stwierdzić, że te plotki są fałszywe. Podobnie ława przysięgłych może usłyszeć w sali są- dowej o oskarżonym coś, co jest nieprawdą lub zostało zakwalifikowane jako „dowód niedopuszczalny". Sędzia udziela wówczas pouczenia, by nie uwzględniała tej informacji. Czy trudno jest nam odrzucić przekonania lub schematy, gdy fakty wykazują ich fałszywość? W świetle badań Lee Rossa, Marka Leppera i Michaela Hubbarda (1975) — nie tak łatwo to zrobić. Wyobraź sobie, że jesteś uczestnikiem tych badań. Otrzymujesz stos kartek, które zawierają zarówno rzeczywi- ste, jak i fikcyjne listy pisane przez samobójców. Twoje zadanie polega na wskazaniu, które z nich są autentyczne, rzekomo w celu badania, jak oddziałują procesy fizjologiczne w trakcie podejmowania decyzji. Po każ- dej próbie eksperymentator mówi ci, czy odgadnięcie było poprawne. Wy- konując zadanie, przekonujesz się, że jesteś w tym dość dobry. Odgadu- jesz trafnie 24 z 25 kart. Jest to rezultat znacznie przewyższający przeciętną szesnastu trafnych odgadnięć. Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 141 24 22 20 18 16 14 12 10 Informacja zwrotna o sukcesie Informacja zwrotna o porażce Oszacowanie liczby Oszacowanie liczby poprawnych odpowiedzi poprawnych odpowiedzi w obecnym zadaniu w przyszłym zadaniu RYCINA. 4.4. Efekt uporczywości. Ludziom mówiono, że bardzo dobrze (informacja zwrotna o sukcesie) albo bardzo słabo (informacja zwrotna o porażce) wykonywali zadania w teście wrażliwości społecznej. Następnie mówiono im, że rionnacja ta była spreparowana i nie miała nic wspólnego z ich rzeczywistymi wynikami. Odczucie ludzi, że wykonywali zadanie dobrze albo źle utrzymywało aę nawet po tym, jak dowiedzieli się, że informacja zwrotna była nieprawdziwa (zaczerpnięto z: Ross, Lepper, Hubbard, 1975) W tym momencie prowadzący badania ogłasza, że eksperyment jest skończony, i wyjaśnia, że dotyczył on w rzeczywistości wpływu sukcesu i porażki na reakcje fizjologiczne. Dowiadujesz się, że informacja zwrotna, która otrzymałeś, była spreparowana; to znaczy, na zasadzie losowej zo- aałeś przydzielony do grupy, gdzie eksperymentator w 24 wypadkach na 25 mówił, że decyzja jest trafna, niezależnie od jej faktycznej popra- wności. Następnie prowadzący badania daje ci końcową ankietę, w której «est pytanie, w ilu wypadkach, twoim zdaniem, podjąłeś trafną decyzję, i iak sądzisz — w ilu wypadkach twoje decyzje byłyby trafne w kolejnym, •ednakowo trudnym teście z nowymi kartami. Co byś odpowiedział? Te- raz wyobraź sobie, że trafiłeś do innej grupy eksperymentalnej. Wszystko odbywałoby tu się tak samo, z tym wyjątkiem, że w miarę wykonywania zadania przekonywałbyś się, że nie jesteś w tym dobry. Powiedziano by a- ze odpowiedziałeś trafnie tylko w 10 wypadkach na 25, co jest wyni- kiem znacznie gorszym od przeciętnego. Wszystko po to tylko, by nastę- me u)awnić, że ta informacja zwrotna była celowo spreparowana. Jak odpowiedziałbyś na pytania ankiety dowiedziawszy się, że informacja •nrrotna była fałszywa? W zależności od tego, w której grupie się znalazłeś, utworzyłbyś sobie yWmat, zgodnie z którym jesteś bardzo dobry albo bardzo słaby w tego »Kłrayn zadaniach. Co się dzieje, gdy dane wspierające ten schemat zo- «a— podważone? Ross i jego współpracownicy (1975) starali się, by ucze- •—cy eksperymentu uwierzyli, iż o informacji zwrotnej, którą otrzymy- wk. zadecydował przypadek i że nie miała ona nic wspólnego z tym, •fc. ir istocie wykonywali zadanie. Chociaż badani rzeczywiście w to •nerzvh. to ci uczestnicy eksperymentu, którzy otrzymali informa- flr łftctoa o sukcesie, nadal myśleli, że wykonali poprawnie więcej 142 Rozdział 4 efekt uporczywości: odkrycie, że przekonania ludzi dotyczące ich samych i świata społecznego utrzymują się nawet wtedy, gdy dane wspierające te przekonania zostały podważone zadań i zakładali, że osiągnęliby w następnym teście lepsze wyniki niż sądzili to o sobie uczestnicy badań, którym zakomunikowano porażkę (por. ryć. 4.4). Ten rezultat został nazwany efektem uporczywości, ponieważ prze- konania ludzi utrzymywały się uporczywie nawet wtedy, kiedy pierwotne świadectwa na ich rzecz zostały podważone. Dlaczego to robią? I znowu, jedna możliwość to nasz stary przyjaciel — podtrzymywanie samooceny: ludzie mogą trwać przy swoich przekonaniach, ażeby nie stracić dobrego zdania o sobie. Ta interpretacja nie może jednak wyjaśnić faktu, że osoby z grupy „porażki" utrzymywały przekonanie, iż nie były zbyt dobre w wykonywaniu zadania. Przekonanie to przecież nie bardzo schlebiało ich samoocenie. Gdyby nadrzędnym celem badanych było utrzymanie tego przekonania, które jest dla nich najbardziej pochlebne, to ci, którzy dowiadywali się, że wykonywali zadanie słabo, powinni być szczególnie skorzy do zaakceptowania faktu, że informacja zwrotna była fałszywa. Dlaczego tak się nie stało? Ponieważ schemat, do którego się odwołali, kształtował ich spostrzeganie rzeczywistości. Po otrzymaniu informacji zwrotnej wyjaśniali sami sobie, dlaczego wykonywali zadanie tak źle lub tak dobrze, przywołując zgodne z uzyskanym wynikiem fakty z prze- szłości (np. „Naprawdę jestem bardzo spostrzegawcza. W końcu tylko ja zauważyłam w zeszłym tygodniu, że Jennifer jest przygnębiona" albo „Tak, nie jestem w tym zbyt dobry, przyjaciele zawsze mówią, że o wszy- stkim dowiaduję się ostatni"). Te myśli pozostawały żywe w pamięci tak- że, gdy dowiadywali się, że informacja zwrotna była fałszywa. Sprawiały one, że sądzili, iż zadanie wykonywali szczególnie dobrze albo szczegól- nie źle. 'A Obecność efektu uporczywości nie jest ograniczona do przekonań do- tyczących nas samych — uporczywie utrzymywane są również sche- maty odnoszące się do innych osób. Przypuśćmy, że powiedziano ci, iż najlepsi strażacy to ludzie z natury bardzo ostrożni. Pomyśl, dlaczego tak jest. Jeżeli jesteś podobny do uczestników eksperymentu Craiga An- dersona. Marka Leppera i Lee Rossa (1980), przypuszczalnie nie sprawiło ci specjalnych trudności znalezienie odpowiedzi. Płonący budynek to miejsce niebezpieczne, gdzie zdarzają się sytuacje nieprzewidywalne i gdzie ważne jest działanie z rozwagą. Gdybyś rzeczywiście był stra- żakiem, kogo wolałbyś mieć obok siebie: osobę nierozważną, ryzykanc- ką, która wymachuje toporkiem w dziki, beztroski sposób, czy też kogoś z natury ostrożnego i pamiętającego o możliwych niebezpieczeństwach? Wyobraź sobie jednak, że poprosiliśmy ciebie o wyjaśnienie faktu prze- ciwnego — mianowicie, że najlepszymi strażakami są ludzie z natury skłonni do ryzyka. I znowu, jeżeli jesteś podobny do osób badanych w eksperymencie Andersena i jego współpracowników (1980), nie miał- byś kłopotu z wyjaśnieniem również i tego faktu. Strażacy nieraz muszą podejmować ryzyko, by ratować ludzkie życie i dobytek. Gdybyś był uwięziony w ogniu, to czy wolałbyś, żeby pozbawiony lęku, kochający niebezpieczeństwo strażak rzucił się przez płomienie tobie na ratunek, czy też, by niezdecydowana, bojaźliwa osoba pozostawała na zewnątrz, zastanawiając się, czy to jest warte ryzyka? Rzecz w tym, że ludzie mają skłonność do wyjaśniania wszelkiego rodzaju faktów dotyczących ich samych i świata społecznego. Nawet jeśli podważona zostanie podstawa, na której te fakty się opierały, to wyjaś- nienia, które miały je interpretować, zachowują swoją moc i sprawiają, Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 143 że ludzie nie rewidują swoich przekonań. To właśnie stwierdził Andersen i jego współpracownicy. Po przedstawieniu osobom badanym danych do- wodzących, że najlepsi strażacy są ostrożni (albo skłonni do ryzyka) zako- munikowano, że zostały one spreparowane. Pomimo to wszyscy trwali uporczywie w przekonaniu o takim związku pomiędzy osobowością i zdolnościami do walki z ogniem, jaki im wcześniej przedstawiono, po- nieważ nie utraciły swojej wiarygodności schematy, które utworzyli, by ten związek wyjaśnić. Sprawianie, że nasze schematy stają się prawdą: samospetniające się proroctwo Przedstawione badania wykazały, że gdy ludzie uzyskują nowe dane albo gdy stare dane tracą dla nich swą wiarygodność, nie zmieniają swoich schematów w takim stopniu, jak można by tego oczekiwać. Nie jesteśmy jednak tylko biernymi odbiorcami informacji. Często wykorzystujemy swoje schematy w działaniu i w ten sposób wpływamy na to, w jakim stopniu zostają one potwierdzone bądź podważone. Badania dotyczące tego procesu — nazwanego samospełniającym się proroctwem — do- wiodły, że ludzie niekiedy bezwiednie zachowują się w sposób, który prowadzi do wytworzenia danych wspierających schemat. Są to, być mo- że, najbardziej pesymistyczne badania, jeśli chodzi o naszą zdolność do zmiany własnych schematów i przekonań. Klasyczna demonstracja tego efektu została dokonana w połowie lat sześćdziesiątych przez Roberta Rosenthala i Lenore Jacobson (1968) w jed- ne] ze szkół podstawowych. Każdego z uczniów tej szkoły badali oni testem inteligencji i powiedzieli nauczycielom, że niektórzy uczniowie uzyskali wyniki tak dobre, iż w nadchodzącym roku szkolnym niewąt- pliwie nastąpi rozkwit ich osiągnięć. W rzeczywistości nie musiało to być prawdą. Uczniowie wskazywani jako „talenty", które rozkwitną, zostali wybrani przez badaczy na zasadzie losowej. Jak była o tym mowa w roz- dziale 2, posłużenie się procedurą doboru losowego oznacza, że uczniowie d nie byli, przeciętnie rzecz biorąc, bardziej bystrzy i nie mieli więcej szans na sukces niż pozostałe dzieci. Różnili się oni od swoich rówieśni- ków jedynie w wyobrażeniach nauczycieli (ani uczniom, ani ich rodzicom nie mówiono nic o rezultatach testu). Po wywołaniu u nauczycieli oczekiwań, że niektóre z dzieci osiągną szczególnie dobre wyniki, Rosenthal i Jacobson nie ingerowali w to, co się miało dalej wydarzyć. W trakcie roku szkolnego co jakiś czas obserwowali rozwój sytuacji w klasach, a na koniec nauki ponownie przebadali wszy- stkie dzieci prawdziwym testem inteligencji. Czy proroctwo się spełniło? Rzeczywiście to się stało. Ci nieliczni uczniowie w każdej klasie, którzy zostali określeni jako „talenty", w znacząco większym stopniu polepszyli SBTOfe wyniki w teście niż inni (por. ryć. 4.5). Jak mogło do tego dojść? W pki sposób oczekiwania nauczycieli stały się rzeczywistością? Należy podkreślić, że nauczyciele nie poświęcali „talentom" wszystkich wnch sił i całego ograniczonego czasu, bezdusznie uznając resztę klasy a —ewarta troski. Twierdzili nawet, że spędzali nieco więcej czasu z ucz- ——_ którzy nie uzyskali etykiety „talentu". Stawiali natomiast „talen- ——* wyższe wymagania, zakładając, że uczniowie ci mają większe zdol- ——CL Dawali im więcej materiału do opanowania, przydzielali materiał samospełniające się proroctwo: zjawisko polegające na tym, że ludzie: (a) mają określone oczekiwania dotyczące innej osoby, co (b) wpływa na ich postępowanie względem tej osoby, które (c) powoduje, że zachowuje się ona w sposób zgodny z ich wyjściowymi oczekiwaniami Proroctwo to najbardziej niepotrzebny rodzaj błędu. — George Eliot (Mary Ann Evans Cross) 1871 144 Rozdział 4 „Talenty" Pozostali uczniowie Wzrost ilorazu inteligencji o10 punktów Wzrost ilorazu inteligencji o 20 punktów Wzrost ilorazu inteligencji o 30 punktów RYCINA 4.5. Samospełniające się proroctwo: procent uczniów z pierwszej i z drugiej klasy, którzy polepszyli swój wynik w teście inteligencji w trakcie trwania roku szkolnego. Ci uczniowie, od których nauczyciele oczekiwali dobrych wyników, rzeczywiście dokonali większego postępu niż pozostali (zaczerpnięto z: Rosenthal, Jacobson, 1968) trudniejszy, dostarczali więcej informacji zwrotnej dotyczącej ich pracy i dawali częściej możliwość odpowiedzi w klasie. Ponadto nauczyciele stwarzali cieplejszy klimat emocjonalny wokół tych, u których oczekiwali sukcesów, poświęcając im więcej osobistej uwagi, dostarczając więcej za- chęty i wsparcia (Rosenthal, 1974). Te zachowania nauczycieli sprawiały, że uczniowie określeni jako „talenty" bardziej się starali i więcej się uczyli, a także zwiększała się ich pewność siebie i samoocena. Uczniowie ci re- agowali na poświęcaną im uwagę oraz przyjmowali wskazówki i ich zdol- ności rzeczywiście rozkwitały (Brophy, 1983; Jussim, 1986; Snyder, 1984). Następne badania wsparły pogląd, że samospełniające się proroctwa nie są wynikiem celowego dążenia do potwierdzania własnych schema- tów. Pojawiają się one rączej w sposób nieświadomy i mimowolny. Nawet gdy ludzie próbują traktować innych w sposób jednakowy i bez uprze- dzeń, ich oczekiwania mogą dojść do głosu niepostrzeżenie, wpływając na zachowanie. To zaś z kolei zmienia zachowanie osoby, z którą wchodzą w interakcję (Darley, Gross, 1983; Word, Zanna, Cooper, 1974). Na przy- kład Myra i David Sadker (1985) w kilku szkołach średnich zaobserwo- wali występowanie klasycznego efektu samospełniającego się proroctwa zarówno w stosunku do chłopców, jak i dziewcząt. Nauczyciele swoim zachowaniem bardziej zachęcali chłopców, niż dziewczęta do śmiałego wyrażania własnego zdania i do aktywności na zajęciach. Większość na- uczycieli zaprzeczała jednak takiemu swojemu zachowaniu. W istocie na- wet nie zdawali sobie oni sprawy z tego, że chłopcy mówią więcej. Nauczy- cielom pokazano film z rzeczywistej dyskusji toczonej w klasie i pytano ich o to, kto mówił więcej. Odpowiadali, że dziewczęta, podczas gdy naprawdę to chłopcy mówili trzy razy więcej niż ich koleżanki. Badacze Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 145 (Sądker, Sadker, 1985) twierdzą, że stereotypy związane z płcią mogą od- działywać podświadomie, wpływając na spostrzeganie przez nauczycieli otoczenia oraz na ich zachowanie w taki sposób, że nie zdają sobie oni z tego sprawy. Samospełniające się proroctwa dotyczą nie tylko nauczycieli i trakto- wania przez nich uczniów. Każdy z nas ma najróżnorodniejsze schematy odnoszące się do innych ludzi. Jeżeli kierując się tymi schematami, dzia- łamy w taki sposób, że stają się one prawdą, wówczas mamy do czynienia z samospełniającym się proroctwem (Darley, Fazio, 1980). Występowanie samospełniających się proroctw zostało stwierdzone w tak różnych po- pulacjach i w odniesieniu do tak różnych oczekiwań, jak schematy doty- czące potencjalnego partnera randki u studentów college'u, schematy u matek odnoszące się do wcześniąków czy schematy pracowników nad- zoru dotyczące aktywności robotników zatrudnionych przy taśmie pro- dukcyjnej (King, 1971; Snyder, Swann, 1978; Stern, Hildebrandt, 1986). Badania nad samospełniającym się proroctwem prowadzą do przy- gnębiającego wniosku, że nasze schematy mogą być odporne na zmiany, ponieważ widzimy wielką liczbę fałszywych świadectw potwierdzają- cych. Przypuśćmy, że jakaś nauczycielka żywi przekonanie, iż chłopcy mają wrodzone zdolności, dzięki którym osiągają lepsze wyniki w mate- matyce niż dziewczęta. „Pani Jones — moglibyśmy powiedzieć — jak pani może w to wierzyć? Mnóstwo dziewczyn świetnie sobie radzi z ma- tematyką". Pani Jones prawdopodobnie pozostałaby nieprzekonana, po- nieważ dysponuje danymi, które potwierdzają jej schemat. „W klasach, w których uczyłam przez lata — mogłaby odpowiedzieć — celowało w matematyce prawie trzykrotnie więcej chłopców niż dziewcząt". Po- pełniany przez nią błąd tkwi nie w opisie faktów, ale w tym, że nie zdaje sobie ona sprawy z własnej roli w ich wykreowaniu. Robert Merton (1948) określił ten proces jako „panowanie błędu": ludzie mogą „przywoływać to, co się rzeczywiście zdarzyło, na dowód, że od samego początku mieli rację". Przez chwilę pomyśl o swoich własnych schematach i oczekiwaniach związanych z innymi grupami społecznymi, szczególnie z tymi, których nie darzysz wielką sympatią. Mogą to być przedstawiciele określonej rasy czy grupy etnicznej, członkowie rywalizującej korporacji studenc- kiej, jakiejś partii politycznej czy ludzie o określonej orientacji seksualnej. Dlaczego nie lubisz członków tej grupy? Być może pomyślisz: „Jednym z powodów jest to, że ile razy mam do czynienia z czarnymi (podstaw tu sobie białych. Żydów, gejów, homoseksualistów, heteroseksualistów, członków jakiejś korporacji studenckiej, demokratów, republikanów albo takakolwiek inną grupę społeczną), robią wrażenie chłodnych i nieprzy- liznych". I być może masz rację. Reagują na ciebie w sposób chłodny i n»eprzy)azny. Nie dlatego jednak, że tacy są z natury, ale dlatego, że odpowiadają na sposób, w jaki ty się do nich odnosisz. Rycina 4.6 ilu- «rtt»e ten smutny, samonapędzający się cykl sąmopotwierdzającego się proroctwa. Czysto prosimy naszych studentów, by w ramach eksperymentu spró- hcMah przeciwstawić się temu procesowi. Kiedy następnym razem bę- dtoesi miał do czynienia z członkiem grupy, której nie lubisz, spróbuj «okp wyobrazić, że jest to najbardziej przyjazna, uprzejma, czarującą oso- ba. prika kiedykolwiek spotkałeś. Bądź tak ujmujący i przyjacielski, jak Być może zaskoczą cię efekty. Ludzie, o których sądziłeś, 146 Rozdział 4 RYCINA 4.6. Samospełn iające się proroctwo. Smutny cykl w czterech aktach że są z natury chłodni i nieprzyjaźni, mogą nagle sami zacząć zachowywać się w sposób ciepły i przyjacielski, odpowiadając na twoje odnoszenie się do nich. Spróbuj! Czy kiedykolwiek uznajemy nasze schematy za nietrafne lub zmieniamy zdanie Nie chcemy przesadzać z oceną ludzi jako upartych, niezdolnych do ustępstw teoretyków. Po pierwsze, w pewnych okolicznościach ludzie bę- dą kierowali swoją uwagę na informację niezgodną z posiadanymi sche- matami, a nawet będą takiej informacji poszukiwali. Na przykład, jak wcześniej wspomnieliśmy, jeżeli jakaś informacja jest do tego stopnia nie- zgodna ze schematem, że ludzie poświęcają czas, próbując ją wyjaśnić lub pogodzić z uprzednimi przekonaniami, to przypominają sobie później tę informację zupełnie trafnie (Hastie, 1980; Srull, 1981). Po drugie, jeżeli lu- dzie znajdują się w sytuacji, w której jest dla nich ważne, by ich przekona- nia były trafne i dawały się obronić (np. jeżeli muszą publicznie uzasadnić, dlaczego wyznają takie, a nie inne poglądy), to bardziej prawdopodobne będzie dostrzeganie i uwzględnianie przez nich informacji niezgodnej, a nie jej ignorowanie i pomniejszanie jej znaczenia (Kruglanski, Freund, Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 147 1983; Tetlock, 1983). Po trzecie, zidentyfikowano pewne okoliczności, w których ludzie poszukują informacji zarówno mogącej potwierdzić ich hipotezy, jak i im zaprzeczyć i unikają przez to samospełniającego się proroctwa. Stwierdzono, że ludzie traktują innych w sposób nietenden- cyjny, jeśli nie są pewni, czy ich schemat jest trafny, jeśli istnieje dla niego jasna alternatywa, albo kiedy są specjalnie proszeni o to, by go podważyć (Higgins, Bargh, 1987; Swann, Ely, 1984; Trope, Bassok, 1983). Twierdzimy po prostu, że ludzie na ogól wykazują opór przed zmianą własnych poglądów i w większości sytuacji zabiera im ona znacznie wię- cej czasu niż wymagałaby tego logika. Na przykład Carretta i Moreland (1982) ustalili, że w lecie 1972 r., kiedy przesłuchania kongresowe zwią- zane z aferą Watergate ujawniały coraz to więcej negatywnych faktów dotyczących prezydenta Richarda Nixona, ludzie, którzy głosowali na Ni- xona, trwali w swoich pozytywnych opiniach o nim. Przychodzi jednak taki moment, kiedy niezgodnych danych jest tyle i mają one taki ciężar gatunkowy, że nie można ich dalej ignorować i wtedy zmieniają przeko- nania. Jest to prawdopodobne, zwłaszcza gdy istnieje silny nacisk innych, żeby przyjąć nowe poglądy. Na przykład Theodore Newcomb (1963) w połowie łat trzydziestych badał postawy kobiet, studentek Bennington College. Kiedy zaczynały one uczęszczać do college'u, większość z nich podzielała konserwatywne polityczne poglądy własnych rodziców. Jed- nak do czasu ukończenia przez nie studiów znacząco zmieniły swą orien- tację. Opuszczając uczelnię, większość z nich wyznawała poglądy skrajnie liberalne. Zmiana ta była częściowo spowodowana tym, że Bennington tworzyło silnie zintegrowaną społeczność, gdzie normę stanowiły poglądy liberalne: kobiety rozpoczynające studia podlegały znacznej presji rówieś- ników, by stać się liberałami. Tak więc, chociaż ludzie wysoko cenią sobie własne schematy oraz przekonania i często trwają przy nich nawet w obli- czu niezgodnych z nimi danych, to w pewnych okolicznościach zmiany zachodzą. Podsumowując, stwierdziliśmy, że ilość informacji, z którą mamy do czynienia każdego dnia, jest tak ogromna, że musimy dokonywać jej re- dukcji do takiej wielkości, nad jaką możemy zapanować. Ponadto ta in- formacja w pokaźnej części jest wieloznaczna i trudna do rozszyfrowania. jednym ze sposobów zaradzenia tym problemom jest odwołanie się do schematów, które pomagają zredukować liczbę koniecznych do uwzględ- nienia danych i zinterpretować informację wieloznaczną. Obecnie zajmie- my się innymi, bardziej specyficznymi uproszczeniami myślowymi, które są wykorzystywane przez ludzi. Pomyśl, w jaki sposób szachiści podejmują decyzję dotyczącą wyboru ru- chu. Dobrzy gracze rozważają kilka możliwych posunięć, zastanawiają si^. jak prawdopodobnie odpowie przeciwnik, jak oni odpowiedzieliby na tę odpowiedź i tak dalej. Nawet jednak najlepsi gracze nie są w stanie uwzględnić wszystkich możliwych układów przyszłych posunięć. Na przykład, rozpoczynając grę, możesz wykonać ruch jednym z dziesięciu pionków. \'a każdy z tych dziesięciu ruchów partner może odpowiedzieć 148 Rozdział 4 heurystyki wydawania sądów: uproszczone reguły wnioskowania, którymi posługują się ludzie, by wydawać sądy w sposób szybki i efektywny ruchem każdego z dziesięciu własnych pionków. Musisz następnie roz- ważyć, jak odpowiedziałbyś na każdą z tych stu możliwych kombinacji posunięć. Liczba możliwych zestawień szybko rośnie do wartości tak wiel- kich, że nawet najpotężniejsze komputery nie mogą przetworzyć ich wszystkich. Co zatem robią szachiści reprezentujący poziom mistrzowski? Wybie- rają tylko te możliwe ruchy, które są najbardziej obiecujące, i następnie rozgrywają w myślach posunięcia i kontrposunięcia związane z tymi nie- widoma możliwościami. To znaczy posługują się strategiami czy też do- brze wypróbowanymi regułami o charakterze nieformalnym tak, aby zre- dukować ilość informacji, z którą mają do czynienia, do takiego rozmiaru, nad jakim mogą zapanować. Dokładnie to samo robią ludzie w swoim codziennym życiu. Pomyśl, jak podejmowałeś decyzję o wyborze uczelni. Mogłeś gruntownie przestudiować wszystko, co wiadomo o ponad 2000 college'ów i uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych, czytając od deski do deski ich informatory, odwiedzając każdą z tych szkół, rozmawiając ze studentami itd. Byłoby to jednak kosztowne i zabrałoby ci wiele czasu. Zamiast tego prawdopodobnie ograniczyłeś swój wybór do małej liczby college'ów, kierując się określonym przez siebie zbiorem reguł, i dowie- działeś się o nich tego, co było możliwe. Inaczej mówiąc, oparłeś się na uproszczonych regułach myślowych. Te reguły nie zawsze prowadzą do decyzji tak dobrej, jaką podjąłbyś, gdybyś przeanalizował wszystkie dane. Na przykład gdybyś wyczerpująco przebadał wszystkie 2000 uczelni w Stanach Zjednoczonych, być może odkryłbyś taką, która odpowiada- łaby ci bardziej niż szkoła, w której jesteś. Uproszczone reguły myślowe są jednak efektywne i zwykle prowadzą do dobrych decyzji, podejmo- wanych w rozsądnym czasie. Czym są te uproszczenia? Stwierdziliśmy już, że należy do nich posługiwanie się schematami. Inną uproszczoną regułę postępowania rozważaliśmy w rozdziale 3: wybierz alternatywę, która da ci poczucie jak największego zadowolenia z siebie. Podstawowe założenie wyjaśnień odwołujących się do pojęcia samooceny, takich jak teońa dysonansu, głosi, że w naszych sądach i decyzjach kierujemy się potrzebą podtrzymania samooceny. Próbując podjąć decyzję, gdzie ubiegać się o przyjęcie na studia, mogli- byśmy rozpatrywać tylko te uczelnie, które dadzą nam poczucie najwię- kszej własnej wartości, takie jak Harvard czy Stanford. Najwyraźniej jednak ta strategia nie doprowadzi nas dalej. Spostrzeganie tylko tego, co chce się widzieć, i myślenie tylko o rzeczach przyjemnych, budujących poczucie własnej wartości, może mieć skutki bardzo niekorzystne. Wyobraź sobie, że wszyscy absolwenci szkół średnich starają się o przyjęcie jedynie na Harvard University bądź Stanford University, nie zważając na to, że wię- kszość się tam nie dostanie. Często konieczne jest utworzenie sobie tak trafnego obrazu rzeczywistości, jak tylko potrafimy, nawet jeśli nie przy- niesie wielkiej satysfakcji naszemu ego. Przeanalizujemy trzy uproszczenia myślowe stosowane przez ludzi w próbach budowania trafnego obrazu świata. Są one nazywane heury- stykami wydawania sądów. "Wyraz„heurysJtyia^pochcid^iod greckiego słowa oznaczającego ..odkrywać". W dziedzinie poznania społecznego heurystyki to reguły, którymi kierują się ludzie, by formować sądy w spo- sób szybki i efektywny. Zanim przejdziemy do ich omówienia, podkre- ślmy, że nie ma gwarancji, iż wnioski dotyczące rzeczywistości, które ludzie wyciągają za ich pomocą, będą poprawne. Niekiedy heurystyki są Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 149 nieodpowiednie do wykonywanego zadania albo są niewłaściwie zasto- sowane i wtedy prowadzą do błędnych ocen. W istocie pokaźna część badań w dziedzinie poznania społecznego dotyczy właśnie takich błędów w rozumowaniu. Przedstawimy w tym rozdziale wiele przykładów tego rodzaju pomyłek, takich jak nietrafna identyfikacja irańskiego samolotu pasażerskiego dokonana przez obsługę radaru „Vincennesa". Jednak, cho- ciaż mówimy tu o strategiach umysłowych, które czasem prowadzą do błędów, należy pamiętać, że posługiwanie się przez ludzi heurystykami ma sens: w większości wypadków są one wysoce funkcjonalne i dobrze nam służą. Heurystyka dostępności: co przychodzi na myśl Wyobraź sobie, że jakiś przyjaciel podwozi cię na prywatkę. Wsiadasz do samochodu i wahasz się przez chwilę, czy zapiąć pasy. Twoja decyzja będzie przypuszczalnie zależała od tego, jak oceniasz prawdopodobień- stwo, że tego wieczora zdarzy się wam wypadek. Na tę ocenę z kolei wpłynie to, jak łatwo możesz przypomnieć sobie przykłady wypadków samochodowych. Przypuśćmy, że inny twój przyjaciel doznał poważnych obrażeń w kolizji na drodze albo że właśnie przeczytałeś w gazecie o szczególnie wstrząsającej katastrofie. Przykłady wypadków drogowych łatwo przyjdą ci na myśl sprawiając, że będziesz bardziej skłonny zapiąć pasy. Tą nieformalna reguła wnioskowania została nazwana heurystyką dostępności. OdnQsL-aie^na^<)_wydawania--sądev^-Tia-^^ tego, )ak l.ąt^c^jest nani^gs^prz^ow^^ic^świadorności (Schwartz i in., 1991; Tversky, Kahneman, 1973). W wielu sytuacjach heurystyką dostępności jest dobrą strategią. Przy- puśćmy, że poprosiliśmy cię o oszacowanie, jaki procent lekarzy w Stanach Zjednoczonych stanowią kobiety. Mógłbyś uzyskać z Amerykańskiego Sto- warzyszenia Medycznego listę wszystkich lekarzy albo zgadywać na chybił trafil. Inne rozwiązanie to posłużenie się heurystyką dostępności: mógłbyś pomyśleć o lekarzach, których spotkałeś, określić, jak wielu z nich to ko- biety, i na podstawie tej próby dokonać umotywowanego oszacowania. Tego rodzaju strategia przypuszczalnie prowadziłaby do całkiem dobrej odpowiedzi. Problem z heurystyką dostępności polega na tym, że niekiedy to, co jest dostępne w naszej pamięci, ma charakter nietypowy i prowadzi do błędnych ocen. Jeżeli przypadkowo wśród pięciu spotkanych przez ciebie ostatnio lekarzy były cztery kobiety, mógłbyś znacznie zawyżyć procent lekarzy-kobiet w Stanach Zjednoczonych, ponieważ tak wiele przykładów lekarzy tej płci jest dostępnych w twojej pamięci. Z kolei zastanów się nad pytaniem: Czy więcej jest w języku angiel- skim wyrazów, które zaczynają się na literę „r", czy też takich, w których pojawia się ona na trzeciej pozycji? Większość ludzi ocenia, że więcej jest wyrazów rozpoczynających się na „r", chociaż w rzeczywistości znacznie łfiecej )est wyrazów, w których „r" występuje jako trzecia litera. Słowa, które zaczynają się od „r", są bardziej dostępne w pamięci, a zatem łatwiej nesi (e sobie przypomnieć niż słowa z „r" na trzeciej pozycji. Tversky i Kahneman (1973), a także inni, przedstawili kilka interesu- •tCł-ch przykładów pokazujących okoliczności, w których heurystyką do- •aeyłtiKłn może prowadzić do nietrafnych wniosków. Wiele z tych badań heurystyką dostępności: nieformalna reguła umysłowa, na mocy której ludzie wydają sądy kiernprc się'tym, jak " łatwo mogą coś przywołać do świadomości 150 Rozdział 4 Ludzie przeceniają procent osób umierających w pożarach, a nie doceniają liczby osób ginących wskutek utonięcia. Wypadki śmierci w pożarach mają większe szansę znalezienia się w relacjach środków przekazu i stąd są bardziej dostępne w pamięci ludzi. dotyczyło sądów i zachowań, które są ważniejsze dla ludzi niż to, ile słów zaczyna się na „T". Na przykład, częste jest przekonanie, że więcej osób traci życie w pło- mieniach niż wskutek utonięcia. Ta ocena bierze się stąd, że wypadki śmier- ci w wyniku pożaru mają większe szansę znalezienia się w relacjach środ- ków przekazu i tym samym są bardziej dostępne w pamięci ludzi (Slovic, Fischhoff, Lichtenstein, 1976). W rzeczywistości ludzie znacznie częściej toną niż giną w pożarach. Podobnie, gdybyś prosił ludzi o oszacowanie liczby popełnianych każdego roku w Stanach Zjednoczonych przestępstw z użyciem przemocy, uzyskałbyś bardzo różne odpowiedzi w zależności od tego, ile czasu spędzają przed telewizorem w porze największej oglą- dalności. Ci, którzy poświęcają na telewizję dużo czasu — a zatem oglą- dają w wielkiej ilości wyprodukowaną dla nich przemoc — w ogromnym stopniu przeceniają liczbę rzeczywistych przestępstw popełnianych w na- szym kraju (Gerbner, Gross, Morgan, Signorielli, 1980). Oto przykład heu- rystyki dostępności, który możesz sprawdzić na sobie: jaki jest stosunek liczby morderstw do liczby samobójstw w Stanach Zjednoczonych? Nasi studenci niezmiennie odpowiadają, że więcej jest morderstw, jak sądzi każ- dy, kto czyta gazety lub ogląda wiadomości telewizyjne. W rzeczywistości samobójstw jest co roku blisko 40% więcej niż morderstw. Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 151 Kooperujący Rywalizujący •S Osoby, które słyszały w radiu pozytywną wiadomość • Osoby, które słyszały w radiu negatywną wiadomość RYCINA 4.7. Dostępność i traktowanie innych. Czekając na eksperyment, ludzie słyszeli w wiadomościach radiowych doniesienie pozytywne albo negatywne. Osoby, które słyszały wiadomość pozytywną, częściej niż te, które słyszały wiadomość negatywną, przejawiały skłonność do współdziałania z innym uczestnikiem eksperymentu. Osoby, które słyszały wiadomość negatywną, częściej niż te, które słyszały wiadomość pozytywną, zachowywały się względem niego rywalizacyjnie (zaczerpnięto z: Hornstein i in., 1975) Efekty stosowania heurystyki dostępności to nie tylko jałowe wnioski bez większego znaczenia. Mogą one w istotny sposób wpływać na ludzkie zachowanie. Chociaż dobrze wiadomo, jak ważne są okresowe badania lekarskie, wielu ludzi nie odwiedza lekarza tak często, jak by należało. Na przykład liczba śmiertelnych ofiar raka piersi byłaby mniejsza, gdyby więcej kobiet regularnie poddawało się badaniom mammograficznym. Jednym ze sposobów poprawy sytuacji byłoby szersze rozpowszechnienie danych statystycznych dotyczących prawdopodobieństwa zachorowania na raka piersi. Inny sposób to ukazanie ludziom wyrazistego przykładu osoby, która ma raka piersi. Jeden wyrazisty przykład, łatwo dostępny w pamięci, sprawia, że są oni bardziej skłonni dostrzegać ryzyko własnego zachorowania. Tak się właśnie stało, kiedy żony dwóch prezydentów USA — Betty Ford i Nancy Reagan — wykryły, że mają raka piersi. Kie- dy to opublikowano, znacząco wzrosła w Stanach liczba kobiet, które poddały się badaniom mammograficznym. Wpływ wysoce dostępnego przykładu na zachowanie ludzi został zademonstrowany eksperymentalnie przez Harveya Hornsteina i jego współpracowników (1975). Wyobraź sobie, że przyszedłeś wziąć udział w tvm eksperymencie i poproszono ciebie, żebyś posiedział kilka minut w poczekalni. Tak się składa, że włączone jest radio nadające muzykę rozrywkową. Po kilku chwilach dziennikarz podający informacje opisuje albo brutalne morderstwo, albo akt wielkiej wspaniałomyślności — ktoś ofiarował własną nerkę zupełnie nieznajomej osobie z dysfunkcją tych narządów. Następnie pojawia się eksperymentator i wyjaśnia ci, że bę- dziesz brał udział w grze na pieniądze z innym uczestnikiem badań. W tej 152 Rozdział 4 grze możesz wybrać kooperację — próbując zmaksymalizować kwotę pieniędzy, którą wygrywasz zarówno ty, jak i partner — albo rywalizację — próbując samemu wygrać większość pieniędzy. Co robisz? W rzeczy- wistym eksperymencie zachowanie ludzi zależało od tego, które z donie- sień zostało przeczytane w ich obecności (por. ryć. 4.7). Osoby, które usły- szały o ofiarodawcy nerki, były bardziej skłonne do współdziałania z part- nerem niż osoby, które usłyszały o morderstwie. Te różne doniesie- nia zwiększyły w umysłach uczestników badań dostępność przykładów zachowań — odpowiednio: prospołecznych i antyspołecznych. (Autorzy eksperymentu wykluczyli inne interpretacje tego wyniku, np. możliwość, że doniesienie wpłynęło na nastrój osób badanych, a ten z kolei na ich zachowanie się w grze). heurystyka reprezentatywności: uproszczona metoda wnioskowania polegająca na tym, że klasyfikacji czegoś dokonuje się na podstawie stopnia podobieństwa do przypadku typowego informacja o proporcji podstawowej: informacja o częstości występowania w populacji przedstawicieli różnych kategorii Heurystyka reprezentatywności: jak podobne jest A do B Załóżmy, że uczęszczasz na uniwersytet w Nowym Jorku. Na zebraniu związku studenckiego spotykasz studenta imieniem Brian. Brian jest blon- dynem, robi wrażenie człowieka bardzo przyjaznego, pogodnego i rozluź- nionego i lubi chodzić na plażę. Jak myślisz, z którego stanu pochodzi? Ponieważ wygląd Briana odpowiada dość powszechnemu wyobrażeniu Kalifornijczyka, być może wysunąłeś przypuszczenie, że pochodzi on z Kalifornii albo przynajmniej poważnie rozpatrywałeś tę możliwość. Gdyby tak było, posługiwałbyś się heurystyka reprezentatywności, co oznacza klasyfikowanie rzeczy na podstawie ich podobieństwa do przy- padku typowego (np. na podstawie tego, w jakim stopniu Brian odpo- wiada twojemu wyobrażeniu Kalifornijczyka). Kategoryzowanie rzeczy na podstawie ich reprezentatywności jest w pełni sensowne. Gdybyśmy nie posługiwali się heurystyka reprezen- tatywności, jak inaczej zadecydowalibyśmy, skąd pochodzi Brian? Czy powinniśmy po prostu na chybił trafił wybrać któryś stan, nie próbując oceniać podobieństwa Briana do naszego wyobrażenia studenta ze stanu Nowy Jork i studenta pochodzącego spoza niego? Jest jeszcze inne źródło informacji, które moglibyśmy wykorzystać. Gdybyśmy nie wiedzieli nic o Brianie, rozsądne byłoby przypuszczenie, że pochodzi on ze stanu No- wy Jork, ponieważ na uniwersytetach stanowych więcej jest studentów miejscowych niż przybyłych z zewnątrz. Gdyby nasze przypuszczenie brzmiało „stan Nowy Jork", posługiwalibyśmy się tak zwaną informacją o proporcji podstawowej albo inaczej — informacją o względnych czę- stościach przedstawicieli różnych kategorii. Co czynią ludzie, kiedy dysponują zarówno informacją o proporcji pod- stawowej (np. wiedząc, że na uniwersytecie jest więcej mieszkańców stanu Nowy Jork niż Kalifornijczyków), jak i skłaniającą do odmiennych wnio- sków informacją o rozpatrywanej osobie (np. wiedząc, że Brian jest spo- kojnym i przyjaźnie nastawionym do ludzi blondynem, który lubi spędzać długie godziny na plaży)? Kahneman i Tversky (1973) stwierdzili, że ludzie ignorują proporcję podstawową, kierując się jedynie oceną reprezentatyw- ności informacji o konkretnej osobie — dla kategorii ogólnej (takiej, jak np. Kalif ornijczycy). O ile nie jest to zła strategia, gdy informacja dotycząca tej osoby w dużym stopniu zasługuje na zaufanie, o tyle może nam ona przysporzyć kłopotów, jeżeli jest niepewna. Skoro proporcja podstawo- wa studentów z Kalifornii na uniwersytecie stanu Nowy Jork jest niska, Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 153 potrzebowałbyś przekonywających danych wskazujących na to, że ten czło- wiek jest Kalifornijczykiem, żeby ją zignorować i zaryzykować twierdzenie, iż należy on do tych nielicznych wyjątków. Ponieważ nie jest wcale tak niezwykłe spotkanie ludzi ze wschodnich stanów, którzy mają jasne włosy, są pogodni i zrelaksowani oraz lubią przebywać na plaży, należałoby w tym wypadku nie lekceważyć proporcji podstawowej. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, który pokazuje, jak nasze pole- ganie na heurystyce reprezentatywności może prowadzić do błędnego sądu. Zastanów się nad następującym opisem kobiety o imieniu Linda: Linda ma 31 lat, jest niezamężna, otwarta i bardzo inteligentna. Ukończyła studia filozoficzne. Jako studentka była bardzo zaangażowana w kwestie dyskryminacji rasowej i sprawiedliwości społecznej, a także uczestniczyła w demonstracjach antynuklearnych. (Tversky, Kahneman, 1983, s. 297) Teraz spróbuj odgadnąć, który z następujących opisów Lindy jest bar- dziej prawdopodobny: „Linda jest kasjerką w banku" czy „Linda jest ka- sjerką w banku i działa w ruchu feministycznym". Jeżeli przypominasz uczestników badań, które przeprowadzili Tversky i Kahneman (1983), uznałeś drugi z tych opisów za dużo bardziej prawdopodobny niż pier- wszy. W końcu kasjerka z banku, która działa w ruchu feministycznym, bardziej przypomina kogoś, kto będąc w college'u zajmował się proble- mem dyskryminacji niż osoba określona po prostu jako kasjerka. Uważny czytelnik zauważy jednakże, że ten sąd narusza podstawowe prawo pra- wdopodobieństwa. Logicznie rzecz biorąc, dwa wzajemnie niezależne zdarzenia nie mogą być łącznie bardziej prawdopodobne niż każde z nich osobno. Ponieważ kategorią „kasjerka w banku" obejmuje zarówno osoby, które działają w ruchu feministycznym, jak i osoby, które nie są z nim związane, nie może być bardziej prawdopodobna niż kategoria „kasjerki, które są aktywnymi feministkami". Tak więc heurystyka reprezentatywności, którą się ludzie posługują, prowadzi niekiedy do problematycznych wniosków. Przez wieki, na przy- kład, zakładano, że lekarstwo zwalczające chorobę musi w jakiś sposób przypominać jej symptomy. Płuca lisa muszą być specjalnym środkiem na astmę, ponieważ to zwierzę cechuje wyjątkowo rozwinięta zdolność oddychania. Kurkumina ma jaskra- wy żółty kolor, co wskazuje na to, że leczy żółtaczkę. (Mili, 1974, s. 767) Kierowanie się reprezentatywnością niekiedy opóźniało odkrycie rze- czywistej przyczyny choroby. Gdzieś na przełomie wieku artykuł reda- kcyjny w jednej z waszyngtońskich gazet potępił lekkomyślne trwonienie funduszy federalnych na dziwaczne, naciągane pomysły dotyczące żółtej febry, takie jak absurdalna idea niejakiego Waltera Reeda, że przyczyną żółtej febry jest — ostatnia z możliwych rzeczy, czyli komary. Zakotwiczenie i dostosowanie: branie za dobrą monetę tego, co się pojawia Przypuśćmy, że pewnego dnia twój profesor ekonomii prosi grupę o osza- cowanie, jaki procent rodzin w Stanach Zjednoczonych ma dochód o war- tości co najmniej 40 000 dolarów. Ktoś z pierwszego rzędu podsuwa 154 Rozdział 4 heurystyka zakotwiczenia/dostosowania: uproszczona metoda wnioskowania, która polega na posłużeniu się jakąś liczbą czy wartością jako punktem wyjściowym i następnie na sformułowaniu odpowiedzi na pytanie przez zmodyfikowanie tej wartości stanowiącej zakotwiczenie; ludzie często nie modyfikują jej w stopniu wystarczającym odpowiedź, że 25%. Profesor stwierdza, iż jest ona błędna i prosi, byś ty spróbował zgadnąć. W tej sytuacji większość osób posłuży się jako zako- twiczeniem czy też punktem wyjściowym wartością 25%, wysuniętą przez pierwszego studenta. Ludzie często dokonują oszacowań w ten sposób, że rozpatrują pewną wartość początkową i następnie decydują, jak muszą ją zmodyfikować w swojej odpowiedzi. Badania wykazały, że oszacowa- nia są niezbyt odległe od punktu zakotwiczenia (DePaulo, Stone, Lassiter, 1985; Edwards, 1968; Jones, 1990; Ross, 1977; Slovic, Lichtenstein, 1971). To znaczy, że twoje oszacowanie przypuszczalnie byłoby dość bliskie war- tości 25%, a przynajmniej bliższe niż gdybyś zaczął od rozpatrzenia jakiejś innej wartości, np. 50%. Ta uproszczona metoda dokonywania oszacowań została nazwana przez Tversky'ego i Kahnemana (1974) heurystyka za- kotwiczenia/dostosowania. Nieoddalanie się zbytnio od wyjściowego zakotwiczenia często jest do- brą strategią dokonywania oszacowań, zwłaszcza jeśli masz podstawy, by zakładać, że wartość punktu zakotwiczenia jest bliska prawdy. Gdybyś wiedział, na przykład, że przypuszczenie 25% wysunął zdolny student ekonomii, którego ulubionym zajęciem jest zgłębianie statystyk rządowych, mógłbyś przyjąć, że jego oszacowanie nie odbiega zbytnio od prawdy, i sa- memu podać wartość zbliżoną. Jednak tak, jak to było w wypadku innych rozpatrywanych przez nas heurystyk, ludzie niekiedy zbyt silnie polegają na heurystyce zakotwiczenia, która może również prowadzić do biednych oszacowań. Stwierdzono, że w niedostatecznym stopniu modyfikują oni wartość wyjściową, nawet kiedy wiadomo, że jest ona nieprawdziwa. Wiele zademonstrowanych w badaniach przykładów działania heury- styki zakotwiczenia dotyczyło oszacowań wartości liczbowych. Na przy- kład Tversky i Kahneman (1974) prosili o ocenienie procentu krajów afry- kańskich należących do ONZ. Przedtem jednak należało określić, czy pro- cent ten jest wyższy czy niższy od pewnej wartości arbitralnej, wskazanej przez zakręcenie kołem ruletki. W przypadku niektórych badanych osób koło zatrzymało się na liczbie 10; tak więc oceniali oni, czy właściwa wartość jest większa czy też mniejsza od 10%. W tych okolicznościach badani określali przeciętnie, że prawidłowa odpowiedź to 25%. W przy- padku innych badanych koło zatrzymało się na liczbie 65 i szacowali oni — jeśli uśrednić ich oceny — że prawidłowa odpowiedź to 45%. Jak się okazuje, dokonywane oszacowania były zakotwiczone przez wartość wyj- ściową, mimo że badani wiedzieli o jej arbitralnym wyborze. Tendencja do trzymania się blisko wartości wyjściowej czy wyjścio- wego przekonania i niekiedy do niewystarczającego korygowania włas- nych sądów jest głęboko zakorzenioną, fundamentalną cechą ludzkiego umysłu. Filozof Benedykt Spinoza trzy wieki temu dokonał ważnej ob- serwacji dotyczącej poznawczego funkcjonowania człowieka. Twierdził, że kiedy ludzie po raz pierwszy coś widzą, słyszą lub po raz pierwszy o czymś się dowiadują, biorą to za dobrą monetę i uznają za prawdę. Dopiero po zaakceptowaniu prawdziwości faktu wykonują krok wstecz i rozstrzygają, czy mógł on być fałszywy (Gilbert, 1991, 1993). Chociaż inni filozofowie (np. Kartezjusz) nie zgodzili się z tym poglą- dem, badania nad heurystyka zakotwiczenia pokazują, że to, co głosił Spinoza, było zasadne. Jeżeli ludzie wstępnie uznają za prawdę wszy- stko, co widzą bądź słyszą, zrozumiałe jest, iż wychodząc od punktu za- kotwiczenia często niewystarczająco modyfikują swoje przekonania. Na przykład, być może członkowie załogi obsługujący nowoczesny radarowy Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 155 system ostrzegawczy „Vincennesa" dopuścili, by to, co zdarzyło się USS „Stark", zbyt silnie zakotwiczyło ich oceny. Fakt, że wcześniej irański my- śliwiec zaatakował rakietą amerykański statek, mógł utrudniać przyjęcie scenariusza alternatywnego — na przykład takiego, że rozbłysk na ekra- nie radaru to samolot cywilny. Powyższy przykład unaocznia, że heurystyka zakotwiczenia wpływa nie tylko na oszacowania wartości liczbowych. Kiedy formujemy sądy o rzeczywistości, pozwalamy często, by nasze osobiste doświadczenia i obserwacje stanowiły zakotwiczenie dla obrazu, który tworzymy, nawet gdy wiemy, że te doświadczenia nie są typowe. Przypuśćmy na przykład, że wybierasz się do popularnej restauracji, którą zachwycają się wszyscy twoi przyjaciele. Tak się akurat złożyło, że danie, które zamówiłeś, jest przypalone, a kelner zachowuje się grubiańsko. W gruncie rzeczy wiesz, że to doświadczenie ma charakter nietypowy — wszyscy znajomi wy- nosili z tej restauracji wspaniałe wrażenia. Jednak przypuszczalnie stanie się ono zakotwiczeniem dla twojej oceny owego lokalu, sprawiając, że będziesz miał opory, by go ponownie odwiedzić. Nieco dalej przedsta- wimy inne przykłady ilustrujące wpływ heurystyki zakotwiczenia na sądy społeczne. Podsumowując, omówiliśmy funkcjonowanie dwóch rodzajów upro- szczeń myślowych: schematów i heurystyk wydawania sądu. Pomiędzy tymi dwoma typami poznawczego przetwarzania istnieje ścisły związek. Schematy są zorganizowanymi fragmentami wiedzy o ludziach i o sytu- acjach, podobnie jak książki w bibliotece. O tym, który spośród schema- tów jest przywołany (która z książek zostaje wyjęta z regałów), decydują heurystyki wydawania sądu. Im schemat jest bardziej dostępny w pa- mięci — im łatwiej znaleźć książkę na regale — tym większe prawdopo- dobieństwo, że tą właśnie książką się posłużymy. Im bardziej osoba czy sytuacja jest reprezentatywna dla określonego schematu (im większe jest podobieństwo pomiędzy treścią książki i sytuacją, w jakiej się znajduje- my), tym bardziej prawdopodobne, że go wykorzystamy. A kiedy już przywołamy określony schemat i posłużymy się nim jako punktem wyj- ścia do zinterpretowania sytuacji, to im większa jej reprezentatywność dla tego schematu, w tym większym stopniu będzie on zakotwiczał nasze doznania, utrudniając przywołanie schematów alternatywnych (kiedy książka została już wydobyta i przeczytana, trudno jest całkowicie ją za- pomnieć i odesłać na półkę, zastępując inną). Teraz po przedstawieniu podstawowych mechanizmów poznawania społecznego — roli schema- tów i heurystyk wydawania sądu — przejdziemy do omówienia sposo- bów stosowania przez ludzi tych uproszczeń myślowych przy wydawa- niu specyficznego rodzaju sądów dotyczących świata społecznego. Rozpatrzymy tutaj dwojakiego rodzaju procesy wydawania sądu: a) do- konywanie uogólnień z próby na populację; b) określanie związku po- między dwiema zmiennymi, to znaczy tego, jak trafnie na podstawie jed- nej z nich można wysnuwać przewidywania dotyczące drugiej. Z każdym .156 Rozdział z tych typów sądów wiąże się pewna zniekształcająca tendencja w ludz- kim funkcjonowaniu poznawczym: nie zawsze wykorzystujemy informa- cję w sposób całkowicie logiczny i racjonalny. Wnioskowanie z prób niereprezentatywnych: uogólnianie na podstawie informacji z prób Po kilkudniowym pobycie w New Jersey większość ludzi ma odczucie, że się czegoś dowiedzieli o tym stanie. Tworzymy sobie pogląd na temat bezdomnych po obejrzeniu w telewizji kilku wywiadów z nimi czy po spotkaniu kilku z nich na ulicy. Dokonawszy kilku obserwacji zachowa- nia naszych znajomych, mamy wrażenie, że całkiem dobrze poznaliśmy ich osobowość. W każdym z tych przykładów wiedza — o mieście czy o człowieku — jest fragmentaryczna. Nie odwiedziliśmy każdego zakąt- ka New Jersey, nie kontaktowaliśmy się ze wszystkimi bezdomnymi i nie byliśmy świadkami wszystkich zachowań naszych znajomych. A jednak tak jak naukowcy na podstawie prób danych wyciągają wnioski dotyczące populacji, tak często my wypełniamy luki w wiedzy zakładając, że to, czego nie zobaczyliśmy, jest podobne do tego, co zostało przez nas zaob- serwowane. Jak to omówiliśmy w rozdziale 2, naukowcy dokonując doboru prób, dążą do tego, by próba była reprezentatywna dla całej populacji. Nieroz- sądny byłby badacz opinii publicznej starający się przewidzieć wynik wy- borów na podstawie małej próbki osób najbardziej bogatych. Badacze opi- nii publicznej usiłują raczej wyselekcjonować próby, które są reprezenta- tywne dla całego elektoratu. W życiu codziennym jednak ludzie zwykle nie starają się dobierać prób reprezentatywnych. W istocie często chcemy, by nasze próby były pod różnymi względami tendencyjne. Kiedy zapra- szamy gości na prywatkę, nie pragniemy, by była to próba dobrana Wnioskowanie z prób niereprezentatywnych: jakie byłyby twoje odczucia dotyczące całego stanu New Jersey, gdybyś odwiedził tylko jedno z tych miejsc? Stwierdzono, że ludzie dokonują uogólnień na podstawie niewielkich prób informacji, nawet gdy wiedzą, że są one nietypowe czy niereprezentatywne. Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 157 losowo spośród wszystkich naszych znajomych. Chcemy zaprosić tych, którzy są szczególnie zabawni i interesujący i którzy będą się wzajemnie akceptowali. Jeżeli zwiedzamy Chicago, to nie robimy tego w taki sposób, że wyciągamy plan miasta, zamykamy oczy i odwiedzamy te miejsca, na które zrządzeniem losu opadł nasz palec: próbujemy raczej dobrać ten- dencyjną próbę miejsc, które są szczególnie interesujące. Skoro ludzie często celowo dobierają próby niereprezentatywne, mo- glibyśmy oczekiwać, że nie będą skorzy do dokonywania na ich pod- stawie uogólnień. Jeśli wiemy, że odwiedziliśmy tylko warte zobaczenia fragmenty Chicago, to prawdopodobnie będziemy ostrożni przed przy- jęciem założenia, iż całe Chicago jest podobne do miejsc, które zobaczy- liśmy. Ludzie często jednak przejawiają niewrażliwość na to, że próba ma charakter tendencyjny, i mają silną skłonność do uogólniania swoich ograniczonych doświadczeń. Proces ten nazywamy wnioskowaniem z prób niereprezentatywnych. Na przykład pewnego dnia psycholog społeczny jadł lunch z kilkoma kolegami. Jeden z nich powiedział: „Słuchaj, czytałeś w ostatnim »New Yorkerze« artykuł o samotnej matce żyjącej z zasiłku socjalnego? Co za patologia społeczna! To skłania do zastanowienia się nad naszym syste- mem świadczeń socjalnych". Tak się złożyło, że wśród osób przy stole był też wybitny ekonomista, ekspert w dziedzinie systemu opieki społe- cznej. „Dlaczego myślisz, że ona jest typowa?" zapytał. „W rzeczywistości w ogóle nie jest typowa. Przede wszystkim średni czas pobierania zasiłku w jej stanie wynosi dwa lata, podczas gdy ona jest na zasiłku od ponad dziesięciu lat". To założenie psychologa społecznego, iż wspomniana matka korzy- stająca z zasiłku jest typowa, stanowiło inspirację badań, które wraz z dwoma kolegami przeprowadził jeden z nas (Hamill, Wilson, Nisbett, 1980). Daliśmy osobom badanym skróconą wersję artykułu z „New Yor- kera". Zawierał on wyrazisty opis Carmen Santany, żyjącej wraz z dziećmi z zasiłku. Santana była przyjacielska i ciepła, ale prowadziła życie — według standardów większości łudzi — nieodpowiedzialne i ponure. Często swój czek z zasiłkiem traciła na stanowych loteriach i w nielegal- nych totalizatorach. To, co zostawało, wydawała na czynsz, żywność z drogiego miejscowego sklepu i comiesięczne raty za drogie, choć tan- detne, pokryte plastikiem meble. Mieszkała w budynku rojącym się od szczurów, ze zniszczonymi drzwiami i dziurawymi skrzynkami na listy, popękanymi ścianami i sufitami, niesprawnymi urządzeniami sanitarny- mi. Najmłodsze z jej ośmiorga dzieci (będących rezultatem kontaktów z trzema różnymi mężczyznami) nosiły starą, podartą odzież, a do szkoły uczęszczały — w najlepszym razie — w kratkę. Jedno z nich jeszcze nie zaczęło chodzić do szkoły, ponieważ pani Santana nie miała odpisu jego świadectwa urodzenia. Starsze dzieci były zamieszane w nielegalne zakłady, handel heroiną i prostytucję. Wszystko to razem tworzyło po- nury, przygnębiający obraz. Byliśmy ciekawi, czy po lekturze artykułu o pani Santanie ludzie będą nastawieni bardziej negatywnie do osób żyjących z zasiłku — to zna- czy, czy wyciągną wnioski dotyczące populacji na podstawie próby obej- mującej jedną osobę, o której czytali. Logicznie rzecz biorąc, powinno to zależeć od tego, za jak typową dla wszystkich pobierających zasiłek uznali oni panią Santanę. Aby sprawdzić, czy badani zachowają się zgod- nie z tą logiką, niektórym powiedzieliśmy otwarcie, że pani Santana jest wnioskowanie z prób niereprezentatywnych: dokonywanie uogólnień na podstawie prób informacji, o których wiadomo, że są tendencyjne bądź nietypowe Rozdział 4 Pozytywne 24 23 22 21 20 Negatywne Grupa Grupa typowa nietypowa (znająca artykuł) (znająca artykuł) Grupa kontrolna (nie czytająca artykułu) RYCINA 4.8. Postawy względem osób pobierających zasiłek. Ludzie, którzy przeczytali artykuł o nie budzącej sympatii, pobierającej zasiłek kobiecie, mieli bardziej negatywne postawy względem pobierających zasiłek w ogóle, niezależnie od tego, czy sądzili, że ta kobieta jest typowa czy nietypowa (zaczerpnięto z: Hamill, Wilson, Nisbett, 1980) bardzo nietypowa, gdyż pobiera zasiłek znacznie dłużej niż przeciętny odbiorca. Innym zaś, że jest pod tym względem typowa — pobiera za- siłek mniej więcej tak samo długo. Obserwowaliśmy następnie, czy te dwie grupy zmienią swoje postawy wobec zasiłku społecznego, porów- nując ich poglądy z opiniami osób z grupy kontrolnej, które nie czytały artykułu. Kiedy badanym mówiono, że pani Santana jest typowa, ich postawy względem osób pobierających zasiłek stawały się bardziej negatywne (por. ryć. 4.8). Być może nie ma w tym nic specjalnie dziwnego: ludzie ci wie- dzieli, że pani Santana jest co najmniej pod jednym względem podobna do przeciętnego odbiorcy zasiłku, a zatem to, czego się o niej dowiedzieli, uogólniali na całą grupę. Co jednak zaskakujące, w takim samym stopniu skłonni do uogólniania byli uczestnicy badań, którzy dowiadywali się, że pani Santana nie jest typowa. Mimo że potrafili sobie przypomnieć tę informację, w niewielkim stopniu zmieniała ona ich gotowość do wy- ciągania wniosków ogólnych na podstawie tego, co przeczytali. Stawali się tak samo negatywnie nastawieni do osób pobierających zasiłek, jak osoby, które wierzyły, że pani Santana jest typową przedstawicielką tych osób. Nawet jeżeli wiemy, że informacja ma charakter tendencyjny albo że dotyczy zjawiska o charakterze wyjątkowym, zupełne jej zlekceważenie może okazać się trudne. Wszyscy wiemy, że reporterzy telewizyjni rzadko przedstawiają informację, która dotyczy rzeczy typowych, ponieważ ich praca polega na relacjonowaniu tego, co niezwykłe, interesujące, co przy- ciąga uwagę, a nie tego, co zwyczajne. (Jak często słyszymy dzienni- karza telewizyjnych wiadomości, który mówi: „Oto główne informacje wieczoru: Barbara Kowalska nie uległa wypadkowi samochodowemu po drodze do biura, a Stan Smith jak co dzień prowadził autobus tam i z powrotem Main Street"?) Tym niemniej, jak się wydaje, nie jest łatwo Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 159 powstrzymać się od uogólniania tego, co widzimy. Czy to czegoś nie przypomina? Mamy tu jeszcze jeden przykład heurystyki zakotwicze- nia/dostosowania. Ludzie wychodzą od punktu początkowego, czyli ina- czej od punktu zakotwiczenia („Pani Santana naprawdę była życiową ba- laganiarą"), i powinni następnie skorygować swój sąd („Ona nie jest typowa dla całej populacji, a zatem nie możemy na tej podstawie wyciągać wniosków o wszystkich pobierających zasiłek"). Jednakże, tak jak w wy- padku innych efektów zakotwiczenia, tak i tutaj ludzie nie korygują swo- ich sądów wystarczająco i zanadto ulegają wpływowi jednostkowego wyj- ściowego przykładu. Ta tendencja nie jest ograniczona do opinii o innych ludziach. Możemy dokonywać nieuzasadnionych uogólnień nawet w odniesieniu do nas sa- mych, na podstawie próbek naszego własnego zachowania. Jones, Rho- dewalt, Berglas i Skelton (1981) instruowali badanych, by zachowywali się w stosunku do osoby przeprowadzającej wywiad: a) w sposób ma- ksymalnie konstruktywny, kompetentny i wrażliwy albo b) w sposób skrajnie negatywny, świadczący o niekompetencji i o braku wrażliwości. Po wypełnieniu tego zalecenia uczestnicy eksperymentu dokonywali sa- mooceny, rzekomo w ramach udziału w innym eksperymencie. Mógłbyś pomyśleć, że ci ludzie spostrzegali swoje zachowanie podczas wywiadu jako tendencyjną próbę, z której nic nie wynika dla oceny ich osobowości. W końcu robili po prostu to, co polecił im eksperymentator. Jednakże, tak jak w badaniach Hamillą i współpracowników (1980) dotyczących matki żyjącej z zasiłku, uczestnicy eksperymentu najwidoczniej dokony- wali uogólnień na podstawie tego, o czym wiedzieli, że jest próbą ten- dencyjną. Ci, których poproszono o reagowanie w sposób pozytywny, W książce Podróże z Charleyem John Steinbeck relacjonuje swoje wrażenia dotyczące Ameryki po przejechaniu ze swym psem Charleyem kilku tysięcy mil w samochodzie z nadbudówką kempingową. Jednym z celów tej podróży było, jak napisał, znalezienie odpowiedzi na pytanie: „Jacy są dzisiaj mieszkańcy Ameryki". Jednak zdawał sobie dobrze sprawę z niereprezentatywności prób. 160 Rozdział 4 relacjonowali znacząco większe poczucie własnej wartości niż ci, których proszono o reagowanie negatywne. Ludzie często dokonują nieuzasadnionego uogólniania na podstawie tendencyjnej próby obserwacji miast. Przytoczmy dla przykładu Johna Steinbecka, który wyraziście zilustrował ten problem w następującym fragmencie: Nie łudzę się, że w niniejszej relacji operuję elementami stałymi. Dawno temu byłem w starożytnym mieście Pradze i jednocześnie był tam Joseph Asiop, cieszący się zasłużoną sławą krytyka miejsc i wydarzeń. Rozmawiał z dobrze poinformowanymi ludźmi, z urzędnikami, ambasadorami, czytał sprawozdania, nawet rozporządzenia i cyfry, podczas gdy ja w swój nie- dbały sposób wałęsałem się z aktorami. Cyganami, włóczęgami. Joe i ja wracaliśmy tym samym samolotem do Ameryki i po drodze opowiedział mi o Pradze, i jego Praga nie miała nic wspólnego z miastem, które wi- działem i słyszałem. Po prostu nie była tym samym miejscem, a przedeż obaj jesteśmy uczciwi, żaden z nas nie jest kłamcą, jeden i drugi jest według wszelkich kryteriów dosyć dobrym obserwatorem, i przywieźliśmy do do- mu dwa miasta, dwie prawdy. (Przełożył Bronisław Zieliński) szacowanie współzmienności: ocenianie stopnia, w jakim dwie zmienne są skorelowane, to znaczy przewidywanie jednej zmiennej (np. tego, jak przyjacielska jest dana osoba) na podstawie innej zmiennej (np. płci tej osoby) Szacowanie współzmienności: przewidywanie jednej zmiennej na podstawie innej Jim jest miłym facetem, kiedy spotykasz go na zajęciach. Czy byłby też dobrym współmieszkańcem? Czy to, że podobają ci się zajęcia z psycho- logii społecznej, oznacza, że będą ci się podobały zajęcia z psychologii rozwojowej? Czy prawdą jest, że blondynki lepiej się bawią albo że dziew- czyny rudowłose mają gorący temperament? Każde z tych pytań dotyczy tego, w jakim stopniu możesz przypisać jednej zmiennej (zachowanie się Jima na zajęciach) — inną zmienną (zachowanie się Jima jako współmie- szkańca). Takie wnioskowanie nosi nazwę szacowania wspótzmienności i obejmuje ocenianie korelacji pomiędzy dwiema zmiennymi. Bez rozu- mienia współzmienności — nie mając wiedzy, z jaką trafnością możemy przewidywać jedną zmienną na podstawie innej — żylibyśmy w świecie nieprzewidywalnym, gdzie wszystkie przyszłe wydarzenia byłyby nie- oczekiwane i zaskakujące. Wyobraź sobie, że nie rozumiesz związku po- między przekręceniem kluczyka zapłonu i uruchomieniem silnika w sa- mochodzie i musisz odkrywać ten związek za każdym razem, gdy chcesz gdzieś jechać. Wtedy świat byłby niezbyt przyjemnym miejscem do mie- szkania! Stwierdzono, że ludzie mają całkiem dobrą zdolność wykrywania współzmienności/ przynajmniej wtedy, kiedy nie dysponują z góry jakimś schematem czy oczekiwaniem, które jej dotyczy. Na przykład Jennings, Amabile i Ross (1982) pokazywali osobom badanym kilka obrazków przedstawiających mężczyzn z laskami i prosili te osoby o określenie związku pomiędzy wzrostem mężczyzn i długością lasek. Badani radzili sobie znakomicie, dokonując oszacowania tej współzmienności. Kiedy ist- niał silny związek pomiędzy wzrostem i długością lasek, zauważali go, gdy go nie było, twierdzili, że korelacji nie ma. Choć nie można powie- dzieć, że wykrywamy współzmienność w sposób doskonały, zazwyczaj jednak robimy to zupełnie dobrze. Nie jest to zbyt zaskakujące, jeśli wziąć Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 161 pod uwagę znaczenie przystosowawcze trafnego dokonywania takich oszacowań. W końcu nawet zwierzęta uczą się wielu korelacji, takich jak np. związek pomiędzy przybiegnięciem na zawołanie a otrzymaniem psiej nagrody. Jednakże dla każdego z nas trudne byłoby uczenie się każ- dej współzmienności od nowa. Wyobraźmy sobie, że nie mamy pojęcia, które rośliny są jadalne, a które trujące, albo czy jest związek pomiędzy paleniem papierosów i zachorowalnością na raka lub na choroby serca. W końcu moglibyśmy odkryć te związki samodzielnie, ale dopiero po wielu próbach, błędach i (potencjalnie zgubnych) fałszywych założeniach. Na szczęście nie musimy sami uczyć się każdej współzmienności, ponie- waż nasza kultura wyposaża nas w schematy i oczekiwania dotyczące wielu z nich. Niekiedy jednak współzmienności, których uczy nas nasza kultura, sa- me są błędne. Zastanów się nad następującymi teoriami: ludzie są w le- pszym nastroju w dni wolne od pracy niż w poniedziałki; jedzenie czeko- lady zwiększa prawdopodobieństwo pryszczy; wychodzenie w wilgotną, chłodną pogodę zwiększa ryzyko przeziębienia. Czy nie brzmi to sensow- nie? Ale przeprowadzono badania, które wskazują, że te założenia są błęd- ne (np. Williams, 1983; Wilson, Laser, Stone, 1982). Skoro wiedza o pew- nych współzmiennościach, którą sobie przyswajamy, jest błędna, może naj- lepszym rozwiązaniem byłoby dowiadywać się, co ma do powiedzenia kultura o związku pomiędzy na przykład takimi zmiennymi, jak jedzenie czekolady i nabawianie się trądziku, a następnie sprawdzać na swój własny użytek, czy te sądy są prawdziwe. Moglibyśmy przekonać się sami, czy współzmienność: czekolada-trądzik potwierdza się w naszym wypadku, zjadając wielkie ilości czekolady (jako dobrzy naukowcy chcemy mieć dużą próbę), by zaobserwować, jak bardzo ucierpiała na tym nasza cera. Być może w tym momencie odezwał się w twojej głowie jakiś dzwonek. „Chwi- leczkę — mówisz — czy nie skończyliście właśnie nas przekonywać, że jak już ludzie mają schemat, to nie jest im tak spieszno do jego podważe- nia?" Rzeczywiście, tak napisaliśmy i istotnie mamy tu do czynienia z je- szcze jednym przykładem sytuacji, w której człowiek zachowuje się jak uparty, nieustępliwy teoretyk. W kilku badaniach stwierdzono, że kiedy badani dokonują oszacowań współzmienności i spodziewają się związku pomiędzy dwiema zmiennymi, to będą go dostrzegali. Na przykład jeden z nas przeprowadził badania, w których studenci college'u przez pięć tygo- dni codziennie obserwowali swój własny nastrój (Wilson, Laser, Stone, 1982). Śledzili oni również kilka czynników, z którymi ich nastrój mógł być skorelowany, na przykład ilość snu ostatniej nocy oraz pogodę. Na pod- stawie tych danych mogliśmy się dowiedzieć, które ze zmiennych (np. pogoda) rzeczywiście korelowały z nastrojem. Porównywaliśmy później te rzeczywiste korelacje z ocenami osób badanych dotyczącymi tego, z jakimi zmiennymi związany był ich nastrój. Należy podkreślić, że uczestnicy tych badań, w przeciwieństwie do osób, które szacowały związek pomiędzy wzrostem mężczyzn i długością lasek, dysponowali apriorycznymi teoriami dotyczącymi ocenianych zmiennych. Jest wiele powszechnie podzielanych przekonań o czynnikach wpływających na nasz nastrój, jak na przykład, że mamy gorsze usposo- bienie na początku tygodnia i że w złe samopoczucie wpędza nas brak snu. W badaniach Wilsona i współpracowników (1982) wyznawane przez ludzi teorie, jak się wydaje, w znacznym stopniu determinowały ich opi- nie o tym, co współzmieniało się z nastrojem, nawet jeżeli te teorie były 162 Rozdział 4 Badania nie potwierdziły jakiejkolwiek trafności diagnostycznej testu „rysunku postaci ludzkiej", w którym prosi się pacjenta o narysowanie jakiejś osoby. W kolejnych badaniach stwierdzano, że rodzaj wykonywanego przez ludzi rysunku nie jest związany z ich osobowością. Jednak wielu psychoterapeutów trwa w przekonaniu, że test jest trafny. Przyczyną tego są ich schematy, zgodnie z którymi pewne typy rysunków (np. postacie z dużymi oczami) oznaczają obecność pewnych problemów (np. paranoi). korelacja pozorna: przekonanie, że dwie zmienne są skorelowane, podczas gdy w rzeczywistości tak nie jest; wynika ono ze schematu, zgodnie z którym istnieje pomiędzy nimi związek błędne. Na przykład sporo z nich twierdziło, że brak snu pociągał za sobą kiepski nastrój następnego dnia, gdy dla większości badanych nie było to prawdą. W innych badaniach stwierdzono, że przyswojone schematy mogą zdominować oceny współzmienności, prowadząc do dostrzegania kore- lacji pozornych (Alloy, Tabachnik, 1984; Berman, Kenny, 1976; Crocker, 1981; Kunda, Nisbett, 1986; Nisbett, Ross, 1980; Trolier, Hamilton, 1986; Wright, Murphy, 1984). Loren Chapman i Jean Chapman (1967) stwier- dzili, że wielu psychologów klinicznych nadal wierzy w trafność pewnych testów diagnostycznych, co do których wielokrotnie wykazywano, że nie sygnalizują poprawnie choroby umysłowej. Jednym z nich jest test „ry- sunku postaci ludzkiej". Psycholog wnioskuje o osobowości pacjenta na podstawie sposobu, w jaki rysuje on postać człowieka. Kilka prac wyka- zało, że ten test nie ma żadnej wartości diagnostycznej. To, jakiego rodzaju rysunki wykonują ludzie, nie ma związku z tym, jakimi są ludźmi. Dla- czego więc wielu klinicystów nadal posługuje się tym testem? Według Chapmana i Chapman (1967) wielu z nich dysponuje schematem, zgodnie z którym pewne rodzaje reakcji w tym teście — powiedzmy, rysunek człowieka z dużymi oczami — oznaczają pewne rodzaje patologii, na przykład paranoję — i ten schemat przesądza o tym, jakiego rodzaju współzmienności dostrzegają u swoich pacjentów. Tak więc prawdopo- dobnie psychologowie ci będą bardziej skłonni pamiętać przypadek, gdy ktoś narysował duże oczy i był paranoikiem, niż przypadki, gdzie ten związek nie zachodził. Dotychczas przedstawiliśmy całkiem niemało słabych stron ludzkiego ro- zumowania. Pokazaliśmy, że ludzie zbyt mocno polegają na praktycz- nych regułach myślenia opartych na doświadczeniu, pozwalają, by ich Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 163 schematy oddziaływały nawet wtedy, gdy w grę wchodzi informacja z ni- mi niezgodna, a ponadto dokonują pochopnych uogólnień na podstawie doświadczeń nietypowych. Niekiedy skutki tych wad ludzkiego rozumo- wania są tragiczne, tak jak wtedy, kiedy operatorzy radaru na „Vincen- nesie" mylnie uznali, że atakuje ich irański myśliwiec, mimo że urządze- nia radarowe sygnalizowały coś innego. Czy w istocie nasze myślenie może być aż tak niedoskonałe? W końcu większość z nas daje sobie codziennie radę bez większych potknięć. Nie- którzy twierdzą, że psychologowie społeczni przesadzają w ocenach wad- liwości ludzkiego rozumowania. Zgodnie z tym poglądem, sprytnie proje- ktują oni zadania, które wciągają ludzi w pułapki i sprawiają, że ci popeł- niają błędy. Faktycznie postępowanie osób badanych, gdy wykonują te zadania, nie jest reprezentatywne dla sposobu wnioskowania w codzien- nym życiu. Zwolennicy tego poglądu utrzymują, że zadania wykorzysty- wane w eksperymentach są podobne do sztuczek magicznych. Iluzjonista może wywołać w nas złudzenie, że rozpłynął się w obłoku dymu, ale to nie oznacza, że nasze spostrzeganie codziennych zdarzeń jest w zasadniczy sposób zaburzone. Inni twierdzą coś przeciwnego: chociaż ludzie potrafią dokonywać złożonych wnioskowań, popełniają również błędy, które mają istotne życiowe konsekwencje. Charakterystyka ludzkiego wnioskowania Określenie, czym jest „poprawne" wnioskowanie, stanowi podstawową trudność w tej dyskusji. Czy można czynić ludziom zarzut z tego, że nie przeprowadzają wnioskowań w taki sam sposób jak wyćwiczeni logicy? Czy powinniśmy aspirować do bycia komputerami, pozbawionymi uczuć czy emocji, które przetwarzają informację racjonalnie w każdej sytuacji? Kto jest ostatecznym arbitrem ludzkiego myślenia? Oto trudne problemy filozoficzne, które nie mogą być tutaj podjęte w odpowiedni sposób (por. Cohen, 1981; Kahneman, Tversky, 1983; Nisbett, Ross, 1980; Stich, 1990; Stich, Nisbett, 1980, gdzie kwestie te są głęboko analizowane). To, co przedstawiamy, stanowi najlepsze, naszym zdaniem, rozwiązanie sporu o ocenę ludzkiego wnioskowania. Ludzie robią to, co robią, z sensownych powodów. Reguły wniosko- wania (np. heurystyki wydawania sądów), które rozwijały się przez ty- siąclecia, są funkcjonalne i zazwyczaj służą nam dobrze. Chociaż niekiedy sprowadzają nas na manowce, częściej jednak są użyteczne. Na przykład jedna z tez tego rozdziału głosi, że ludzie są nieustępliwymi teoretykami trzymającymi się swoich schematów nawet wtedy, gdy niezgodne z nimi dane jaskrawo im przeczą. Nie brzmi to najlepiej. Ale czy chcielibyśmy, by ludzie odrzucali wszystkie swoje apńoryczne oczekiwania i schematy, kiedy wkraczają w nową sytuację? Z pewnością nie. Z przystosowawcze- go punktu widzenia jest bardzo cenne, że podchodzimy do nowych sy- tuacji wyposażeni w schematy, które pomogą" nam zinterpretować to, co zobaczymy. Kilku filozofów wysuwało argumenty na rzecz tezy, że lepiej jest zbagatelizować znaczenie danych, które wchodzą w konflikt z przy- jętym wcześniej schematem, niż całkowicie zmieniać nasz pogląd za każ- dym razem, kiedy napotykamy jakiś niezgodny z nim fakt (np. Kuhn, 1962; Polanyi, 1958). Powiedziałbym, że największy ze wszystkich błędów to dojście do przekonania, że nie popełnia się żadnego. — Thomas Cariyle Nieufność skromna, zdaniem świata, jest — William Szekspir (przełoży} Leon Urlich) Jako inny przykład rozpatrzmy heurystykę zakotwiczenia/dostosowa- nia. Zapoznaliśmy się z kilkoma przykładami, kiedy to ludzie nie mody- fikują wystarczająco swoich sądów w stosunku do punktu wyjściowego, tak jak wtedy, kiedy uznają próby tendencyjne za reprezentatywne dla całej populacji. Podobnie jak wiele innych błędów, które popełniamy, mo- że to być skutkiem ubocznym użytecznej strategii wnioskowania: tenden- cji do przyjmowania za prawdę tego, co widzimy. Zakładanie, że świat jest taki, jaki nam się wydaje, a nie powątpiewanie za każdym razem w prawdziwość danych, które do nas docierają, jest korzystne z przy- stosowawczego punktu widzenia („Czy to jakiś samochód zjeżdża na mój pas? Być może powinienem poczekać na dalszą informację przed roz- strzygnięciem, co to jest... BANG!"). W końcu — to, co widzimy i sły- szymy, na ogół prawdopodobnie jest tym, czym się wydaje (Gilbert, 1991). Dane świadczące o błędach we wnioskowaniu mogą być wyolbrzy- miane. Eksperymenty dotyczące błędów we wnioskowaniu mogą, przy- najmniej w jakimś stopniu, wyolbrzymiać skalę ich występowania w co- dziennym życiu. W wielu eksperymentach ludzie byli proszeni o doko- nywanie oszacowań, które nie miały dla nich wielkiego znaczenia. Wobec takich zadań mogli oni nie troszczyć się zbytnio o trafne wnioskowanie, do którego są zdolni, lecz kosztem większego wysiłku. To domniemanie potwierdzają badania, które wykazały, że kiedy stosowane są zadania o bardziej znaczących konsekwencjach, ludzie dokonują wnioskowań ce- chujących się większym stopniem złożoności i większą trafnością (Borgi- da, Howard-Pitney, 1983; Chaiken, Liberman, Eagły, 1989; Darley, Fle- ming, Hilton, Swann, 1988). Tak było w eksperymencie Allana Harknessa, Kennetha DeBono i Eugene Borgidy (1985). Jego uczestniczki otrzymy- wały informację o człowieku nazwiskiem Tom Ferguson, którego nigdy wcześniej nie spotkały. Dowiadywały się, jak bardzo Tomowi zależało na tym, by umówić się z każdą z kilku kobiet, i poznawały pewne fakty z nimi związane, na przykład, czy mają poczucie humoru. Uczestniczki badań proszono o ocenę związku pomiędzy cechami kobiet (np. ich po- czuciem humoru) i gotowością Tomą, by się z nimi umówić. Harkness i jego współpracownicy (1985) stwierdzili, że — podobnie jak w wielu in- nych badaniach zdolności ludzi do szacowania współzmienności — ucze- stniczki eksperymentu posługiwały się prostymi strategiami i dokonywały oszacowań, które choć niecałkowicie złe, nie były też najtrafniejsze. Działo się tak wtedy, kiedy nie były specjalnie zainteresowane, by do- konywać oszacowań jak najstaranniej. Część uczestniczek eksperymentu sądziła, że bierze udział w badaniach dotyczących randek i że one same będą się przez kilka tygodni spotykały z Tomem. Gdy uczestniczkom bardziej zależało na stwierdzeniu tego, co się Tomowi podoba i co mu się nie podoba u kobiet, z którymi się umawia, stosowały bardziej złożone strategie szacowania współzmienności i dokonywały bardziej trafnych ocen (zob. również Dunn, Wilson, 1990; Flink, Park, 1991; Kruglanski, 1989; Petty, Cacioppo, 1986; Tetlock, 1985). Jest wiele do ulepszenia w ludzkim wnioskowaniu. Być może nie- które laboratoryjne demonstracje błędów w ludzkim wnioskowaniu po- ciągnęły za sobą przesadną ocenę skali występowania tych błędów w co- dziennym życiu. Tym niemniej jesteśmy zdania, tak jak i liczni inni autorzy, że wiele z nich może mieć istotne znaczenie (np. Gikmch, 1991; Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 165 Nisbett, Ross, 1980; Quattrone, 1982; Slusher, Andersen, 1989). Na przy- kład w rozdziale 13 przekonamy się, że źródło uprzedzeń rasowych może tkwić po części w procesach błędnego wnioskowania. Inny przykład to tragiczny przypadek „Vincennesa". Decyzja o zestrzeleniu irańskiego sa- molotu mogła mieć wśród swoich przyczyn kilka błędów wnioskowania. Korygowanie ludzkiego wnioskowania Skoro skutki niedostatków ludzkiego funkcjonowania poznawczego mogą być przykre, a nawet tragiczne, należy zastanowić się nad tym, jak można te błędy skorygować. Czy można nauczyć ludzi bardziej poprawnego wnioskowania dla uniknięcia błędów, które rozważaliśmy w tym rozdzia- le? Jeśli tak, to jaki jest najlepszy sposób osiągnięcia tego celu? Pedagodzy, filozofowie i psychologowie roztrząsali tę kwestię przez dziesiątki lat, a ostatnio pewne fascynujące eksperymenty przyniosły obiecujące rezul- taty. Jedno podejście polega na wzbudzeniu w ludziach nieco więcej pokory w ocenie własnych zdolności rozumowania. Często mamy do swoich są- dów zaufanie większe niż powinniśmy. Członkowie załogi „Vincennesa" obsługujący system radarowy za bardzo wierzyli swoim interpretacjom rozbłysków na ekranie i nie sprawdzili wydruków komputerowych, które pokazywały, że irański samolot się wznosił, a nie obniżał. Tę ludzką nad- mierną pewność siebie ilustrują wyniki kilku badań, w których proszono uczestników o ocenę, jak bardzo są pewni, że znają odpowiedź na posta- wione im pytanie, a następnie porównywano ich sądy z rzeczywistymi rezultatami. Na przykład Vallone, Griffin, Lin i Ross (1990) pytali studen- tów, jak zachowają się w przyszłości i prosili ich o ocenę, jak bardzo są pewni poprawności własnych odpowiedzi. Uczestnicy tych i wielu podo- bnych badań wyrażali nadmierną pewność: ich odpowiedzi nie były tak poprawne, jak przewidywali. Kiedy ludzie są w stu procentach prze- konani, że znają odpowiedź, zazwyczaj odpowiadają poprawnie tylko w 85% wypadków. Kiedy szansę tego, że znają odpowiedź, oceniają na 75%, zazwyczaj odpowiadają poprawnie tylko w 60% wypadków (Lich- tenstein, Fischhoff, Phillips, 1982). Każdy zatem, kto usiłuje udoskonalić ludzkie wnioskowanie, musi sta- wić czoło barierze nadmiernej ufności. Wielu, jak się wydaje, sądzi, że ich rozumowanie jest bez zarzutu i nie wymaga żadnego poprawiania. Drogą do polepszenia ludzkiego wnioskowania może być zatem zajęcie się bez- pośrednio tą nadmierną ufnością i uzmysłowienie ludziom, że mogą się mylić. Tę metodę obrali Lord, Lepper i Preston (1984). Stwierdzili, że kiedy prosili badanych o rozpatrzenie stanowiska przeciwstawnego do tego, któ- re ci podzielali, wtedy budziła się w nich świadomość, że są inne sposoby interpretowania rzeczywistości niż te, które uznawali, i malała częstość popełnianych przez te osoby błędów (zob. również Andersen, Lepper, Ross, 1980; Andersen, Sechler, 1986; Koriat, Lichtenstein, Fischhoff, 1980). Inne podejście to bezpośrednie uczenie ludzi pewnych podstawowych zasad poprawnego wnioskowania, w nadziei, że będą je stosowali w swo- im codziennym życiu. Wiele z nich stanowi już przedmiot nauczania na zajęciach ze statystyki i metodologii badań empirycznych, tak jak zasada, że jeśli chcesz uogólniać z próbki informacji (np. jedna matka żyjąca z za- siłku) na populację (np. wszystkie matki żyjące z zasiłku), musisz mieć bariera nadmiernej ufności: zbyt duże zaufanie do trafności własnych sądów; zazwyczaj nie są one tak trafne, za jakie się je przyjmuje 166 Rozdział 4 1. MIalte.MMeopcte od półtora roku ^'.i^^^^^Il^^ililli^.lliAo^^" ^rwinirweił rolate *amhte^pol|ts^y.:.i^t!ij^|^|^^ ' ffifemowaaB, nie mW iiy postawo publiczni* QQ :bl"oB^••QBl^|^^^|ey|^;i^^^3®^ , J;; ' y^tanowiA..»wl^^tf-.iK^^^a^ti:. ^i>.-';y-^:'. , ;;' ,'.)(|^B»,,BPWi»^^^^' :•i^^:1B|t<^jiM^|liB:'w»?^^r : ':^;i|gg^^^|tMi|J' RYCINA 4.9. Próbka pytań z testu ludzkich zdolności wnioskowania (zaczerpnięto z: Lehman, Lempert, Nisbett, 1988) Oznaką inteligencji najwyższej klasy jest zdolność do uznawania dwóch przeciwstawnych idei jednocześnie. — F. Scott Fitzgerald dużą, nietendencyjną próbę. Czy ludzie, którzy przechodzą przez zaję- cia ze statystyki i metodologu, stosują te zasady w codziennym życiu? Czy rzadziej popełniają takie błędy, jakie rozważaliśmy w tym rozdzia- le? Czy żeby poznać te zasady, trzeba odbyć cały semestralny kurs, czy można je sobie przyswoić w trakcie jednorazowych zajęć? Seria badań wykonanych ostatnio przez Richarda Nisbetta i jego współpracowników przyniosła pokrzepiające odpowiedzi na te pytania. Nisbett wykazał, że jakość wnioskowania u ludzi może być poprawiona przez akademickie kursy statystyki, zaawansowane zajęcia z metodologii badań empirycz- nych, a nawet przez krótkie, jednorazowe lekcje (Cheng, Holyoak, Nis- bett, Oliver, 1986; Fong, Krantz, Nisbett, 1986; Nisbett, Fong, Lehman, Cheng, 1987; Nisbett, Krantz, Jepson, Kunda, 1983). Na przykład jedna grupa badań dotyczyła tego, jak różne rodzaje za- awansowanych zajęć wpływają na wnioskowanie, kiedy rozwiązywane są codzienne problemy angażujące rozumowanie statystyczne. Innymi sło- wy, były to problemy sprawdzające popełnianie błędów podobnych do tych, które rozważaliśmy w tym rozdziale, na przykład sprawdzające Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 167 100 90 80 70 60 50 40 30 20 10 0 Chemia Prawo Medycyna Psychologia RYCINA 4.10. Wyniki testu zdolności wnioskowania statystycznego uzyskane przez zaawansowanych studentów różnych kierunków. Po dwóch latach studiów słuchacze psychologii i medycyny wykazywali znaczniejszy postęp w rozwiązywaniu problemów wymagających wnioskowania statystycznego niż słuchacze prawa i chemii (zaadaptowano z: Nisbett i in., 1987) rozumienie współzmienności (patrz ryć. 4.9, gdzie znajdują się przykła- dowe pytania z tego testu). Badacze przewidywali, ze studenci psycho- logii i medycyny będą sobie lepiej radzić z problemami wymagającymi wnioskowania statystycznego niż studenci prawa i chemii, ponieważ pro- gramy starszych lat studiów psychologicznych i medycznych obejmują więcej zajęć ze statystyki niż programy pozostałych dwóch kierunków. Jak widać na rycinie 4.10, te przewidywania zostały potwierdzone. Po dwóch latach studiów słuchacze psychologii i medycyny osiągnęli większy postęp w rozwiązywaniu zagadnień statystycznych niż studenci prawa i chemii. Poprawa była szczególnie imponująca u studentów psy- chologii kolejnych lat. Jest interesujące, że studenci różnych kierunków nie różnili się pod względem inteligencji ogólnej, na co wskazują jedna- kowo dobre wyniki, które uzyskali, odpowiadając na podzbiór pytań z Graduate Record Exam. Wydaje się, że na trafność i logiczną popra- wność ich wnioskowania przy rozwiązywaniu problemów dotyczących życia codziennego wpłynął raczej różny rodzaj kształcenia, w którym uczestniczyli (Nisbett, Fong, Lehman, Cheng, 1987). Tak więc są powody do optymizmu, jeśli chodzi o możliwość przezwyciężenia takich błędów, jakie udokumentowaliśmy w tym rozdziale. I nie musimy odbywać za- awansowanych studiów, żeby tego dokonać. Niekiedy wystarczy po pro- stu zastanowić się nad stanowiskiem przeciwstawnym do własnego, tak jak robili to uczestnicy badań przeprowadzonych przez Lorda i jego współpracowników (1984). Poza tym pomocne jest formalne kształcenie w zakresie statystyki — zarówno na poziomie podstawowym, jak i za- awansowanym. Jeśli zatem bałeś się zajęć ze statystyki, nabierz otuchy: mogą one nie tylko stanowić spełnienie pewnego warunku ukończenia studiów, ale także czynnik poprawiający jakość twojego wnioskowania! 168 Rozdział 4 Mianem poznania społecznego określa się dziedzinę badań nad tym, w jaki sposób ludzie selekcjonują, zapa- miętują i wykorzystują informację w wydawaniu sądów i w podejmowaniu decyzji dotyczących rzeczywistości społecznej. Świat społeczny zawiera za dużo informacji, byśmy mogli w całości ją ogarnąć, zinterpretować i uwzglę- dnić w swoim zachowaniu. Radzimy sobie z tym nadmia- rem, stosując metodę oszczędności poznawczej: wy- korzystujemy schematy i heurystyki wydawania sądów, które pomagają nam zinterpretować zachowania ludzi i sytuacje oraz odpowiednio zareagować. Schematy to struktury poznawcze, które organizują informację według pewnych tematów. Schematy wywierają silny wpływ na to, co z otrzymanej informacji zauważamy, o czym myś- limy i co później pamiętamy. Kiedy spotykamy sytuację niejednoznaczną, interpretujemy ją zgodnie z naszym schematem. Zwykle łatwiej zauważamy i zapamiętujemy informację odpowiadającą naszym schematom, a lekcewa- żymy i zapominamy informację niezgodną z nimi. Ponie- waż ludzką pamięć ma charakter rekonstrukcyjny, „przy- pominamy sobie" informację zgodną z naszymi schema- tami nawet wtedy, gdy nigdy się z nią nie zetknęliśmy. Konsekwencją takiego zniekształcania tego, co spostrzega- my, może być zjawisko wrogich mediów. Polega ono na tym, że każda z antagonistycznych, silnie zaangażowa- nych w coś grup, spostrzega neutralne, zrównoważone przekazy mediów jako sobie wrogie. Ponieważ media nie przedstawiły faktów w jednostronnym ujęciu, które anta- goniści spostrzegają jako prawdziwe, każda z grup jest przekonana, że są wobec niej negatywnie nastawione. Niekiedy do jednej sytuacji ma zastosowanie wiele schematów; to, którym z nich rzeczywiście się posługu- jemy, może zależeć od dostępności i od wzbudzenia schematu pod wpływem zdarzeń poprzedzających. Schemat może stać się bardziej dostępny w pamięci za sprawą ostatnich myśli i doświadczeń. Te niedawne zda- rzenia mogą zatem wzbudzić określony schemat i spra- wić, że będziemy myśleli o rzeczywistości w sposób z nim zgodny. Poleganie na schematach jest do pewnego stopnia przystosowawcze i funkcjonalne, ale ludzie mogą być nadgorliwymi teoretykami. Na przykład, jak dowo- dzą badania nad efektem uporczywości, niekiedy upar- cie trzymamy się swoich przekonań nawet wtedy, kiedy została wykazana ich bezpodstawność. Niekiedy znie- kształcamy informację w taki sposób, by pasowała do na- szych schematów. Przykładem tego jest efekt pierwszeń- stwa: nasze pierwsze wrażenie dotyczące innej osoby wpływa na interpretację jej dalszego zachowania, które spostrzegamy w sposób zgodny ze schematem. Wreszcie schematy wpływają również na nasze postępowanie, są podstawą naszego działania. Najbardziej fascynującym tego przykładem jest samospełniające się proroctwo:

Koszulki, Projekty domów

koszulki projekty domów projekty domów sprawiamy, iż nasze schematy stają się prawdą, nieświa- domie odnosząc się do innych w taki sposób, że ich re- akcja stanowi dla nas potwierdzenie trafności schematu. Poza schematami wykorzystujemy też heurystyki wy- dawania sądów, by poradzić sobie z wielką ilością infor- macji społecznej, z którą mamy do czynienia. Heurystyki są nieformalnymi regułami stosowanymi przez ludzi, by wydawać sądy w sposób szybki i efektywny. Heurystyka dostępności dotyczy tego, jak łatwo możemy coś przywo- łać na myśl. Ma to istotny wpływ na spostrzeganie przez nas świata. Heurystyka reprezentatywności pomaga nam rozstrzygnąć, jak podobna jest jedna rzecz do innej; posłu- gujemy się nią, klasyfikując ludzi bądź sytuacje na podsta- wie ich podobieństwa do przypadków typowych. Gdy wykorzystujemy tę heurystykę, mamy tendencję do igno- rowania informacji o proporcji podstawowej, to znaczy o apriorycznym prawdopodobieństwie tego, że ktoś lub coś należy do tej kategorii. Ludzie posługują się również heurystyką zakotwiczenia/dostosowania Polega ona na tym, że jakaś informacja odgrywa rolę punktu zakotwicze- nia czy punktu wyjściowego dla następnych ocen danego zjawiska. Choć wszystkie trzy heurystyki są użyteczne, mogą one także prowadzić do błędnych wniosków. Rozważyliśmy również stosowanie przez ludzi my- ślowych uproszczeń w wydawaniu sądów dwóch specy- ficznych rodzajów. Po pierwsze, ludzie często popełniają błąd polegający na wnioskowaniu z prób niereprezen- tatywnych, kiedy to dokonują uogólnień na podstawie próbek informacji, o których wiedzą, że są tendencyjne bądź nietypowe. Po drugie, często nietrafne są również nasze oceny związane z przewidywaniem jednej zmien- nej na podstawie innej, czyli inaczej z szacowaniem współzmienności. Jeśli spodziewamy się, że pomiędzy dwiema zmiennymi występuje korelacja w świecie spo- łecznym, mamy skłonność do znajdowania świadectw ją potwierdzających, co w efekcie daje korelację pozorną. Schematy i heurystyki wydawania sądów istnieją, po- nieważ w większości wypadków są przystosowawcze i funkcjonalne. Jednak posługiwanie się nimi jest zwią- zane z pewnym ryzykiem — niekiedy prowadzą do wysoce nietrafnych wniosków. Dalej, ludzie muszą po- radzić sobie z barierą nadmiernej ufności: są zbyt silnie przeświadczeni o trafności własnych sądów. Na szczęście ostatnie badania pokazują, że niektóre z tych niedostat- ków ludzkiego wnioskowania mogą być skorygowane, zwłaszcza przez kształcenie w zakresie statystyki. Poznanie społeczne: w jaki sposób myślimy o świecie społecznym 169 Fiske S.T., Taylor S.E. (1991). Social cognition (wyd. II). New York: McGraw-Hill. Aktualny, encyklopedyczny przegląd literatury na temat poznania społecznego, autorstwa dwóch ekspertów w tej dziedzinie. Gilovich T. (1991). How we know what isn't so: The fallibility of human reason in eueryday Ufe. New York: Free Press. Zabawny przegląd wielu możliwości popadnięcia przez nas w kłopoty wskutek stosowania uproszczeń myślowych. Kahneman D., Slovic P., Tversky A. (1982). Judgment un- der uncertainty: Heuristics and biases. New York: Cam- bridge University Press. Klasyczny wybór tekstów na- pisanych przez badaczy zajmujących się wnioskowa- niem u ludzi. Nisbett R.E., Ross L. (1980). Human inference: Strategies and shortcomings of human judgment. Englewood Cliffs, NJ: Prentice Hali. Zajmujący, zgryźliwy przegląd my- ślowych uproszczeń i zniekształceń w ludzkim my- śleniu, napisany przez ludzi, którzy odkryli wiele z nich. Kruglanski A.W. (1986). Logika poznania naiwnego —proces i treść. W: T. Maruszewski (red.), Poznanie i zachowanie. Poznań: Wydawnictwo Naukowe UAM. Rosenthal R. (1991). O społecznej psychologii samospelniają- cego si( proroctwa. W: J. Brzeziński, J. Siuta (red.). Spo- łeczny kontekst badań psychologicznych i pedagogicznych. Wybór tekstów. Poznań: Wydawnictwo Naukowe UAM. Skarżyńska K. (1981). Spostrzeganie ludzi. Warszawa: PWN. mgasie ^mm al iloeloiriffl; mumienii \m\ \ib\ T A T jednej z telewizyjnych reklam kobieta, która właśnie kończy podawać gośeiom V Y obiad, stwierdza, że zabrakło jej kawy. Biegnie szybko do drzwi mię^fearila obok i pożycza jej od swego nowego sąsiada. Zatrzymuje się na chwile, on uśMechatsię kokieteryjnie. Zastanawiamy się — o co tu chodzi? Czy ja zaprosi? By to sprawdzić, wystarczy włączyć telewizję, gdy będą emitować następny odcinek reklamy tewy Taster's Choice. W kolejnym epizodzie kobieta oddaje kawę/ a ^mężczyzna nadal jest nią zainteresowany, lecz — hm, och — ktoś jest w mieszkaniu, prawdopodobnie inna kobieta. Nieco później sąsiedzi spotykają się na jakimś przyjęciu i on proponuje jej, by wyszli razem. Następnie widzimy ich pierwszą randkę, po której mężczyzna pyta, czy 172 Rozdział 5 może wpaść na (a na cóż by innego?) filiżankę kawy. Co się wydarzy? Czy się pocałują? Niezależnie od faktu, że jest to reklama, za pomocą której próbuje się nam coś sprzedać, stwierdzamy, iż „zahaczyła" nas opowiadaną fabułą. Rozważmy również reklamę prasową na rzecz papierosów marki Benson & Hedges, tę, która jest znana jako „Jammy mań". Tutaj mężczyzna stoi w drzwiach, ubrany tylko w spodnie od piżamy, naprzeciw grupy śmiejących się osób, które (oczywiście) palą i piją wino. Ta reklama zwraca uwagę, ponieważ domaga się wyjaśnienia — dlaczego ten człowiek jest w piżamie, podczas gdy odbywa się wesołe przyjęcie? Scena z telewizyjnej reklamy Taster's Choice. Czy jest chory? (Jednak wygląda krzepko i zdrowo!) Czy to jego dom, czy jest tu gościem? Dlaczego ktoś wznosi szklanką wina toast na cześć „Jammy mana"? I dlaczego kobiety się śmieją? Liczba czytelników zainteresowanych „Jammy manem" urosła tak wysoce, iż obecnie spółka bierze udział w narodowym sporze o najlepsze wyjaśnienie jego zachowania („Jammy mań", 1988). Takie kampanie reklamowe odnoszą sukces dzięki obecności istotnego elementu związanego z naturą ludzką: jesteśmy nieskończenie ciekawi innych ludzi. Każdy z nas poświęca sporo czasu i energii, próbując wyjaśnić ich zachowanie. Dlaczego? Ponieważ to pomaga nam zrozumieć i przewidzieć nasze społeczne światy (Heider, 1958; Kelley, 1967). W tym rozdziale omówimy spostrzeganie społeczne — prześledzimy, w jaki sposób tworzymy wyobrażenia innych i formułujemy o nich sądy. spostrzeganie społeczne: badanie, w jaki sposób tworzymy wyobrażenia iMiych~:lB nadajniki video, kamery przemysłowe, kamery bezprzewodowe, systemy bezprzewodowe, telewizja przemysłowa nadajniki video, kamery przemyslowe, kamery bezprzewodowe, systemy bezprzewodowe, telewizja przemyslowa nadajniki video kamery przemysłowe kamery bezprzewodowe systemy bezprzewodowe telewizja przemysłowa wyrazistość spostrzeżeniowa: informacja, która skupia naszą uwagę; ludzie są skłonni przeceniać przyczynową rolę informacji, która jest wyrazista spostrzeżeniowe 200 Rozdział 5 atrybucji. Na przykład w cytowanym wcześniej eksperymencie Jonesa i Harrisa (1967) badani zmienili w pewnym stopniu swe atrybucje, gdy dowiedzieli się, że autor nie mógł swobodnie wybrać opcji; byli mniej skłonni do stwierdzenia, iż esej odzwierciedla jego przekonania, niż wówczas, gdy wiedzieli, że mógł wybierać. Problem polega na tym, że nie dokonali wystarczającej modyfikacji swych osądów. Nawet gdy wia- domo było, że autor nie miał wyboru, to i tak nadal zakładali, że wierzył w to, co napisał, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie odcięli się wy- starczająco od punktu zakotwiczenia swej obserwacji, czyli od pozycji zaprezentowanej w eseju. W konkluzji można powiedzieć, że tworząc atrybucje, czynimy to w dwóch etapach (Gilbert, 1989; 1991; 1993). Rozpoczynamy od wewnę- trznej atrybucji zakładając, iż czyjeś zachowanie zostało określone tym, co tkwi w samym człowieku. Następnie usiłujemy zmodyfikować tę atry- bucje, uwzględniając sytuację, w jakiej znajdowała się dana osoba. Jak jednak zauważyliśmy, nie zawsze modyfikacja w tym drugim etapie jest wystarczająca. Interesującą implikacją tego faktu jest to, że podczas wy- jaśniania czyjegoś zachowania, gdy uwaga jest rozproszona, może do tego drugiego etapu nie dojść, a nawet powstać jeszcze skrajniejsza atrybucja wewnętrzna. Dlaczego? Ponieważ ten wstępny krok (utworzenie wewnę- trznej atrybucji) pojawia się szybko i spontanicznie, podczas gdy krok drugi (uwzględnienie sytuacji) wymaga większego wysiłku i świadomej uwagi. Daniel Gilbert wykonał sporo eksperymentów, które potwierdzają ten punkt widzenia. Badanych proszono o wyjaśnienie, dlaczego czynili to, co uczynili, zmuszając ich jednocześnie do jeszcze innego działania, jak np. przypominanie sobie ośmiocyfrowego numeru. Formułowali oni jeszcze bardziej skrajne atrybucje wewnętrzne niż ci, których myśli nie były odrywane od przedmiotu uwagi. Ta radykalność opinii była spowo- dowana niedostatecznym zmodyfikowaniem początkowego wrażenia, stąd nadął zachowanie danej osoby jawiło się jako wyłączną emanacja tego, co w niej tkwi, bez uwzględniania wpływu sytuacji (Gilbert, Osbor- ne, 1989; Gilbert, Pelham, Krull, 1988). Rola kultury. Drugą przyczyną pojawiania się podstawowego błędu atrybucji jest to, że zachodnia kultura uczy nas preferowania wyjaśnień odwołujących się do dyspozycji. Nie występuje to w kulturach, które kła- dą mniejszy nacisk na swobodę i autonomię jednostki (Zebrowitz-McAr- thur, 1988). Na przykład Joan Miller (1984) poprosiła osoby należące do różnych kultur — Hindusów żyjących w Indiach i Amerykanów żyją- cych w Stanach — by zastanowili się nad zachowaniami swoich przyja- ciół i określili powód ich wystąpienia. Zgodnie z tym, cośmy dotychczas powiedzieli, Amerykanie preferowali uzasadnianie zachowań dyspozy- cjami. Przyczyn zachowań znajomych dopatrywali się raczej w ich indy- widualnych cechach, a nie we właściwościach sytuacji, w ramach których działali. I odwrotnie, badani Hindusi preferowali sytuacyjne wyjaśnienia zachowań swych przyjaciół (Miller, 1984). Być może jednak sądzisz, że Amerykanie i Hindusi przywołali na myśl zupełnie różne przykłady. Może Hindusi myśleli o zachowaniach, które w rzeczywistości są bardziej sytuacyjnie uwarunkowane, podczas gdy Amerykanie o zachowaniach, które rzeczywiście były wywołane bardziej przez dyspozycje. By zbadać te alternatywne hipotezy, Miller (1984) popro- siła Amerykanów o wyjaśnienie zachowań przedstawionych Hindusom. Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 201 Znowu zaobserwowano różnice w atrybucjach wewnętrznych i zewnę- trznych: Amerykanie preferowali wyjaśnienia odwołujące się do dyspo- zycji w odniesieniu do zachowań, które Hindusi traktowali jako spowo- dowane przez sytuację. Dla przykładu, jedno z zachowań dotyczy prawnika, który jedzie mo- tocyklem do pracy, wioząc przy okazji przyjaciela. Ulegają wypadkowi, w którym pasażer zostaje poważnie ranny. Po odwiezieniu go do szpitala, prawnik udaje się do pracy, nie zostając, by porozmawiać z lekarzami o stanie zdrowia swego przyjaciela. Dlaczego tak się zachował? Większość Amerykanów dokonała atrybucji z dyspozycji, tłumacząc zachowanie ce- chami osobowości (np. „Oczywiście, ten prawnik jest nieodpowiedzial- ny"). Hindusi natomiast częściej dokonywali atrybucji z sytuacji, przypi- sując postępowanie prawnika okolicznościom wydarzenia (np. „Prawnik musiał pojawić się w sądzie, by reprezentować swego klienta. Stan jego przyjaciela być może nie był aż tak poważny"; Miller, 1984). Tak więc, ludzie w kulturach Zachodu są bardziej psychologami osobowości spo- strzegającymi zachowanie w kategoriach dyspozycji, podczas gdy w kul- turach Wschodu — bardziej psychologami społecznymi odnoszącymi się do zachowania w kategoriach sytuacyjnych. Różnica między aktorem a obserwatorem Interesującym naruszeniem prawidłowości reguły funkcjonowania pod- stawowego błędu atrybucji jest to, iż nie stosuje się ona do naszych włas- nych atrybucji o nas samych w takim zakresie, w jakim stosuje się do atrybucji dotyczących innych. Podczas gdy częściej spostrzegamy zacho- wanie innych jako skutek dyspozycji (podstawowy błąd atrybucji), to gdy wyjaśniamy nasze własne zachowanie, czynimy to rzadziej. Nazwano to List ten prezentuje różnice w atrybucji między aktorem a obserwatorem. Schoeneman i Rubanowitz (1985) zbadali listy nadsyłane do kącika porad Anny Landers i Szanownej Abby, znajdując mocne potwierdzenie różnic między aktorem a obserwatorem. Piszący przypisywali na ogół swoje problemy czynnikom zewnętrznym (np. pisząca list, zamieszczony obok, sądzi, że jej największym problemem jest matka), podczas gdy prowadząca kącik porad jest skłonna formułować atrybucje z dyspozycji autorki listu (np.: „Weź to od razu pod uwagę i zastanów się") (z „Boston Globe", September 10, 1991, s. 52). 202 Rozdział 5 różnica między aktorem a obserwatorem: tendencja do spostrzegania zachowań innych ludzi jako następstwa ich dyspozycji, podczas gdy swoje własne zachowania tłumaczy się wpływem czynników sytuacyjnych różnicą między aktorem a obserwatorem. Na przykład Nisbett, Caputo, Legant i Maracek (1973) prosili studentów college'u o uzasadnienie, dla- czego wybrali taką właśnie specjalizację oraz dlaczego zrobił to także ich najlepszy przyjaciel. W obu przypadkach badani wymieniali więcej po- wodów, które dotyczyły przymiotów wewnętrznych (np. „Interesuje się psychologią", „Ona jest dobra w matematyce"), niż powodów, które by dotyczyły czynników zewnętrznych dla danej osoby (np. „Jest to dzie- dzina, która daje dużo możliwości zrobienia kariery"). Jednak promowa- nie powodów wewnętrznych było mniej wyraziste, gdy ludzie wyjaśniali swój własny wybór. W wielu badaniach stwierdzono, iż obserwatorzy (ludzie wyjaśniają- cy czyjeś zachowanie) stawali się teoretykami osobowości, spostrzegając zachowanie innych jako wywodzące się z ich cech i postaw. Natomiast aktorzy (ci, którzy wyjaśniają swoje własne zachowanie), mimo że nadal preferują wyjaśnienia wewnętrzne, dostrzegają również, iż na ich własne zachowanie wpływały także czynniki zewnętrzne. Stąd też biorą się róż- nice między aktorem a obserwatorem (Jones, Nisbett, 1972; Schoeneman, Rubanowitz, 1985; Watson, 1982; West, Gunn, Chernicky, 1975; zobacz list do Anny Landers na poprzedniej stronie ukazujący interesujący przy- kład różnicy między aktorem a obserwatorem). Dlaczego chętniej spo- strzegamy swoje zachowanie jako spowodowane przez sytuację? I znowu wyrazistość spostrzeżeniowa. Jeden z powodów to nasza stara znajoma — wyrazistość spostrzeżeniowa (Jones, Nisbett, 1972). Za- uważyliśmy wcześniej, że o ile zachowania innych spostrzegamy silniej niż sytuację, w której się znajdują, o tyle gdy chodzi o nasze własne działania, kierujemy uwagę właśnie na sytuację. Nikt z nas nie jest ani tak egoistyczny, ani tak skoncentrowany na sobie, by iść przez życie „z lustrem przed sobą", w którym mógłby się nieustannie obserwować. Patrzymy na zewnątrz. Wyraziste spostrzeżeniowe są dla nas inni lu- dzie, przedmioty i rozwijające się wydarzenia itd. Nie poświęcamy (nie możemy) zbyt wiele uwagi samym sobie. Gdy więc aktor i obserwator RYCINA 5.8. Usytuowanie miejsc siedzących w badaniu Stormsa. Zachowanie się badanych było wideofilmowane, tak iż niektórzy z nich mogli to później obejrzeć z innej perspektywy (zaczerpnięto z: Storms, 1973) Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 203 •ozważają, co spowodowało określone zachowanie, to kieruje nimi in- iwmacja najbardziej wyrazista i zauważalna dla nich: aktor dla obser- watora, a sytuacja dla aktora. ' Michael Storms (1973) przeprowadził fascynujący eksperyment, który przedstawia rolę wyrazistości spostrzeżeniowej, tak w przypadku pod- -.tawowego błędu atrybucji, jak i różnic między aktorem a obserwatorem. Zgodnie z wzorcem, przypominającym ten z przedstawionego wcześniej badania Taylor i Fiske (1975), Storms (1973) usadził czteroosobowe grupy badanych w określony sposób (patrz ryć. 5.8). Dwóch z nich zamierzało pogawędzić ze sobą (aktor A i aktor B), podczas gdy dwóch pozostałych miałoby obserwować ten dialog, koncentrując się na jednym z rozmów- ców (obserwator A i obserwator B). Włączone były również dwie kamery: ledna filmowała twarz aktora A, a druga aktora B. Następnie proszono owych czterech badanych o dokonanie atrybucji w stosunku do samych siebie (dla aktorów) lub w odniesieniu do aktorów, których obserwowali (dla obserwatorów). Należało określić, w jakim sto- pniu zachowanie aktora wynikało z właściwości osoby, a w jakim spo- wodowane zostało sytuacją (temat rozmowy, zachowanie rozmawiających partnerów itp.). Storms (1973) stwierdził, że obserwatorzy przypisywali więcej właściwości odnoszących się do dyspozycji aktorowi (popeł- niając tym samym podstawowy błąd atrybucji, jak w badaniu Taylor i Fi- ske; 1975), podczas gdy aktorzy dokonywali więcej atrybucji odwołują- cych się do sytuacji, w odniesieniu do tego samego — ich własnego — zachowania (zobacz lewą stronę ryciny 5.9). Uzupełnieniem tego eksperymentu było pokazanie badanym, nim do- konali swych oszacowań, poczynionych nagrań. Niektórzy z nich zobaczyli to, czego doświadczyli na żywo — aktor A obejrzał taśmę z nagraniem twarzy aktora B, aktor B obejrzał zaś nagranie twarzy aktora A; obserwator A oglądał taśmę dotyczącą aktora B, a obserwator B taśmę z nagraniem aktora B. Poproszeni o dokonanie atrybucji przyczynowych, badani ujaw- nili takie same różnice między aktorem a obserwatorem jak wcześniej, choć aktorzy umocnili jeszcze atrybucje sytuacyjne dotyczące ich samych po powtórnym (na filmie) przyjrzeniu się sytuacji (patrz środek ryciny 5.9). Podobieństwa są jak cienie różnic. Różni ludzie spostrzegają różne podobieństwa i podobne różnice. — Władimir Nabokow Pale Fire, 1962 Aktorzy Obserwatorzy Bez nagrań Z nagraniami: Z nagraniami: wideo ten sam punkt nowy (odwrócony) widzenia punkt widzenia RYCINA 5.9. Wpływy uzależnienia od spostrzegania (orientacji wizualnej) na atrybucje dokonywane przez aktorów i obserwatorów. Gdy ludzie mają okazję obejrzeć swoje własne albo drugiej osoby zachowanie z różnych miejsc (zobacz prawą część ryciny), to dokonują atrybucji innych niż wówczas, gdy nie oglądali tego zachowania z nowego punktu odniesienia (zobacz środek i lewą stronę ryciny) (zaczerpnięto z: Storms, 1973) 204 Rozdział 5 Inną grupę badanych postawiono w sytuacji najbardziej interesującej. Po rozmowie obejrzeli taśmę wideo nagraną z pozycji dokładnie prze- ciwnej do tej, którą zajmowali na żywo. Zarówno aktor A, jak i aktor B obejrzeli swoją własną twarz; obserwator A oglądał taśmę pokazującą aktora B, obserwator B obejrzał zaś taśmę z nagraniem aktora A. Teraz punkt usytuowania spostrzegającego był całkowicie odmienny. W jaki sposób badani dokonywali przypisania przyczyn? Jak można zobaczyć w skrajnej prawej części ryciny 5.9, zmiana ta wymazała typową różnicę między aktorem a obserwatorem. Po obejrzeniu samych siebie aktorzy dokonują częściej atrybucji z dyspozycji. Natomiast po obejrzeniu sytuacji aktora (swego partnera podczas rozmowy) obserwatorzy częściej formu- łują atrybucje sytuacyjne dotyczące przesłanek działań tego aktora. Rola dostępności informacji. Różnica między aktorem a obserwato- rem ma również inne źródła. Aktorzy mają o sobie więcej informacji niż mogą zdobyć obserwatorzy (Jones, Nisbett, 1972). Wiedzą, jak zachowy- wali się przez poprzednie lata i co im się przydarzyło dzisiejszego ranka. Wraz z upływem czasu i zmieniającymi się sytuacjami są znacznie bar- dziej niż obserwatorzy świadomi zarówno podobieństw, jak i różnic w swych zachowaniach. W terminologii Kelleya (1967) aktorzy dysponują znacznie bardziej spójną i zróżnicowaną informacją o sobie niż ta, którą zbierają obserwatorzy. Jeśli, na przykład, zachowujesz się na przyjęciu spokojnie i nieśmiało, to ten, kto na ciebie patrzy, będzie dokonywać atry- bucji z dyspozycji: „Ojej, toż to skończony introwertyk". Tymczasem do- brze wiesz, iż nie jest to twój typowy sposób zachowania. Być może jesteś bardzo zmęczony tego wieczoru i po prostu nie masz siły, by brać w nim udział. Może jesteś nieśmiały tylko tam, gdzie nie znasz nikogo, a tak właśnie jest na tym przyjęciu. Nie dziwi więc, że atrybucje aktorów wobec siebie często odzwierciedlają czynniki sytuacyjne, ponieważ mają oni wię- kszą wiedzę o swoich zachowania w różnych sytuacjach aniżeli większość obserwatorów, która ogląda ich w określonych okolicznościach. Dotychczas nasze omówienie skrótów poznawczych, stosowanych w atrybucji, dotyczyło roli schematów, uzależnienia od spostrzegania oraz dostępności informacji. A co z potrzebami człowieka, jego pragnieniami. nadziejami i lękami? Czy te bardziej emocjonalne czynniki również spra- wiają, że nasze atrybucje są tendencyjne? Czy jesteś skłonny spostrzegać świat w określony sposób, ponieważ dzięki temu czujesz się lepiej, zarówno w samoocenie, jak i w życiu w ogóle? Odpowiedź brzmi: tak. Owe skróty. które omówimy poniżej, tkwią korzeniami w motywacji; są atry- bucjami, które chronią naszą samoocenę i utrzymują przekonanie, że świat jest bezpiecznym i odpowiednim dla nas miejscem (patrz rozdz. 3). Atrybucje w służbie ego Pewnego dnia Bili idzie na zajęcia z chemii z pewną obawą, poniewat właśnie dziś dowie się, jakie są jego dotychczasowe postępy. Gdy wykła- dowca przechodzi od osoby do osoby, oddając im pracę. Bili czuje, jak w jego żołądku powoli zaczyna zawiązywać się supeł. Profesor podayr mu jego pracę. Bili spogląda na ocenę. Z niedowierzaniem spostrzega, że dostał D [ndst. — przyp. tłum.]. Jak Bili wyjaśni, dlaczego otrzymał tak słabą notę? Nie jest zapewne niespodzianką, że ludzie chętnie sobie' Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 205 przypisują zasługę za swe sukcesy, niepowodzenia zaś tłumaczą zdarze- niami zewnętrznymi, które znajdowały się poza ich kontrolą. Tak więc Bili sądzi, że to nie była jego wina — to test był nie w porządku. Nato- miast wykładowca zakłada, że test był absolutnie dobry, lecz Bili nie przy- kładał się wystarczająco do nauki lub jest słabym studentem. Jak można wyjaśnić to odejście od typowego wzorca atrybucji dokony- wanych przez aktora i obserwatora? Otóż gdy zagrożona jest samoocena, wówczas ludzie często dokonują atrybucji w służbie ego. Mówiąc prosto, są to atrybucje wynikające z naszej tendencji do przypisywania sobie zasług za sukces, a obwiniania innych (lub sytuację) za niepowodzenia (Miller, Ross, 1975). Wiele badań pokazuje, że ludzie dokonują atrybucji wewnę- trznych, gdy dobrze wykonują zadanie, natomiast zewnętrznych, jeżeli idzie im źle (Arkin, Maruyama, 1979; Carver, DeGregorio, Gillis, 1980; Da- vis, Stephan, 1980; Elig, Frieze, 1979; Whitley, Frieze, 1985). Być może sam również doświadczyłeś tej skłonności. Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek pracować z innymi kolegami nad grupowym projektem, za który wszyscy otrzymaliście taką samą ocenę? Jeśli projekt został uzna- ny za bardzo dobry, wówczas dokonałbyś zapewne wielu atrybucji z dys- pozycji, które by uwzględniały twój wkład (myśląc, być może, iż praco- wałeś ciężej i zrobiłeś więcej niż pozostali). Gdyby natomiast projekt został oceniony na dostatecznie, to założylibyśmy się z tobą, że twój komentarz mówiłby o braku energii i inteligencji kolegów. Atrybucje w służbie ego odnoszą się nie tylko do ocen akademickich. Na przykład Lau i Russell (1980) zbadali wyjaśnienia zawodowych graczy i trenerów dotyczące przyczyn wygranej lub przegranej ich zespołu. Oce- niając zwycięstwa — zarówno zawodnicy, jak i trenerzy — jednozna- cznie wskazywali na cechy swojego zespołu lub graczy; mówiąc dokład- nie, takich atrybucji w przypadku zwycięstw było 80%. Tłumacząc, dla- czego zespół New York Yankees rozgromił zespół Los Angeles Dodgers w czwartej kolejce rozgrywek w 1977 r., menedżer Yankęsów, Billy Mar- tin, przypisał to jednemu z zawodników swego zespołu: „To wszystko zrobił Piniella" (Lau, Russell, 1980). Natomiast przegraną chętniej przy- pisywano okolicznościom zewnętrznym. I tak członkowie Dodgersów uzasadniali swą porażkę nie swymi umiejętnościami czy słabą grą, lecz brakiem szczęścia lub nadzwyczaj dobrą grą Yankeesów. Zacytujmy słowa Tommy'ego Lasordy, menedżera Dodgersów: „Pokonał nas wielki zespół, Yankeesi z pewnością tworzą wielki zespół" (Lau, Russell, 1980). Dlaczego ludzie tworzą atrybucje w służbie ego? W rozdziale 3, do- tyczącym teorii dysonansu poznawczego, zauważyliśmy, że usiłują oni podtrzymać swą samoocenę wszędzie, gdzie tylko to możliwe, nawet jeśli oznacza to zniekształcenie rzeczywistości. Tutaj mamy do czynienia ze specyficzną strategią atrybucyjną, która może być zastosowana do pod- trzymania lub podwyższenia samooceny przez proste ulokowanie przy- czynowości tam, gdzie przysporzy to najwięcej korzyści (Greenberg, Py- szczynski, Solomon, 1982; Ickes, Layden, 1978; Snyder, Higgins, 1988). Drugi powód jest nieco subtelniejszy i musimy nawiązać do naszej wcześniejszej dyskusji poświęconej rodzajom informacji, która jest nam do- stępna. Przypuśćmy, że Bili próbował wystąpić z nie najbardziej pochleb- nym dla siebie wyjaśnieniem słabej oceny testu z chemii, lecz z wyjaśnie- niem najbardziej adekwatnym. Przypuśćmy także, iż Bili jest dobrym stu- dentem i dotychczas otrzymywał bardzo dobre i dobre oceny w testach z chemii. Co więcej, wie, iż ciężko pracował przez cały czas. Jaki jest atrybucje w służbie ego: wyjaśnienia, które przypisują sukcesy czynnikom wewnętrznym zależnym od dyspozycji, za niepowodzenia zaś obwiniają czynniki zewnętrzne należące do sytuacji 206 Rozdział 5 Atrybucje w służbie ego. Ludzie skłaniają się do przypisywania sobie sukcesów, a obwiniania innych za swe niepowodzenia. Menedżerowie zespołów baseballowych, tacy jak Billy Martin (z lewej) i Tommy Lasorda (z prawej), również nie są wolni od tej skłonności. atrybucje obronne: wyjaśnienia zachowania, które pozwalają tłumić świadomość tego, że się jest śmiertelnym i podatnym na zranienia nierealistyczny optymizm: forma obronnej atrybucji polegająca na przeświadczeniu ludzi, że rzeczy dobre przydarzą się raczej im niż ich partnerom, a złe spotkają raczej innych niż ich samych możliwy najbardziej logiczny wniosek wyjaśniający ocenę niedostateczna? Uwzględniając wiedzę, jaką posiada o swych dotychczasowych dokon»-| niach, w pełni logiczna będzie konkluzja, iż w tym właśnie teście pojawto się coś szczególnego, co nie wiązało się ani z jego zdolnościami, ani z wy- siłkiem. Profesor zaś wie, że niektórzy studenci wykonali ten test barek dobrze; stąd wyprowadza on logiczny wniosek, że odpowiedzialny za sftfr by wynik jest Bili, a nie zbyt trudny test (Miller, Ross, 1975; Nisbett, Roą 1980). Krótko mówiąc, ludzie często formułują odmienne atrybucje, ponifr waż dysponują różną informacją i stąd wyprowadzają niejednakowe wn ski o przyczynach danego zachowania. Tak więc atrybucje podtrzymuj samoocenę mogą mieć źródło w jednym z dwóch procesów: a) w różn w dostępnej informacji; b) w realizacji potrzeby wsparcia swej samoo Zmieniamy również swe atrybucje, by poradzić sobie z innymi n jami zagrożeń samooceny. Jedną z najtrudniejszych do zrozumienia s] jest obecność tragicznych wydarzeń, jak gwałt, śmiertelna choroba śmiertelny wypadek. Nawet gdy przydarza się to obcym, których n nie spotkaliśmy, mogą nas zatrważać. Przypominają o naszej wli śmiertelności: jeśli dotknęło to kogoś innego, może dotknąć i nas. Spc wszystkich rodzajów samowiedzy wiedza o tym, że jesteśmy śmiei i że złe rzeczy mogą się także przytrafić nam, jest zapewne najtrudnii do zaakceptowania (Greenberg, Pyszczynski, Solomon, 1986). Podej my jednak działania, by zaprzeczyć temu faktowi. Jednym ze spos jest tworzenie atrybucji obronnych, które są wyjaśnieniami chroni. nas przed poczuciem, że możemy zostać zranieni i że jesteśmy śmi Formą atrybucji obronnej jest natomiast nierealistyczny opfr w odniesieniu do przyszłości. Przypuśćmy, iż poproszono cię o okr prawdopodobieństwa tego, że przydarzy ci się któraś z poniższych acji i porównanie z prawdopodobieństwem, iż zaistnieje ona w żyć kiegoś innego studenta z twojego college'u lub uniwersytetu: otrzyi w spadku dużego domu, zdobycie wymarzonej pracy po ukończeniu diów, dożycie późnej osiemdziesiątki, problemy z alkoholizmem, ro; Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 207 niemożność posiadania dzieci. Gdy Weinstein (1980) zadał studentom col- lege'u takie i podobne pytania, stwierdził, że byli oni nadmiernie opty- mistyczni: właściwie każdy sądził, że więcej dobrych rzeczy przydarzy się jemu niż innym, natomiast złe — nie jemu, lecz raczej tym drugim. Z pewnością zostaniemy właścicielami domu i dożyjemy podeszłego wie- ku! Nadmierny optymizm jest jedną z metod, jakimi ludzie usiłują się bronić przed nieprzyjemną świadomością bycia śmiertelnym. Czasem jest oczywiście trudno zaprzeczyć, iż życie niesie również zło. Wystarczy wziąć gazetę, by się przekonać, że każdego dnia kogoś dotyka nieszczęście. Jak sobie radzimy, gdy nasz spokój jest w ten sposób zakłó- cany? Często staramy się przekonać samych siebie, że zło nigdy nie mo- głoby przydarzyć się właśnie nam. Czynimy tak wierząc, iż zło przytrafia się tylko złym ludziom. Melvin Lerner (1980) nazwał to wiarą w sprawied- liwy świat, czyli przeświadczeniem, że ludzie otrzymują to, na co sobie zasłużyli. Ponieważ większość z nas spostrzega siebie jako przyzwoitych, dobrych ludzi, stąd nieszczęścia nie mogą się nas imać. Bardzo groźna jest wiara w słuszność słynnego stwierdzenia Johna Kennedy'ego, że życie nie jest sprawiedliwe. Jeżeli życie nie jest sprawiedliwe, to zło nie musi się przytrafiać tylko złym ludziom, może zagrażać również... ach nie! ...rów- nież dobrym ludziom, takim jak ja! Założenie, że świat jest sprawiedliwy, ma pewne smutne, a nawet tra- giczne konsekwencje. Wyobraź sobie następującą sytuację: artykuł w two- jej akademickiej gazecie donosi, że jakaś studentka została w czasie randki zgwałcona przez studenta, z którym się umówiła. Jaka, według ciebie, byłaby reakcja twoja i twoich kolegów? Zastanawiałbyś się, czy nie zrobiła czegoś, co sprowokowało gwałt? Czy dokonałbyś atrybucji mówiącej o jej, przynajmniej częściowej, odpowiedzialności? Na przykład rozważałbyś, czy nie zachowywała się prowokująco tego wieczoru? Czy zwróciłbyś uwagę, iż wcześniej zaprosiła tego mężczyznę do swego pokoju? Badania Elaine Walster (1966) i innych koncentrowały się na atrybu- cjach, które ci badacze nazwali obwinianiem ofiary (np. Burger, 1981; Lemer, Simmons, 1966; Shaver, 1970). W wielu eksperymentach stwier- dzono, że ofiary zbrodni lub wypadków są często spostrzegane jako sprawcy swego losu. Potwierdza to częsta tendencja do przypuszczeń, że to ofiary gwałtu są temu winne (Burt, 1980) i że maltretowane żony są także odpowiedzialne za niewłaściwe zachowanie swych mężów (Summers, Feldman, 1984). Stosując takie uprzedzenia atrybucyjne, moż- na nie dostrzegać obecności przypadku w życiu i tego, że wypadek lub zbrodnia mogą czekać tuż za rogiem na niewinną osobę — taką jak ty. Owa wiara w sprawiedliwy świat pozwala trzymać na wodzy budzące lęk myśli o własnym zagrożeniu. Jednakże taka strategia obwiniania ofiar nie skutkuje, gdy nieszczęście dotyka kogoś bardzo nam podobnego. Jeżeli coś niedobrego zdarza się Sue, która jest bardzo do mnie podobna, to obwinianie jej za nieszczęście jest tym bardziej niebezpieczne dla mnie: jeśli Sue się mogło to przytrafić, to może również i mnie. W takiej sytuacji ludzie są skłonni sądzić, iż to nie ofiara była odpowiedzialna, i przypisać to czynnikom losowym. Na przy- kład w badaniu Thomtona (1984) studentki college'u czytały o napaści seksualnej, która przydarzyła się rzekomo jednej z nich. Połowa badanych była przeświadczona, że ofiara była do nich podobna pod względem po- staw i przekonań, pozostałe zaś nie znajdowały u siebie tego podobień- stwa. Gdy ofiara była spostrzegana jako niepodobna, winiono ją za napad wiara w sprawiedliwy świat: forma obronnej atrybucji, gdzie zakłada się, że zło dotyka złych ludzi, natomiast dobro spotyka dobrych 208 Rozdział 5 twierdząc, że była niezbyt inteligentna, nieodpowiedzialna czy słabo przy- stosowana; innymi słowy, obwiniano ofiarę. Natomiast gdy była spostrze- gana jako podobna, wówczas pojawiała się większa skłonność do zrzucania winy za napad raczej na czynniki losowe niż na charakter ofiary. Na ile dokładne są nasze atrybucje i wyobrażenia Gdy dokonujemy atrybucji, to naszym celem jest uzyskanie możliwości zrozumienia innych i przewidzenia, co zrobią. Jeżeli skutecznie przebrnie- my przez złożone poziomy zachowania społecznego, wówczas adekwat- nym wnioskiem wyjaśniającym powód, dla którego Jake źle się wobec nas zachował, będzie stwierdzenie, iż czuje się niepewnie i dlatego za- chowuje się agresywnie w biurze (mimo że jest odprężony i uprzejmy w domu). Zyskujemy w ten sposób dobrą podstawę do przewidywania, co Jake może zrobić w przyszłości — niezależnie od tego, gdzie go spot- kamy. By przewidywać zachowania ludzi wobec nas, nasze atrybucje po- winny być tak dokładne, jak to tylko możliwe. Jak dokładne są nasze atrybucje i wyobrażenia? Czy mamy rację, kiedy określamy, dlaczego inni coś robią, i wnioskujemy o tym, jacy są? Zetknęliśmy się z tym pytaniem, gdy omawialiśmy stosowane przez ludzi skróty poznawcze. Te teorie mogą ich zwieść na manowce (np. podsta- wowy błąd atrybucji) tak jak wówczas, gdy ulegają potrzebie podtrzymania swej samooceny i chęci uniknięcia poczucia, że są śmiertelni. Nas jednak głównie interesuje to, jak dokonujemy atrybucji przyczynowych i tworzy- my wyobrażenia innych. Kiedy już w toku atrybucji uformowaliśmy wy- obrażenie danej osoby, pojawia się kolejne pytanie: na ile byliśmy dokładni? To pytanie przeanalizujemy obecnie wnikliwiej. By to stwierdzić, Bella DePaulo, David Kenny i współpracownicy po- prosili grupy studentów z college'u, którzy się wzajemnie nie znali, by się spotkali i wzięli udział w różnych grach i zabawach prowadzonych w warunkach laboratoryjnych (DePaulo i in., 1987). Każdy badany z osob- na spędzał nieco czasu z trzema innymi członkami danej grupy. Wszyscy określali, jak dalece lubią każdego ze swoich partnerów i zgadywali, jak oni są przez nich lubiani. Nieoczekiwanie okazało się, że te wyobrażenia nie były zbyt dokładne. Gdy dotyczyły tego, kto lubi ich najbardziej, a kto najmniej, nie były bardziej dokładne niż wówczas, gdyby powstały na podstawie rzutu monetą. Nie są również szczególnie precyzyjne pierwsze wrażenia dotyczące cech osobowości drugiej osoby. Funder i Colvin (1988) stwierdzili, że kiedy ludzie oglądali na nagranich wideo osobę, która mó- wiła o sobie przez pięć minut, to ich wyobrażenia odnoszące się do jej osobowości były zaskakująco nieadekwatne. Oba te eksperymenty dotyczyły pierwszych wrażeń, jakie uzyskup ludzie na podstawie bardzo ubogiej informacji. W badaniu przeprowa- dzonym przez DePaulo i współpracowników (1987) badani spędzali w su- mie zaledwie dwadzieścia minut ze swymi partnerami, w badaniu Fun- dera i Colvina (1988) oglądali zaś zaledwie pięciominutowe filmy prezen- tujące daną osobę. Nie dziwi, iż nasze wyobrażenia dotyczące innych stąp się bardziej dokładne, gdy więcej się o nich dowiadujemy. Funder i Col- vin dowiedli tego, prosząc również bliskich przyjaciół owych badanych Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 209 Nieznajomi Bliscy przyjaciele Sędziowie RYCINA 5.10. Na ile dokładne są nasze wyobrażenia dotyczące osobowości innych? Nieznajomi oglądali taśmy wideo ukazujące studentów, a następnie oceniali ich osobowość. Wyobrażenia obcych o studentach bardzo słabo korespondowały z wyobrażeniami studentów o ich własnych osobowościach. Większa zgodność zachodziła pomiędzy wyobrażeniami bliskich przyjaciół i ich własnymi wyobrażeniami o sobie (zaczerpnięto z: Funder, Colvin, 1988) o określenie ich osobowości. Jak widać na rycinie 5.10, przyjaciele, którzy znali się przez półtora roku, dokonywali bardziej dokładnych opisów. Nie jest szczególnie odkrywczy wniosek, że im dłużej kogoś znamy, tym dokładniejsze są nasze sądy o nim. Niesie to jednak dość zaskakujące trudności. Po pierwsze, mimo iż przyjaciele dokładniej niż obcy wiedzą, jaki ktoś jest, to ich stopień dokładności nadal nie jest szczególnie impo- nujący. Spójrzmy jeszcze raz na rycinę 5.10 i zobaczmy, na ile dokładni byli bliscy przyjaciele w badaniu Fundera i Colvina. Pomiar dokładności odzwierciedla korelację między wyobrażeniami przyjaciół a własnymi wyobrażeniami studentów o sobie. Jak podano w rozdziale 2, korelacja może się zawierać w przedziale od -l do +1. Korelacja +1 oznaczałaby, iż wystąpiła pełna zgodność między studentami i ich przyjaciółmi. Fakt, że przeciętna zgodność wyniosła jedynie .27 oznacza, że jest jeszcze sporo do osiągnięcia w dokładności oszacowań przyjaciół. Po drugie, ludzie nie są tak precyzyjni, jak im się wydaje. Dunning, Griffin, Milojkovik i Ross (1990) stwierdzili, że choć zamieszkujący w tym samym pokoju studenci dość wiernie przewidywali własne zachowania, to i tak przeceniali tę dokładność. Nawet więc ludzie, którzy się dość dobrze znają, tworzą wyobrażenia, które odbiegają od doskonałości, i po- kładają zbyt wiele wiary w ich precyzję. Są to istotne ustalenia, ponieważ błędne wyobrażenia o ludziach mogą rodzić niepożądane konsekwencje. Jeżeli prowadzimy wywiad z kimś, kto się stara o pracę, lub wybieramy współmieszkańca pokoju, to dobrze jest mieć adekwatne wyobrażenie o tej osobie i wiedzieć, co sądzi ona o nas. Dlaczego nasze wyobrażenia dotyczące innych są czasem błędne Odpowiedź na pytanie, dlaczego nasze wyobrażenia o innych są czasem błędne, zawiera się w tym, co już powiedzieliśmy — zarówno w bieżącym rozdziale, jak i we wcześniejszych. Wiąże się to ze skrótami poznawczymi, które stosujemy, gdy formułujemy opinie społeczne. Pierwszym winnym jest nasz dobry znajomy — podstawowy błąd atrybucji. Ludzie zbyt łatwo Rzeczy rzadko są takimi, jakimi się wydają, śmietanka udaje krem. — W.S. Gilbert H.M.S. Pinafore, 1878 210 Rozdział 5 przychylają się do wniosku, że inni zrobili to, co zrobili, ponieważ tacy właśnie są, choć w rzeczywistości to sytuacja spowodowała, iż działali oni w ten właśnie sposób. Przypuśćmy, że spotkałeś Andreę na przyjęciu, gdzie zachowywała się otwarcie i towarzysko. Jest bardzo ożywiona, kiedy z tobą rozmawia, dużo się uśmiecha, a rękami wykonuje emfatyczne gesty. Jeśli jesteś jak większość ludzi, to stwierdzisz, że Andrea jest otwarta i towa- rzyska. Na ile jednak jesteś w tej ocenie dokładny? Niezbyt dokładny, jeśli to sytuacja społeczna skłoniła ją do takiego za- chowania. Być może w rzeczywistości Andrea na ogół nie jest szczególnie otwarta ani towarzyska. W rzeczywistości może być raczej nieśmiała i za- chowywać się z rezerwą, jednak znalazła się w sytuacji, gdzie większość ludzi zachowałaby się również bardziej bezpośrednio. Być może właśnie dowiedziała się, iż jest wśród najlepszych, którzy kończą studia, a może wypiła trochę za dużo. Jeśli tak, to nasz wniosek, iż jest ona otwarta i to- warzyska, będzie nieprawdziwy z powodu podstawowego błędu atrybucji: przecenienia rozmiaru, w jakim obecne zachowanie Andrei odzwierciedla jej zwykły sposób działania, i z powodu niedocenienia roli sytuacji. Inną przyczyną błędnych wyobrażeń są schematy, którymi się posłu- gujemy. Jak zauważyliśmy, ludzie stosują ukryte teorie osobowości, by wypełnić luki w swej wiedzy o innych i by wyjaśnić, dlaczego robią oni to, co robią. Stąd też nasze wyobrażenia są tak dokładne jak nasze teorie. Chociaż często wydają się poprawne, istnieje jednak mnóstwo tragicznych przykładów, że mogą one zwieść nas na manowce. Spójrzmy, co przydarzyło się Davidovi Rosenhanowi (1973). On i kilku innych ochotników, w pełni zdrowych psychicznie (na tyle, na ile można to było określić), zgłosili się w izbach przyjęć miejscowych szpitali psy- chiatrycznych. Udawali, że słyszą jakieś głosy, i wszyscy zostali przyjęci do szpitali, najczęściej z diagnozą schizofrenii. Poczynając od tego mo- mentu, zachowywali się już w absolutnie normalny sposób. Prowadzili sympatyczne pogawędki z personelem i innymi pacjentami, dużo czytali oraz oglądali telewizję. Jednak od kiedy zostali określeni jako schizofre- nicy i przyjęci do szpitala, bardzo trudno było personelowi — a więc psychiatrom, psychologom, pielęgniarkom i salowym — stwierdzić, czy byli oni normalnymi osobnikami. Gdy tylko w świadomości personelu wytworzył się schemat, że są ludźmi z poważnymi problemami psychi- cznymi, to wydawało się, iż personel ten nie potrafił uznać, że ich teoria była błędna. Żaden z owych pacjentów nie został zidentyfikowany jako oszust i wszystkich zatrzymano w szpitalu na wiele dni. (Jedna z osób spędziła w szpitalu ponad siedem tygodni, nim została zwolniona). Inte- resujące jest to, że pracownicy medyczni często interpretowali normalne zachowania jako potwierdzenie swych schematów odnoszących się do nieszczęsnych ochotników. Na przykład to, że wszyscy prowadzili pa- miętniki podczas swego pobytu w szpitalu, czasem spostrzegano jako wskaźnik zaburzeń psychicznych. Dlaczego czasem wydaje się, że nasze wyobrażenia są dokładne Zauważyliśmy, że nasze wyobrażenia o innych stają się bardziej dokładne, gdy się więcej o nich dowiadujemy, chociaż nadal wiele tu można po- prawić. Nawet doświadczeni psychiatrzy posądzają czasem całkowicie Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 211 normalnych ludzi o poważne problemy psychiczne. Jak wielokrotnie pod- kreślamy, ludzie, polegając za bardzo na schematach i teoriach, które są nieadekwatne, wydają się nie dostrzegać rozmiaru, w jakim zachowanie aktora jest uzależnione od czynników sytuacyjnych. Możesz jednak potraktować ten wniosek ze sporą dozą krytycyzmu. Z pewnością nie jest tak, że wszystkie nasze wyobrażenia są tak bezpod- stawne. Gdyby tak było, to czyż świat społeczny nie byłby pogmatwany i nieprzewidywalny, czyż nie byłby miejscem, gdzie ludzie zachowywa- liby się w sposób, który by nas ciągle zaskakiwał? Przeciwnie, wydaje się, że większość z nas potrafi zupełnie dobrze przewidywać zachowanie swych przyjaciół. Wiemy, kto będzie najbardziej ożywiony podczas przy- jęcia, kto wybrałby się raczej na mecz zawodowych zapaśników, a nie na balet, i kto byłby z nami, gdybyśmy potrzebowali pomocy. Skąd się bierze poczucie, że nasze wyobrażenia o innych są prawdzi- we, mimo dowodów, że dość często się mylimy? Dzieje się tak, ponieważ zawsze spostrzegamy kogoś w określony chj^na, ogóŁpowtarzających się okolicznościach, przy czym jest bez znaczenia, jak długo trwa nasza db1 'serwacja, gcIy~Trie-^r^g^^Jn3amy~^v^5?'wu^ew'nęB:zr^^ na zachBwafne^astanów się przez chwilę"nacT tym, jakT"]es{ twój wykła- dowca psychologii społecznej. Czy uważasz go za osobę bezceremonialną i skłonną do zabawy? Bardziej prawdopodobne jest, że bierzesz go za poważnego naukowca, zajętego swoim obszarem badań niż za osobę od- daną błahym czynnościom, jak zajadanie się lodami na patyku albo gra w bilard czy taniec przy muzyce rockowej. Wszakże czy to możliwe, iż popełniłeś podstawowy błąd atrybucji? Fakt, że nigdy nie widziałeś swego wykładowcy jedzącego lody, grającego w bilard czy tańczącego rocka podczas zajęć, mówi prawdopodobnie wię- cej o istocie prowadzenia zajęć niż o profesorze. Co więcej, ludzie często zakładają, że zachowanie, które obserwują, jest właściwym wskaźnikiem osobowości aktora. (Przynajmniej nasi studenci tak czynią, czego dowo- dem jest wyraz zdziwienia na ich twarzach, gdy poza zajęciami widzą nas zajadających lody na patyku). Przypuśćmy, że studenci popełniają podstawowy błąd atrybucji w oce- nie profesora. Czy to znaczy, że ich przewidywania dotyczące zachowania ich wykładowcy są błędne? A gdybyśmy ciebie zapytali, na ile prawdopo- dobne jest to, że podczas następnych zajęć wykładowca psychologii spo- łecznej będzie jadł lody na patyku? Prawdopodobnie odpowiedziałbyś, że to mało prawdopodobne, i niewątpliwie miałbyś rację. Ale dlaczego? Mó- głbyś mieć oczywiście rację mimo błędnych przesłanek, uważając, iż twój profesor nie będzie jadł lodów, ponieważ jest poważnym naukowcem, któ- ry nigdy nie zajmuje się drobnymi przyjemnościami. Prawdziwą przyczyną może być i to, że miejsce, w którym obserwujesz wykładowcę — sala lekcyjna — nie sprzyja doświadczaniu takich przyjemności. _Z_tego powodu podstawowy błąd atrybucji nie wpływa na nasze prze- widywaBia-d.atyc.zace ludzi tak długo, jak długo widzuny ich w ograni- czonej liczbie sytuacji. Kłopoty pojawiają się dopiero wówczas, gdy usiłu- jemy dokonać gieHErałtzacjj czyjegoś zachowania" z jednej sytuacji na inną", bardzo się od niej różniącą. Można to zademonstrować^pFzewidując^acKo- wania wykładowcy "w sytuacjach, w których go zazwyczaj nie oglądasz. Jak dalece jest prawdopodobne, że twój profesor psychologii społecznej tańczy rocka na przyjęciu? Odpowiedź może być dla ciebie zaskakująca, ponieważ często oglądamy ludzi jedynie w ograniczonej liczbie możliwych 212 Rozdział 5 sytuacji (np. tylko podczas zajęć, jedynie w pracy lub wyłącznie w gronie rodzinnym). Jednak to, że przeceniliśmy rolę osobowości w ocenie zacho- wania, często jest bez znaczenia (Ross, Nisbett, 1991). Istnieje również drugi powód, dla którego moglibyśmy przewidywać prawidłowo czyjeś zachowanie nawet wówczas, gdyby nasze wyobrażenie o danej osobie było błędne. Jest nim zasada samospełniającego się proroc- twa, omówiona w rozdziale 4. Nawet gdy początkowe wyobrażenie nie jest adekwatne, często potrafimy je uprawdopodobnić poprzez sposób, w jaki traktujemy daną osobę. Jeśli więc uważamy, że Jane jest zarozumiała i trzyma się z boku, to raczej nie będziemy chętni do wysiłku bycia dla niej miłym, a w rezultacie, zgadnij, co się stanie? Usuwa się na bok w naszej obecności. Jeśli natomiast, w naszej ocenie, Maria jest serdeczna i przyja- cielska, to tym bardziej będziemy rozpływać się w uśmiechach w jej obe- cności, i zgadnij, co się wówczas stanie? Wobec nas jest serdeczna i przy- jacielska. Błąd, jaki tu popełniamy, polega na założeniu, iż Jane i Maria zachowują się zawsze w ten sam sposób, ponieważ nie zdajemy sobie spra- wy, jak wiele ich reakcji zależy od naszego wobec nich postępowania. Mógłbyś to odkryć, gdybyś kiedyś porównał swoje spostrzeżenia dotyczące wspólnych znajomych z takimiż spostrzeżeniami swego przyjaciela. Wów- czas stwierdziłbyś, że wasze wyobrażenia są bardzo różne. Ledwie byś uwierzył, że mówicie o tej samej osobie. Tak naprawdę, to nie twierdziłbyś, że wasz wspólny znajomy może być serdeczny i przyjacielski wobec ciebie, lecz wycofujący się i rywalizujący w obecności twego przyjaciela, zależnie od oddziaływania samospełniającego się proroctwa. By podnieść dokładność swych atrybucji i wyobrażeń, pamiętaj, że ist- nieje podstawowy błąd atrybucji oraz działa zasada samospełniającego się proroctwa i spróbuj im przeciwdziałać. Jeśli więc, na przykład, usłyszysz następnym razem o ofierze morderstwa lub wypadku, powstrzymaj się od natychmiastowego obwiniania ofiary za to wydarzenie. Świat nie zawsze jest sprawiedliwy; zło przydarza się również dobrym ludziom. Rozglądaj się za innymi rodzajami tendencyjnego spostrzegania, o których również mówiliśmy, takimi jak nadmierne poleganie na ukrytych teoriach osobo- wości. Po tych upomnieniach wróćmy do ustaleń. Zgadza się, dość poprawnie spostrzegamy innych ludzi. Naprawdę, zazwyczaj funkcjonujemy bardzo sprawnie. Uczymy się czytać i interpretować niewerbalne formy komu- nikowania się; w rzeczywistości na ogół jesteśmy w tym lepsi niż sądzimy. Bardziej prawdziwie spostrzegamy innych, gdy ich lepiej poznamy, a po- nieważ większość naszych najważniejszych interakcji społecznych odnosi się do ludzi, których dobrze znamy, jest to dobra wiadomość. Mówiąc krótko, potrafimy dokonywać zarówno zadziwiająco poprawnych osza- cowań, jak i popełniać straszliwe błędy atrybucyjne — jak będzie w two- im życiu, zależy od ciebie. Spostrzeganie społeczne jest badaniem, jak powstają nam zrozumieć i przewidywać świat społeczny wokół nas. wyobrażenia i w jaki sposób ludzie wnioskują o innych. Jednym ze źródeł informacji jest niewerbalne zachowa- Nieustannie tworzymy wyobrażenia, ponieważ pomagają nie innych. Komunikacja niewerbalna służy wyrażaniu Spostrzeganie społeczne: jak dochodzimy do rozumienia innych ludzi 213 emocji, przenoszeniu postaw, informowaniu o cechach osobowości oraz ułatwia i reguluje wypowiedzi słowne. Badania dowodzą, że ludzie potrafią poprawnie odkodo- wywać subtelne przestanki niewerbalne^Swiadczy o tym na przykład to, że wszędzie na świecie ludzie poprawnie spostrzegają sześć głównych emocji. Inne wyrazytwarzy źimeJuaja się iare?nre'odTulturow(^z^]t^^ reguł łijawn,janią. Reguły te określają, jaką mimiką win- ną się pojawić. Emblematy, czyli niewerbalne gesty, ma- jące określone znaczenia, są również zdeterminowane kulturowo. Na ogól kobiety lepiej rozumieją i przekazują emocje w sposób niewerbalny, z jednym wyjątkiem — slabiej wykrywają tą drogą czyjeś kłamstwa. Zgodnie z teorią roli społecznej, uwzględniającej różnice płciowe, może to być spowodowane tym,' iż w wieTu"sporećźno- śdach kobiety przyswoiły sobie inne niż mężczyźni umie- jętności, a jedna z nich nakazuje im uprzejmość w inter- akcjach społecznych, a w konsekwencji niedostrzeganie tego, że ktoś kłamie. Dokonując ątrybucji, wykorzystujemy również roz- maite skróty poznawcz-F-^^^^ChenTafy l tmrte:" Jednym z takich skrótów jest podstawowytlt^d' Bli'ylWcJ!'"J?st"to tendencja doiSrZećenTania 'wpoStępcWarauTudzi rón'we- __ •__,—..-——"—....»———-——^•'^—^-tunrayu^^ wnętrznych, dyspozycyjnych właściwości. Jest tak dlate- .-.--', ' -—••F •'""-'•-••'•^.•mwi.^.M^ go, że zachowanie człowieka mą często dla spostrzegania większą ważność niż kontekst sytuacyjny. Różnica mię- dzy aktorem a obserwatorem jest istotą podstawowego błędu ątrybucji: jesteśmy bardziej skłonni popełniać ten błąd, gdy wyjaśniamy zachowanie innych, niż wówczas, gdy wyjaśniamy własne zachowanie. Na dokonywane atrybucje wywiera również wpływ potrzeba ochrony swej samooceny (atrybucje w służbie ego) wraz z po- trzebą unikania poczucia własnej śmiertelności (atrybu- cje obronne). Jedną z form ątrybucji obronnej jest, doty- czący przyszłości, nierealistyczny optymizm, który każe nam sądzić, że to rączej nam niż innym ludziom sprzyjać będzie szczęście. Inną jest wiara w sprawiedliwy świat, w to, że zło przydarzą się złym ludziom, dobro zaś do- brym. Jak dalece są dokładne nasze atrybucje i wyobrażenia dotyczące innych? Nie dziwi, że im bliżej kogoś znamy, tym pełniejsza jest nasza wiedza o nim. Wszak nawet gdy oceniamy ludzi, których dobrze znamy, stosowane przez nas skróty poznawcze mogą czasem prowadzić do błędnych wyobrażeń. Mamy, na przykład, tendencję do tworzenia ątrybucji z dyspozycji częściej niż to jest uza- sadnione. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę, iż nasze wyobrażenia są błędne, ponieważ spostrzegamy in- nych w ograniczonej liczbie możliwych sytuacji oraz dla- tego, że to, jak ich traktujemy, sprawia, że zachowują się wobec nas w taki sposób, jakiego od nich oczekujemy (samospełniające się proroctwo). Fiske S.T„ Taylor S.E. (1991). Social cognition (wyd. II). New York: McGrąw-Hill. Encyklopedyczny przegląd publikacji poświęconych spostrzeganiu społecznemu. Jones E.E. (1990). Interpersonal perception. New York: Free- man. Nowoczesny przegląd problematyki spostrze- gania społecznego (z uwydatnieniem teorii ątrybucji). McArthur L.Z. (1990). Social perception. Pacific Grove, CA: Brooks/Cole. Ogólny przegląd problematyki spo- strzegania społecznego i tworzenia wyobrażeń. Ross L., Nisbett R.E. (1991). The person and the situation: Perspectiyes of social psychology. New York: McGrąw- -Hill. Żywe, poglębione^omówienie wielu obszarów spostrzegania społecznego. as Collet P. (1994). Historia a badania nad zachowaniem ekspre- syjnym. W: W. Domachowski, M. Argyle (red.). Reguły życia społecznego. Oksfordzka psychologia społeczna. War- szawa: PWN. Domachowski W. (1993). Psychologia społeczna komunikacji niewerbalnej. Toruń: EDYTOR. Lewicka M. (1993). Aktor czy obserwator. Warszawa-01- sztyn: Pracownią Wydawniczą PTP. h 11 u a: i t ttiniwe sienie; w ymyi] M z Jest jedna rzecz, i tylko jedna w całym wszechświecie, o której wiemy więcej, niż moglibyśmy się dowiedzieć z zewnętrznej obserwacji. Tą jedyną rzeczą jesteśmy [my sami]. Mamy, że tak powiem, wewnętrzną informację; jesteśmy wtajemniczeni. — C.S. Lewis, 1960 Jesteśmy nieznani, my poznający, sami dla śieNe; ma to swoje logiczne uzasadnienie. Nigdy nie poszukiwaliśmy siebie — jak więc kiedykolwiek mielibyśmy się odnaleźć? — 1'rtefteicK Nietesche, 1918 astanów się chwilę, w jakim teraz jesteś nastroju. Odczuwasz wesołość czy smutek? Zmęczenie czy przypływ energii? Spokój czy irytację? Zwykle dość łatwo jest odpowiedzieć na takie pytania; jak pisze C.S. Lewis, jesteśmy „wtajemniczeni" w to, co dotyczy nas samych. Niewielu z nas jednak twierdziłoby, że zna siebie w sposób doskonały. Czasami nasze myśli i uczucia tworzą pogmatwaną 216 Rozdział 6 plątaninę wzajemnie sprzecznych reakcji. A nawet jeśli wiemy, co odczuwamy, nie zawsze jest oczywiste, dlaczego właśnie to. Jak daje do zrozumienia Nietzsche, jest w nas wiele zjawisk tajemniczych i trudnych do określenia. Na przykład, czy miałeś kiedyś pewność, że wiesz dokładnie, jak byś przeżywał określone doświadczenie, ale kiedy to rzeczywiście się stało, odkryłeś, że twoje uczucia są w istocie zupełnie inne? Powieściopisarz Marcel Proust przedstawił taką właśnie sytuację w swoim półautobiograficznym dziele W poszukiwaniu straconego czasu. Narrator, Marcel, jest przekonany, że nic już w nim nie pozostało z uczuć do jego kochanki, Albertyny. Od miesięcy rozmyśla nad porzuceniem jej. I oto któregoś dnia służąca przynosi mu wiadomość: Albertyna odeszła. W tym momencie Marcel uświadamia sobie, jak mało znał samego siebie: Przed chwilą jeszcze, analizując siebie, sądziłem, że to zaoczne rozstanie było właśnie rzeczą, której pragnąłem, i porównując mierność przyjemności dostarczanych mi przez Albertynę z bogactwem pragnień, których realizację mi uniemożliwiała [...] doszedłem do wniosku, że nie chcę już jej widzieć, że już jej nie kocham. Ale słowa: „Panna Albertyna pojechała", sprawiły w mym sercu taki ból, że dłużej mu się opierać nie byłem w stanie; [...] Zgadywałem niejasno, że jeśli przed paroma minutami, gdym jeszcze nie zadzwonił, odejście Albertyny wydawało mi się czymś obojętnym, }\ [ a nawet pożądanym, to dlatego żem je uważał za nieprawdopodobne, i w tym właśnie kierunku poszedł mój instynkt samozachowawczy, kiedy przykładał do mej otwartej rany pierwsze środki uśmierzające [...] Tak, dopiero co [...] sądziłem, że już nie kocham Albertyny, byłem przekonany, jako ścisły analityk, że nic z tego uczucia nie pozostało. [...] Myliłem się wyobrażając sobie, że widzę jasno w mym sercu. (Przekłożył Maciej Żurowski) Kłopoty Marcela z rozpoznaniem swoich uczuć odsłaniają wiele interesujących Odkrycie siebie kwestii związanych z samowiedzą. W jaki sposób rozumiemy nasze własne myśli i uczucia? Czy jesteśmy bardziej podobni do osoby znającej wnętrze, opisanej przez C.S. Lewisa, czy też bardziej do istot obcych sobie samym, o których mówił Nietzsche? I w jaki sposób osiągamy naszą — mniejszą czy większą — samowiedzę? W tym rozdziale zobaczymy, jak na te odwieczne pytania odpowiadają psychologowie społeczni. Natura Ja Kim jesteś? Jak stałeś się tą osobą, o której mówisz „ja"? Twórca amery- kańskiej psychologu, William James (1842-1910), opisał podstawowy du- alizm w samym rdzeniu naszego spostrzegania Ja. Po pierwsze. Ja składa się z naszych myśli i przekonań dotyczących nas samych, czy też z tego, co Jąmes (1890) nazwał „poznawanym" albo krócej — Ja. Po drugie. Ja to aktywny odbiorca informacji, który ją przetwarza, czyli „poznający". Ja. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 217 - .\-^- .. tert.,:.^., .••-.....-:... -^,,^ . If ::- William James (1842-1910) pisał obszernie o naturze Ja. W terminologii współczesnej Ja „poznawane" określa się jako pojęcie Ja albo definicję Ja, a Ja „poznające" jako świadomość. Obydwa te procesy psychiczne łączą się, tworząc spójne poczucie tożsamości: Twoje Ja jest zarówno książką (pełną fascynujących treści, które się tu z czasem nagro- madziły), jak i jej czytelnikiem (który w dowolnym momencie może zaj- rzeć do określonego rozdziału albo dopisać nowy fragment). Poza rozróżnieniem „poznającego" i „poznawanego" James (1890) podkreślał znaczenie relacji społecznych dla naszej definicji Ja. Jak na- pisał „...człowiek ma tyle społecznych Ja, ile jest jednostek, które go roz- poznają i które noszą w swoich umysłach jakiś jego obraz" (1910, t. l, s. 294). Tak więc niektóre strony twojego Ja uwidaczniają się wyraźnie, kiedy przebywasz z jedną grupą ludzi, a inne, gdy przebywasz z inną (Cantor, Kihistrom, 1987; Gergen, 1971; Markus, Nurius, 1986). Na przy- kład, kiedy ktoś przebywa w stadninie, ujeżdżając swojego konia albo gawędząc z innymi jeźdźcami i z ludźmi, którzy tu pracują, to ujawnia odmienną stronę własnego Ja niż wtedy, kiedy wraz z kolegami ucze- stniczy w ogólnokrajowej konferencji psychologicznej. Jego „stajenne Ja" jest mniej formalne, mniej intelektualne. W tym otoczeniu zmienia się jego słownictwo, tematy prowadzonych rozmów, a nawet sposób cho- dzenia i stania. Każde z tych różnych Ja jest poznane, ale do poznającego należy identyfikacja warunków, w których właściwe jest przejawianie tego Ja, a nie innego. Rozwój poczucia Ja wymaga zdania sobie sprawy z tego, że jest się poznającym i że istnieje w istocie coś, co ma być poznane. Jak dowodzą badania nad różnymi gatunkami ssaków (Povinelli, 1993), to osiągnię- cie wcale nie jest takie banalne. Czy zwierzęta mają poczucie Ja? Jedy- nym sposobem uzyskania odpowiedzi na to pytanie jest umieszczenie przed zwierzęciem lustra — czy wie ono, że odbicie w lustrze to ono samo, czy też sądzi, iż znajduje się tam inne zwierzę? W fascynującej serii badań Gordon Gallup (Gallup, 1977; Gallup, Suarez, 1986) umiesz- czał zwierzę — małpę człekokształtną (szympansy, goryle, orangutany), pojęcie Ja: zawartość naszego Ja, to znaczy spostrzegane przez nas nasze własne myśli, przekonania i cechy osobowości Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 219 od dwudziestu jeden do dwudziestu pięciu miesięcy dotykało swojego pomalowanego różem nosa, a robiło to tylko 25% dzieci w wieku od dziewięciu do dwunastu miesięcy. Jednakże przejście od rozpoznawania siebie w lustrze do wieloaspe- ktowej, złożonej definicji Ja, którą dysponują ludzie dorośli, to niemałe osiągnięcie. Psychologowie badali, jak zmienia się pojęcie Ja od dzieciń- stwa do dorosłości. Stawiali oni przed osobami w różnym wieku proste pytanie: „Kim jesteś?" Z reguły początkowo nasze pojęcie Ja ma charakter konkretny, odnosząc się do wyrazistych, łatwych do zaobserwowania cech, takich jak wiek, płeć, sąsiedztwo, hobby. Na przykład dziewięcio- latek w badaniach, które przeprowadzili Montemayor i Eisen (1977), od- powiadał na pytanie: „Kim jesteś?" w sposób następujący: „Mam brązowe oczy. Mam brązowe włosy. Mam brązowe brwi. Jestem chłopcem. Mam wujka mierzącego prawie siedem stóp" (Montemayor, Eisen, 1977). W miarę jak dojrzewamy, kładziemy mniejszy nacisk na cechy fizyczne, a większy na stany psychiczne (np. nasze myśli i uczucia) oraz na to, jak nas oceniają inni ludzie (Hart, Damon, 1986; Livesley, Bromley, 1973; Mon- temayor, Eisen, 1977). Oto odpowiedź na pytanie: „Kim jesteś?" udzielona przez dwudziestoletniego studenta: Jestem istotą ludzką... Jestem osobą o zmiennych nastrojach. Jestem osobą niezdecydowaną. Jestem osobą ambitną. Jestem osobą bardzo ciekawą. Nie jestem indywidualnością. Jestem samotnikiem. Jestem Amerykaninem (Bo- że, dopomóż mi). Jestem demokratą. Jestem osobą liberalną. Jestem rady- kałem. Jestem konserwatystą. Jestem pseudoliberałem. Jestem ateistą. Nie jestem osobą, która daje się zaklasyfikować (to znaczy, nie chcę nią być). (Montemayor, Eisen, 1977, s. 318) Definicje Ja w różnych kulturach Zanim zakończymy nasze rozważania o naturze Ja, powinniśmy zauwa- żyć, że opisujemy Ja określonego rodzaju — takie, które jest zakotwiczo- ne w kulturze Zachodu końca XX w. Czy wszędzie ludzie konceptualizują Ja w taki sposób, jak my to robimy? Czy jest możliwe, że ludzi różni coś, co wydaje się tak podstawowe? Odpowiedź brzmi: tak. Ostatnie badania psychologiczno-historyczne i między kulturowe dowodzą wyraźnie, że pojęcie Ja jest kształtowane zarówno przez kulturę, jak i przez epokę hi- storyczną. Na przykład Roy Baumeister (1987) opierając się na źródłach historycznych i literackich, prześledził dzieje pojęcia Ja na przestrzeni dziesięciu wieków cywilizacji Zachodu. Pojęcie Ja u ludzi późnego śred- niowiecza (od wieku XI do XV) byłoby dziś trudno rozpoznać. Świadec- twa wskazują na to, że rzadko poddawali siebie introspekcji (to jest my- śleli o własnym Ja, własnych pragnieniach itp.) i rzadko rozdzierały ich wewnętrzne wątpliwości czy konflikty. Jak napisał Baumeister (1987), „sa- mowiedzy nie uważano za jakiś istotny problem" (s. 165), ponieważ toż- samość człowieka średniowiecza była określona już w momencie jego uro- dzenia. To, kim i czym mógł zostać, wyznaczała jego pozycja społeczna, powiązania rodzinne, a zwłaszcza jego płeć. Definicja Ja zbliżona do na- szej współczesnej pojawiła się dopiero w wieku XVII, kiedy to u puryta- nów zrodziła się samoświadomość i samopoznanie. Zgodnie z ich reli- gijnym przekonaniem o predestynacji już w momencie urodzenia jest 220 Rozdział 6 Pojęcie Ja jest częściowo zależne od kultury, w której funkcjonuje. Na przykład w perspektywie historycznej niektóre kultury Indian amerykańskich spostrzegały Ja jako głęboko osadzone w szerszej grupie społecznej. przesądzone, czy człowiek znajdzie się w gronie zbawionych czy potę- pionych. Stąd purytanie mieli silną motywację do starannego badania sie- bie w poszukiwaniu wskazówek (ukrytych w ich głębokiej, wewnętrznej naturze) mówiących o własnym przeznaczeniu (Baumeister, 1987). W ten sposób po raz pierwszy pojawiło się pojęcie ukrytego, głębokiego wewnę- trznego Ja. Tak jak pojęcie Ja w kulturze Zachodu rozwijało się i zmieniało z bie- giem czasu, tak definicje zrodzone poza tą kulturą różnią się od naszych definicji (Markus, Kitayama, 1991). Na przykład antropolog Dorothy Lee (1959) odtworzyła charakter pojęcia Ja w kulturze rdzennych Ameryka- nów Wintu z Kalifornii Północnej. Przeprowadzając analizę języka, się- gając do literatury biograficznej oraz do wspomnień potomków tych ludzi, Lee (1959) znalazła intrygujące dane, które świadczą, że Wintu nie mieli poczucia Ja jako odrębnej istoty. Autorka pisze: „Charakteryzując kulturę Wintu, nie możemy mówić o Ja i o społeczności, ale raczej o Ja w społe- czności" (s. 132). Wintu nie mieli słowa odpowiadającego naszemu „ja". Ich wypowiedzi były związane z obserwacjami rzeczy, które znajdują się poza Ja, a nie z introspekcją czy też z ich własnymi myślami. Nie istniało u nich rozgraniczenie pomiędzy osobą a na przykład tym, w co była ubra- na. Zdanie: „Masz na sobie ładną suknię w paski" w przekładzie na język Wintu brzmiałoby: „Jesteś w ładne paski sukni". Dla Indian Wintu Ja nie miało wyraźnych granic: zlewało się ze wszystkimi innymi rzeczami, wy- łaniało się z nich i wtapiało w nie. W naszej społeczności — parafrazując Williama Szekspira — „Ja jest miarą wszystkich rzeczy". Jakkolwiek na- turalna wydaje się nam ta koncepcja Ja, należy pamiętać, że to tylko pewna interpretacja, a nie nierozerwalnie z nami związana rzeczywistość. Niezależnie od tego, jakie dokładnie jest nasze Ja, zastanówmy się, skąd bierzemy informację o sobie samych? W jaki sposób poznajemy siebie? Jakie są źródła danych, na których się opieramy, budując to pojęcie Ja? W następnych częściach rozdziału omówimy cztery sposoby dochodzenia do wiedzy o sobie samych. Są to: introspekcją, czyli inaczej myślenie o so- bie, obserwacja własnego zachowania, schematy Ja i interakcja społeczna. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 221 Poznawanie siebie poprzez Introspekcję Kiedy oznajmiliśmy, że zamierzamy opisać źródła informacji, którą wy- korzystujesz, budując swoje pojęcie Ja, przypuszczalnie pomyślałeś: „Wielkie nieba! Nie muszę się tego dowiadywać z podręcznika psycho- logii społecznej! To nie jest naprawdę żadna niespodzianka: po prostu myślę o sobie. Nic wielkiego". Innymi słowy, opierasz się na introspekcji, czyli spoglądasz w głąb siebie i badasz „wewnętrzną informację" o swoich myślach, uczuciach i motywach — informację, którą masz ty i tylko ty. Rzeczywiście — kiedy poddajesz siebie introspekcji, znajdujesz pewne odpowiedzi. Z introspekcją wiążą się jednak dwa interesujące fakty. Po pierwsze, ludzie nie korzystają z tego źródła informacji tak często, jak można by sądzić — poświęcają zaskakująco mało czasu na myślenie o sobie. Po drugie, nawet gdy dokonują introspekcji, to przyczyny ich zachowań i odczuć mogą być ukryte przed ich świadomością. Krótko mówiąc, dokładne analizowanie siebie nie jest tym wszystkim, za co jest uważane, i gdyby to miało być naszym jedynym źródłem wiedzy o sobie, bylibyśmy w wielkim kłopocie. Jak często myślimy o sobie samych? Zęby dowiedzieć się tęgo, Mihały Csikszenmihałyi i Thomas Figurski (1982) poprosili 107 pracowników w wieku od 17 do 63 lat, zatrudnionych w pięciu różnych firmach, by przez tydzień nosili przy sobie brzęczyki. Włączały się one siedem razy dziennie między godziną 7.30 a 22.30 w losowo zmieniających się odstę- pach czasu. Po odezwaniu się brzęczyka uczestnik badań odpowiadał na pytania, co robił w danej chwili, o czym myślał i w jakim był nastroju. Odpowiedzi grupowano według różnych kategorii treściowych, wśród których była kategoria „myśli dotyczące siebie" (np. „Ale leniwie spędzi- łem cały dzień", „To boli" albo „Czemu jestem taka gruba?"). Jak poka- zuje rycina 6.1, ludzie zaskakująco rzadko myśleli o sobie samych. Tylko 8% wszystkich zapisanych spostrzeżeń (4271) dotyczyło Ja. Uczestnicy badań częściej kierowali swą uwagę na pracę, codzienne obowiązki i ogra- niczenia czasu. W rzeczywistości odpowiedź „brak myśli" pojawiała się znacznie częściej niż wzmianki o myślach dotyczących Ja. Jak z tego wy- nika, chociaż oczywiście czasami oddajemy się introspekcji, nie robimy tego często. Przeważająca część naszych codziennych myśli dotyczy ba- nalnych spraw powszedniego życia, innych ludzi i naszych z nimi roz- mów (patrz ryć. 6.1). introspekcją: proces, w którym człowiek spogląda w swoje wnętrze i bada swoje myśli, uczucia i motywy Często żałuję, że nie mam czasu na rozwijanie w sobie skromności [...] Ale jestem zbyt zajęta myśleniem o sobie. — Damę Edith Sitwell Teoria samoświadomości Co się dzieję, gdy myślimy o sobie? Jakie są konsekwencje odwrócenia uwagi od otaczającej nas rzeczywistości i skierowania świadomości na siebie samych? Jak wiemy już z badań Csikszenmihałyiego i Figurskiego (1982), nie koncentrujemy się na sobie zbyt często. Niekiedy jednak na- potykamy w otoczeniu coś, co „włącza" samoświadomość. Może to być wiedza o tym, że inni na nas patrzą, własny glos słyszany z magnetofonu, swój obraz na wideo czy własne odbicie w lustrze. Na przykład, gdy oglądasz na domowym wideo film nakręcony przez przyjaciółkę jej nową kamerą i ty jesteś jego głównym bohaterem, znajdziesz się w stanie samo- świadomości, to znaczy skierujesz uwagę na siebie. Rozdział 6 Procent myśli pi i do poszczególnych kategorii (sumuje rie do 100%) RYCINA 6.1. „O czym myślisz?" Przez tydzień ludzie nosili przy sobie brzęczyki, które włączały się kilka razy dziennie w losowo ustalonych odstępach czasu. Za każdym razem, kiedy zabrzmiał brzęczyk, opisywali, o czym właśnie myśleli. Myśli dotyczące Ja pojawiały się zdumiewająco rzadko (zaczerpnięto z: Csikszenmihałyi, Figurski, 1982) teoria samoświadomości: koncepcja przyjmująca, że kiedy człowiek koncentruje uwagę na sobie samym, zaczyna oceniać własne zachowanie i porównywać je ze swymi wewnętrznymi normami i wartościami Zgodnie z teorią samoświadomości gdy koncentrujemy się na sobie, oceniamy własne zachowanie i porównujemy je z naszymi wewnętrznymi normami i wartościami (Carver, Scheier, 1981; Duval, Wicklund, 1972; Wicklund, 1975; Wicklund, Frey, 1980). Krótko mówiąc, rzeczywiście sta- jemy się świadomi siebie, gdyż zaczynamy obiektywnie, oceniające ob- serwować siebie samych. Czy zachowujemy się tak, jak naszym zdaniem powinniśmy? Powiedzmy, że żywisz przekonanie, iż należy postępować uczciwie w stosunku do przyjaciół. Pewnego dnia rozmawiając z przyja- cielem, okłamujesz go. W trakcie tej rozmowy dostrzegasz swoje odbide w dużym lustrze. Oto jestem, myślisz przypatrując się sobie, mała glizda, która właśnie okłamała przyjaciela. Według Shelleya Duvala i Roberta Wicklunda (1972) nagle staniesz ss< świadomy rozbieżności między własnym zachowaniem a twymi standa- rdami czy oczekiwaniami określającymi zachowanie pożądane. Jeśli bę- dziesz mógł zmienić zachowanie, by stało się zgodne z twoimi wewnęhz- nymi dyrektywami (np. mówiąc przyjacielowi coś szczególnie miłego albo przyznając się do kłamstwa i prosząc o wybaczenie), to tak postąpisz. W wy- padku poczucia, że nie możesz zmienić zachowania, pozostawanie w stanie samoświadomości będzie bardzo nieprzyjemne, ponieważ musisz wtedy stawiać czoło przykrej informacji zwrotnej o samym sobie. W takiej sytuacp przerwiesz ów stan tak szybko, jak tylko to będzie możliwe (np. odwraca- jąc się plecami do lustra albo żegnając się z przyjacielem i wychodząc z pokoju). Rycina 6.2 ilustruje ten proces pokazując, jak samoświadomość Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 223 -,<0»- (2) Ta wskazówka wywołuje u ciebie stan samoświadomości... Stajesz się świadomy siebie i myślisz o sobie... (1) Napotykasz w swoim otoczeniu coś, co powoduje, że koncentrujesz się na Ja (np. lustro, kamerę albo jakieś audytorium). (5a) Zmieniasz swoje zachowanie tak, by było zgodne z twoimi normami dotyczącymi ciebie samego. Czujesz się świetnie. (5) Porównujesz swoje obecne myśli lub zachowanie z własnymi wewnętrznymi normami bądź oczekiwaniami w stosunku do siebie. Czy są zgodne? (5b) Jeżeli nie możesz lub nie chcesz zmienić swojego zachowania... Czujesz się okropnie! Uciekasz od stanu samoświadomości tak szybko, jak tylko potrafisz. (4b) Jeżeli TAK.. wszystko gra! RYCINA 6.2. Teoria samoświadomości. Konsekwencje skoncentrowania uwagi na sobie (zaczerpnięto z: Carver, Scheier, 1981) sprawia, że zaczynamy sobie uświadamiać własne wewnętrzne normy, a także, w jaki sposób ukierunkowuje nasze dalsze zachowanie. Przedmiotem badań był związek pomiędzy samoświadomością i za- chowaniem moralnym (Carver, 1975; Gibbons, 1978). Na przykład Edward Diener i Mark Wallbom (1976) dawali uczestnikom badań test anagra- mów, o którym mówiono, że pozwala na trafną ocenę inteligencji i zdol- ności do radzenia sobie na studiach. Celowo posłużono się testem bardzo trudnym, takim, żeby w wyznaczonym czasie nikt nie mógł wykonać więcej niż połowę zadań. Zatem uczestnikom badań zależało na uzyska- niu dobrych wyników (i wykazaniu się inteligencją), ale otrzymali diablo trudny test, którego nie mogli dobrze rozwiązać. Co wobec tego zrobią? Czy mając możliwość oszukiwania, skorzystają z niej? Wcześniejsze bada- nia pokazały, że ogromna większość indagowanych studentów college'u zgadza się co do tego, iż oszukiwanie jest moralnie naganne. Zakładano więc, że uczestnicy eksperymentu mają wewnętrzną normę nakazującą im, by tego nie czynić. Ale czy powstrzymają się przed oszukiwaniem jedynie wtedy, gdy ta norma zostanie uwydatniona — to znaczy, gdy uaktywniona zostanie ich samoświadomość? Diener i Wallbom (1976) stworzyli sprzyjającą oszukiwaniu sytu- ację, mówiąc uczestnikom badań, że mają na wykonanie testu pięć minut, Rozdział 6 a specjalne urządzenie zasygnalizuje, że czas upłynął — eksperymenta- tor wróci jednak dopiero po dziesięciu minutacii, bo w innym pokoju będzie udzielał instrukcji kolejnej osobie przystępującej do testu. Połowa badanych wykonywała test w warunkach wywołujących stan samoświa- domości. Służyło temu duże lustro umieszczone bezpośrednio przed ba- danym oraz magnetofon odtwarzający jego własny głos — rzekomo w celu sprawdzenia, w jaki sposób na wyniki testu wpływa czynnik roz- praszający uwagę. Druga połowa uczestników eksperymentu miała lustro za sobą, a magnetofon odtwarzał głos innej osoby. Czy uczestnicy badań przerwą test, kiedy rozlegnie się dzwonek, czy będą kontynuowali pracę? Czy samoświadomość wpłynie na wybór jednej z tych możliwości? Tak jak przewidywano, jednostki samoświadome potrafiły oprzeć się poku- sie: oszukiwało tylko 7% badanych. Pozostali, nie wprowadzani w stan samoświadomości, ulegali pokusie: oszukiwało 71% badanych. Podobnie w badaniach nad dziecięcym kwestowaniem „poczęstujesz albo pożału- jesz" w święto Halloween stwierdzono, że dzieci rzadziej łamały reguły i brały więcej niż jeden cukierek z „nie pilnowanego" talerza ze słody- czami, gdy stał on przed dużym lustrem (Beaman, Klentz, Diener, Sva- num, 1979). Samoświadomość nie zawsze jest stanem przyjemnym, ponieważ mo- że nam przypominać o tym, że nie sprostaliśmy własnym oczekiwaniom. To niezadowolenie z siebie bywa bolesne (czego świadectwem jest dyso- nans poznawczy) i często uciekamy od takiej autoanalizy, angażując się w inne działania, szukając bodźców przyciągających uwagę, takich jak telewizja czy muzyka, albo nawet tłumiąc nasz wewnętrzny głos za po- mocą narkotyków lub alkoholu (Huli, 1981; Huli, Young, 1983). W bada- niach, w których ludzie doznawali niepowodzenia, wykonując jakieś za- danie, stwierdzono, że celowo unikają oni później sytuacji wywołujących u nich stan samoświadomości, na przykład nie chcą wtedy siedzieć w po- koju, w którym znajduje się lustro i kamera telewizyjna (Archer, Hormuth, Berg, 1979; Duval, Wicklund, 1972). Jest jednakże jedna uboczna korzyść z faktu bycia samoświadomym. Cytat z Nietzschego na początku rozdziału sugeruje, że często nie poszu- kujemy siebie zbyt głęboko i że gdybyśmy to robili, odsłonilibyśmy ukryte myśli i uczucia. Zgodne z tym poglądem są dane, które mówią, że kiedy znajdujemy się w stanie samoświadomości, to dokonujemy bardziej traf- nych diagnoz swoich uczuć i cech charakteru (Carver, Scheier, 1981). John Pryor i jego współpracownicy (1977) stwierdzili na przykład, że ludzie wydawali celniejsze sądy dotyczące własnej osobowości, gdy sadzano ich przed lustrem (patrz również Millar, Tesser, 1986; Snyder, 1982; Wicklund, 1982). Ocenianie, dlaczego odczuwamy to, co odczuwamy; mówimy więcej niż wiemy Zatem kiedy ludzie znajdują się w stanie samoświadomości, na ogół wła- ściwie określają swoje odczucia czy też diagnozują własną osobowość. Znacznie trudniejsze jest jednak uzyskanie innego rodzaju samowiedzy, nawet jeśli jesteśmy samoświadomi i poddajemy introspekcji to, co prze- żywamy. Chodzi o poznanie przyczyn naszych uczuć. Wyobraź sobie, że usiłujesz znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego kogoś kochasz. Typowe Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 225 objawy zakochania to zawrót głowy, euforia i uwaga całkowicie skoncen- trowana na kochanej osobie. Starożytni Grecy nie bez racji sądzili, że mi- łość to choroba. Ale dlaczego to wszystko odczuwasz? Co szczególnego jest w tej osobie, że się zakochałeś? Większość z nas na próżno próbo- wałaby odpowiedzieć na to pytanie. Wiemy, że jest to coś, co wiąże się z jej wyglądem, z jej osobowością, wyznawanymi przez nią wartościami, z jej drogą życiową. Ale co dokładnie? Jak moglibyśmy ująć w słowach chemię tego specjalnego związku między dwiema osobami? Jeden z na- szych przyjaciół powiedział kiedyś, że zakochał się w kobiecie, ponieważ ona grała na saksofonie. Czy to był rzeczywiście jedyny powód? Czy cho- ciaż ważny? Serce działa w sposób tak tajemniczy, że niełatwo na te py- tania odpowiedzieć. Niestety, nie tylko miłość jest tak trudno wyjaśnić. Jeden z głównych dogmatów psychologii poznawczej głosi, że wiele spośród naszych pod- stawowych procesów poznawczych dzieje się poza świadomością (Kihl- strom, 1987; Mandler, 1975; Neisser, 1976). Nie znaczy to, że jesteśmy istotami myślącymi, które nie mają najmniejszego wglądu w siebie. Uświa- damiamy sobie rezultat naszych procesów myślowych (np. to, że jesteśmy zakochani), ale zazwyczaj nie mamy dostępu do przetwarzania poznaw- czego, które za ten rezultat jest odpowiedzialne. To jest tak, jak wówczas, gdy magik wyciąga królika z kapelusza: widzisz królika, ale nie wiesz, skąd się on tam wziął. Jak sobie radzimy z tym problemem królika? Chociaż często nie wie- my, dlaczego coś odczuwamy, wydaje się, że zawsze potrafimy znaleźć jakieś wyjaśnienie. Dlaczego? Jesteśmy dumnymi posiadaczami najpotęż- niejszej kory mózgowej, jaka rozwinęła się na tej planecie, i oczywiście robimy z niej użytek. (Niestety, nie otrzymaliśmy wraz z nią instrukcji obsługi). Tak więc, chociaż introspekcja nie musi prowadzić do prawdzi- wych przyczyn zachowania, potrafimy przekonać samych siebie, że nam je ujawniła. Richard Nisbett i Timothy Wilson badali to zjawisko albo raczej fakt, że mówimy więcej niż wiemy (Nisbett, Ross, 1980; Nisbett, Wilson, 1977; Wilson, 1985; Wilson, Stone, 1985). Przypomnij sobie badania Wilsona, Lasera i Stone'a (1982) wspomniane w rozdziale 4. Studenci college'u prowadzili dzienniczki, w których przez pięć tygodni zapisywali swój nastrój. Śledzili również inne zmienne, na przykład jaka jest pogoda albo jak długo spali poprzedniej nocy. Kiedy ich o to pytano, relacjonowali, że z ich nastrojem korelowało kilka zmiennych. Analiza danych pokazała jednak, że w wielu wypadkach się mylili. Na przykład większość była przekonana, że nastrój jest skorelowany z długością snu poprzedniej no- cy, podczas gdy zgromadzone dane takiej korelacji nie wykazały. Ucze- stnicy tych badań poddawali siebie introspekcji i znajdowali albo wy- myślali pewne logiczne teorie, które w rzeczywistości były fałszywe (por. również Bargh, Pietromonaco, 1982; Kihistrom, 1987; Lewicki, 1986; We- iss, Brown, 1977). Opierali się oni, przynajmniej częściowo, na pewnego rodzaju sche- macie, który określa się mianem teorii przyczynowości. Ludzie mają włas- ne teorie tłumaczące, co wpływa na ich uczucia i zachowanie (np. „Mój nastrój powinien zależeć od ilości snu ostatniej nocy") i często do nich sięgają, by wyjaśnić swój stan psychiczny (np. „Jestem w kiepskim na- stroju; głowę daję, że w dużym stopniu to skutek tego, że ostatniej no- cy spałem tylko sześć godzin"). Wiele z tych teorii przyswajamy sobie teoria przyczynowości: teoria dotycząca przyczyn naszych uczuć i zachowań; wiele z tych teorii przyswajamy sobie z kultury, w której żyjemy (np. „rozstania sprzyjają uczuciu") 226 Rozdział 6 z kultury, w której się rozwijamy: na przykład przekonanie, że rozłąka sprzyja uczuciu, że ludzie w poniedziałki mają zły nastrój albo że osoby po rozwodzie mają małe szansę na udane drugie małżeństwo. Jedyny problem tkwi w tym, że — jak była już o tym mowa w rozdziale 4 — nasze schematy i teorie nie zawsze są trafne, a zatem mogą prowadzić do błędnych sądów o przyczynach naszych działań. Rozważmy przykład pokazujący, jak funkcjonują teorie przyczyno- wości. Pewnego wieczoru Nisbett i Wilson mieli spotkanie w jakimś po- koju w budynku Uniwersytetu Michigan. Próbowali wymyślić sposoby sprawdzenia hipotezy, że introspekcja często nie daje odpowiedzi na py- tanie, dlaczego odczuwamy to, co odczuwamy, i że kiedy usiłujemy dojść do przyczyn naszych uczuć, sądów i działań, odwołujemy się do teorii przy czy nowości. Świetne pomysły się nie pojawiały i badacze zaczęli odczuwać frustrację spowodowaną brakiem postępu w dociekaniach. Wtedy zdali sobie sprawę (czy też tak im się tylko wydało), że przyczyną ich frustracji jest (czy też tak myśleli) drażniący szum odkurzacza pra- cującego w pobliżu ich pokoju. Ponieważ uświadomienie sobie, że do- biegający z zewnątrz dźwięk elektroluksu przeszkadza w pracy, zabrało im trochę czasu, doświadczyli czegoś, co wyglądało na „olśnienie" — być może rozpraszające hałasy w tle są bardziej destrukcyjne niż się są- dzi. Prawdopodobnie był to przykład bodźca właśnie takiego rodzaju, jakiego szukali: bodźca, który wpływa na wydawane przez ludzi sądy, ale — ponieważ ich teorie związków przyczynowych nie uwzględniają odpowiednio tej możliwości — zostaje pominięty, kiedy ludzie próbują wyjaśnić swoje zachowanie. Nisbett i Wilson (1977) zaprojektowali (zamknąwszy uprzednio drzwi) eksperyment sprawdzający to przypuszczenie. Pokazywali bada- nym film dokumentalny i prosili o ocenę jego atrakcyjności. W pierwszej fazie eksperymentu robotnik budowlany (w rzeczywistości Richard Nis- bett) uruchomił tuż za drzwiami pokoju piłę elektryczną. Drażniący wy- buch hałasu nastąpił około minuty po rozpoczęciu projekcji filmu i po- wtarzał się co jakiś czas, aż do momentu, gdy eksperymentator, Tim Wilson, podszedł do drzwi i krzyknął, by robotnik przerwał piłowanie i zaczekał z tym do końca filmu. Uczestnicy badań oceniali film, a na- stępnie odpowiadali na pytanie, czy hałas miał wpływ na ich ocenę. Dla większej dokładności Nisbett i Wilson wprowadzili do eksperymentu grupę kontrolną, która obejrzała projekcję w spokoju. Badacze sformu- łowali hipotezę, że hałas obniża ocenę filmu, ale że uczestnicy ekspery- mentu nie będą zdawali sobie sprawy z tego, iż to on wpłynął na ich negatywną opinię. Jak się okazało, ta hipoteza była całkowicie błędna. Badani, którzy oglądali film w dochodzącym z zewnątrz hałasie, ocenili go podobnie jak ci, którzy widzieli film bez przeszkadzającego bodźca (w rzeczywistości tym pierwszym film podobał się nieznacznie bardziej). Kiedy jednak ucze- stników eksperymentu zapytano, jak bardzo hałas wpłynął na dokony- wane przez nich oceny, ich wyjaśnienia okazały się zgodne z teorią Nis- betta i Wilsona. Mimo iż hałas nie wywierał dającego się wykryć wpływu na oceny, większość uczestników eksperymentu twierdziła, że je obniżył W tym wypadku zarówno badacze, jak i uczestnicy badań mieli tę samą teorię przyczynowości, ale ta teoria okazała się fałszywa — przynajmniej gdy w grę wchodziło oglądanie filmu dokumentalnego przy akompania- mencie hałasów budowlanych. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 227 W dalszych badaniach stwierdzono, że inne czynniki, które, jak mo- głoby się wydawać, nie powinny wpływać na sądy — to znaczy czynniki nie uwzględniane przez ludzi w ich teoriach przyczynowości — w rze- czywistości taki wpływ wywierały. Na przykład w badaniach, które prze- prowadzano w centrum handlowym, ludzie oceniali jakość elementów ubrania, takich jak rajstopy (Nisbett, Wilson, 1977). Ku sporemu zasko- czeniu badaczy na dokonywane wybory silnie wpływało miejsce artykułu w witrynie wystawowej. Im bardziej na prawo leżała dana rzecz, tym bardziej się podobała. Badacze wiedzieli, że na dokonywane oceny wpły- wało położenie, a nie jakieś inne cechy odróżniające od siebie ekspono- wane rajstopy, ponieważ w rzeczywistości wszystkie cztery pary były identyczne. Jednakże uczestnicy badań zupełnie nie zdawali sobie sprawy z wpływu położenia towaru na swoje oceny. Tak dziwny powód wyboru danej pary rajstop nie przychodził im do głowy, kiedy poddawali intro- spekcji przyczyny swojej decyzji. Nie chcemy sugerować, że kiedy ludzie próbują dociec przyczyn włas- nych uczuć i zachowań, opierają się wyłącznie na swoich teoriach przy- czynowości. Poza przejętymi z kultury teoriami związków przyczyno- wych mamy wiele informacji o nas samych, na przykład, w jaki sposób zachowaliśmy się w przeszłości, albo o czym akurat myśleliśmy tuż przed dokonaniem wyboru (Gavanski, Hoffman, 1987; Wilson, Stone, 1985). Po- zostaje jednak faktem, że introspekcyjna analiza naszych przeszłych dzia- łań i obecnych myśli nie zawsze prowadzi do trafnej odpowiedzi na py- tanie, dlaczego odczuwamy to, co odczuwamy. Konsekwencje introspekcyjnej refleksji nad przyczynami Trudno jest za pomocą introspekcji odkryć wszystkie przyczyny naszych działań czy uczuć. Być może nie jest dobrym pomysłem nawet podejmo- wanie takich prób. Czy dokonując trudnego wyboru, zastanawiałeś się kiedykolwiek nad tym, dlaczego do każdej z możliwości masz właśnie taki, a nie inny stosunek? Być może, kiedy zastanawiałeś się, do jakiego pójść college'u, stałeś w obliczu dwóch lub więcej atrakcyjnych możliwo- ści i miałeś problem z wyborem. Być może, nie mogłeś się zdecydować, na jakie zajęcia zapisać się w tym roku. W podobnych sytuacjach ludzie niekiedy bardzo starannie analizują wchodzące w grę ewentualności, cza- sami nawet sporządzają listę plusów i minusów związanych z każdym wyborem. Benjamin Franklin przekonywał, że jest to najlepszy sposób podejmowania decyzji: Postępuję w ten sposób, że polowe kartki papieru dzielę linią na dwie kolumny, pisząc nad jedną z nich „Pro", a nad drugą „Kontra". Potem, w trakcie trzech czy czterech dni namysłu, zapisuję pod tymi różnymi nagłówkami krótkie notki dotyczące różnych racji, które w różnych mo- mentach przychodziły mi do głowy za i przeciw każdemu z kroków... Ustalam dokładnie, gdzie jest przewaga, i jeśli po jednym czy dwóch dniach dalszego namysłu po żadnej ze stron nie pojawi się nic nowego ani ważnego, podejmuję odpowiednio decyzję... Kiedy zatem rozważony jest każdy [powód], zarówno osobno, jak i w konfrontacji z innymi, myślę, że mogę dokonać lepszego osądu i mniej prawdopodobne jest, że moja decyzja będzie pochopna. (Cytowane w: Goodman, 1945, s. 746) Nie możemy nigdy, nawet przez najskrupulatniejsze badanie, poznać do końca ukrytych źródeł działania. — Immanuel Kant 228 Rozdział 6 zmiana postawy spowodowana wyszukiwaniem przyczyn: zmiana postawy będąca konsekwencją zastanawiania się nad przyczynami własnych postaw; ludzie zakładają zgodność swoich postaw z przyczynami, które wydają się wiarygodne i są łatwe do zwerbalizowania Timothy Wilson stwierdził jednak ostatnio, że analizowanie przyczyn naszych uczuć nie zawsze jest najlepszą strategią i w istocie może daną sprawę pogorszyć (Wilson, 1990; Wilson, Dunn, Kraft, Lisie, 1989; Wilson, Hodges, 1992). Problem polega na tym, że ponieważ trudno jest stwierdzić dokładnie, dlaczego mamy w związku z czymś takie, a nie inne odczucia, znajdujemy sobie powody, które brzmią wiarygodnie i które łatwo przy- chodzą nam na myśl (to jest powody dostępne w naszej pamięci; patrz rozdz. 4). Powody sprawiające wrażenie wiarygodnych i zarazem dostę- pne nie muszą być jednak prawdziwe. Co gorsza, możemy przekonać siebie, że są one właściwe, i w konsekwencji zmienić nasze uczucia tak, by do nich pasowały. Przypuśćmy na przykład, że poprosiliśmy ciebie, byś na kartce pa- pieru podał dokładne wyjaśnienie, dlaczego masz takie uczucia, jakie masz, w stosunku do partnera, z którym łączy cię emocjonalny związek. Jeżeli prosimy o to badane osoby, stwierdzamy u nich zmianę postawy spowodowaną wyszukiwaniem przyczyn — zmieniają one swój stosu- nek do własnych partnerów (Wilson, Dunn, Bybee, Hyman, Rotondo, 1984; Wilson, Kraft, 1993). Dlaczego tak się dzieje? Trudno jest dokładnie określić, co sprawia, że się kogoś kocha. Tak więc chwytamy się powo- dów, które dobrze brzmią i które akurat przychodzą nam na myśl. W na- szych badaniach pojawiały się uzasadnienia w rodzaju: wzajemne zro- zumienie, podobieństwo zainteresowań i doświadczeń. Chociaż mogą one być często prawdziwe, jest również prawdopodobne, że zostały prze- oczone inne przyczyny, których nie da się tak łatwo zwerbalizować, ta- kie jak owa „specjalna chemia", która może istnieć pomiędzy dwojgiem ludzi. Problem powstaje wtedy, gdy przyczyny dostępne w pamięci i łatwe do zwerbalizowania sugerują odmienną postawę niż pierwotna. Przy- puśćmy na przykład, że pomiędzy tobą i twoim partnerem wszystko ukła- da się dobrze, ale nie potrafisz dokładnie określić, dlaczego tak jest. Przy- chodzi ci jedynie do głowy, że w zasadzie macie odmienny zasób do- świadczeń i różne zainteresowania. W rezultacie jest prawdopodobne, że zmienisz pogląd na swoje uczucia, przyjmując, iż powinny być zgodne z twoimi racjami. „Naprawdę nie mamy ze sobą dużo wspólnego" — mógłbyś pomyśleć. „Sądzę, że ten związek nie ma wielkiej przyszłości". Właśnie taką sekwencję zdarzeń stwierdziliśmy w kilku badaniach (np. Wilson, Kraft, 1993). Oczywiście trudno jest rozstrzygnąć, która z postaw jest właściwa — pozytywne uczucia, które miałeś przed analizowaniem przyczyn, czy negatywne, które masz potem. Stwierdziliśmy jednak, że nie należy zbyt- nio ufać postawom wyrażanym zaraz po analizowaniu przyczyn. Kiedy ludzie podejmują na ich podstawie decyzje, żałują potem własnych wy- borów (Wilson, Lisie, Schooler, Hodges, Klaaren, LaFleur, 1993). Dlacze- go? Trudne do nazwania determinanty twoich uczuć (na przykład to „coś", co ma w sobie dziewczyna, którą kochasz) nie znikają i mogą wpływać na nie w przyszłości. Tak więc, jeśli poprzestaniesz na przy- czynach, które łatwo jest ująć w słowa (powiedzmy, że ty i twoja dziew- czyna macie odmienne doświadczenia życiowe), możesz zachować się w sposób, którego później będziesz żałował — na przykład zrywając z nią. Zgodne z tym poglądem są wyniki wielu badań, które pokazały, że postawy wyrażane przez ludzi po dokonaniu analizy przyczyn nie pozwalają na szczególnie dobre przewidywanie ich przyszłych postaw Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 229 i zachowania (Millar, Tesser, 1986; Wilson i in., 1984; Wilson, LaFleur, 1993). Przekonaliśmy się, że introspekcja może rodzić problemy dwojakiego rodzaju. Trudno jest za jej pomocą dociec, dlaczego odczuwamy to, co odczuwamy, a próbując tego, możemy wmówić sobie uczucia oparte je- dynie na tym, co nam przychodzi na myśl i jest łatwe do zwerbalizowania. „W porządku — możesz pomyśleć — być może, rozwiązaniem jest po prostu nie wdawać się za bardzo w introspekcję". Musimy jednakże prze- strzec przed próbami jej unikania. Jeżeli bardzo starasz się nie myśleć o pewnych rzeczach, te wysiłki mogą przynieść skutki przeciwne do za- mierzonych, sprawiając, że to, co usiłowałeś wyprzeć ze świadomości, będzie absorbowało cię jeszcze bardziej. By przybliżyć to zjawisko, proponujemy następujące ćwiczenie. Chce- my, żebyś na nasz sygnał postarał się przez minutę nie myśleć o czymś — na przykład o twojej dziewczynie albo o bliskim przyjacielu. Gotowy? Zaczynamy. Czy ci się udało? Jeśli jesteś podobny do uczestników badań prowadzonych przez Daniela Wegnera (1989; 1992; w druku), to w ciągu ostatniej minuty myśl o twoim przyjacielu przemknęła ci przez głowę co najmniej raz albo dwa razy. Jeszcze bardziej interesujące w badaniach Wegnera jest to, że nawet po zniesieniu ograniczeń myśl o zabronionej kwestii nadal często się pojawiała — częściej niż wtedy, kiedy badanych nie proszono, by jej unikali. Oznacza to, że tłumienie — usilne staranie, by o czymś nie myśleć — może prowadzić do obsesyjnego pojawiania się tej właśnie myśli, której ludzie nie chcą dopuszczać do świadomości. Jeśli wolałbyś o czymś nie myśleć — o niedawno otrzymanej dwój- ce z matematyki, kuszącym cię kremie czekoladowym w lodówce czy o problemie, dlaczego właściwie kochasz swoją dziewczynę — to naj- lepszą strategią będzie, paradoksalnie, nie starać się za bardzo unikać tych myśli. Podsumowując, refleksją nad tym, co odczuwamy i jacy jesteśmy, mo- że odsłonić nasze ukryte uczucia i ułatwić ich rozpoznanie, szczególnie kiedy znajdujemy się w stanie samoświadomości. Czymś zupełnie innym jest dochodzenie przyczyn naszych odczuć i działań. Wiele badań poka- zuje, że oceny ludzi w tym względzie często są nietrafne. Ponadto wni- kanie w te przyczyny może sprawić, że zmienimy własne postawy, do- chodząc do przekonania, iż nasze uczucia są zgodne z powodami, które akurat przyszły nam do głowy. Skoro introspekcja ma swoje ograniczenia, jak inaczej moglibyśmy uzy- skać wiedzę o naszych cechach i postawach? Zajmiemy się teraz innym źródłem samowiedzy — obserwacjami własnego zachowania. tłumienie: usiłowanie, by nie myśleć o czymś; badania wykazują, że im bardziej ludzie starają się nie dopuszczać do siebie jakiejś myśli, tym częściej ta właśnie myśl pojawia się w ich głowach Poznawanie siebie poprzez obserwację własnego zachowania Teoria spostrzegania siebie W jaki sposób dochodzimy do rozumienia innych ludzi — do tego, jacy są, czego pragną, co za chwilę zrobią? Oczywiście, poprzez obserwację. Ponieważ nie możemy zajrzeć do ich wnętrza, domyślamy się, jacy są, na podstawie tego, jak się zachowują. Wyobraź sobie, że zobaczyłeś kobietę, Jak mogę powiedzieć, co myślę, dopóki nie przekonam się, co mówię? — E.M. Forster 230 Rozdział 6 Nie dlatego śpiewam, że jestem szczęśliwy. Jestem szczęśliwy, dlatego że śpiewam. Zgodnie z teorią spostrzegania siebie ludzie często wnioskują o własnych postawach i emocjach na podstawie swojego zachowania. teoria spostrzegania siebie: teoria głosząca, że gdy nie jesteśmy pewni naszych postaw i uczuć, bądź są one niejednoznaczne, wnioskujemy o nich, obserwując własne zachowanie i sytuację, w której się ono pojawia która wchodzi do baru samoobsługowego, przygląda się uważnie wysta- wionym na ladzie jarzynom, po czym sięga po duży talerz brukselki i za- czyna ją łapczywie zjadać. Jaki wyciągnąłbyś z tego wniosek? Prosty: „Musi chyba uwielbiać brukselkę". Skoro miała swobodę wyboru i liczne możliwości, z jakiego innego powodu miałaby decydować się na tę właś- nie jarzynę? Zgodnie z teorią spostrzegania siebie zaproponowaną przez Daryla Bema (1972) to, jakimi jesteśmy ludźmi, albo jakie są nasze postawy, często odkrywamy w taki sam sposób jak prawdy o innych, czyli obserwując własne zachowanie, tak jak czyniłaby to druga osoba. Przypuśćmy, że wszedłeś do baru samoobsługowego, wybrałeś dużą porcję brukselki i za- cząłeś ją łakomie zjadać. Jaki wniosek wyciągnąłbyś z własnego zacho- wania? Prosty: „Muszę chyba uwielbiać brukselkę, z jakiego innego po- wodu miałbym to czynić?" \ Twierdzenie, że samoobserwacja stanowi ważne źródło wiedzy o so- bie, wysunął brytyjski filozof Gilbert Ryle (1949). Uznając introspekcję za raczej marne źródło wiedzy, Ryle dowodził, że ludzie dochodzą do okre- ślonych poglądów na temat siebie samych, przywołując w pamięci swoje typowe zachowania. Jeżeli przypominasz sobie, że często jesz brukselkę, będziesz spostrzegał siebie jako miłośnika tego warzywa. Daryl Bem (1972) rozwinął tę myśl w teorii spostrzegania siebie. Po pierwsze, wysunął on tezę, że „jednostki uzyskują »wiedzę« o swoich po- stawach, emocjach i innych stanach wewnętrznych częściowo przez wnio- skowanie o nich na podstawie obserwacji własnego otwartego zachowania i/lub okoliczności, w jakich się ono pojawia" (s. 5). Dlaczego Bem pisze: „częściowo"? Ponieważ niekiedy dokładnie wiemy, co odczuwamy albo jaka jest nasza postawa. Na przykład my — autorzy tej książki — wiemy. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 231 że naprawdę lubimy psychologię społeczną i że pisanie tej książki napra- wdę sprawia nam przyjemność. Wiemy to teraz — nie musimy czekać do północy, żeby zobaczyć, ile dzisiaj napisaliśmy. Prowadzi to do drugiego twierdzenia Daryla Bema: „Gdy wskazówki wewnętrzne są słabe, niejed- noznaczne czy trudne do zinterpretowania, to podmiot funkcjonalnie znaj- duje się w takim samym położeniu jak obserwator stojący z boku — ob- serwator, który z konieczności musi polegać na tych samych wskazówkach zewnętrznych [zachowanie i okoliczności, w jakich się ono pojawia], żeby wyprowadzić wnioski o wewnętrznych stanach podmiotu" (s. 5, dopowie- dzenie nasze). U każdego człowieka pewne cechy czy właściwości są zaznaczone słabo bądź są nieoczywiste, ą inne przeciwnie. Możesz wiedzieć, że jesteś osobą bardzo ekstrawertywną i nie musisz wtedy obserwować swojego zacho- wania, żeby to orzec. Dla wielu z nas nie zawsze jest jednak jasne, jak bardzo jesteśmy ekstrawertywni czy introwertywni; czasem zachowujemy się w sposób bardzo otwarty i towarzyski, a niekiedy odczuwamy pewne onieśmielenie. Gdyby nas zapytano, jak bardzo jesteśmy ekstrawertywni, odwołalibyśmy się do procesów spostrzegania siebie (Jak towarzyscy by- liśmy ostatnio? Z iloma osobami rozmawialiśmy na prywatce w zeszłym tygodniu?), wyciągając jakiś wniosek na podstawie naszego zachowania, podobnie jak zrobiłby to obserwator zewnętrzny (Akert, 1991). Jeśli rzeczywiście opieramy się na takiej samoobserwacji, to odpowiedź, jaką uzyskujemy, będzie zależała od tego, czy przyjdzie nam do głowy więcej przykładów zachowania ekstrawertywnego czy introwertywnego. Tezę tę ilustruje eksperyment Russella Fazio, Edwina Effreina i Victorii Falender (1981). Uczestnikom badań zadawano serię pytań, które doty- czyły ich osobowości. Badani nie wiedzieli, że były to pytania podstępne, tak przygotowane, by w jednej grupie uzyskiwać same odpowiedzi „ekstrawertywne", a w innej same „introwertywne", bez względu na to, jacy w istocie byli. Na przykład, w grupie „ekstrawertywnej" ekspery- mentator zadawał pytania w rodzaju: „Co byś zrobił, gdybyś chciał oży- wić towarzystwo na prywatce?" Prawie każdy odpowiada na to pytanie w taki sposób, że jawi się jako osoba ekstrawertywną. W grupie „intro- wertywnej" eksperymentator stawiał takie pytania, jak: „Co ci się nie po- doba w hałaśliwych prywatkach?" Na ogół odpowiada się na takie pytanie tak, że sprawia się wrażenie osoby introwertywnej. Lecz czy uczestnicy badań zaczynali myśleć o sobie jako o ludziach ekstrawertywnych bądź introwertywnych? Teoria spostrzegania siebie mówi, że powinno tak się stać, jeśli ich pogląd na własny temat w tej kwestii nie był już sprecyzo- wany. Jak pokazuje rycina 6.3, uczestnicy badań rzeczywiście odwoływali się do procesów spostrzegania siebie, żeby określić, jak bardzo są ekstra- wertywni lub introwertywni. To, na jakie odpowiadali pytania, było przy- czyną istotnego zróżnicowania w ich spostrzeganiu samych siebie. Lu- dzie, którzy odpowiadali na pytania „ekstrawertywne", spostrzegali później siebie jako osoby nieco bardziej ekstrawertywne; ci, którzy odpo- wiadali na pytania „introwertywne" — jako osoby trochę bardziej intro- wertywne. Bardziej wyrafinowanym przykładem zastosowania teorii spostrzega- nia siebie są badania przeprowadzone przez Fritza Stracka i jego współ- pracowników (Strack, Martin, Stepper, 1988). Prosili oni uczestników eks- perymentu, by trzymali w ustach pióro, posługując się albo zębami, albo wargami. Fotografie na następnej stronie ilustrują te dwa sposoby. Spróbuj 232 Rozdział 6 Ekstrawertywni 50 Introwertywni Badani odpowiadający na pytania „introwertywne" Badani odpowiadający na pytania „ekstrawertywne" RYCINA 6.3. Spostrzeganie własnej ekstrawertywności i introwertywności. Ludzie byli sprowokowani przez eksperymentatora do podawania przykładów własnego działania o charakterze albo ekstrawertywnym, albo introwertywnym. Osoby, które dawały odpowiedzi „ekstrawertywne", wyciągały wniosek o własnej większej ekstrawertywności, niż czyniły to osoby, które dawały odpowiedzi „introwertywne" (zaczerpnięto z: Fazio, Effrein, Falender, 1981) Hipoteza mimicznego sprzężenia zwrotnego. Ludzie spostrzegali rysunki jako bardziej zabawne, gdy trzymali pióro w zębach, ponieważ zmuszało ich to do uśmiechania się podczas oglądania tych rysunków (zaczerpnięto z: Strack i in., 1988). hipoteza mimicznego sprzężenia zwrotnego: hipoteza głosząca, że własny wyraz mimiczny może determinować emocję, która jest doświadczana zrobić to sam: zauważ, że w zależności od tego, jak trzymasz pióro, inaczej odczuwasz mięśnie twarzy, zwłaszcza te wokół ust. Następnie Strack i je- go współpracownicy (1988) pokazywali uczestnikom badań (trzymającym pióra w ustach) serię zabawnych rysunków i prosili ich, by ocenili, jak bardzo one śmieszą. Osoby, które trzymały pióro zębami, spostrzegały rysunki jako znacząco bardziej zabawne niż osoby, które trzymały je war- gami. Dlaczego? Zgodnie z teorią spostrzegania siebie, żeby wyciągnąć wnioski o własnych odczuciach, obserwujemy nie tylko nasze otwarte zachowanie (np. to, czy jemy brukselkę), ale również rejestrujemy własne wyrazy twarzy. Trzymanie pióra w zębach angażuje część tych samych mięśni, które są wykorzystywane, kiedy się uśmiechamy; trzymanie pióra za pomocą warg nie wymaga aktywności takich mięśni. Tak więc mamy tu bardzo wyrafinowany — w istocie dotyczący zjawisk nie uświada- mianych — przykład działania procesu spostrzegania siebie. Ruchy mięśni wpływały na to, jak ludzie reagowali na rysunki, przy czym nie zdawali oni sobie z tego wpływu sprawy. Ten rezultat, stanowiący część hipotezy mimicznego sprzężenia zwrotnego (Laird, 1974; Laird, Bressier, 1992), dowodzi, że mimika może wywoływać odpowiednie dla nich emo- cje. Inaczej mówiąc, „robienie zadowolonej miny" może sprawić, że fa- ktycznie będziesz się czuł zadowolony. Teoria spostrzegania siebie a teoria dysonansu poznawczego. Jak wspomnieliśmy w rozdziale 4, na to, jak człowiek spostrzega świat spo- łeczny, wpływają dwa fundamentalne ludzkie motywy. Pierwszy to po- trzeba właściwego rozeznania — tworzenia trafnego obrazu rzeczywis- tości. Zgodnie z Bema teorią spostrzegania siebie ta potrzeba trafności skłania nas do wnioskowania o sobie samych. Nasze postawy i emo- cje miałyby być rezultatem uczciwych prób wywnioskowania tego, co Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 233 czujemy, z tego, jak się zachowujemy. W tym sensie teoria spostrzegania siebie należy do tego samego nurtu myślowego w psychologii co teoria atrvbucji (patrz rozdz. 5), charakteryzująca ludzi jako racjonalnych obser- watorów, którzy próbują logicznie interpretować siebie samych i rzeczy- wistość społeczną. Drugi motyw — przedstawiony w rozdziałach l i 3 — to pragnienie podtrzymania samooceny. W rozdziale 3 omówiliśmy teorię dysonansu głoszącą, że ludzie starają się unikać tego, co zagraża ich samoocenie, nawet jeśli muszą w tym celu dokonywać dość zaskakujących, nielogicz- nych wnioskowań o sobie samych. Potrzeba spostrzegania siebie jako przyzwoitego i postępującego moralnie człowieka sprawia, że po wyrzą- dzeniu komuś krzywdy bardziej go nienawidzimy, a po wyświadczeniu przysługi darzymy większą sympatią i że zaczynamy wierzyć w wypo- wiedziane przez siebie kłamstwa. W ten sposób unikamy poczucia, że jesteśmy głupi lub niemoralni. Kilka lat temu wśród psychologów społecznych toczył się ożywiony spór o to, który pogląd jest poprawny: teoria Bema głoszącą, że jesteśmy racjonalnymi obserwatorami, usiłującymi tworzyć trafny obraz rzeczywi- stości, czy teoria dysonansu, zgodnie z którą przede wszystkim troszczymy się o ochronę naszej samooceny. Jedną z przyczyn tego sporu było twier- dzenie Bema, że teoria spostrzegania siebie może wyjaśnić wyniki większo- ści eksperymentów dysonansowych. Pomyślmy o badaniach dotyczących niewystarczającego uzasadnienia, o których była mowa w rozdziale 3. Lu- dzie otrzymywali niewielkie nagrody w zamian za zrobienie czegoś, co było niezgodne z ich przekonaniami (np. za pochwałę nie akceptowanego przez siebie poglądu). Teoria dysonansu głosi, że w takich sytuacjach ludzie czują się głupio i źle i żeby zredukować te dysonansowe doznania, zaczy- naj wierzyć w to, co wypowiadają. Bem (1967, 1972) wysunął twierdzenie, że jego teorią spostrzegania siebie może wyjaśnić te zjawiska w sposób o wiele prostszy — bez od- woływania się do takich pojęć, jak emocja, cierpienie, poczucie wewnę- trznej dysharmonii czy pojęcie Ja, które w teorii dysonansu odgrywają rolę podstawową. Zamiast założenia, że ludzie zmieniają swoje postawy, by zmniejszyć cierpienie związane z dysonansem bądź by usprawiedliwić to, co zrobili, Bem przyjmował, że po prostu próbują oni dokonywać traf- nych wnioskowań dotyczących własnego zachowania i czynią to w spo-' sób chłodny i logiczny. Obydwie teorie zasadniczo się różnią. Na przykład, oto jak Bem interpretowałby eksperyment Cohena, który przedstawiliśmy w rozdziale 3. Wyobraź sobie, że obserwowałeś, jak Sara, studentka Yale, pisała opinię pochwalającą agresywne działania policji z New Haven w czasie demonstracji studenckiej. Wiesz, że otrzymała za to tylko 50 centów. Czy nie doszedłbyś do przeświadczenia, że Sara musi rzeczywiście być przekonana, iż policja z New Haven działała w sposób właściwy i uzasadniony? Z jakiego innego powodu napisałaby to? Z pew- nością nie dla marnych 50 centów. Teraz przypuśćmy, że ty sam znajdujesz się w takiej sytuacji: piszesz pracę chwalącą brutalne poczynania policji z New Haven, otrzymawszy za to zaledwie 50 centów. Co by się wtedy z tobą działo? Według Be- ma wyprowadziłbyś ten sam logiczny wniosek: „Nie mogę tego robić dla zarobku. To przecież liche pieniądze. Muszę zatem wierzyć w to, co piszę". Kluczową częścią wyjaśnienia proponowanego przez Bema jest uznanie, iż nie ma potrzeby przyjmować, że ludzie przeprowadzają takie 234 Rozdział 6 wnioskowania kierowani pragnieniem podtrzymania samooceny albo zre- dukowania dysonansu. Po prostu dążą oni do uzyskania najbardziej lo- gicznego i sensownego wyjaśnienia swojego postępowania. Kto miał rację — Bem czy teoretycy dysonansu? Po latach sporu odpowiedź jest jasna: Bem przegra! bitwę o to, kto może najlepiej wyjaśnić zjawiska dysonansowe, ale wygrał wojnę, gdy chodzi o wskazanie innych obszarów oddziaływania procesu spostrzegania siebie. Podjęta przez nie- go próba wykazania, że tego rodzaju zmiana postawy zwykle zachodzi bez doznawania cierpienia, poczucia wewnętrznej dysharmonii czy in- nych silnych odczuć, okazała się chybiona. W rozdziale 3 pokazaliśmy, że jeżeli ludzie postępują w sposób niezgodny z własnymi postawami, to tracą równowagę wewnętrzną i stają się pobudzeni (doświadczają dy- sonansu) oraz modyfikują swoje postawy, by się od tych nieprzyjemnych uczuć uwolnić (Croyle, Cooper, 1983; Fazio, Zanna, Cooper, 1977; Pallak, Pittman, 1972; Zanna, Cooper, 1976). Teoria Bema dostarcza zaś dobrego wyjaśnienia innych zjawisk, których teoria dysonansu nie obejmuje. Mia- nowicie tłumaczy ona zmianę postawy pojawiającą się wtedy, gdy zacho- wanie jest niezgodne z wyjściowymi przekonaniami, jednak nie do tego stopnia niezgodne, by uznać je za niewłaściwe czy też zagrażające samo- ocenie. W takich okolicznościach dysonans nie jest wzbudzony, a mimo to ludzie wyprowadzają z własnego zachowania wnioski o sobie samych, zgodnie z tym, co głosi teoria spostrzegania siebie. Na przykład zastanówmy się nad badaniami przeprowadzonymi przez Fazio i jego współpracowników (1981), w których eksperymentator zada- wał pytania prowokujące odpowiedzi albo ekstrawertywne, albo intrower- tywne. Uczestnicy tych badań nie udzielali odpowiedzi, które były zanadto rozbieżne z ich poglądami na temat samych siebie; w istocie, odpowiadając na owe pytania, opierali się na swoich własnych doświadczeniach. Ponie- waż jednak podawali wybiórcze przykłady — powiedzmy, same ekstra- wertywne — dochodzili do wniosku, że są bardziej ekstrawertywni niż myśleli wcześniej — tak jak przewiduje teoria Bema. Podsumowując, Be- ma teoria spostrzegania siebie wyjaśnia szeroki zakres okoliczności, kiedy ludzie nie postępują w sposób niewłaściwy czy też wzbudzający dysonans, a mimo to wnioskują o swoich stanach wewnętrznych jako zgodnych z za- chowaniem. Przejdziemy teraz do kilku fascynujących przykładów takich procesów spostrzegania siebie. pomniejszanie: niedocenianie wpływu jednej przyczyny naszego zachowania, kiedy inna przyczyna jest szczególnie wyrazista i łatwo dostrzegalna Efekt nadmiernego uzasadnienia Zgodnie z teorią spostrzegania siebie, kiedy ludzie mają świadomość, że ich zachowanie spowodowane jest jakimś czynnikiem zewnętrznym, nie przyjmują założenia, iż odzwierciedla ono ich wewnętrzne uczucia. To dość logiczne: jeśli wiesz, że jedynym powodem, dla którego pracujesz latem jako kelner, jest dobra zapłata, nie będziesz przyjmował, że robisz to, ponieważ w ten sposób najbardziej lubisz spędzać wolny czas. Innymi słowy, po rozważeniu własnego zachowania i sytuacji dokonasz atrybucji zewnętrznej („Robię to dla pieniędzy"), a nie wewnętrznej („Tak bardzo to lubię, że robiłbym to za darmo"), Problem w tym, że kiedy zewnętrzne przyczyny naszego zachowania są szczególnie łatwo dostrzegalne, popadamy w przesadę, pomniejszając rolę czynników wewnętrznych (Kelley, 1972; Nisbett, Valins, 1972). Ten Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 235 proces pomniejszania ma ważne konsekwencje w istotnej sferze życia. Zależy bowiem od niego nasza motywacja do podejmowania działań, późniejsze zainteresowanie tymi działaniami oraz ilość przyjemności, jaką będziemy w nich znajdowali. Załóżmy, że uwielbiasz grę na gitarze. Spędzasz wiele czasu, ćwicząc z radością: po prostu sprawia ci przyjemność granie i świadomość, że robisz to coraz lepiej. Powiedzielibyśmy, że twoje zainteresowanie grą na gitarze wyrasta z motywacji wewnętrznej. Powody, z jakich podejmujesz tę aktywność, związane są z tobą samym — jest to radość i przyjemność, które odczuwasz grając. Inaczej mówiąc, gra na gitarze stanowi dla ciebie zabawę, a nie pracę. Jak twierdzi Mihały Csikszentmihałyi (1975, 1979), zachowanie motywowane wewnętrznie jest źródłem szczególnie korzyst- nego doświadczenia, które nazwał płynięciem. Człowiek znajdujący się w tym stanie ogniskuje swoją uwagę na zadaniu, blokuje odbiór innych bodźców i bez reszty się koncentruje. Ma on poczucie własnej sprawności i nie przejmuje się jakością swojego działania; informacja zwrotna o nim jest jasna i jednoznaczna. Wreszcie osoba taka doświadcza braku samo- świadomości. Pomyśl o jakiejś swojej aktywności w ostatnim czasie, która sprawiała ci prawdziwą przyjemność. Przypuszczalnie doświadczałeś w jej trakcie owego stanu płynięcia, podobnie jak gitarzysta w naszym przy- kładzie. A teraz powiedzmy, że twoja nauczycielka gry na gitarze wpadła na świetny pomysł nagradzania ciebie za opanowywanie nowego materiału i nowych technik. Uważa ona, że dzięki temu będziesz ćwiczył jeszcze wytrwałej. Przecież nagrody motywują, czyż nie? Nauczycielka dodała zatem drugie uzasadnienie dla twojej gry na gitarze: nagrodę. Twoja pasja, do tej pory związana z motywacją wewnętrzną, teraz uzyskała również motywację zewnętrzną. Jeśli będziesz robił postępy, otrzymasz nagrodę. Niestety, nagrody zewnętrzne mogą osłabić motywację wewnętrzną. Wcześniej grałeś na gitarze, ponieważ bardzo to lubisz, teraz grasz, by uzyskać nagrodę. To, co było zabawą, stało się pracą. Smutną konsekwen- cją zastąpienia motywacji wewnętrznej motywacją zewnętrzną (przez po- służenie się nagrodami) jest to, że ludzie tracą zainteresowanie czynnością, która uprzednio sprawiała im przyjemność. Ten rezultat jest nazywany efektem nadmiernego uzasadnienia: ludzie w nadmiernym stopniu uza- sadniają swoje działanie przyczynami zewnętrznymi (takimi jak nagroda) i nie doceniają własnego wewnętrznego zainteresowania tym działaniem (Boggiano, Barret, Weiher, McCIelland, Lusk, 1987; Dęci, Ryan, 1985; Ha- rackiewicz, 1979, 1989; Lepper, Greene, 1978; Pittman, Heller, 1987; Ross, 1976). Efekt nadmiernego uzasadnienia odnosi się nie tylko do naszych pasji pozazawodowych czy zainteresowań, którym się oddajemy w czasie wolnym, ale także do naszej pracy. Oto jak koszykarska sława — Bili Russell opisuje, jak przejście na zawodowstwo wpłynęło na jego miłość do tej gry: Pamiętam, że koszykówka straciła dla mnie coś ze swoich magicznych właściwości, gdy zacząłem poważnie myśleć o zawodowstwie. Po raz pier- wszy zdarzyło się to w 1955 r. kiedy byłem juniorem, po tym jak USF [Uniwersytet San Francisco] zdobył narodowe mistrzostwo NCAA. W kon- sekwencji przez cały mój ostatni rok na USF grałem z myślą o przejściu na zawodowstwo, i sprawy zaczęły się zmieniać. Kiedy tylko wychodziłem motywacja wewnętrzna: angażowanie się w jakieś działanie, ponieważ sprawia nam ono przyjemność bądź wzbudza nasze zainteresowanie, a nie wskutek zewnętrznych nacisków lub dla zewnętrznych korzyści motywacja zewnętrzna: angażowanie się w jakieś działanie wskutek zewnętrznych nacisków lub dla zewnętrznych korzyści, a nie dlatego, że wykonywanie zadania sprawia nam przyjemność bądź wzbudza nasze zainteresowanie efekt nadmiernego uzasadnienia: zjawisko polegające na spostrzeganiu swojego działania jako wywołanego przekonującymi czynnikami zewnętrznymi i niedocenianiu wagi czynników wewnętrznych 236 Rozdział 6 „Pamiętam, że koszykówka straciła dla mnie coś ze swoich magicznych właściwości, gdy zacząłem poważnie myśleć o zawodowstwie" — Bili Russell, koszykarska sława (Russell, Branch, 1979, s. 98). na parkiet, zaczynałem kalkulować, jak ten konkretny mecz może wpły- nąć na moją przyszłość. W głowie pojawiały się myśli o pieniądzach i o prestiżu. Z biegiem lat gra zawodowa coraz bardziej stawała się bi- znesem. (Russell, Branch, 1979, s. 98) Występowanie efektu nadmiernego uzasadnienia stwierdzono w dzie- siątkach eksperymentów laboratoryjnych i przeprowadzonych w warun- kach naturalnych, w odniesieniu do kilku rodzajów nagród i rodzajów aktywności oraz w różnych grupach wiekowych. Na przykład w bada- niach Davida Greena, Betty Sternberg i Marka Leppera (1976) nauczyciele klas czwartych i piątych w pewnej szkole podstawowej zademonstrowali swoim uczniom cztery nowe gry matematyczne. Przez trzynaście dni usta- lano poziom wyjściowy: badacze rejestrowali, jak długo każde dziecko bawi się każdą z gier. Na kilka kolejnych dni wprowadzono program nagradzania. Zgodnie z tym programem dzieci bawiąc się grami, mogty uzyskiwać punkty, za które dostawały dyplomy i trofea, po to, by znaleźć się na „liście nagrodzonych". Im więcej czasu poświęcały grom, tym wię- cej zdobywały punktów. Rycina 6.4 ilustruje wyniki, które uzyskano do tego czasu. Dzieci początkowo przejawiały pewne wewnętrzne zaintere- sowanie grami matematycznymi. W okresie ustalania poziomu wyjścio- wego bawiły się nimi przez kilka minut dziennie. Kiedy wprowadzono program nagradzania, ilość czasu poświęcanego grom wzrosła, co wyka- zało, że nagrody były skutecznym czynnikiem motywującym. Jednakże kwestią najbardziej interesującą jest wpływ tych nagród na zainteresowanie wewnętrzne dzieci grami. Czego uczniowie dowiedzieli się o sobie, uczestnicząc w programie nagradzania? Zgodnie z hipotezą nadmiernego uzasadnienia powinni oni wysnuć wniosek, że bawili się grami matematycznymi tylko po to, by otrzymywać nagrody, osłabiając tym samym wewnętrzne zainteresowanie, które mieli na początku. A za- tem, kiedy zaprzestano nagradzania, dzieci powinny poświęcać grom zna- cząco mniej czasu niż w okresie ustalania poziomu wyjściowego (np. „Nie mogę już uzyskiwać nagród za zabawę tymi grami — po co więc w ogóle się nimi bawić?"). Tak się właśnie stało, co pokazuje prawa strona ryciny 6.4. Kiedy zakończył się program nagradzania, dzieci spędzały istotnie mniej czasu na zabawie grami niż uprzednio, zanim wprowadzono na- grody. (Porównując te rezultaty z wynikami w grupie kontrolnej Greene i współpracownicy przekonali się, że to nie znudzenie lecz nagroda była czynnikiem sprawiającym, iż zmalała dla uczniów atrakcyjność gier). Wyniki badań nad efektem nadmiernego uzasadnienia są niepokojące, zważywszy na powszechne stosowanie nagród przez rodziców i nauczy- cieli. Kiedy to piszemy, jedno z nas ma syna w drugiej klasie. Jego szkoła, wspólnie z pewną siecią restauracji, nagradza dzieci za czytanie. Po prze- czytaniu każdych kolejnych dwudziestu dwóch książek uczniowie dosta- ją kupon na darmową pizzę — dla większości dzieci jest to silny bo- dziec motywacyjny. Z takim programem wiąże się niebezpieczeństwo, iż czytanie zaczną wiązać ze zdobyciem pizzy, a nie z bezinteresowną przy- jemnością. Nagrody są potężnym środkiem motywującym i nasze społe- czeństwo hojnie nimi szafuje. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że sta- rania, by nagrodzić dzieci, choć wypływają z najlepszych intencji, mogą w istocie zmniejszać przyjemność czerpaną z nagradzanego działania. Sprzyjają one powstaniu w dzieciach przekonania, że powodem tego, co robią, są korzyści w postaci pieniędzy czy pizzy. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 237 Poziom wyjściowy (bez nagród) Program nagradzania Kontynuacja (bez nagród) 30 25 20 10 A ••^, •^ Ł——^ \^ ,/'\ •^ " y A ^ • \ \ \ i i i l i \ 1-3 l 6-7 l 10-11 l 1-3 l 6-7 l 10-11 l 1-3 l 6-7 ' 10-11 l 4-5 8-9 12-13 4-5 8-9 12-13 4-5 8-9 12-13 Bloki dni RYCINA 6.4. Efekt nadmiernego uzasadnienia. W fazie początkowej badacze rejestrowali, jak długo dzieci ze szkoły podstawowej bawią się grami matematycznymi (poziom wyjściowy). W trakcie realizacji programu nagradzania przyznawali dzieciom nagrody za zabawę tymi grami. Kiedy zaprzestano nagradzania (faza kontynuacji), dzieci bawiły się grami jeszcze krócej niż w fazie wyjściowej, co wskazuje na to, że nagrody zmniejszyły ich wewnętrzne zainteresowanie nimi (zaczerpnięto z: Greene, Sternberg, Lepper, 1976) Co możemy zrobić, żeby ochronić motywację wewnętrzną przed za- grożeniami płynącymi z systemu nagród, który funkcjonuje w naszym społeczeństwie? Na szczęście są przesłanki do pewnego optymizmu. W ostatnio wykonanych badaniach zidentyfikowano warunki, w jakich daje się unikać efektów nadmiernego uzasadnienia. Po pierwsze, nagrody prowadzą do zmniejszenia zainteresowania tylko wtedy, kiedy pierwotnie jest ono duże (Calder, Staw, 1975). Jeśli uznajesz zadanie za nadzwyczaj nudne, nagrody oczywiście nie zmniejszą jeszcze bardziej twojego zain- teresowania. Podobnie, jeśli dziecko w najmniejszym stopniu nie intere- suje się czytaniem, nie jest złym pomysłem nakłonienie go do lektury przez zaoferowanie darmowej pizzy. Nie istnieje w tym wypadku pier- wotne zainteresowanie, które mogłoby zostać osłabione. Zagrożenie po- jawia się wtedy, gdy dziecko już lubi czytać, a możliwość otrzymania darmowej pizzy może je przekonać, że czyta za pizzę, a nie dlatego, że czytanie jest interesujące. Po drugie, prawdopodobnie można nauczyć lu- dzi unikać destrukcyjnego wpływu nagród. Badania przeprowadzone przez Beth Hennessey i jej współpracowników sugerują, że bezpośrednia interwencja bądź trening mogą uodpornić dzieci (i przypuszczalnie do- rosłych) na szkodliwy wpływ nagradzania (Hennessey, Amabile, Martina- ge, 1989; Hennessey, Zbikowski, 1993). Ponieważ trudno jest wyelimino- wać nagrody z naszego życia społecznego, Hennessey i Zbikowski (1993) skoncentrowali się na problemie, jak pomóc dzieciom funkcjonować w tej rzeczywistości — jak mają zachowywać swoją motywację wewnętrzną, gdy nagrody są wszechobecne. Badacze wysunęli hipotezę, że skuteczny 238 Rozdział 6 może być bezpośredni trening w formie otwartego uczenia dzieci: a) kon- centracji na wewnętrznych powodach działania; b) zachowywania psy- chicznego dystansu do nagród zewnętrznych. Czwartoklasiści z pewnej szkoły publicznej w Massachusetts zostali na zasadzie losowej rozdzieleni do dwóch grup. Część z nich oglądała na wideo film przedstawiający chłopca i dziewczynkę, którzy rozmawiali o swojej nauce z osobą zadającą im pytania. Ten „uodparniający" film pokazywał uczniom z czwartej klasy sposoby utrzymywania motywacji wewnętrznej pomimo możliwości otrzymania nagród. Na przykład uczen- aktor udzielał tego rodzaju odpowiedzi: Najbardziej lubię nauki społeczne. Lubię uczyć się o tym, jak żyją ludzie w różnych częściach świata [...] Lubię przygotowywać pracę na jakiś temat, ponieważ można się wtedy samodzielnie dowiedzieć mnóstwa rzeczy. Wkładam wiele wysiłku w moje prace i kiedy dochodzę do dobrych po- mysłów, odczuwam zadowolenie [...] Lubię dostawać dobre stopnie i kiedy przynoszę do domu dzienniczek z wysokimi ocenami, rodzice zawsze dają mi pieniądze. Ale nie to jest naprawdę ważne. Bardzo lubię się uczyć... [Tak więc] pracuję ciężko, ponieważ sprawia mi to przyjemność. (Hennes- sey i in., 1989, s. 216-217) Druga grupa dzieci również oglądała film wideo, ale nie miał on nic wspólnego z motywacją wewnętrzną, nagrodami czy uodparnianiem. Na- stępnego dnia dzieci spotkały się z innym eksperymentatorem, rzekomo uczestnicząc w innym badaniu. Poproszono je o wymyślenie historyjki do serii obrazków. Połowie dzieci zaoferowano nagrodę: jeżeli tylko opo- wiedzą eksperymentatorowi historyjkę, będą mogły pomalować koszulkę i zabrać ją do domu (atrakcyjne zadanie, kiedy się ma jedenaście lat). Drugiej połowie dzieci powiedziano jedynie, że pomalowanie koszulki jest ich drugim zadaniem. Innymi słowy, koszulka nie miała nic wspól- nego z opowiadaniem historyjki, po prostu zapowiadano, że coś takiego nastąpi. Hennessey i Zbikowski (1991) spodziewali się, że perspektywa nagro- dy zmniejszy pomysłowość dzieci w konstruowaniu historyjek. Możliwa do osiągnięcia nagroda osłabi ich motywację wewnętrzną do wykonania zadania, które zazwyczaj sprawia przyjemność, i będą układały historyjki mniej pomysłowe niż dzieci nie nagradzane (Amabile, Hennessey, Gros- sman, 1986). Hennessey i Zbikowski (1991) postawili również hipotezę, że film z treningiem motywacji wewnętrznej uodporni dzieci na szkodliwy wpływ nagrody. Chociaż wiedziały one, że za opowiedzenie historyjki zostaną nagrodzone, informacja, którą zdobyły, oglądając „uodparniają- cy" zapis filmowy, powinna podtrzymać ich koncentrację na wewnętrz- nym zainteresowaniu zadaniem i zapobiec skierowaniu uwagi na nagrodę oraz utracie inwencji. Pomysłowość wymyślonych historyjek oceniało trzech nauczycieli szkół podstawowych, którzy nie znali dzieci i nie wie- dzieli, który z filmów one oglądały. Jak widać na rycinie 6.5, dzieci, które przeszły przez trening motywacji wewnętrznej, zarówno wtedy, gdy otrzymywały nagrodę, jak i wtedy, gdy jej nie dostawały, przejawiały większą inwencję niż dzieci, które nie były „uodpamiane". W istocie połączenie nagrody i treningu motywacp wewnętrznej prowadziło do najbardziej pomysłowych historyjek. Bada- nia te odkrywają obiecujące możliwości rozwiązania problemu, którego Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 239 Lt Nagroda Bez nagrody Bez treningu motywacji wewnętrznej Trening motywacji wewnętrznej RYCINA 6.5. Unikanie efektu nadmiernego uzasadnienia. Jak widać po lewej stronie ryciny, dzieci nagradzane opowiadały historyjki mniej pomysłowe — wystąpił tu typowy efekt nadmiernego uzasadnienia. Prawa strona ryciny pokazuje, że dzieci, które zostały uodpornione treścią filmu kładącego nacisk na motywację wewnętrzną, nie uległy efektowi nadmiernego uzasadnienia: wykazały się pomysłowością także wtedy, gdy otrzymywały nagrodę (zaczerpnięto z: Hennessey, Zbikowski, 1991) źródłem jest oddziaływanie za pomocą nagród w naszym życiu społecz- nym. Twoje wewnętrzne zainteresowanie daną aktywnością, tak jak i twoja pomysłowość z nią związana, mogą być utrzymane, a nawet wzmocnione, gdy wiesz, że otrzymasz nagrodę. Stanie się tak, jeżeli skoncentrujesz uwa- gę na swoim wewnętrznym zainteresowaniu tym, co robisz, i zablokujesz myśl o istnieniu nagrody. A zatem, gdy będziesz czuł, że tracisz zain- teresowanie zadaniem, które niegdyś sprawiało ci przyjemność, albo że wykonujesz je gorzej niż zwykle, spróbuj zapomnieć o nagrodzie, dla któ- rej podobno pracujesz, i zamiast tego przypomnij sobie, jak bardzo cieszy samo wykonywanie tego zadania. Dwuczynnikowa teoria emocji Dowiedzieliśmy się, że ludzie często wykorzystują obserwacje własnego zachowania, by rozpoznać swoje poglądy i określić, jacy są. Być może zastanowiłeś się nad tym, czy podobnie postępujemy, gdy chodzi o inne przekonania dotyczące nas samych. Na przykład twoje emocje — to, jak bardzo w danej chwili czujesz się zadowolony, rozgniewany albo zanie- pokojony — skąd wiesz, której z nich doświadczasz? Pomyśl o jakimś momencie z przeszłości, gdy byłeś rozgniewany — jak doszedłeś do tego, że odczuwałeś właśnie gniew? Przypuszczalnie pytanie brzmi dość głu- pio; wydaje się, że po prostu wiemy, jakie są nasze uczucia, bez potrzeby myślenia o tym, czy też bez wcześniejszego wdawania się — jak to su- geruje teoria spostrzegania siebie — w obserwację własnego zachowania. 240 Rozdział 6 „[Obserwując u siebie symptomy pobudzenia] szuka się jakiegoś powodu, jakiegoś wzruszenia, które mogłoby to wywołać, jakiegoś uczucia radości czy lęku..." „Tak, tak — rzekł Joachim z westchnieniem — podobnie jest przy gorączce, wtedy w ciele również panuje bardzo żywy ruch [...] i może być, że mimo woli doszukujemy się wtedy jakiegoś wzruszenia, które by nadało choć odrobinę sensu temu żywemu ruchowi..." — Tomasz Mann Czarodziejska góra (przełożył Józef Kramsztyk) dwuczynnikowa teoria emocji: koncepcja, zgodnie z którą doznanie emocji jest rezultatem dwufazowego procesu spostrzegania siebie — najpierw ludzie doświadczają pobudzenia fizjologicznego, a następnie poszukują dla niego odpowiedniego wyjaśnienia; jeśli przypisują to pobudzenie źródłu mającemu naturę emocjonalną, przeżywają odpowiednią emocję (np. jeśli wyjaśniają własne pobudzenie tym, że ktoś celuje w nich z pistoletu, odczuwają strach) Choć może się wydawać, że po prostu wiemy, co odczuwamy, do- świadczenie emocji nie jest wcale tak proste. Staniey Schachter (1964) za- proponował teorię emocji, zgodnie z którą wnioskujemy o naszych emo- cjach w taki sam sposób jak o własnych cechach albo zainteresowaniu grami matematycznymi, czyli obserwując swoje zachowanie i je wyjaś- niając. Różnica jest jedynie w rodzaju zachowania, które obserwujemy. Zdaniem Schachtera podobnie do bohaterów powieści Tomasza Manna (cytowanej na marginesie) śledzimy nasze zachowania wewnętrzne — mianowicie to, jaki jest stopień odczuwanego przez nas fizjologicznego pobudzenia. Jeśli czujemy się pobudzeni, próbujemy określić tego przy- czynę. Na przykład załóżmy, że serce ci łomoce i odczuwasz napięcie ciała. Czy to dlatego, że ujrzałeś swojego profesora, który przedłużył ci termin oddania pracy, ponieważ właśnie tego dnia miałeś rzekomo po- jechać na pogrzeb babci, czy też dlatego, że dostrzegłeś kogoś stojącego obok profesora — osobę, na której ci bardzo zależy? Odczuwasz strach związany z nieczystym sumieniem czy miłość skręcającą ci żołądek? Teoria Schachtera nazywana jest dwuczynnikowa teorią emocji, po- nieważ zrozumienie własnych stanów emocjonalnych wymaga dwóch czynników czy też wykonania dwóch kroków: po pierwsze, musimy być w stanie pobudzenia fizjologicznego i je sobie uświadamiać; po drugie, musimy poszukać dla niego odpowiedniego wyjaśnienia lub klasyfikacji. Ponieważ nasze stany fizyczne same w sobie nie poddają się łatwo skla- syfikowaniu, dlatego by określić przyczynę odczuwanego pobudzenia, wykorzystujemy informację zawartą w sytuacji. Ryciną 6.6 ilustruje tę dwuczynnikowa teorię emocji. Staniey Schachter i Jerome Singer (1962) przeprowadzili eksperyment, by sprawdzić tę teorię. Wyobraź sobie, że byłeś jego uczestnikiem. Oto jak przebiegało badanie. Eksperymentator mówi ci, że bada wpływ pre- paratu witaminowego o nazwie Suproxin na widzenie u ludzi. Lekarz wstrzykuje ci niewielką ilość Suproxinu, a eksperymentator prosi, byś za- czekał, aż lek zacznie działać. Przedstawia tobie innego uczestnika eks- perymentu, który, jak mówi, również otrzymał Suproxin. Eksperymenta- tor wręcza każdemu z was kwestionariusz do wypełnienia, zapowiadając, że za chwilę wróci, by dać wam testy badające widzenie. Zaglądasz do kwestionariusza i zauważasz, że zawiera on bardzo osobiste i obraźliwe pytania. Na przykład jedno z nich brzmi: „Z iloma mężczyznami (poza twoim ojcem) twoja matka utrzymywała stosunki seksualne?" (Schachter, Singer, 1962, s. 385). Drugi uczestnik eksperymentu komentuje napastli- wość pytań kwestionariusza. Staje się coraz bardziej rozgniewany i w koń- cu z wściekłością drze go na kawałki, rzuca na podłogę i zdecydowanym krokiem opuszcza pokój. Jak myślisz, co byś w takiej sytuacji czuł? Czy byłbyś również wzburzony? Jak na pewno się domyśliłeś, prawdziwym celem eksperymentu nie było testowanie widzenia. Badacze zaaranżowali sytuację, w której dwie krytycznie ważne zmienne — pobudzenie i jego wyjaśnienie mające na- turę emocjonalną — pojawiały się lub nie, i następnie obserwowali, czy i jakiej emocji doświadczali badani. Uczestnicy eksperymentu w rzeczywi- stości nie dostawali zastrzyku preparatu witaminowego. Zmienną po- budzenia manipulowano w ten sposób, że niektórzy badani otrzymywali epinefrynę, środek, który wywołuje pobudzenie (wskutek jego działania zwiększa się temperatura ciała, tempo pracy serca i szybkość oddychania), a inni placebo nie prowadzące do żadnych zmian fizjologicznych. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 241 (2) Szukasz w otoczeniu wskazówek, które pomogą ci wyjaśnić twoje pobudzenie: (1) Odczuwasz pobudzenie, ale nie jesteś pewien, z jakiego powodu... Co się dzieje? ^,^' ^-^r". serce bije szybciej. RYCINA 6.6. Dwuczynnikowa teoria emocji. W jaki sposób pobudzenie fizjologiczne i obserwacja wskazówek środowiskowych prowadzą do powstania stanów emocjonalnych Wyobraź sobie, jakie byłyby twoje doznania po otrzymaniu epinefryny: właśnie kiedy czytasz obcesowy, obraźliwy kwestionariusz, zaczynasz od- czuwać pobudzenie. (Przypomnijmy, że nie powiedziano ci, iż środek, któ- ry ci zaaplikowano, to epinefryna, a zatem nie wiążesz z nim twojego pobudzenia). Drugi uczestnik eksperymentu (w rzeczywistości pomocnik eksperymentatora) reaguje wściekłością. Jest prawdopodobne, że dojdziesz do wniosku, iż odczuwasz uderzenie krwi do glowy i pobudzenie dlatego, że również jesteś wzburzony. Spełniłeś warunki, które zdaniem Schachtera (1964) są konieczne, by doświadczyć emocji: odczuwasz pobudzenie, szu- kałeś jego sensownego wyjaśnienia w sytuacji, w której się znajdujesz, i znalazłeś je. Ergo, wpadasz we wściekłość. Tak właśnie w rzeczywistości się działo. Uczestnicy eksperymentu, którzy dostali zastrzyk epinefryny, reagowali bardziej impulsywnie niż ci, którzy otrzymali placebo. Z teorii Schachtera wypływa intrygujący wniosek, że emocje doświad- czane przez ludzi mają do pewnego stopnia charakter arbitralny. Zależą one od tego, jakie wyjaśnienie stanu pobudzenia jest akurat najbardziej wiarygodne. Schachter i Singer (1962) przedstawili dwojakiego rodzaju 242 Rozdział 6 empiryczne argumenty na rzecz tego poglądu. Po pierwsze, pokazali oni, że mogą zapobiec powstaniu emocji gniewu u badanych, dostarczając im „nieemocjonalnego" wytłumaczenia przyczyny odczuwanego pobudze- nia. Osiągnęli to, informując niektóre osoby otrzymujące epinefrynę, że ten środek spowoduje u nich przyspieszenie akcji serca, napływ krwi i go- rąca do twarzy oraz drżenie rąk. Kiedy u tych badanych pojawiły się zapowiadane doznania, przypisywali je oni nie swojemu gniewowi, lecz działaniu środka, który otrzymali. W rezultacie ci uczestnicy badań nie reagowali gniewem na ów kwestionariusz. Jeszcze większe wrażenie robi ukazanie przez Schachtera i Singera, że mogą sprawić, iż osoby badane będą przeżywały zupełnie inną emocję, kiedy zmieni się najbardziej wiarygodne wyjaśnienie ich pobudzenia. W innym wańancie eksperymentu jego uczestnicy nie otrzymywali obraźliwego kwestionariusza i druga osoba nie reagowała gniewem. Za- miast tego zachowywała się ona radośnie i beztrosko, grając w kosza kulkami z papieru, robiąc papierowe samoloty i bawiąc się hula-hoop znalezionym w rogu pokoju. W jaki sposób reagowali na to prawdziwi uczestnicy eksperymentu? Jeśli otrzymali wcześniej epinefrynę, ale nie powiedziano im, jaki wywiera ona wpływ, wnioskowali, że oni najwido- czniej także są w euforii, i często przyłączali się do zabaw improwizo- wanych przez pomocnika eksperymentatora. Badania Schachtera i Singera (1962) znalazły się wśród najsłynniejszych eksperymentów w psychologii społecznej, ponieważ dowodzą, że emocje mogą być wynikiem procesu spostrzegania siebie — szukania w otocze- niu najbardziej wiarygodnego wyjaśnienia tego, że jest się pobudzonym. Niekiedy wytłumaczenie najbardziej wiarygodne nie jest tym właściwym i dochodzi wtedy do przeżywania emocji fałszywych. Uczestnicy ekspery- mentu Schachtera i Singera (1962), którzy wpadli w gniew albo w euforię, ulegli tym emocjom, ponieważ czuli się pobudzeni i sądzili, że jest to zwią- zane albo z nieprzyjemnym kwestionariuszem, albo z zaraźliwym, beztro- skim zachowaniem pomocnika eksperymentatora. Nie znali oni prawdzi- wej przyczyny pobudzenia, którą była epinefryna, i chcąc wyjaśnić swoje zachowanie, mogli się odwołać jedynie do wskazówek sytuacyjnych. Kolejne badania rozwinęły i udoskonaliły dwuczynnikową teorię emo- cji. Na przykład, jeżeli ludzie doświadczają bardzo silnego pobudzenia, zwykle reagują negatywnie, ponieważ związane z nim doznania cielesne są nieprzyjemne. Tak więc wskazówki sytuacyjne sugerujące wesołość mo- gą na nich nie działać, ponieważ po prostu czują się zbyt źle, by zaakcep- tować taką interpretację własnego stanu (Marshall, Zimbardo, 1979; Mas- łach, 1979). Ponadto wskazówka czy „etykieta" nasuwana przez sytuację musi się pojawić, zanim osoba doświadcza pobudzenia (Schachter, Singer, 1979). Gwałtowną reakcję żołądka tylko wtedy przypiszesz wrażeniu, jakie robi na tobie atrakcyjna nieznajoma stojąca tuż obok, gdy kolejność jest następująca: najpierw widok nieznajomej, potem odczucie skurczu żołądka. Błędne określenie przyczyn pobudzenia W jakim stopniu wyniki badań Schachtera i Singera (1962) odnoszą się do codziennego żyda? Czy ludzie formują fałszywe emocje podobnie jak uczestnicy tamtych badań? Być może nie, ponieważ nieczęsto są wpro- wadzani w błąd co do skutków działania leku pobudzającego. Można by Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 243 argumentować, że w życiu codziennym ludzie zwykle wiedzą, dlaczego pojawia się napięcie emocjonalne. Jeśli jakiś bandzior celuje w nas z pi- stoletu i krzyczy: „Ręce do góry!", odczuwamy pobudzenie, które trafnie określamy jako strach. Jeśli serce bije nam mocno, gdy w świetle księżyca spacerujemy opustoszałą plażą z kobietą czy mężczyzną naszych marzeń, to poprawnie określamy ten stan jako miłość albo pożądanie seksualne. Jednak wiele sytuacji codziennego życia zawiera więcej niż tylko jedną prawdopodobną przyczynę naszego pobudzenia i trudno określić, jaki jest udział poszczególnych czynników w jego genezie. Wyobraź sobie, że idziesz na film grozy z superatrakcyjną partnerką. W czasie seansu za- uważasz, że serce ci wali i masz szybki, płytki oddech. Czy to dlatego, że tak szalenie pociąga cię twoja towarzyszka, czy może to film wzbudza w tobie przerażenie? Jest nieprawdopodobne, byś mógł stwierdzić: „W pięćdziesięciu siedmiu procentach moje pobudzenie spowodowane jest tym, co odczuwam w stosunku do partnerki, w trzydziestu dwóch stanowi reakcję na straszny film, a jedenaście procent to skutek niestraw- ności po prażonej kukurydzy". Na skutek trudności w określeniu dokład- nych przyczyn pobudzenia niekiedy formujemy fałszywe emocje. Możesz myśleć, że twoje pobudzenie bierze się w głównej mierze z zaintereso- wania partnerką, kiedy w istocie zostało ono wywołane przez film (lub być może nawet przez niestrawność po kukurydzy). Rozważ opowiadaną przez Robin Akert anegdotę z czasów jej studiów doktoranckich: Koleżanka ze studiów doktoranckich i nasza dobra przyjaciółka, Ann, pew- nego popołudnia przychodzi do pokoju, w którym pracujemy, i opowiada nam swoje przeżycia z tego dnia. W czasie porannego szczytu wyjechała samochodem na ważne spotkanie w sprawach zawodowych. Tłok na szo- sie był potworny i zaczęło grozić jej spóźnienie. Wtedy, ku swojemu prze- rażeniu, złapała gumę. Pięknie! wystrojona — jedwabna bluzka, kostium, wysokie obcasy — znalazła się z niesprawnym samochodem na dro- dze szybkiego ruchu New Yersey. Wyglądało to dość ponuro. Wtedy, zu- pełnie niespodziewanie, zjechała na pobocze jakaś ciężarówka, wysiadł z niej niewiarygodnie miły mężczyzna i zmienił Ann koło. Po wylewnych podziękowaniach popędziła na spotkanie, na które spóźniła się tylko odrobinę. Fascynującą część opowiadania Ann stanowił opis mężczyzny, który jej pomógł, i to, jak go spostrzegała. Oczywiście, był on nadzwyczajnie uprzej- my, pomagając jej — prawdziwy człowiek w masce — ale ponadto wy- dal się on Ann bardzo atrakcyjny i interesujący. Kiedy opowiadała tę hi- storię, uśmiechała się do siebie, dając nam do zrozumienia, że jak gdyby — wiede — odczuwała tę małą iskierkę zainteresowania nim. Nie możesz opowiedzieć takiej historii grupie przyjaciół specjalizujących się w psy- chologii społecznej, żeby nie zinterpretowali twojego zachowania, co też oczywiście zrobiliśmy. Wśród radosnych wrzasków i przekrzykiwań po- wiedzieliśmy naszej przyjaciółce, że padła ofiarą błędnego określenia przy- czyn własnego pobudzenia. Zgoda, mężczyzna był bardzo miły i całkiem możliwe, że atrakcyjny, ale czy gdyby po prostu jechała do pracy w zwykły dzień, zareagowałaby na niego tak samo? Wysunęliśmy przypuszczenie, że ważne spotkanie, które miała odbyć tego dnia, sprawiło, iż była napięta i pobudzona, jazda w szczytowym ruchu tylko nasiliła te emocje, a przebita Czułem, jak całe to podniecenie związane z utratą wielkiej ryby przepływa przez transformator i zmienia się w gniew na szwagra. — Norman Maciean A Riuer Runs Through It 244 Rozdział 6 błędne określenie przyczyn pobudzenia: przypisanie własnego pobudzenia niewłaściwemu źródłu, czego konsekwencją jest fałszywa bądź nadmiernie silna emocja opona przypuszczalnie dopełniła miary. Spotyka atrakcyjnego mężczyznę pełna owego nieokreślonego pobudzenia, które jest elementem mogącym wyjaśnić jej odczucia. Ann zgodziła się z tą interpretacją i wszyscy mieli- śmy dobrą zabawę z tego, jak psychologia społeczną, którą studiujemy, wyjaśnia nasze życie. W ostatnich latach w wielu badaniach zademonstrowano występowa- nie zjawiska błędnego określenia przyczyn pobudzenia, polegającego na dokonywaniu przez ludzi nietrafnych wnioskowań o przyczynach swoich odczuć (Ross, Olson, 1981; Stonns, McCauł, 1976; Schachter, 1977; Storms, Nisbett, 1970; Valins, 1966; Zilimann, 1978). Rozważmy dla przykładu intrygujący eksperyment przeprowadzony w warunkach naturalnych przez Donalda Duttona i Arthura Arona (1974). Wyobraź sobie, że byłeś jednym z jego uczestników (brali w nim udział jedynie mężczyźni). Spa- cerujesz po parku krajobrazowym. Podchodzi do ciebie atrakcyjna młoda kobieta i pyta, czy mógłbyś wypełnić dla niej kwestionariusz służący ba- daniom psychologicznym, które dotyczą wpływu niezwykłych miejsc krajobrazowych na twórczość u ludzi. Postanawiasz jej pomóc. Kiedy wy- pełniłeś kwestionariusz, kobieta dziękuje i mówi, że chciałaby objaśnić ci te badania bardziej szczegółowo, kiedy będzie miała więcej czasu. Odrywa róg z kwestionariusza, zapisuje swoje nazwisko i numer telefonu i prosi, byś zadzwonił, jeśli będziesz chciał z nią trochę dłużej porozmawiać. Jak myślisz, jak wielkie wrażenie wywarłaby na tobie ta kobieta? Czy za- dzwoniłbyś do niej, żeby się umówić? Niełatwo jest na to pytanie odpowiedzieć. Bez wątpienia zależy to od tego, czy spotykasz się już z kimś innym, czy jesteś bardzo zajęty i tak dalej. Może to jednak również zależeć od sposobu, w jaki interpretujesz do- znania cielesne, których doświadczasz. Jeżeli jesteś pobudzony za sprawą Błędne określenie przyczyn. Gdy ludzie są pobudzeni z jakiegoś powodu, na przykład podczas przejścia przez budzący grozę most, często przypisują to pobudzenie niewłaściwemu źródłu — takiemu, jak erotyczne zainteresowanie osobą, która jest z nimi. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 245 jakiejś przyczyny zewnętrznej, możesz błędnie sądzić, że część tego pobu- dzenia jest spowodowana twoim zainteresowaniem tą młodą kobietą. Dla sprawdzenia tego pomysłu Dutton i Aron (1974) przygotowali badania, w których kobieta (ich pomocnik) podchodziła do mężczyzn w parku w dwóch bardzo różniących się od siebie sytuacjach. Znowu, wyobraź so- bie, że jesteś uczestnikiem tych badań. Idąc przez park, dochodzisz do głębokiego kanionu. Jego brzegi łączy wąski, liczący 180 metrów długości most wiszący, zbudowany z desek przytwierdzonych do stalowych lin. Postanawiasz przejść przez niego. Musisz się pochylić, żeby chwycić bar- dzo niskie poręcze. Po pokonaniu kawałka drogi zauważasz, że wzmaga się wiatr. Most zaczyna się chwiać i kołysać. Czujesz się, jakbyś za chwilę miał spaść, trzymasz się więc ze wszystkich sił poręczy. Potem popełniasz błąd, spoglądając w dół. Widzisz pod sobą 200 stóp skalistej przepaści \ m\mim ^ T\a ^ dmę. To \m m ^ \eWtó podniecenie - serce ci wali, oddychasz szybko i zaczynasz się pocić. W tym momencie atra- lt-*(e isr-zyczyr-t potoLtCiz-onI.f- Gdy kobieta poctehod-^łłaa dc* m^^-czy^r-t r>a budzącym gro^ę \rt/iszącym mo^de i FłroEiiłea ich o \rt/yF>e»łnie.nio kwostionariLis-za, znacznej części .z nich wydawała się pociągające* i dzwoni l i do niej później, fc>y się t-imówic. Ody ta sama kobieta podchodziła do mężczyzn, którzy już przeszli przez most i odpoczywali, stosunkowo niewielu chciało się z nią um>Jzwyczajania się od palenia papierosów, podczas gdy obiektywne dane wskazują, że większość z nich jest nieskuteczna? Conway i Ross (1984) wykazali, że jednym z powodów jest sposób funkcjonowania pamięci u ludzi. Po udziale w takich spotkaniach obserwują, co się z nimi dzieje obecnie, jeśli chodzi o dana; zmienną (np. ile ważą). Ponieważ maja teorie, /e terapia była skuteczna, przeceniają swoje dotychczasowe zaangażowa- nie w niepożądana aktywność (np. ile jedli). Tym samym przesadzają w ocenie pozytywnych skutków uczestnictwa w danym programie. W konkluzji możemy stwierdzić, że nabywamy wiedze o sobie samych poprzez introspekcje i obserwacje własnego zachowania, a następnie orga- nizujemy te' wiedze w schematy Ja. Również nasza przeszłość interpre- tujemy, posługując się schematami i teoriami dotyczącymi tego, w jaki sposób mogą zmieniać się nasze postawy i zachowania. Choć te źródła wiedzy o sobie są bardzo ważne, jednak czegoś tu brakuje. W świetle przedstawionych poglądów jesteśmy samotnymi poszukiwaczami wiedzy o sobie, którzy ani się nie konsultują, ani nie porównują z innymi. Obecnie przejdziemy do omówienia dwóch odmiennych sposobów nabywania sa- mowiedzy. Obydwa mają charakter wyraźnie i jednoznacznie społeczny — w tym sensie, że aby zdobyć wiedze' o sobie samych, odwołujemy się do innych ludzi. Poznawanie siebie poprzez interakcję społeczną Wiele dowiadujemy się o sobie od innych ludzi. Może to sic' oczywiście dokonywać w sposób subtelny („Każdy mnie lubi, musze- więc chyba być osobą sympatyczną"), ale nieraz przyjmuje formy bardziej otwarte. Ludzie mówią ci, co o tobie myślą. Te komunikaty pojawiają się' w najwcześniej- szym dzieciństwie i są obecne w toku całego życia; ocenia ciebie rodzina, przyjaciele, a czasem także obcy. To jest tak, jak gdyby trzymali przed tobą lustro, w którym możesz się przejrzeć. Czasem obraz w nim utwier- dza twoje przekonania o sobie. Czasem jest on niespodzianką, być może nawet bolesną. Czy nie usłyszałeś kiedyś od przyjaciela o sobie czegoś, co było dla ciebie zaskoczeniem („Ja jestem taki?"), i to tym większym, że zostało wypowiedziane jak oczywistość? Być może powiedział: „Wście- kasz się na kogoś i mówisz tak, jakbyś zamierzał coś z. tym zrobić, ale nigdy nie przeciwstawiasz się tej osobie". Myślisz: „Naprawdę? Rzeczy- wiście taki jestem? Naprawdę tak postępuję?" Być może zapytałeś ustę- pliwie: „Co masz na myśli?" l kiedy przyjaciel dokładniej to wyjaśnił, przyznałeś sam przed sobą, że ma rację — zawsze myślałeś, że jesteś tak samo ostry w działaniu jak w języku, podczas gdy on spostrzegał ciebie jako człowieka w gruncie rzeczy łagodnego i ustępliwego. 250 Rozdział 6 Ja odzwierciedlone: spostrzeganie siebie oczami innych ludzi i włączanie ich opinii do własnego pojęcia Ja Ja odzwierciedlone Charles Horton Cooley (1902) i George Herbert Mead (1934), dwaj wcześni i wpływowi teoretycy w psychologii społecznej, rozważali gruntownie kwestię kluczowego znaczenia innych ludzi w tworzeniu przez nas swo- jego pojęcia Ja. Cooley (1902) posłużył się terminem Ja odzwierciedlone dla podkreślenia stopnia, w jakim zdefiniowanie naszego Ja zależy od informacji zwrotnej i opinii uzyskiwanych od innych ludzi. Mead (1934) rozwinął tę ideę twierdząc, że zdolność przyjmowania perspektywy in- nych osób ma decydujące znaczenie dla rozwoju poczucia Ja. Przyjmo- wanie ocen innych oznacza zrozumienie tego, że mogą oni spostrzegać rzeczywistość inaczej niż ty i że ich spostrzeganie ciebie jest różne od twojego. Ja odzwierciedlone jest konstruowane w miarę, jak z biegiem czasu przejmujemy opinie innych ludzi o nas (Mead, 1934). Co by było, gdyby perspektywa innych była dla nas niedostępna? Rzecz dziwna — jeśli nie moglibyśmy widzieć siebie oczami innych lu- dzi, nasz obraz siebie byłby nieostry, ponieważ zabrakłoby nam społecz- nego zwierciadła, w którym moglibyśmy się przejrzeć. Czy pamiętasz test lustra i pomalowanej twarzy, który przedstawiliśmy wcześniej, a prowa- dzący do odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta i małe dzieci mają pojęcie Ja? Przypominasz sobie, że dzieci w wieku od dziewięciu do dwunastu miesięcy nie reagują na swój czerwony nos, gdy się widzą w lustrze, a czynią to dzieci dwuletnie. Młodsze nie rozumieją, że jest to obraz ich samych. Dlaczego? Jedną z przyczyn jest to, że mają znacznie mniejsze doświadczenie związane z interakcją społeczną niż dzieci dwuletnie. Eksperymenty z małpami człekokształtnymi pokazały, że kontakty społeczne są rzeczywiście kluczowe dla rozwoju pojęcia Ja. Na przykład Gordon Gallup (1977) porównywał zachowanie szympansów hodowa- nych w normalnych grupach rodzinnych z zachowaniem szympansów hodowanych pojedynczo, w całkowitej izolacji społecznej. Jedne i drugie były malowane czerwonym barwnikiem, tak jak to opisaliśmy wcześniej, i umieszczane pojedynczo w pokoju bez lustra. Notowano, jak często dotykają zabarwionego, ale nie widzianego przez siebie łuku brwiowego bądź ucha: te dane zostały przedstawione na rycinie 6.8 jako wyniki protestu. Następnie przynoszono do pokoju lustro. Teraz szympansy mo- gły zobaczyć siebie i swoją nową „kosmetykę". Szympansy z doświad- czeniami społecznymi przejawiały zachowanie typowe dla małp człeko- kształtnych (i ludzi) — natychmiast wykorzystywały obraz w lustrze do zbadania czerwonych miejsc na swoich głowach. Natomiast mał- py, które były hodowane w izolacji społecznej, w ogóle nie reagowały na swoje odbicie — ich zachowanie świadczyło o tym, że szympansa w lustrze nie uznawały za siebie (patrz ryć. 6.8). U naczelnych, tak jak u człowieka, interakcja społeczna ma kluczowe znaczenie dla rozwoju pojęcia Ja. Teoria porównań społecznych Do wiedzy o sobie dochodzimy również poprzez porównywanie się z in- nymi (Brown, 1990; Kruglanski, Mayseless, 1990; Pyszczynski, Green- berg, LaPrelle, 1985; Wood, 1989). Gdy próbujesz określić swoje uczucia, cechy i zdolności, inni ludzie i ich uczucia, cechy i zdolności stanowią Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 251 Szympansy rozwijające się w społeczności Szympansy rozwijające się w izolacji Protest (Brak lustra w pokoju) Test (Lustro w pokoju) RYCINA 6.8. Konsekwencje izolacji społecznej dla rozwoju pojęcia Ja. W obecności lustra szympansy, które były hodowane w izolacji, znacznie rzadziej dotykały zabarwionej części głowy niż robiły to szympansy hodowane w grupach społecznych (zaadaptowano z: Gallup, 1977) wartościowe źródło informacji. Załóżmy na przykład, że daliśmy ci test mierzący twoją wrażliwość społeczną czy też to, w jakim stopniu zdajesz sobie sprawę z problemów bliźnich. Test polega na czytaniu fragmentów autobiografii i odgadywaniu, jakie — jeśli w ogóle jakieś — problemy osobiste mieli ich autorzy. Po wykonaniu przez ciebie testu mówimy ci, że uzyskałeś 35 punktów. Czego się dowiedziałeś o sobie? Niezbyt dużo, ponieważ nie wiesz, co oznacza ten wynik. Czy 35 punktów to dobry czy zły rezultat? Przypuśćmy, że powiedzieliśmy ci, iż skala testu rozciąga się od O do 50. Czego dowiedziałeś się teraz? Być może trochę więcej niż poprzednio, ponieważ obecnie wiesz, że chociaż nie uzyskałeś wyniku maksymalnego, uplasowałeś się powyżej środka skali. Informacyjna war- tość tego nadal jednak nie jest zbyt wielka, jeżeli nie wiadomo, jak wy- konywali test inni. Gdybyśmy powiedzieli ci, że wszystkie pozostałe oso- by w twojej grupie uzyskały wyniki między O a 20 punktów, wyciągnąłbyś z tego wniosek, że jesteś bardzo wrażliwy — przynajmniej w świetle wy- ników testu. I byłbyś z tego całkiem zadowolony — z pewnością bardziej niż wtedy, gdybyśmy powiedzieli ci, że wszyscy inni uzyskali od 45 do 50 punktów. Powyższy przykład ilustruje teorię porównań społecznych Leona Fe- stingera (1954). Jej założenie wyjściowe głosi, że mamy potrzebę oceniania własnych poglądów i zdolności, poznawania swoich mocnych i słabych stron dla uzyskania trafnego obrazu siebie. Zdaniem Festingera, kiedy tylko jest to możliwe, ludzie będą wykorzystywali kryteria obiektywne, takie jak odczyt ze stopera po przebiegnięciu mili. Jednakże tego rodzaju informację zwrotną raczej niełatwo jest uzyskać w życiu. Najróżnorod- niejsze interesujące właściwości twojej osoby, o których przypuszczalnie chciałbyś wiedzieć więcej, nie poddają się obiektywnym pomiarom. Czy jesteś osobą atrakcyjną pod względem fizycznym? Czy dobrze grasz na wiolonczeli? Czy masz szczególny dar wczuwania się w przeżycia innych? Czy w sytuacji trudnej zachowujesz spokój i opanowanie? Czy jesteś teoria porównań społecznych: koncepcja, zgodnie z którą poznajemy swoje własne zdolności i postawy poprzez porównywanie się z innymi ludźmi 252 Rozdział 6 Zawiść, tak jak ogień, kieruje się w górę. — Liwiusz. •/. Padwy (59 r. p.n.e. - 17 r. n.c.) porównania społeczne w górę: porównywanie' siebie 7. ludźmi, którzy lokuje się wyżej niy. my w zakresie jakiejś zdolności c/y cechy, mające na celu określenie' standard u doskonałości konserwatystą w sprawach życia prywatnego bądź publicznego? Czy czę- sto kłamiesz? Czy jesteś dobry z matematyki? Żeby odpowiedzieć na takie pytania, musisz się pod względem odpowiedniej cechy porównać z in- nymi. Jak wypadasz w tej konfrontacji? Teoria porównań społecznych koncentruje się na dwóch ważnych za- gadnieniach (Goethals, 1986; Łatane, 1966): a) kiedy angażujesz się w dokonywanie porównań społecznych; b) kogo wybierasz jako tego, z kim się porównujesz. Jak wskazał Festinger (1954), dokonujesz porów- nań społecznych, gdy nie ma obiektywnego standardu, według którego mógłbyś siebie ocenić, i kiedy nie masz pewności, jaki jesteś pod okre- ślonym względem (Suls, Fletcher, 1983; Suls, Miller, 1977). Tak więc, kiedy nie masz pewności, jaka jest wartość twojego działania lub jakie dokładnie są twoje uczucia, będziesz obserwował innych ludzi i porównywał siebie z nimi. Na przykład Jcrry Suls i Barbara Fletcher (1983) badali proces porównań społecznych u naukowców, posługując się metodą analizy dokumentów. Należy do zwyczajów naukowców, że kie- dy przygotowują do publikacji artykuł dotyczący badań, proszą cieszą- cych się uznaniem kolegów o informację zwrotną i komentarze dotyczące tekstu. W specjalnej części publikowanego artykułu umieszcza się podzię- kowania dla nich. Suls i Fletcher (1983) wysunęli hipotezę, że w naukach, w których istnieją standardy cechujące się większym stopniem obiekty- wizmu, badacze nie mają tak dużej potrzeby dokonywania porównań spo- łecznych jak w dyscyplinach, w których standardy mają charakter mniej obiektywny. Nauki przyrodnicze zostały określone jako dyscypliny, w których standardy są bardziej obiektywne — w sensie stosowanych procedur badawczych i w wysokim stopniu sprecyzowanych obszarów badań — niż w naukach społecznych. Odpowiednio do tego autorzy ci sformułowali tezę, że przedstawiciele nauk przyrodniczych będą dzięko- wali w swoich pracach mniejszej liczbie osób, co wskazywałoby na to, że prosili mniej osób o komentarz do swojej publikacji. Analizując kilkaset artykułów, Suls i Fletcher (1983) ustalili, że średnio liczba osób, którym dziękowano w jednym artykule, wynosiła w wypadku fizyków i chemi- ków 0,5, w wypadku psychologów — 1,2, a socjologowie dziękowali w artykule przeciętnie dwóm osobom. Druga kwestia dotyczy tego, z kim powinieneś się porównywać. Masz tutaj prawdziwy dylemat. Czy jeżeli zastanawiasz się nad swoimi uzdol- nieniami artystycznymi, powinieneś porównywać się z Picassem, z twoją młodszą siostrą czy z kolegą z zajęć plastycznych? Nie zaskakuje odpo- wiedz, iż ludzie najczęściej porównują się z osobami, które są do nich podobne pod względem istotnej cechy bądź wymiaru (Goethals, Darley, 1977; Miller, 1982; Wheeler, Koestner, Driver, 1982). Obserwowanie, co potrafią twoi koledzy z roku, powie ci, jakiego rodzaju talentem artysty- cznym ty jesteś obdarzony. Porównywanie siebie z Picassem to sięganie zbyt wysoko: tylko się zniechęcisz, jeśli jako początkujący będziesz się porównywał z jednym z największych artystów XX w. Badania pokazują, że chociaż ludzie niekiedy dokonują porównań społecznych w górę (to znaczy porównują się z osobami, które mają większe osiągnięcia niż oni sami), czynią to po to, by określić, na czym polega doskonałość, czy jaki jest poziom najwyższy. Bardziej ważne dla nich — ze względu na sa- mowiedze — jest porównywanie się z kimś podobnym (Thornton, Ar- rowood, 1966; Wheeler i in, 1982; Zanna, Goethals, Hill, 1975). Podobnie porównywanie własnego talentu artystycznego z uzdolnieniami, które Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 253 Oczywiście że będziesz przygnębiony, jeśli nie przestaniesz się porównywać z ludźmi sukcesu. przejawia twoja kilkuletnia siostra, jest sięganiem za nisko: jej dziecinna bazgranina nie powie ci zbyt wiele o twoich własnych umiejętnościach. Festinger (1954) zauważył jednak, że tworzenie trafnego obrazu siebie samego jest wprawdzie zasadniczym, ale nie jedynym powodem doko- nywania przez nas porównań społecznych. Kiedy próbujemy określić, gdzie się lokujemy w zakresie cechy, która jest dla nas ważna, wykorzy- stujemy porównania społeczne także dla podbudowania ego. Czy prze- konanie, że jesteś fantastycznym artystą-w-rozwoju ma dla ciebie bardzo duże znaczenie? Jeśli tak, porównaj siebie z twoją małą siostrą — rze- czywiście jesteś lepszy! Takie wykorzystywanie porównań społecznych w dół jest strategią służącą ochronie i wspomaganiu siebie (Pyszczynski i in., 1985; Taylor, Lobel, 1989; Willis, 1981). Jeśli porównujesz się z ludźmi, którzy są mniej bystrzy, utalentowani czy mniej uprzejmi niż ty, czujesz się z siebie bardzo zadowolony. Podobnie możesz porównywać swoje zdrowie ze zdrowiem ludzi, którzy czują się gorzej od ciebie i w ten sposób podbudowywać swoją samoocenę. Na przykład Joannę Wood, Shelley Taylor i Rosemary Lichtman (1985) uzyskały dane świadczące o porównywaniu w dół — w wywiadach, które przeprowadzały z cho- rymi na raka. Ogromna większość ankietowanych spontanicznie porów- nywała się z innymi osobami chorymi na raka, znajdującymi się w gor- szym stanie niż oni sami. Przypuszczalnie był to sposób zwiększenia włas- nego optymizmu co do przebiegu choroby u siebie. Zatem, to, z kim się porównujemy, zależy od tego, co chcemy osiągnąć. Gdy chcemy uzyskać trafną ocenę naszych zdolności i poglądów, porównujemy siebie z ludźmi podobnymi do nas samych. Jeżeli potrzebna jest nam informacja, ku cze- mu możemy zmierzać, dokonujemy porównań społecznych w górę. Wre- szcie, kiedy naszym celem jest wsparcie samych siebie, porównujemy się z tymi, którym szczęści się mniej niż nam; w świetle takich porównań w dół wypadamy lepiej. porównania społeczne w dół: porównywanie siebie z ludźmi, którzy lokują się niżej w zakresie jakiejś zdolności czy cechy, mające na celu uzyskanie poczucia większego zadowolenia z siebie 254 Rozdział 6 Kierowanie wrażeniem autoprezentacja: próba zakomunikowania poprzez nasze wypowiedzi, zachowania niewerbalne i działania, kim jesteśmy albo za kogo chcielibyśmy być uważani przez innych kierowanie wrażeniem: świadome bądź nieświadome aranżowanie starannie skonstruowanej prezentacji Ja, która wytworzy u innych określone wrażenie, zgodne z naszymi celami czy potrzebami w interakcji społecznej Cokolwiek robisz, ^zachowuj pozory. — Karol Dickens, 1843 Żeby odnieść sukces, robimy wszystko, co możemy, by sprawiać wrażenie, że go odnieśliśmy. — La Rochefoucauld, 1678 Teraz, gdy już siebie poznałeś, co robisz z całą tą wiedzą? Należąc do gatunku wysoce uspołecznionego, przedstawiasz siebie innym. Twoje po- jęcie Ja ma wiele aspektów: możesz być wieloma osobami. Tak więc pod- stawowym przejawem twojej egzystencji społecznej jest autoprezentacja: za pomocą słów, zachowań niewerbalnych i działań komunikujesz, kim jesteś (albo kim w oczach innych chciałbyś być) (DePaulo, 1992; Goffman, 1959; Schlenker, 1980; Tedeschi, 1981). Autoprezentacja nie zawsze jednak jest procesem prostym i jasnym; niekiedy chcesz, by ludzie tworzyli sobie określony obraz twojej osoby. W takich wypadkach angażujesz się w kie- rowanie wrażeniem, świadomie bądź nieświadomie aranżując starannie skonstruowaną prezentację Ja, która wytworzy u innych określone wra- żenie, zgodne z twoimi celami czy potrzebami w interakcji społecznej (Goffman, 1959; Schlenker, 1980). Cały świat jest sceną Pojęcia autoprezentacji i kierowania wrażeniem rozważał ze swadą Erving Goffman (1955; 1959; 1967; 1971). Jego teoria interakcji społecznej została oparta na modelu dramaturgicznym: teatr jako metafora życia społeczne- go. Na scenie aktorzy przedstawiają sobie wzajemnie pewne aspekty włas- nego Ja (czy swoje role). Goffman twierdzi, że robimy to samo w codzien- nym życiu, w naszych interakcjach społecznych. Tak jak teatr, prawdziwe życie składa się z tego, co na scenie, i z tego, co za kulisami. „Na scenie" jesteś wtedy, gdy odgrywasz swoją rolę, w sposób aktywny przedstawia- jąc innym określone Ja, tak by w nich wywołać bądź podtrzymać pewne wrażenie. Gruntowne sprzątanie pokoju, mieszkania czy domu przed przyjściem gości (i stwierdzanie: „Och, to nic takiego" w odpowiedzi na zachwyty, jak ładnie mieszkasz) to przygotowanie się do występu i na- stępnie występ na scenie. Z kolei „za kulisami" jesteś wtedy, kiedy nie próbujesz aktywnie kierować wrażeniem czy też go kreować w określony sposób. Czujemy się niezbyt dobrze, gdy ludzie wkraczają za nasze kulisy, ponieważ jesteśmy wtedy — z definicji — nie przygotowani. Przyznaj, jak bardzo jest denerwujące, jeżeli ludzie, na których chciałbyś wywrzeć wrażenie, wpadają do ciebie bez uprzedzenia, gdy w twoim mieszkaniu panuje bałagan, a ty prezentujesz się niechlujnie! Zabawnym przykładem kierowania wrażeniem jest „sztuka zyskiwa- nia przewagi" Stephena Pottera (1971) albo inaczej, sztuka wywierania wrażenia, że się jest kimś znacznie więcej niż jest się naprawdę. Potter (1971) opisał dwie strategie autoprezentacji dla studentów college'u. Po- winno się sprawiać wrażenie, że nie robi się nic innego poza pracą, albo wrażenie, że w ogóle nigdy się nie pracuje. Kreowanie pierwszego obrazu, obdarzone przez autora mianem strategu edynburskiej (od uniwersytetu w Edynburgu w Szkocji), wygląda następująco: Specjalność J. Reida [...] to wejście długimi krokami do czytelni [...] zbli- żenie się bez wahania do regału z książkami o tematyce, która niekonie- cznie stanowi przedmiot jego studiów (taktyka szerszych zainteresowań), sięgnięcie po jedną z nich tak, jakby wiedział, że właśnie tam się znajduje, Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 255 Kierowanie wrażeniem w działaniu. W latach siedemdziesiątych David Duke byt liderem Ku-Klux-Klanu. W 1991 r. wystartował w wyborach gubernatorskich stanu Luizjana jako przedstawiciel głównego nurtu konserwatywnych republikanów. W jego sposobie prezentacji siebie nastąpiła wtedy znacząca zmiana. Poza poddaniem się operacji plastycznej, mającej na celu poprawę wyglądu, Duke twierdził w czasie kampanii, że nie popiera już ideologii nazistowskiej ani Ku-Klux-Klanu. odszukanie w niej jakiejś informacji i wymaszerowanie z czytelni w sposób cichy, lecz zauważalny. Przez twarze studentów, którzy to widzą, przebiega cień niepokoju, pod- czas gdy w istocie Reid po prostu właśnie wyjął książkę z cytatami, żeby sprawdzić jakieś hasło do krzyżówki. Wykonując odpowiednio wiele tego rodzaju mało znaczących gestów [...] Reid potrafił pognębić swoich kole- gów z roku, wzbudzając w nich poczucie beznadziejności jakichkolwiek wysiłków wobec takiego współzawodnictwa, (s. 12) Druga strategia, którą Potter (1971) nazywa harwardzką, polega na sianiu lęku w sercach kolegów przez sprawianie wrażenia, że się nigdy nie uczymy, a mimo to otrzymujemy najwyższe oceny. J. FitzJames znikał z college'u zazwyczaj w połowie styczniowego okresu przygotowawczego, mniej więcej właśnie wtedy, gdy jego koledzy zaczy- nali się już na dobre uczyć. Pojawiał się w dniu swojego pierwszego eg- zaminu, wchodząc spacerkiem do sali egzaminacyjnej pięć minut po cza- sie, ubrany w lekki strój w stylu Palm Beach i mocno opalony. Siadając obok kolegi, przeglądał niedbale swoje papiery i nie spiesząc się, zaczynał pisać. Później okazywało się, że zaliczył przedmiot na piątkę. Jakie jest tego wy- jaśnienie? FitzJames ukrywał się w wynajętym marnym pokoiku w Bosto- nie, otoczony wszystkimi lekturami obowiązkowymi i nadobowiązkowy- mi, i przez trzy tygodnie harował jak wół, obnażony do pasa, między dwiema lampami kwarcowymi, (s. 13) 256 Rozdział 6 ingracjacja: proces polegający na tym, że ludzie schlebiają jakiejś osobie, często o wyższym statusie, wychwalają ją i w ogóle próbują wzbudzić w niej sympatię do siebie promowanie siebie: proces polegający na tym, że ludzie próbują wywrzeć pozytywne wrażenie na innych, opisując własne talenty i manifestując swoją wiedzę pławienie się w cudzej chwale: dążenie do poprawienia własnego wizerunku przez wiązanie się z ludźmi, którzy odnieśli sukces lub są sławni Inny o wiele bardziej niepokojący przykład kierowania wrażeniem to manipulacja własnym wizerunkiem dokonana przez Davida Duke'a w tra- kcie kampanii wyborczej o stanowisko gubernatora Luizjany w 1991 r. (patrz fotografie na poprzedniej stronie). Duke, przez większą część życia otwarty zwolennik dominacji białych i antysemita, który w 1989 r. sprze- dawał w swoim biurze prawnym literaturę nazistowską, w listopadzie 1991 r. ubiegał się o fotel gubernatora jako przedstawiciel głównej grupy konserwatywnych republikanów (Duke, 1991). W jego sposobie prezentacji siebie nastąpiła znacząca zmiana. Poza tym, że poddał się operacji plasty- cznej mającej poprawić jego wygląd, Duke twierdził w czasie kampanii, że nie popiera już ideologii nazistowskiej ani Ku-Klux-Klanu, którego był lide- rem (czy też Wielkim Magiem) w latach siedemdziesiątych. Wyborcy gło- sujący w Luizjanie jednak właściwie odebrali jego wyborczą retorykę jako to samo rasistowskie przesianie, tyle że w nowym przebraniu, i Duke został pokonany przez kandydata demokratów, Edwina Edwardsa. Większość z nas oczywiście nie posuwa się aż tak daleko w kierowaniu wywieranym przez siebie wrażeniem. Próbujemy jednak do pewnego sto- pnia nad nim panować. Edward Jones i Thane Pittman (1982) scharakte- ryzowali kilka strategicznych technik autoprezentacji, którymi ludzie po- sługują się w życiu codziennym. Czytając o nich, zastanów się nad włas- nym zachowaniem oraz zachowaniem twoich znajomych. Czy potrafisz rozpoznać te strategie w działaniu? Pierwsza z nich to ingracjacja, pole- gająca na tym, że schlebiasz jakiejś osobie, wychwalasz ją i w ogóle starasz się jej przypodobać, przy czym często jest to osoba o wyższym statusie (Jones, Wortman, 1973). Zachowania ingracjacyjne mogą przybierać formę prawienia komplementów, przytakiwania, wyrażania swojego współczu- cia i gotowości pomocy i tak dalej. Jeśli trzyletni bobas twojego profesora opluł ciebie i kopnął w goleń, a ty mówisz: „Co za urocze dziecko!", prawdopodobnie jest to ingracjacja. Ingracjacja stanowi skuteczną techni- kę, ponieważ wszyscy lubimy, gdy ktoś jest dla nas miły, a to ingracjator potrafi. Mimo to taka taktyka może obrócić się przeciwko tobie, jeżeli obiekt zabiegów ingracjacyjnych domyśli się twoich intencji (Jones, 1964; Kauffman, Steiner, 1968). Druga strategia to promowanie siebie, czyli aktywne eksponowanie zalet własnej osoby poprzez opisywanie swoich zdolności, manifestowa- nie wiedzy i uparte dążenie do wywarcia na innych korzystnego wrażenia (Arkin, 1981; Godfrey, Jones, Lord, 1986). Ci, którzy podejmują takie dzia- łania, muszą jednak być ostrożni. Jeśli słuchacze znają ich słabsze strony, należy o nich uczciwie wspomnieć i dopiero potem przejść do swoich zalet (Baumeister, Jones, 1978; Jones, Gergen, Jones, 1963). Oczywiście, w promowaniu siebie można przebrać miarę; nikomu nie podoba się na- dęty, butny pyszałek (Godfrey i in., 1986). Odmienna forma promocji siebie to pławienie się w cudzej chwale. Nie możesz być dobry we wszystkim, a zatem nie zdołasz promować siebie skutecznie na wszystkich polach. Możesz jednak zbliżyć się do osób, które mają talent lub odniosły sukces, i pławić się w ich sławie i chwale. Innymi słowy, możesz imponować innym, ponieważ znasz imponujących ludzi lub też się z nimi wiążesz. Robert Cialdini i jego współpracownicy (1976) stwierdzili, że relacjonując wyniki lokalnych rozgrywek futbolowych, ki- bice mówią „wygraliśmy" i „oni przegrali", l Ostatnia z omawianych strategii autoprezentacji, której poświęca się najwięcej uwagi w badaniach, to kreowanie usprawiedliwień dla możliwej Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 257 porażki. Jest ona połączeniem atrybucji w służbie Ja (rozważanych wcześ- niej w rozdziale 5) i kierowania wrażeniem. Działanie niezbyt udane albo też nieradzenie sobie z zadaniem wpływa negatywnie na twoja samooce- nę. W istocie nawet dobre rezultaty mogą wzbudzić niepokój, jeśli są gorsze od oczekiwanych osiągnięć czy też od tych, które uzyskiwałeś w przeszłości. W jaki sposób za pomocą atrybucji możesz sobie radzić z tym rozczarowaniem? Kreowanie usprawiedliwień dla możliwej poraż- ki jest dość zaskakującym rozwiązaniem: możesz kreować powody nie- powodzenia, zanim ono nastąpi, to znaczy, zanim jeszcze zaangażujesz się- w wykonywanie zadania, możesz zapewnić sobie gotowe wytłuma- czenie ewentualnych niezadowalających jego rezultatów (Arkin, Baum- gardner, 1985; Jones, Berglas, 1978). Powiedzmy, że jest wieczór przed twoim końcowym egzaminem z ja- kiegoś przedmiotu. To ważny przedmiot, wymagany do specjalizacji, i chciałbyś go dobrze zdać. Sensownie byłoby zjeść smaczną kolację, po- uczyć się trochę", a potem wcześnie pójść do łóżka i dobrze przespać noc. Strategią kreowania usprawiedliwień polegałaby na poświęceniu ca- łej nocy na naukę (albo spędzeniu jej na zabawie), a potem stawieniu się rankiem na egzamin z zaczerwienionymi oczyma i z przytępionym umysłem. Jeśli ci się nie powiedzie, masz wytłumaczenie. Innymi słowy, dysponujesz zewnętrzną przyczyną, którą możesz przedstawić innym jako wyjaśnienie osiągniętego przez siebie rezultatu. Tą zewnętrzna atry- bucja zapobiega dokonaniu przez nich niepożądanej atrybucji wewnę- trznej (nie jesteś bystry). A jeśli zdasz egzamin świetnie — to tym lepiej. Dokonałeś tego pomimo niesprzyjających okoliczności (brak snu), co ka- że sądzić, że naprawdę jesteś mądry i utalentowany. Są dwa główne sposoby kreowania usprawiedliwień możliwej porażki. Najbardziej skrajna metoda polega na tym, że ludzie tworzą utrudnienia, które zmniejszają prawdopodobieństwo sukcesu. A zatem, jeśli rzeczywi- ście poniosą porażkę, mogą winę za nią składać na te właśnie utrudnienia, ą nie na swój brak zdolności. Jak stwierdzono, ludzie uciekają się do takich środków osłabiających szansę sukcesu, jak alkohol, zmniejszony wysiłek wkładany w wykonywanie zadania i brak treningu przed ważnymi za- wodami sportowymi (Berglas, Jones, 1978; Greenberg, 1983; Higgins, Har- ris, 1988; Koditz, Arkin, 1982; Rhodewalt, Davison, 1984; Tucker, Vuchi- nich. Soboli, 1981). Drugi sposób kreowania uzasadnień możliwej porażki ma charakter mniej radykalny. Ludzie nie tworzą przeszkód na drodze do sukcesu, lecz wymyślają gotowe usprawiedliwienia na wypadek porażki (Baum- gardner. Lakę, Arkin, 1985; Greenberg, Pyszczynski, Paisley, 1984; Smith, Snyder, Perkins, 1983; Snyder, Smith, Augelli, Ingram, 1985). Zatem nie musimy posuwać się aż tak daleko, że nie śpimy całą noc przed ważnym egzaminem, lecz zamiast tego możemy narzekać na złe samopoczucie. Stwierdzono, że ludzie uzbrajają się w najróżniejszego rodzaju usprawied- liwienia, takie jak zrzucanie winy na własną nieśmiałość, lęk egzamina- cyjny, kiepski nastrój, dolegliwości fizyczne i niesprzyjające zdarzenia w przeszłości. Z przygotowywaniem sobie usprawiedliwień na zapas wiąże się jednakże niebezpieczeństwo, że w efekcie będziemy wkładali mniej wysiłku w samo zadanie. Chociaż kreowanie usprawiedliwień ewentualnej porażki może zapobiec niepochlebnym dla nas wyjaśnieniom niepowodzenia, często wywiera ono niesprzyjający wpływ na nasze dzia- łanie, stając się przyczyną tego, czego się tak obawiamy. kreowanie usprawiedliwień dla możliwej porażki: twor/cnic utrudnień i wymyślanie usprawiedliwień dla samego siebie, /.cby w wypadku niepowodzenia dysponować gotowym wytłumaczeniem Poznnj siebie! 258 Rozdział 6 W tym rozdziale rozważaliśmy, w jaki sposób ludzie poznają samych siebie. Na Ja, które poznajemy, składa się świadomość (poznający) oraz pojęcie Ja (poznawane). Świadomość własnego Ja jest wspólna dla ludzi i dla małp człekokształtnych. Dzieci nabywają poczucie Ja w wieku około dwóch lat. W miarę jak dojrzewają, ich autopercepcje stają się coraz bardziej złożone, abstrakcyjne i w coraz wię- kszym stopniu odnoszą się^lo cech psychologicznych. De- finicja Ja, którą omawialiśmy, jest w głównej mierze wyni- kiem kultury Zachodu. W innych czasach i kulturach Ja de- finiowane było całkiem odmiennie. Są cztery zasadnicze drogi dochodzenia przez człowie- ka do wiedzy o sobie: introspekcja, obserwacje własnego zachowania, schematy Ja i interakcja społeczna. Introspe- kcyjna refleksja nad tym, co odczuwamy i jakimi jesteśmy ludźmi, może dać lepszy wgląd we własne uczucia i cechy, zwłaszcza — jak pokazują badania związane z teorią samoświadomości — gdy koncentrujemy na sobie uwa- gę innych. Zupełnie odmienną rzeczą jest refleksja nad tym, dlaczego odczuwamy to, co odczuwamy. Wiele ba- dań pokazuje, że sądy n^ temat przyczyn uczuć i działań są często nietrafne. Częściowo bierze się to stąd, iż wyjaś- niając własne zachowanie, odwołujemy się do teorii przy- czynowości. Ponadto może dojść do zmiany postawy pod wpływem wyszukiwania powodów, gdy zaczynamy wie- rzyć, iż nasze uczucia są zgodne z przyczynami, które aku- rat przyszły nam na myśl. Tłumienie, czyli usiłowanie, że- by o czymś nie myśleć, również rodzi problemy, ponieważ może powodować, że ludzie będą się koncentrować na tej właśnie myśli, którą próbują stłumić. Teoria spostrzegania siebie zajmuje się kwestią, w ja- ki sposób poznajemy siebie poprzez obserwacje własnego zachowania — podobnie, jak poznajemy innych. Wystę- puje to zwłaszcza wtedy, gdy brakuje nam wyraźnych wskazówek co do rodzaju naszych przekonań czy uczuć. Na przykład zgodnie z hipotezą mimicznego sprzężenia zwrotnego wnioskujemy o przeżywanej przez siebie emocji na podstawie własnego wyrazu mimicznego. Inne interesujące zjawisko wyjaśniane przez teorię spostrzega- nia siebie to efekt nadmiernego uzasadnienia. Polega on na pomniejszaniu naszej wewnętrznej motywacji do wy- konania danego zadania, a w konsekwencji uznanie, że angażujemy się w jego wykonywanie z powodu moty- wacji zewnętrznej. To znaczy, nagrody i oddziaływania zewnętrzne mogą osłabić nasze wewnętrzne zaintereso- wanie: to, co przedtem sprawiało nam przyjemność, prze- staje być zabawą, a staje się pracą. Rozwinięciem teorii spostrzegania siebie jest dwuczynnikowa teoria emocji: dochodzimy do określenia przeżywanych emocji, wnio- skując o nich na podstawie sytuacji, w której się znaj- dujemy. Ponieważ pobudzenie fizjologiczne trudno jest zaklasyfikować, może dojść do błędnego określenia przyczyn pobudzenia, kiedy to swoje pobudzenie wią- żemy z niewłaściwym źródłem (czy też z niewłaściwym aspektem sytuacji). Informację o sobie organizujemy w schematy Ja. Są to oparte na naszych przeszłych doświadczeniach stru- ktury wiedzy o nas samych, które pomagają nam zrozu- mieć, wyjaśnić i przewidzieć własne zachowanie. Orga- nizując pamięć autobiograficzną, to jest pamięć doty- czącą własnych myśli, uczuć i zachowań w przeszłości, często posługujemy się ukrytymi teoriami stałości myśli i zachowań. Czwarty sposób poznawania siebie to inter- akcja społeczna. Wchodząc w interakcję z innymi ludźmi, rozwijamy Ja odzwierciedlone — określamy, kim jeste- śmy, na podstawie tego, jak spostrzegają nas inni. Pozna- jemy siebie również przez porównywanie się z innymi. Teoria porównań społecznych głosi, że dokonujemy po- równań, gdy nie mamy pewności, jacy jesteśmy pod względem danej cechy, i nie ma żadnego obiektywnego kryterium, którym moglibyśmy się posłużyć. Zazwyczaj za przedmiot porównań wybieramy sobie tych, którzy są do nas podobni, ponieważ ma to największą wartość diagnostyczną. Jeżeli chcemy ustalić poziom doskonało- ści, dokonujemy porównań społecznych w górę, to zna- czy porównujemy siebie z tymi, którzy pod względem danej cechy plasują się wyżej od nas. Aby poprawić swoje samopoczucie w związku z oceną siebie samych, doko- nujemy porównań społecznych w dół, to znaczy porów- nujemy siebie z tymi, którzy pod względem danej cechy zajmują pozycję niższą od naszej. Jeżeli już poznaliśmy siebie, często próbujemy po- przez autoprezentację i kierowanie wrażeniem panować nad tym, jakie Ja demonstrujemy innym. Życie społecz- ne w znacznym stopniu przypomina teatr, w którym przedstawiamy otoczeniu różne Ja (czy odgrywamy róż- ne role). Są cztery zasadnicze strategie autoprezentacji: ingracjacja, promocja siebie, pławienie się w cudzej chwale i kreowanie przyczyn możliwej porażki. Ostat- nia podana strategia polega na tym, że przed jakimś na- szym działaniem przygotowujemy sobie zachowanie, ce- chę czy okoliczność zewnętrzną, do których można by się potem odwołać, żeby usprawiedliwić ewentualne nie- powodzenie. Rozumienie siebie: w jaki sposób poznajemy samych siebie 259 Dęci E.L., Ryan R.M. (1985). Intńnsic motwation and self- -detennination. New York: Plenum. Przegląd badań nad motywacją wewnętrzną i nadmiernym uzasad- nieniem przedstawiający pewną alternatywę w sto- sunku do ujęcia atrybucyjnego, które omówiliśmy w tym rozdziale. Fiske S.T., Taylor S.E. (1991). Social cognition (wyd. II). New York: McGraw-Hill. Aktualny encyklopedyczny przegląd literatury dotyczącej poznania społecznego, sporządzony przez dwóch ekspertów w tej dziedzi- nie. Zawiera rozdział poświęcony poznaniu społecz- nemu oraz Ja, obejmujący materiał, który w znacz- nym stopniu pokrywa się z treściami omówionymi w niniejszym rozdziale. Olson ]., Zanna M.P. (red.) (1990). Self-inference: The On- tario Symposium (Vol. 6). Hillsdale, NJ: Eribaum. Zbiór tekstów poświęconych teorii spostrzegania siebie i kon- cepcjom pokrewnym, napisanych przez czołowych badaczy w tej dziedzinie. Schlenker B.R. (1980). Impression management: The self-con- cept, social identity, and interpersonal relations. Monterey, CA: Brooks/Cole. Klasyczne spojrzenie na badania dotyczące kierowania wrażeniem oraz autoprezentacji. Snyder M., Cantor N. (1986). Znajomość siebie i innych: obserwacyjna samokontrola a wiedza społeczna. W: T. Ma- ruszewski (red.), Poznanie i zachowanie. Poznań: Wy- dawnictwo Naukowe UAM. Wojciszke B. (1986). Teoria schematów społecznych. Struktu- ra i funkcjonowanie jednostkowej wiedzy o otoczeniu spo- łecznym. Wrocław: Ossolineum. Wojciszke B. (1991). Procesy oceniania ludzi. Poznań: Na- kom. Korzenie się ik dostosowywanie, czy to do starej doktryny, czy świeżych działań propagandowych, jest słabością ciągle władającą ludzkim umysłem —•Chariotte Peridns Gilman Humatt Work, -1904 ft 7 t M 9 ULU L l d końcu lat sześćdziesiątych Jim Jones założył kościół o nazwie Świątynia Ludu, w którym głosił tolerancję i akceptację rasową. W 1977 r. po ukazaniu się w prasie niepochlebnego artykułu o tym kościele Jones i jego kongregacja wyemigrowali do Gujany i osiedlili się w odległej części dżungli. Tam zbudowali Jonestown. Z biegiem lat Jones stał się dla swoich wyznawców kimś w rodzaju mesjasza. Żądał całkowitej lojalności, oddania oraz posłuszeństwa i je otrzymywał. Dezerterzy z Jonestown mówili podczas wywiadów, że stosował surowe kary, od publicznego upokarzania do bicia, w stosunku do każdego, kto się z nim nie zgadzał. W listopadzie 1978 r. kalifornijski kongresmeo, Leo Ryan, udał się do Jonestown w celu zbadania oskarżeń o to, że niektórzy członkowie kościoła są przetrzymywani tam wbrew własnej woli. Kiedy kongresmen i towarzyszące mu osoby 264 Rozdział 7 przygotowywali się do odlotu, uzbrojeni ludzie z sekty zaskoczyli ich i zastrzelili Ryana i jego czterech ludzi. W czasie popełniania tych morderstw Jones zebrał wspólnotę i zakomunikował swoim wyznawcom, że ich wrogowie są wszędzie i że nadszedł czas dokonania „ rewolucyjnego samobójstwa". Podczas gdy najbardziej zaufani członkowie sekty Jonesa zostali uzbrojeni, tworząc jego straż przyboczną, pozostali wypijali napój zaprawiony cyjankiem. Jones pouczył rodziców, by najpierw podali truciznę swoim dzieciom, a następnie wypili ją sami. Kilką osób próbowało odwieść Jonesa od zamiaru doprowadzenia do zbiorowego samobójstwa, ale zostało zakrzyczanych przez resztę zgromadzenia. Kiedy władze przybyły na miejsce zdarzenia, znalazły członków kongregacji martwych, obejmujących się nawzajem ramionami. Ponad 800 osób odebrało sobie tego dnia życie (Osherow, 1988). Świat był zaszokowany i przerażony wydarzeniami w Jonestown. Jak ludzie mogli tak bezmyślnie podążyć za jednym człowiekiem, Masowe samobójstwo w Jonestown. dostosować się do jego życzeń i wykonywać jego rozkazy do tego stopnia bezkrytycznie, że zabili własne dzieci i popełnili samobójstwo? My wiemy, że taki destrukcyjny konformizm i posłuszeństwo nie jest zjawiskiem niespotykanym. Niestety historia powtórzyła się w 1993 r., kiedy to David Koresh, przywódca duchowy Branch Davidians, przez pięćdziesiąt jeden dni przetrzymywał w niewielkiej odległości od swoich zabudowań działających w imieniu prawa przedstawicieli władzy w Waco w Teksasie. Katastrofalny pożar, który wybuchł 20 kwietnia, strawił budynki sekty, a prawie wszyscy pozostający w nich ludzie zginęli. W momencie powstawania tej pracy nie bardzo jeszcze wiadomo, co właściwie wydarzyło się tego dnia w Waco. Oficjalne czynniki rządowe oświadczają, że to dawidowcy podłożyli ogień pod swoje zabudowania. Jednak Koresh i kilka innych osób zmarło w wyniku ran postrzałowych w głowę, a nie na skutek zatrucia dymem. I choć nie wiemy jeszcze, jak wyglądały ostatnie godziny wspólnoty, to pewne jest, że David Koresh stworzył tak silne więzy konformizmu i posłuszeństwa wśród swoich wyznawców, że ponad osiemdziesiąt osób, dorosłych i dzieci, pozostało w budynkach i się spaliło. Jak mogło dojść do takiego aktu konformizmu? W jakich warunkach i z jakich przyczyn ludzie ulegają wpływom innych? Zastanówmy się przez chwilę nad słowem konformizm. Który z dwóch podanych poniżej cytatów bardziej do ciebie przemawia? Który z nich najlepiej określa twoją bezpośrednią reakcję na to słowo? Konformizm: wpływanie na zachowanie 265 Czyń, co większość czyni, a [ludzie] będą o tobie mówić dobrze. — Thornas Fuller Nie byłoby najlepiej, gdybyśmy wszyscy myśleli podobnie. Istnieje różnica zdań i ona właśnie jest sygnałem do wyścigu. — Mark Twain Nie bylibyśmy zdziwieni, gdybyście wybrali drugi cytat. Amerykańska kultura akcentuje wagę nieulegania konformizmowi. Amerykanie uwa- żają siebie za naród surowych indywidualistów, za ludzi, którzy samo- dzielnie myślą, zawsze stawiają czoło trudnościom i płyną pod prąd, jeżeli wydaje im się to konieczne. Takie kulturowe samowyobrażenie zostało ukształtowane przez sposób, w jaki naród powstał, przez system rządów i przez doświadczenia historyczne związane z ekspansją na Zachód — „ujarzmianiem" Dzikiego Zachodu (Tumer, 1932). Mężczyzn i kobiety, którzy byli pionierami w tym kraju, cechowała niezależność i wytrwałość w przekształcaniu marzeń w rzeczywistość. Mitologia amerykańska celebrowała wyrazistą indywidualność na wie- le sposobów. I tak na przykład, jedną z najdłużej trwających i najbardziej popularnych kampanii reklamowych w historii Ameryki jest „Mariboro Mań". Począwszy od 1955 r., zdjęcie samotnego kowboja z bezkresną pa- noramą w tle stało się obrazem archetypowym. Przyczyniło się ono oczy- wiście do wysokiej sprzedaży tej marki papierosów. Ludzie, którzy nigdy nie widzieli konia, i nigdy nie byli na amerykańskim Zachodzie, od ponad trzydziestu pięciu lat reagują na ten prosty, sugestywny wizerunek. Naj- wyraźniej mówi on nam coś o nas samych, coś, co chcielibyśmy słyszeć i czego lubimy słuchać. Mówi nam, że sami podejmujemy decyzje i że nie jesteśmy słabymi konformistami pozbawionymi kręgosłupa. Nie je- steśmy marionetkami. Jesteśmy graczami. Czy rzeczywiście jesteśmy istotami nonkonformistycznymi? Czy przy podejmowaniu każdej decyzji opieramy się na tym, co sami myślimy, czy też może czasami odwołujemy się w takich chwilach do zachowania in- nych ludzi? Czy jeżeli podążamy za tłumem, to dlatego że nie chcemy się z niego wyróżniać, popaść w kłopoty albo też narażać na krytykę lub odrzucenie? Oczywiście, robimy to. Każdy z nas od czasu do czasu wy- kazuje oznaki konformizmu, który możemy zdefiniować jako zmianę w zachowaniu na skutek rzeczywistego lub wyimaginowanego wpływu innych ludzi (Kiesler, Kiesler, 1969). Wbrew lansowanemu amerykańskie- mu modelowi surowego indywidualizmu nie zawsze popłaca bycie non- konformistą. Czy wolałbyś być spostrzegany jako gracz zespołowy czy raczej jako ktoś, kto nigdy z nikim nie współpracuje? Konformizm nie jest sam w sobie po prostu ani „dobry", ani „zły". Zamiast etykietować konformizm jako dobry albo jako zły, psycholo- gowie społeczni interesują się samym zjawiskiem. Jeżeli będziemy wie- dzieli kiedy i dlaczego ludzie ulegają wpływom innych, łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, czy dany akt konformizmu w naszym własnym życiu był mądry czy głupi. Na początku naszych rozważań zaprezentujemy kil- ka bardzo różnych przykładów konformizmu. Gdy będziesz czytał o każ- dym z tych przypadków, zastanów się, jakie siły społeczne zmuszały ludzi do konformizmu i dlaczego poddali się tej presji. W 1930 r. Mohandas Gandhi zorganizował masowy protest przeciwko bry- tyjskiemu kolonializmowi w Indii. Zasada sprzeciwu bez przemocy wyma- gała od jego uczestników, by biernie poddali się każdej formie stłumienia konformizm: zmiana w zachowaniu na skutek rzeczywistego lub wyimaginowanego wpływu innych ludzi Czasami różne grupy mają bardzo odmienne przekonania o tym, jakie zachowania są właściwe. We wczesnych latach sześćdziesiątych Jeźdźcy Wolności rozmyślnie łamali prawo dotyczące segregacji, narażając się na gniew wielu białych mieszkańców Południa. go przez władze brytyjskie. Tysiące zwolenników Gandhiego odpowie- działo na jego apel i wbrew swoim osobistym odczuciom nie reagowało agresywnie, gdy osadzano ich w więzieniach, bito i gdy do nich strzelano. Ta nowa forma protestu doprowadziła do sukcesu. W 1947 r. Anglicy for- malnie zakończyli swoje kolonialne rządy w Indii. Tak narodziło się auto- nomiczne państwo rządzone przez Hindusów. (Kytle, 1969) Amerykański ruch praw obywatelskich w 1961 r. przejął zainicjowaną przez Gandhiego formę protestu bez przemocy i przygotował swoich Jeźdźców Wolności do pasywnej postawy w obliczu stosowanej wobec nich prze- mocy. Tysiące afrykańskich Amerykanów z Południa wraz z mniejszą licz- bą białych (głównie studentów) z Północy demonstrowało, protestując przeciwko prawom segregacji rasowej obowiązującym na Południu. W na- stępujących po sobie konfrontacjach członkowie ruchu praw obywatelskich nie reagowali agresją, gdy byli bici pałkami, polewani wodą, chłostani, gwałceni, a nawet zabijani przez szeryfów i policję z Południa (Powledge, 1991). To wzorowe podporządkowanie się ideałowi protestu bez przemocy pomogło wprowadzić w 1964 r. Civil Rights Act, która zapoczątkowała nową erę amerykańskiej walki o równouprawnienie. W końcu marca 1954 r. gazety w Seattie zaczęły zamieszczać sporadyczne doniesienia o skazach przednich szyb samochodów, które polegały na two- rzeniu się w nich drobnych otworków i maleńkich pęcherzyków. Przez następne trzy tygodnie pisano o wandalizmie, który rozprzestrzenił się w całym kraju. Tysiące obywateli zgłaszało policji uszkodzenia przednich szyb w samochodach. Burmistrz Seattie ogłosił 15 kwietnia, że kwestia owych zniszczeń nie jest już sprawą policji, i poprosił o pomoc gubernatora Konformizm: wpływanie na zachowanie 267 oraz prezydenta Eisenhowera. Aby zabezpieczyć dowody, uszkodzone szyby samochodów ludzie przykrywali gazetami i wykładzinami podłogo- wymi. Rozpowszechniła się pogłoska, że tworzenie się otworków w szkle może być spowodowane pyłem meteorologicznym albo opadem radio- aktywnym powstałym przy ostatnich próbach z bombą wodorową. Kilka tygodni później artykuły w gazetach sugerowały, że to, co się zdarzyło, było masową histerią — ludzie patrzyli z bliska na swoje (zawsze pokryte dziurkami) przednie szyby, zamiast patrzeć poprzez nie. „Epidemia otwor- ków w przednich szybach aut w Seattie" zakończyła się tak samo nagle, jak się rozpoczęła. (Medalia, Larsen, 1969) W latach siedemdziesiątych wśród studentów pewnego wschodniego uni- wersytetu stanowego była popularna dziwaczna i niebezpieczna gra. Stu- denci prowokowali się nawzajem do przechodzenia na czworakach pod samochodami ciężarowymi, które zatrzymywały się na światłach ulicz- nych. Aby podwyższyć stawkę, biegacze ruszali przez jezdnię dokładnie w chwili, w której światło zmieniało się na zielone. Należało dotrzeć do przeciwległej strony jezdni i nie dać się potrącić przez ciężarówkę. Pewnej nocy jedna ze studentek namówiona przez kolegów zdecydowała się pod- jąć ryzyko. Kiedy przebiegała pod ciężarówką, potknęła się i upadła. Cał- kowicie nieświadomy jej obecności kierowca nadusił nogą na pedał gazu i ruszył. Młoda kobieta zginęła na miejscu. W 1968 r. w czasie wojny w Wietnamie kompania żołnierzy amerykańskich przygotowywała się do wkroczenia do wioski My Lai. Żołnierze ci prze- bywali w Wietnamie dopiero od trzech dni i miała to być ich pierwsza akcja bojowa. Byli bardzo przestraszeni, ponieważ krążyła pogłoska, iż wioska jest okupowana przez czterdziesty ósmy batalion Yietcongu, naj- bardziej przerażającą jednostkę wroga. Rankiem 16 marca pierwsza armia ruszyła helikopterami w kierunku wioski. Jeden z pilotów podał przez Ofiary masakry w My Lai. 268 Rozdział 7 radio, że widzi w dole żołnierzy Vietcongu, a więc amerykańscy żołnierze będą skakać prosto na lufy karabinów. Szybko się okazało, że ów pilot nie miał racji — nie było ostrzału karabinowego. Pierwszy pluton, dowo- dzony przez porucznika Williama Calleya, wkroczył do wioski i tam rów- nież nie napotkał żadnego oporu. Kilkoro mieszkańców, same kobiety, starcy i dzieci, przygotowywało przy małych ogniskach śniadanie. Nagle ciszę poranka przerwały strzały z rewolweru. Calley rozkazał jednemu z żołnierzy zastrzelić cywilów, których więzili. Inni zaczęli również strze- lać i rozpoczęła się rzeź. Żołnierze Kompanii C spędzili wszystkich mie- szkańców My Lai w jedno miejsce i systematycznie mordowali. Spychali kobiety i dzieci do wąwozu i zabijali strzałami z karabinów. Wrzucali ręczne granaty do chat pełnych ukrywających się tam mieszkańców wioski. Nikt nie zna dokładnej liczby zabitych, ale szacuje się ją na 400 do 450 wietnamskich cywilów. (Hersch, 1970; „Time", 1969) Powyższe przykłady pokazują, jak ludzie dają się złapać w pułapkę wpływu społecznego. W odpowiedzi na żądania wyrażone wprost albo i nie, ludzie zmieniają swoje zachowanie i podporządkowują się ocze- kiwaniom innych. Rezultat ich konformistycznego zachowania w poda- nych przykładach jest oczywiście zróżnicowany — od użyteczności i szlachetności do histeńi i tragedii. Ale dzieje się tu o wiele więcej i dla- tego nie możemy się ograniczyć tylko do pozytywnej lub negatywnej oceny aktu konformizmu. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, dla- czego ludzie się podporządkowują? Czym tak kusi nas grupa, że nie możemy się jej oprzeć i zmieniamy swoje zachowanie, dostosowując się do innych? Niektórzy tak postępowali, ponieważ nie wiedzieli, co robić w za- skakującej ich i niezwykłej sytuacji. Zachowanie innych traktowali jako użyteczną informację i decydowali się reagować tak samo. Być może podporządkowywali się, gdyż nie chcieli być ośmieszeni lub ukarani za odmienność. Wybrali taki sposób działania, jakiego oczekiwała od nich grupa, aby nie być odrzuconym czy źle potraktowanym przez jej członków. Sprawdźmy, jak działa każda z powyższych przyczyn konfor- mizmu. Interakcja z innymi ludźmi przynosi przede wszystkim informację. Nie powinieneś być zdziwiony, gdy słyszysz, że ludzie czasami nie wiedzą, jak postąpić w danej sytuacji, albo też nie wiedzą, co takiego się właściwie wydarzyło. Życie niestety nie daje nam instrukcji zalecających, co zrobić i jak się zachować. Świat społeczny jest często niejasny i niedookreślony. Jak powinieneś, na przykład, zwracać się do swojej profesorki psy- chologii — doktor Berman, profesor Berman, pani Berman czy też Pa- trycjo? Którego ze sztućców (trzy widelce, dwa noże i cztery łyżki) uży- jesz, jeżeli pierwszy raz jesz w eleganckiej francuskiej restauracji? Jak powinieneś głosować w nadchodzącym referendum na uczelni, które ma Konformizm: wpływanie na zachowanie 269 rozstrzygnąć, czy będzie podniesione czesne w zamian za lepsze usłu- gi dla studentów? Jakie cechy fizyczne są najbardziej charakterystyczne dla pięknej kobiety albo przystojnego mężczyzny? Czy krzyk, który sły- szałeś na dworze, był głosem osoby bawiącej się z przyjaciółmi, czy też wydała go ofiara napadu? W takich i w wielu innych sytuacjach z życia codziennego często nie wiemy, jak zareagować albo co myśleć. Nie mamy po prostu wystarcza- jącej wiedzy, by podejmować właściwe decyzje. Mamy na szczęście dostęp do bardzo dobrego i użytecznego źródła wiedzy, jakim jest zachowanie innych ludzi. Pytanie innych o to, co myślą, oraz obserwacja tego, co robią, pozwala nam na zdefiniowanie sytuacji (Deutsch, Gerard, 1955; Kel- ly, 1955; Thomas, 1928). Gdy później będziemy działać tak jak każdy inny człowiek, będziemy zachowywać się konformistycznie, ale wcale nie dla- tego, że jesteśmy słabymi i pozbawionymi kręgosłupa osobami, które nie mogą polegać na samych sobie. Będziemy się zachowywać tak jak inni, ponieważ ich zachowanie jest dla nas informacją. Definiuje ono niejasne dla nas sytuacje i pomaga obrać właściwy kierunek działania. Nazywamy to informacyjnym wpływem społecznym. Prześledźmy przykład ilustrujący, jak to się dzieje, że inni ludzie stają się źródłem informacji. Wyobraź sobie, że jesteś uczestnikiem ekspery- mentu Muzafera Sherifa (1936). W pierwszej fazie tych badań sadzają cię samego w ciemnym pokoju i proszą, byś skupił uwagę na oddalonym o piętnaście stóp punkcie świetlnym. Następnie eksperymentator prosi, byś oszacował, o ile cali ów świetlny punkt się przesunie. Gorliwie wpa- trujesz się w światło i widzisz, że rzeczywiście przesunęło się troszeczkę. Mówisz więc: „O około dwa cale", chociaż wcale nie jest łatwo określić tę odległość dokładnie. Światło znika, a następnie pojawia się znowu. Ponownie proszą cię o określenie tej odległości. Ponieważ wydaje ci się, że punkt przesunął się trochę bardziej, mówisz: „Cztery cale". Po kilku takich próbach wydaje ci się, że za każdym razem światło przesuwa się tak samo daleko, a więc o około dwóch do czterech cali. Najbardziej interesujące w wyżej opisanym zadaniu było to, że ów punkt świetlny w rzeczywistości wcale się nie poruszał. Wydawało się, że zmieniał swoje położenie na skutek złudzenia wzrokowego, które jest nazywane efektem autokinetycznym. Jeżeli wpatrujesz się w jas- ne światło w jednolicie ciemnym środowisku (np. patrzysz na gwiazdę w ciemną noc), będzie ci się zdawało, że światło migocze. Dzieje się tak, ponieważ nie masz żadnego stabilnego punktu odniesienia, aby za- kotwiczyć pozycję światła. Dystans, jaki zdaje się ono pokonywać w ta- kiej sytuacji, jest różny w przypadku różnych osób, ale jest stały w czasie dla jednego człowieka. W eksperymencie Sherifa (1936) w trakcie pier- wszej fazy badań wszyscy badani dochodzili do swoich własnych, sta- bilnych ocen. Osoby te jednak różnie oceniały ową odległość. Jedni ucze- stnicy eksperymentu utrzymywali, że punkt świetlny przesuwa się tylko o mniej więcej jeden cal, inni zaś mieli wrażenie, że pokonał on około dziesięciu cali. Sherif wybrał właśnie efekt autokinetyczny do swojego eksperymentu, ponieważ chciał stworzyć sytuację, która byłaby dla badanych nieokre- ślona, a więc poprawna definicja tej sytuacji byłaby dla nich niejasna. Kilka dni później, w drugiej fazie badań, uczestnicy eksperymentu zostali połączeni w trzyosobowe grupy. Każdy badany miał za sobą to samo doświadczenie — indywidualną ocenę przesunięcia punktu świetlnego. Zwykle najlepiej w takich sytuacjach robić to, co robi tłum. Ale załóżmy, że są dwa tłumy — zasugerował pan Snodgrass. Krzycz razem z tym większym — odpowiedział pan Pickwick. — Karol Dickens Klub Pickwicka informacyjny wpływ społeczny: wpływ innych ludzi, który prowadzi nas do konformizmu, ponieważ spostrzegamy te osoby jako źródło informacji, dające wskazówki dla naszego zachowania; dostosowujemy się, ponieważ wierzymy, że cudza interpretacja niejasnej sytuacji jest bardziej poprawna niż nasza 270 Rozdział 7 prywatna akceptacja: dostosowanie się do zachowania innych ludzi bez prawdziwego przekonania o tym, że to, co oni robią albo mówią, jest słuszne publiczny konformizm: dostosowanie się publiczne do zachowania innych ludzi, bez konieczności wiary w to, co robimy lub mówimy Teraz uczestnicy eksperymentu zostali postawieni w prawdziwie społe- cznej sytuacji. Każdy z członków grupy miał wypowiadać swoje sądy głośno. Pamiętajmy, że u różnych ludzi efekt autokinetyczny jest doświad- czany w różny sposób. Niektórzy widzą duży ruch, inni zaś o wiele mniej- szy. Co zatem robili słysząc, że ich partnerzy z grupy inaczej niż oni oceniają odległość? W trakcie serii liczącej kilka prób badani dochodzili do wspólnej oceny, a każdy członek grupy z tą oceną się zgodził. Znaczy to, że wykorzysty- wano siebie nawzajem jako źródło informacji, uzyskując w ten sposób przekonanie, że ocena wypracowana przez grupę jest poprawna (patrz ryć. 7.1). Ważną cechą informacyjnego wpływu społecznego jest to, że wpływ ten może doprowadzić do prywatnej akceptacji, kiedy ludzie za- czynają wierzyć w definicję sytuacji, której nauczyli się od innych. Jest jednak równie prawdopodobne, iż było tak, że poszczególne osoby publicznie podporządkowały się grupie, ale prywatnie nadal były prze- konane, że światło przemieściło się tylko o niewielką odległość. Ktoś mógł na przykład sądzić, że punkt świetlny przesunął się o dziesięć cali, ale głośno twierdził, że były to trzy cale, a więc tyle, ile wynosił szacunek grupy. Mógł to powiedzieć tylko po to, by nie być odebranym przez po- zostałych członków grupy jako nierozsądny czy głupi. (Byłby to przypa- dek publicznego konformizmu bez prywatnej akceptacji). Sherif prosił badanych o indywidualną ocenę ruchu światła jeszcze raz, po badaniu w grupach. Nawet wtedy, gdy badani nie musieli się już obawiać, że w oczach innych wypadną niemądrze, odpowiadali tak, jak wcześniej od- powiadała grupa. Wyniki innych badań wykazały, że ludzie podporządkowywali się ocenie wypracowanej przez grupę nawet wtedy, gdy w rok później indy- widualnie oceniali tę odległość (Rohrer, Baron, Hoffman, Swander, 1954). Świadczy to o tym, że istnieje wzajemnie zaufanie do siebie, jeśli chodzi o definiowanie rzeczywistości i uleganie ocenie wypracowanej przez grupę. Oczywiście na ogół raczej rzadko pytamy innych o to, jak bardzo prze- suwa się nieruchomy punkt. Dlatego trzeba tutaj mocno zaakcentować, że w wielu sytuacjach życia codziennego odwołujemy się do innych osób, by pomogły nam zdefiniować to, co się wokół dzieje. Przypomnij sobie, kiedy byłeś pierwszy raz na koncercie w filharmonii lub na przedstawie- niu baletowym. Wiedziałeś, że czasami oklaski przerywają występ, ale czy wiedziałeś dokładnie kiedy? I na jak długo? A co z owacją na stojąco albo z okrzykami „Bis!" czy „Brawo!"? Bez wątpienia spoglądałeś w stro- nę innych osób na widowni, aby pomogły ci zinterpretować właściwy sposób okazywania aprobaty w tej całkowicie formalnej sytuacji. Również zachowanie publiczności podczas przedstawienia może być powodowane konformizmem. Oto jak Davies (1988) opisywał wykorzystywanie klaki (opłaconych braw) w operze z początków XIX w.: Publiczność opery musi składać się z ludzi, którzy dobrze znają tę pracę. Nikt nie ośmieli się klaskać, jeżeli nie wie gdzie, kiedy ani dlaczego. Taka osoba mogłaby popełnić żenującą pomyłkę i ośmieszyć się [...] Klaka jest małą grupą ekspertów. Oklaski, oczywiście, ale nie nie zorganizowany harmider. Musisz mieć swoich bisseurs, którzy będą głośno domagali się bisów; swoich rieurs, którzy będą się śmiać we właściwych miejscach — lecz pełnym aprobaty chichotem zachęcającym innych, a nie głośnym Konformizm: wpływanie na zachowanie 271 8 7 S- +1 badany +2 badanych + 3 badanych W samotności 1 2 Próby grupowe RYCINA 7.1. Oszacowania jednej z grup w badaniach Sherifa nad efektem autokinetycznym. Ludzie określali, jak daleko się przesunął świecący przed nimi w ciemnym pokoju punkt. Gdy każdy z uczestników eksperymentu obserwował światło, będąc sam w pokoju, oszacowania poszczególnych badanych bardzo się różniły. Gdy natomiast połączono ich w grupy i każdy badany słyszał, co mówią inne osoby, zgadzali się na grupowe oszacowanie odległości, o jaką przemieścił się punkt świetlny (zaczerpnięto z: Sherif, 1936) rechotem; swoich pleureurs, którzy będą szlochać, kiedy plącz jest potrzeb- ny. [...] A wszystko to musi być dokładnie zorganizowane — tak, musi to być zaaranżowane — przez capo di daąue. Zapewniamy (kompozyto- rowi) sukces! (Davies, 1988, s. 390-391) Wykorzystywanie innych osób do definiowania rzeczywistości spole- cznej może mieć również duży wpływ na nasze emocje. Zobaczmy, co zdarzyło się naszemu przyjacielowi podczas lotu z Nowego Jorku do Te- ksasu. Czytał spokojnie gazetę, lecz w pewnym momencie spojrzał przez okno samolotu. Zobaczył, że z silnika wydobywa się smuga pary albo dymu. „To dziwne — pomyślał — może to jakiś normalny wydmuch albo efekt kondensacji". Ponieważ jednak nigdy nie widział niczego ta- kiego, trochę się zdenerwował. Czy działo się coś niedobrego? Czy po- winien zawiadomić pilota? Tak jak uczestnicy eksperymentu Sherifa zwrócił się do innych, by pomogli mu określić, co się właściwie dzieje. Postanowił: „Zobaczę, czy załoga jest zaniepokojona". Z początku nasz przyjaciel nie widział ani jednej osoby z personelu. Odwrócił głowę i sprawdził, co się dzieje z tyłu samolotu. Zauważył, że jedna osoba z obsługi wpatruje się w okno z twarzą wykrzywioną grymasem strachu, dwie inne zaś trzymają się nawzajem w objęciach i płaczą. Co czułbyś wtedy, gdybyś był w skórze naszego przyjaciela? Było oczywiste, że natychmiast ogarnął go paniczny strach. Zrozumiał, że pali się silnik i że samolot znalazł się w ogromnym niebezpieczeń- stwie. Na szczęście pilotowi udało się wykonać awaryjne lądowanie i ni- komu nic się nie stało. Ten przykład ilustruje, że inni ludzie wpływają nie tylko na naszą ocenę ruchu światła czy na nasz sposób zachowania się w teatrze. Jak 272 Rozdział 7 pokazaliśmy w rozdziale 6, mogą też być głównym źródłem informacji o naszych emocjach (Schachter, 1959; Schachter, Singer, 1962). Przyjaciel, o którym opowiadamy, gdy zobaczył dym, nie wiedział, czy się bać czy nie. Spojrzenie na osoby z obsługi podpowiedziało mu natychmiast, co ma czuć. Takie kierowanie się zachowaniem innych w celu zdefiniowania swoich emocji pojawia się w życiu człowieka bardzo wcześnie. Kiedy dziecko upadnie i zadrapie sobie kolana, natychmiast patrzy na rodziców. Jeżeli rodzice są zatroskani i mówią: „Och, kochanie, skaleczyłeś się?", dziecko zaczyna płakać. Jeżeli natomiast rodzice się uśmiechają i zacho- wują beztrosko, dziecko zwykle wstaje i bawi się dalej (Campos, Stern- berg, 1981). Tak w pierwszym, jak i w drugim przypadku reakcja dzie- cka jest skutkiem tego, jak definiują sytuację rodzice. Zatem inni ludzie są ważnym źródłem potencjalnej informacji. Nigdy nie wyzbędziemy się potrzeby sprawdzania rzeczywistości poprzez obserwację zachowania innych. Przemiany i kryzysy Informacyjny wpływ społeczny jest niewątpliwie częścią codziennego ży- cia. Jednak ta forma społecznego wpływu uderza w nas czasem w daleko bardziej dramatyczny sposób. I tak na przykład wchodzi ona w grę, kiedy człowiek doświadcza przemiany — nagłej zmiany w pojmowaniu swojego życia, opartej na nowej wiedzy otrzymanej od grupy (Berger, 1963; Berger, Luckmann, 1967). Przemiany mogą się dokonać w stosunku człowieka do religii, do ideologii politycznej albo do któregokolwiek kultu spośród wielu, które pojawiły się w ostatnich dziesięcioleciach. Często dzieje się tak, że przed ową zmianą człowiek odczuwa niezdecydowanie i zakłopotanie, niezadowolenie z własnego życia, a często nawet despe- rację. Spotkanie członków nowej grupy to często poznanie całkowicie no- wej definicji sytuacji, radykalnie różniącej się od dotychczas uznawanej. Te nowe przekonania spostrzegane są przez człowieka jako lepsze i bar- dziej użyteczne od tych, które żywił dotąd. Przemiana wymaga, by jed- nostka podporządkowała się systemowi przekonań nowej grupy odnie- sienia. Arthur Koestler (1959), dawny komunista, tak opisuje zwrot w swoich poglądach, który nastąpił w 1930 r.: Wyrażenie, że ktoś „zobaczył światło", ubogo opisuje to umysłowe unie- sienie, które zna tylko przemiana (bez względu na to, czego dotyczy). [...] Cały świat dopasowuje się wtedy do wzorca, jak oderwane kawałki ukła- danki złożone jednym ruchem, niemal magicznie. Teraz znamy odpowiedź na każde pytanie, a wątpliwości i kontrowersje są już tylko sprawą drę- czącej przeszłości, (s. 19) Dramatyczna forma informacyjnego wpływu społecznego pojawić się może w czasie kryzysów. Człowiek staje wówczas w obliczu niepokojącej, potencjalnie niebezpiecznej sytuacji i nie mą wystarczającej wiedzy, by na nią zareagować (Killian, 1964). Może po prostu nie wiedzieć, co się właściwie wokół dzieje albo jak powinien postąpić. Kiedy zagrożone jest bezpieczeństwo jednostki, uzyskanie informacji staje się konieczne. Wtedy właśnie zachowanie innych bywa jej bogatym źródłem. Konformizm: wpływanie na zachowanie 273 Rozpatrzmy wydarzenia nocy Halloween w 1938 r. Orson Welles, uta- lentowany aktor i reżyser filmowy, wraz z teatrem Mercury przedstawili w radiu słuchowisko oparte na powieści fantastycznonaukowej H.G. We- llsa Wojna światów. (Pamiętajmy, że były to czasy przed powstaniem te- lewizji. Radio było wtedy źródłem rozrywki i nadawało programy mu- zyczne, komediowe i dramatyczne. Było też jedynym sposobem na szyb- kie rozpowszechnienie wiadomości). Tej nocy Welles i jego koledzy akto- rzy wyemitowali program radiowy traktujący o pewnym kataklizmie — o inwazji na Ziemię wrogo usposobionych Marsjan. Audycja była tak re- alistyczna, że co najmniej milion amerykańskich słuchaczy się przeraziło, a kilka tysięcy uległo panice (Cantrii, 1940). Dlaczego aż tylu Amerykanów było przekonanych, że to, co słyszą, jest prawdziwą relacją z rzeczywistej inwazji przybyszów z obcej planety? Pierwszą przyczyną było to, że występujący w przedstawieniu aktorzy znakomicie naśladowali normalne wiadomości radiowe, a wielu słuchaczy opuściło początek audycji (kiedy wyraźnie zapowiedziano, że jest to słu- chowisko radiowe), ponieważ w innym programie kończył się właśnie show numer jeden na amerykańskiej liście przebojów, „Charlie McCarthy". Drugą przyczyną był jednak informacyjny wpływ społeczny. Wiele osób słuchało audycji wspólnie z rodziną albo przyjaciółmi. Porozumiewali się oczywiście między sobą, by się upewnić, czy uwierzyć w to, co słyszą. Widząc zaniepokojenie i zatroskanie na twarzach swoich bliskich, słucha- cze popadali w coraz większą panikę. „Całowaliśmy się nawzajem, bo czuliśmy, że wszyscy umrzemy" — relacjonował później jeden ze słu- chaczy (Cantrii, 1940, s. 95). W dodatku wiele przerażonych osób tak interpretowało rzeczywi- ste zdarzenia, by pasowały do „wiadomości" nadawanych przez radio: „Spojrzeliśmy przez okno i zauważyliśmy, że ulica Wyoming jest pełna Dziewięćdziesiąt dziewięć procent lodzi na świecie to głupcy, a reszta narażona jest na ogromne ryzyko zarażenia się. — Thomton Wilder ->->.. ] i.HO • indukowanie: szybkie rozprzestrzenianie się emocji lub zachowań w tłumie samochodów. Chyba ludzie uciekają" albo „Żaden samochód nie prze- jeżdża moją ulicą. Myślę, że ruch jest zablokowany, ponieważ drogi zo- stały zniszczone" (Cantrii, 1940, s. 93). Kiedy sytuacja jest w wysokim stopniu niejasna, a ludzie zaczynają wierzyć w to, że wiedzą, co się dzie- je, będą tak interpretować potencjalnie nie pasujące fakty, że dostosują je do swojej definicji sytuacji. Gustav LeBon (1895) byt pierwszym badaczem, który opisał, jak w nie kontrolowany sposób mogą rozprzestrzeniać się emocje i zachowania w tłumie. Zjawisko to nazwał indukowaniem. Wiemy już, że zawsze wte- dy, gdy człowiek znajdzie się w niejasnej dla siebie sytuacji, najprawdopo- dobniej będzie odwoływał się do interpretacji innych ludzi. Niestety w pra- wdziwie wieloznacznej i pogmatwanej sytuacji także oni mogą być niewiele lepiej zorientowani i działać niewiele bardziej adekwatnie niż my sami. psychoza tłumu: pojawienie się w grupie ludzi podobnych fizycznych symptomów bez znanej fizycznej przyczyny Kiedy konformizm informacyjny nie sprawdza się Incydent z Wojną światów przypomina nam, że wykorzystywanie innych ludzi jako źródła informacji może być niebezpieczne. Jeżeli są źle poin- formowani, będziemy przejmować te same pomyłki i ich złą interpretację. Zależność od innych, którzy mają pomóc w określeniu sytuacji, może cza- sami doprowadzić do sformułowania rzeczywiście nieadekwatnej defini- cji. Przypomnijmy sobie prezentowaną wcześniej „epidemię otworków w przednich szybach w Seattie" (Medalia, Larsen, 1969). Pierwszego dnia mieszkańcy zachodniej części stanu Waszyngton są zajęci swoimi spra- wami (jeżdżą też samochodami) i żaden z nich nie martwi się, że coś „zabawnego" stanie się z przednimi szybami ich samochodów. Drugiego dnia^ci sami ludzie zaczynają reagować na nową informację, że dzieje się coś złowieszczego i niezwykłego. Niejasność tej sytuacji wyraża się w py- taniu, czy działa jakaś szczególna siła, która powoduje powstawanie otworków w przednich szybach aut? Ludzie sprawdzają swoje samocho- dy... i dostrzegają drobne skazy, których nie widzieli wcześniej. Rozma- wiają o tym ze swoimi przyjaciółmi. Coraz więcej osób zgłasza uszko- dzenie szyb. Potrzeba wyjaśnienia tego zjawiska sprzyja tworzeniu się rozmaitych teorii. Szczególnie popularna jest teoria o opadzie radioaktyw- nym, który powstał w trakcie ostatnich prób z bombą wodorową. Cały czas rośnie informacyjny wpływ społeczny. Ludzie zaczynają stosować środki ostrożności w celu ochrony swoich samochodów i te działania słu- żą znowu jako nowa informacja, do której wszyscy się dostosowują. Ma- sowe ogłupienie trwać będzie do czasu, kiedy zostanie szeroko rozpro- pagowane przekonujące wyjaśnienie zaistniałych wydarzeń. Wraz z nową definicją sytuacji panika czy też histeria skończy się tak szybko, jak się zaczęła (Medalia, Larsen, 1969). Innym przykładem krańcowego i źle skierowanego informacyjnego wpływu społecznego jest psychoza tłumu (Colligan, Pennebaker, Murphy, 1982). Jest to pojawienie się w grupie ludzi podobnych fizycznych sym- ptomów bez żadnej fizycznej przyczyny. Ta forma indukowania zwykle zaczyna się tak, że jedna osoba lub więcej osób informuje innych o po- jawieniu się u nich pewnych dolegliwości fizycznych. Najczęściej są to ludzie, którzy żyją pod wpływem jakiegoś stresu. Ich otoczenie formułuje wtedy opinie, które wydają się racjonalnym wytłumaczeniem stwierdzonej choroby. To wyjaśnienie, a więc nowa definicja sytuacji, rozprzestrzenia Konformizm: wpływanie na zachowanie 275 «CT»J»''it. « s*TOao*Y—siFt(><»ia »~'l»«»««S-%UrS;">Sl«»«t»" 1Mr<»rf-rf- .•&.«&.•— tiw «>"» —tól Wt tt»ttn» U»» Mattoon swi^A^ PrineiDal ^^^sSK^w M. S. SMS^SWm BHJit—*t «a >iiane—*tX _- „ •oma 'H) tKfaaa •l» wart to tlą fa&j&iAtfl "*«» t*!1 u>*t(a '•''o*^**,50?118^^^ C«rr«a>aadtBt. nipEU-tOf vi tht lorK-flottrra łtATIOOM 111.. anot, B.—Mtt» »»nt»e. I r«tH<> »» 1 »t«(»P«tf tttto »^»artttJ(»»& 3% *t«4%» «toa th" Matloon itKit »«»oot, ttłtiUtd hlirólfttii BK»t ołttKi g"".,.,., tod»» tbirt. the. h*r łisrtw tt»l Ttett othtr punon* »«» w" ttA«Brthitrwrttt««t-Mia«itaiH»»»e Winu "'^'•"""^'•a WM^SJES' » Btr»t (U łhtKMT h» »o». MW. "„JfiaS 1^.^'S Kła 8m»tt»,»»» ilttw. Utotttt* _ _»»»n. I S^tStttoA.^g?""-^'^"" "»* ****»< ""J'*"!,'11' %M|t^^^S^SS.!^- »we*uty. Ut» m^ «t t>Btea» C—tk—Ml «B fWt» t. Cli—M ł, Przykład psychozy tłumu. się i coraz więcej osób zaczyna sądzić, że odczuwa te same objawy. Wraz ze wzrostem liczby ludzi dotkniętych owymi dolegliwościami — tak fi- zyczne symptomy, jak i ich domniemane wyjaśnienie stają się bardziej wiarygodne i tym samym coraz szerzej rozpowszechnione (Kerckhoff, Back, 1968). Kilku psychologów społecznych badało pojawiające się naturalnie sy- tuacje psychozy tłumu (np. Colligan, Murphy, 1979; Kerckhoff, Back, 1968; Schuler, Parenton, 1943; Singer, Baum, Baum, Thew, 1982; Stahl, Lebedun, 1974). Donald Johnson (1945) analizował szczególnie interesujący przy- padek, który wydarzył się w Mattoon w stanie Illinois i został nazwany widmem znieczulacza. Oto relacja Johnsona (1945): Historia „widma znieczulacza" zaczyna się w Mattoon, w stanie Illinois, pierwszej nocy września 1944 r. Pewna kobieta zawiadomiła policję, że ktoś otworzył okno w jej łazience i opryskał ją gazem o mdlącym, słodkim zapachu, co częściowo sparaliżowało jej nogi i spowodowało, że źle się poczuła. Wkrótce zgłoszono inne podobne przypadki i policja podjęła wy- siłki na wielką skalę, by złapać nieuchwytnego „gazera". Niektórzy oby- watele Mattoon uzbrojeni w pistolety czatowali na schodach swoich do- mów. Byli tacy, co utrzymywali nawet, że widzieli napastnika przez mgnienie oka i słyszeli odgłos rozpylania gazu. Liczba podobnych incy- dentów stale rosła, a kiedy doszła do siedmiu w ciągu jednej nocy, mo- żliwości lokalnej policji okazały się za małe, by opanować sytuację. Zwró- cono się o pomoc do policji stanowej. Wkrótce do pracy przystąpili eks- perci w wykrywaniu przestępstw, którzy przeprowadzili analizy kawał- ków materiałów nasączonych gazowymi chemikaliami oraz sprawdzali rejestry pacjentów zwolnionych ostatnio ze szpitali psychiatrycznych. Nie- bawem informacja o „widmie znieczulacza" w Mattoon pojawiła się 276 Rozdział 7 w gazetach w całych Stanach Zjednoczonych. [...] Po dziesięciu dniach na- pięcia i emocji, kiedy wciąż nie odnaleziono żadnych konkretnych śladów, policja zaczęła mówić o „fantazji", a niektóre gazety pisały o „masowej histerii". Epizod „widma znieczulacza" się zakończył, (s. 175) Jak rozprzestrzeniała się ta psychoza? Dlaczego ludzie wierzyli, że ich dolegliwości fizyczne wystąpiły po dziwacznym ataku? Johnson (1945) stwierdził, że informacyjny wpływ społeczny zaistniał przede wszystkim poprzez prasę. Niewiele ofiar znało się nawzajem, a więc ta informacja nie mogła być przekazywana pomiędzy nimi bezpośrednio, w osobistych kontaktach. Krzykliwe nagłówki i sensacyjne artykuły w gazetach były środkiem, przez który nową definicję sytuacji podano do wiadomości pub- licznej. Szczególnie interesująca w rozpowszechnianiu przypadków psychozy tłumu (jak i innych dziwacznych form konformizmu) jest ogromna rola środków masowego przekazu. Poprzez telewizję, radio, dzienniki i tygo- dniki informacja szybko dociera do niemal wszystkich osób tworzących populację. W średniowieczu potrzeba było dwustu lat, by „tańczący obłęd" (rodzaj psychozy tłumu) obiegł całą Europę (Sirois, 1982). Dziś wystarczy kilka minut, aby większość mieszkańców naszej planety dowiedziała się o niezwykłych wydarzeniach. Na szczęście środki masowego przekazu mogą też stłumić szerzenie się indukcji poprzez przekazywanie logicz- nych wyjaśnień niejasnych zdarzeń. Kiedy ludzie podporządkowują się informacyjnemu wpływowi społecznemu Przeanalizujmy sytuacje, w których ludzie najczęściej zachowują się kon- formistycznie właśnie z powodu informacyjnego wpływu społecznego.

odżywki, suplementy, kreatyna, białko, hmb, odchudzanie

odzywki, suplementy, kreatyna, bialko, hmb, odchudzanie odżywki suplementy kreatyna białko hmb odchudzanie Kiedy sytuacja jest niejasna. Jest to najbardziej istotna kwestia dla stwierdzenia, czy ludzie wykorzystują siebie nawzajem jako źródło infor- macji. Jeżeli nie jesteś pewien poprawnej odpowiedzi, właściwego zacho- wania czy słusznej idei, będziesz bardziej otwarty na wpływ innych. Im mniej masz pewności, tym bardziej im ufasz (Allen, 1965). Wiele opisa- nych już w tym rozdziale sytuacji, to sytuacje niejasne dla ludzi w nie uwikłanych. Jaką drogę powinieneś obrać, jeżeli chcesz zmienić istniejący porządek społeczny czy polityczny w twoim społeczeństwie? Jak ty i twoi koledzy powinniście się zachować w obliczu nieuniknionej konfrontacji z przedstawicielami władzy? Czy zasada działania bez przemocy, zasto- sowana w Indii i na południu Stanów Zjednoczonych, reprezentuje nową definicję sytuacji, której nauczyli się jej zwolennicy? W obu tych history- cznych przykładach mamy do czynienia z masowym konformizmem w stosunku do nowej informacji, która spowodowała demonstracje o wiel- kiej sile i w konsekwencji okazały się efektywne. Natomiast konformizm, który pojawił się w Jonestown albo w My Lai, był przerażający i tragiczny w skutkach. Informacyjny wpływ społeczny odegrał tam jednak także sporą rolę, ponieważ sytuacje te były niejasne dla uwikłanych w nie osób. W Jonestown na przykład, wielebny Jones osiągnął taką siłę perswazji, że ludzie pozwolili mu za siebie definiować rzeczywistość. Po pewnym czasie mieszkańcy Jonestown wierzyli niemal Konformizm: wpływanie na zachowanie 277 we wszystko, co im powiedział. Nie mieli żadnej niezależnej definicji sy- tuacji dotyczącej ich życia. Uwierzyli Jonesowi, gdy powiedział, że otoczył ich wróg i że sytuacja jest beznadziejna. Uwierzyli, gdy ich przekonywał, że samobójstwo jest w tej sytuacji właściwym zachowaniem. Przykłady kontroli umysłu albo „prania mózgu" są w istocie skrajnymi przykładami informacyjnego wpływu społecznego. Są one do tego stopnia ekstremalne, że Jones potrafił nakłonić prawie wszystkich mieszkańców wioski do po- pełnienia samobójstwa. Kiedy sytuacja jest kryzysowa. Znamy dwie zmienne, często współ- występujące z niejasną sytuacją, które przyczyniają się do wykorzysty- wania innych jako źródła informacji. Po pierwsze, kiedy zaistnieje jakiś kryzys, zwykle nie mamy czasu, aby się dokładnie zastanowić, co po- winniśmy zrobić. Musimy działać natychmiast. Jeżeli jesteśmy przes- traszeni albo ogarnięci paniką i nie wiemy, co czynić, rzeczą naturalną jest obserwowanie innych osób i działanie w podobny sposób. Niestety, ci, których naśladujemy, są też przestraszeni i nie zachowują się racjo- nalnie. Na przykład żołnierze skierowani do My Lai spodziewali się, że przyj- dzie im tam walczyć, i byli z tego powodu niewątpliwie przestraszeni i podnieceni. Wiadomo było, że wietnamscy cywile, zwolennicy Vietcon- gu, kładli miny na ścieżkach, po których poruszali się żołnierze amery- kańscy, że strzelali z ukrycia i podkładali granaty. W wojnie partyzanckiej, takiej jak ta w Wietnamie, często trudno określić, czy cywil jest w istocie cywilem czy wojskowym albo czy jest on sprzymierzeńcem czy wrogiem. Dlatego gdy dwóch żołnierzy zaczęło strzelać do mieszkańców wioski, nie było być może zaskakujące, że inni zrobili to samo wierząc, iż jest to działanie słuszne. Gdyby żołnierze nie byli w kryzysowej sytuacji i gdyby mieli więcej czasu, by się zastanowić nad swoim zachowaniem, może nie doszłoby do tragedii. Kiedy inni ludzie są ekspertami. Zwykle jest tak, że im większym ekspertem jest dana osoba i im większą ma wiedzę, tym jej zachowanie jest bardziej wartościowe jako wskazówka w niejasnej sytuacji (Bickman, 1974). Na przykład pasażer, który widzi dym wydobywający się z silnika samolotu, będzie prawdopodobnie rozglądał się w poszukiwaniu osób z obsługi samolotu, by sprawdzić ich reakcję. Uzna ich za większych eks- pertów niż siedzącego obok człowieka udającego się na wakacje. Eksperci jednak nie zawsze są rzetelnym źródłem informacji. Wyobraź sobie strach, jaki odczuwa młody mężczyzna, słuchając Wojny światów, który, gdy dzwoni do lokalnego komisariatu policji po wyjaśnienia, odkrywa, że po- licjanci również są przekonani, iż opisywane przez radio wydarzenia rze- czywiście są prawdziwe. Opieranie się informacyjnemu wpływowi społecznemu Jak pokazaliśmy wyżej, pewność, że inni pomogą zdefiniować wydarzenia dziejące się wokół nas, może się okazać pożyteczna, ale może też dopro- wadzić do tragedii. W jaki sposób możemy się dowiedzieć, kiedy inni ludzie są dobrym źródłem informacji, a kiedy powinniśmy oprzeć się ich definicji danej sytuacji? 278 Rozdział 7 Tak, z pewnością musimy się trzymać razem albo niezawodnie będziemy wisieć oddzielnie. — Benjamin Franklin do Johna Hancocka przy składaniu podpisu pod Deklaracją Niepodległości Trzeba pamiętać przede wszystkim, że sprzeciwienie się niesłusznemu i niewłaściwemu informacyjnemu wpływowi społecznemu jest możliwe. We wszystkich naszych przykładach pojawili się ludzie, którzy nie pod- porządkowali się temu, co spostrzegali jako niepoprawną informację. W My Lai nie wszyscy żołnierze wzięli udział w masakrze. Jeden z sier- żantów wyznaczonych do „zniszczenia wioski" po prostu odmówił wy- konania rozkazu. Inny żołnierz widząc, co się dzieje, rozmyślnie prze- strzelił sobie stopę, aby w ten sposób usprawiedliwić swoją ewakuację z miejsca owych wydarzeń. Któryś z pilotów helikoptera, widząc, co się dzieje, wylądował, zabrał piętnaścioro wietnamskich dzieci i przewiózł je w bezpieczne miejsce głęboko w lesie. Niektórzy żołnierze odrzucili więc zachowanie innych jako poprawne w tej sytuacji, a sięgnęli do włas- nej wiedzy o tym, co jest właściwe i moralne. Sprzeciwili się udziałowi w zabijaniu niewinnych ludzi. Tak samo w czasie emisji Wojny światów nie wszyscy słuchacze ulegli panice (Cantrii, 1940). Niektórzy podjęli racjonalne próby rozwiązania problemu. Przełączali swoje radia na inne fale i stwierdzili, że żadna inna stacja nie przekazuje takich wiadomości. Zamiast sugerować się zacho- waniem innych ludzi, już schwytanych w pułapkę indukcji i masowej paniki, sami szukali informacji i sami je odnaleźli. Gdy znajdziesz się w niejasnej sytuacji i się zorientujesz, że patrzysz na innych i słuchasz ich, zadaj sobie kilka kluczowych pytań: Czy ci ludzie wiedzą więcej niż ja wiem o tym, co się tutaj dzieje? Czy jest w pobliżu ekspert, a więc ktoś, kto powinien wiedzieć o tym więcej? Czy działania tych ludzi albo tych ekspertów wydają się sensowne? Czy jeżeli zachowam się też w taki sposób, nie będzie to wbrew mojemu zdrowemu rozsądkowi albo wbrew mojemu wewnętrznemu rozeznaniu, co jest dobre, a co złe? Jeżeli wiesz, w jaki sposób działa informacyjny wpływ społeczny w życiu codziennym, masz większą szansę na ocenie- nie, kiedy jest użyteczny. normy społeczne: ukryte albo jasno sprecyzowane reguły grupy dotyczące akceptowanych zachowań, wartości i przekonań jej członków Jest jeszcze jeden aspekt konformizmu, jeszcze jeden — poza potrze- bą posiadania informacji — powód, który sprawia, że zmieniamy swoje zachowanie i upodobniamy się do innych. W tym przypadku zachowu- jemy się konformistycznie po to, by być akceptowanym przez innych ludzi i do nich podobnym. Podporządkowujemy się normom społecz- nym grupy, które są ukrytymi (a czasami wyrażonymi wprost) regułami dotyczącymi akceptowanych zachowań, wartości i przekonań (Deutsch, Gerard, 1955; Kelley, 1955). Grupa ma pewne oczekiwania co do za- chowania się jej członków, a „członkowie o ustalonej pozycji w grupie" dostosowują się do tych reguł. Osoby, które tego nie robią, są odbie- rane jako inne, trudno dostępne albo nawet dewiacyjne. Człowiek spo- strzegany jako dewiant może być ośmieszany, karany, a nawet odrzu- cony przez pozostałych członków grupy (Miller, Andersen, 1979; Scha- chtęr, 1951). Ludzie ze swej natury są istotami społecznymi. Niewielu z nas potra- fiłoby być szczęśliwymi, wiodąc życie pustelnika, nie spotykając innych Konformizm: wpływanie na zachowanie 279 ludzi i z nikim nie rozmawiając. W trakcie interakcji z innymi otrzymu- jemy wsparcie emocjonalne, uczucie i miłość, z innymi dzielimy przyjem- ne doświadczenia. Inni ludzie są dla naszego samopoczucia niezwykle ważni. Badania nad długotrwałą izolacją wykazały, że deprywacja kon- taktu z innymi ludźmi jest dla człowieka przeżyciem stresującym i trau- matycznym (Curtiss, 1977; Schachter, 1959; Zubek, 1969). Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, iż poczucie społecznej wspólnoty jest podstawową potrzebą człowieka, nie może dziwić, że często zacho- wujemy się konformistycznie po to, by zostać zaakceptowanym. Konfor- mizm z powodów normatywnych pojawia się wtedy, gdy upodobniamy swoje zachowanie do zachowania innych nie dlatego, że służą nam oni jako źródło informacji, ale dlatego, że nie chcemy skierować na siebie czyjejś uwagi, nie chcemy być wyśmiani, popaść w kłopoty albo zostać odrzuceni. Podporządkowujemy się, bo chcemy nadal być członkami gru- py i zbierać korzyści, jakie wynikają z przynależności do niej. Nazywamy to normatywnym wpływem społecznym. Prawdopodobnie nie jesteś bardzo zaskoczony słysząc, że ludzie cza- sami zachowują się konformistycznie po to, by inni ich lubili i akcep- towali. Jeżeli grupa jest dla nas ważna, a wymaga jedynie noszenia od- powiedniej odzieży albo używania pewnych slangowych wyrażeń, to dlaczego tego nie robić? Jednak w przypadku ważniejszych zachowań, jak na przykład krzywdzenie innego człowieka, zdecydowanie powin- niśmy oprzeć się presji konformizmu. Nie należy się też podporządko- wywać, gdy mamy pewność, że nasze zachowanie jest słuszne, chociaż presja ze strony grupy mówi nam, że nie należy się tak bardzo do tego przekonania przywiązywać. Czy może powinniśmy? Pamiętaj, że image Amerykanina to surowy indywidualista. Czy my rzeczywiście, tak jak „Mariboro Mań", przecieramy szlaki czy tylko nimi podążamy? Do jakiego stopnia powinniśmy się podporządkować normatywnym naci- skom? Aby znaleźć odpowiedź na te pytania, Solomon Asch przeprowadził serię klasycznych eksperymentów analizujących różne parametry norma- tywnego wpływu społecznego (Asch, 1951, 1956). Asch rozpoczął swój program badawczy, ponieważ był przekonany, że istnieje granica, poza którą ludzie się nie podporządkują. Argumentował, że uczestnicy ekspe- rymentów Sherifa zachowywali się konformistycznie, ponieważ sytuacja,! w jakiej ich postawiono (próba oceny odległości przesunięcia się światła), j była dla nich bardzo niejasna. Asch był jednak przekonany, że gdy sytu-i acja będzie całkowicie jednoznaczna, ludzie będą racjonalnie i obiektyw- nie rozwiązywać problemy. Jeżeli grupa powie lub zrobi coś, co jest sprze- czne z oczywistą prawdą, ludzie z pewnością oprą się naciskom społe- cznym i sami zadecydują, jak postąpić. Chcąc stwierdzić, czy tak jest, Asch przeprowadził niżej opisane ba- dania. Gdybyś był uczestnikiem jego eksperymentu, dowiedziałbyś się, ze są to badania dotyczące sądów percepcyjnych i że oprócz ciebie będzie w nich jeszcze uczestniczyć kilku innych studentów. Scenariusz ekspery- mentu był następujący. Eksperymentator pokazywał każdemu dwie plan- sze. -\a pierwszej znajdowała się pojedyncza linia, na drugiej zaś trzy linie zaopatrzone w kolejne numery (l, 2, 3). Następnie poprosił, by każdy z was ocenił, która z trzech linii na drugiej planszy jest najbardziej zbli- żona długością do linii z pierwszej planszy, i dopiero potem głośno wy- powiedział swoją opinię (patrz ryć. 7.2). normatywny wpływ społeczny: wpływ innych ludzi, który prowadzi nas do konformizmu, ponieważ chcemy być przez nich lubiani i akceptowani 280 Rozdział 7 Unia standardowa 1 2 3 Linie porównawcze RYCINA 7.2. Zadanie polegające na porównywaniu długości linii w badaniach Ascha. Uczestnicy eksperymentu oceniali, która z trzech linii z planszy prawej jest najbardziej zbliżona długością do standardowej linii z planszy lewej (zaczerpnięto z: Asch, 1956) Oczywiste jest, że chodzi tu o linię numer 2. Nie ma więc nic zaska- kującego, gdy każdy kolejny uczestnik eksperymentu mówi: „Linia nu- mer 2". Ty odpowiadasz przedostatni i oczywiście również stwierdzasz, że jest to linia numer 2. Ostatni uczestnik eksperymentu udziela takiej samej odpowiedzi. Eksperymentator pokazuje nowe plansze i znowu pro- si grupę o ocenę długości linii i wypowiedzenie na glos swojej opinii. Ponownie odpowiedz jest oczywista i każdy z uczestników odpowiada poprawnie. Do tego momentu myślisz prawdopodobnie: „Co za nudny eksperyment. Jak długo będziemy musieli oceniać te głupie linie? Jestem ciekaw, co podadzą dziś wieczorem na obiad". Kiedy twój umysł zaczyna sobie tak swobodnie błądzić, zdarza się coś zaskakującego. Eksperymentator pokazuje trzecią grupę linii i znowu odpowiedź jest oczywista — linia numer 3 na drugiej planszy jest naj- bardziej zbliżona długością do linii z pierwszej planszy. Jednak pierwszy uczestnik eksperymentu mówi, że jest to linia numer l! Myślisz sobie: „Och, ten chłopak musi być tak zmęczony, że przysnął". Wtedy druga z kolei osoba zauważa, że jej zdaniem jest to linia numer l. Trzeci, czwar- ty, piąty i szósty uczestnik eksperymentu zgadza się z sądem pierwsze- go. Nadchodzi twoja kolej. Prawdopodobnie wpatrujesz się zaskoczony w obie plansze, by sprawdzić, czy czegoś nie pomyliłeś. Według twojej oceny poprawna odpowiedź brzmi: „Linia numer 3". Co zrobisz? Czy powiesz odważnie: „Linia numer 3", czy podążysz za grupą i udzielisz niepoprawnej odpowiedzi: „Linia numer l"? Jak widzisz, Asch stworzył taką sytuację, by można było stwierdzić, czy ludzie zachowają się konformistycznie nawet wtedy, gdy poprawna odpowiedź jest zupełnie oczywista. Inni uczestnicy eksperymentu byli w rzeczywistości współpracownikami eksperymentatora i mieli udzie- lać błędnych odpowiedzi w dwunastu na szesnaście przeprowadzo- nych prób. Wbrew oczekiwaniom Ascha pojawiło się zaskakująco dużo Konformizm: wpływanie na zachowanie 281 Uczestnicy eksperymentu Ascha porównujący długości linii. Osoba badana siedzi w środku. Jest ona otoczona współpracownikami eksperymentatora, którzy właśnie udzielają złej odpowiedzi. zachowań konformistycznych. 76% osób badanych przyjęło ocenę innych w przynajmniej jednej próbie. Osoby badane podporządkowywały się średnio w trzech próbach na dwanaście tych, w których współpracow- nicy eksperymentatora dawali złe odpowiedzi (patrz ryć. 7.3). Dlaczego badani w tym eksperymencie aż tak często podporządkowy- wali się innym? Być może bardzo się mozolili przy tym zadaniu, więc przyjęli, iż inni lepiej oceniają długość linii. Jeżeli byłoby właśnie tak, mielibyśmy do czynienia z kolejnym przypadkiem informacyjnego wpły- wu społecznego, wykazanego w badaniach Sherifa. Ta interpretacja nie ma jednak większego sensu, ponieważ poprawna odpowiedź była tu oczy- wista. Badani z grupy kontrolnej, którzy sami oceniali długość linii, pra- wie nigdy się nie pomylili. Zadziałał tu zatem nacisk normatywny. Nawet wtedy, gdy badani nie znali pozostałych uczestników eksperymentu, strach przed wejściem w rolę samotnego odszczepieńca był bardzo silny i to on powodował, że ludzie — przynajmniej od czasu do czasu — zachowywali się konformistycznie. Jeden z uczestników eksperymentu tak później wyjaśniał tę sytuację: „To była grupa. Oni mieli sprecyzowany pogląd, a moje zdanie z nim się nie zgadzało. To może budzić gniew. [...] Mogłem wyjść na wielkiego niedołęgę [...] Nie miałem ochoty zrobić z siebie głupca. [...] Czułem, że mam całkowitą rację, ale oni mogli po- myśleć, że jestem dziwakiem" (Asch, 1955, s. 46). Są to klasyczne normatywne powody konformizmu. Ludzie wiedzą, że postępują niewłaściwie, ale zachowują się tak, by nie czuć się dziwa- cznie albo nie wyjść na głupców. Te przykłady ilustrują ważną cechę nor- matywnego nacisku. W odróżnieniu od informacyjnego wpływu społecz- nego presja normatywna zwykle prowadzi do publicznego konformizmu bez udziału prywatnej akceptacji. Ludzie naśladują grupę nawet wtedy, gdy nie wierzą w to, co robią, albo gdy wiedzą, że postępują niewłaściwie. Szczególnie zadziwiające w badaniach Ascha jest to, że ludzie obawiali się wyjść na głupców w oczach obcych sobie ludzi. Nie byłoby to dziwne, gdyby groził im ostracyzm osób, na których im zależy. Nie ryzykowali utratą szacunku ludzi sobie bliskich, czyli przyjaciół i rodziny. Przepro- wadzone do tej pory badania wykazały, że konformizm ze względów normatywnych może pojawić się po prostu dlatego, że nie chcemy nara- żać się na dezaprobatę społeczną, nawet ze strony obcych ludzi, których nigdy więcej nie zobaczymy (Crutchfieid, 1955; Tanford, Penrod, 1984). Moscovici (1985) powiedział, że badania Ascha są „jedną z najbardziej To nic trudnego utrzymać się przy życiu, kochani — nie stwarzajcie kłopotów, a jeśli już musicie, to stwarzajcie takie, których można się spodziewać. Robert Bolt, A Mań for Ali Seasons, 1962 282 Rozdział 7 O 1-3 4-C 7-9 10-12 Liczba prób, w których badani zachowali się konformistycznie RYCINA 7.3. Wyniki badań Ascha. 76% badanych zachowało się konformistycznie przynajmniej w jednej próbie (zaczerpnięto z: Asch, 1957) dramatycznych ilustracji konformizmu, ślepego podążania za grupą na- wet wtedy, gdy jednostka dostrzega, że zaprzecza rzeczywistości i pra- wdzie" (s. 349). Asch (1957) przeprowadził inny eksperyment, który pokazał, z jaką siłą społeczna dezaprobata modeluje zachowania jednostki, tak jak w pier- wszym badaniu, gdy na szesnaście prób współpracownicy eksperymen- tatora dawali złe odpowiedzi w dwunastu przypadkach. Jednak tym ra- zem uczestnicy eksperymentu nie odpowiadali głośno, ale zapisywali swoje odpowiedzi na kartce papieru. Nie musieli już się obawiać, co po- myśli o nich grupa, ponieważ grupa nigdy nie dowiedziała się, jak od- powiadali. Liczba zachowań konformistycznych wyraźnie spadła. Poja- wiały się one średnio w 1,5 przypadków na dwanaście prób. Normatywny wpływ społeczny najlepiej oddaje pejoratywne stereoty- py konformizmu, do których odwoływaliśmy się wcześniej. Czasami kon- formizm z powodów normatywnych może być oznaką słabości. Może też mieć negatywne konsekwencje. Na przykład studenci, którzy bawili się w przebieganie pod ciężarówkami, podporządkowali się definicji sytuacji, którą im oferowali koledzy, nie ze względów informacyjnych. Gdybyś, namówiony przez kolegów, przebiegał pod wielką ciężarówką dokładnie w momencie, gdy światło zmienia się na zielone, to nie mógłbyś powie- dzieć: „Och, cóż za niejasna sytuacja. Nie wiem, jak postąpić. Chyba po- winienem zrobić to co oni". Wiedziałbyś w tej sytuacji, tak jak wiedzieli uczestnicy eksperymentu Ascha, że to zachowanie jest bardzo niebezpie- czne. Mógłbyś jednak mimo wszystko podjąć zabawę z powodu norma- tywnej presji społecznej, której czasami trudno się oprzeć. Potrzeba bycia akceptowanym jest częścią ludzkiej natury, ale czasem może mieć tragi- czne konsekwencje. Konformizm: wpływanie na zachowanie 283 Konsekwencje opierania się normatywnemu wpływowi społecznemu Jednym ze sposobów oceny siły normatywnego wpływu społecznego jest obserwacja sytuacji, gdy ludzie potrafią się mu oprzeć (Milgram, Sabini, 1978). Co się stanie, jeżeli człowiek odmówi tego, o co prosi go grupa, i w ten sposób naruszy grupowe normy? Pomyśl o normach obowią- zujących w gronie twoich przyjaciół. W niektórych środowiskach obo- wiązują egalitarne normy w podejmowaniu grupowych decyzji. Jeżeli na przykład grupa wybiera dla siebie film, to najpierw każdy z jej człon- ków przedstawia innym swoje preferencje, a następnie grupa tak długo dyskutuje, aż osiągnie porozumienie i zgodzi się na jeden wariant. Co by się stało, gdybyś jako członek grupy, w której obowiązuje właśnie taka norma, oświadczył, że chcesz zobaczyć wyłącznie Rebel Without a Cause i nie pójdziesz z nimi na żaden inny film. Twoi przyjaciele byliby zaskoczeni takim zachowaniem. Byliby też zirytowani, a może nawet rozgniewaliby się na ciebie. Jeżeli kpiłbyś nadal z norm przyjaźni obo- wiązujących w waszej grupie i się im nie podporządkował, to najpra- wdopodobniej doszłoby do następującej sytuacji. Przede wszystkim członkowie grupy próbowaliby „zapędzić cię z powrotem do gromady", głownię poprzez nasilanie komunikowania się z tobą. Potem wysłuchał- byś drażniących komentarzy i długich dyskusji, jako że twoi przyjaciele staraliby się dowiedzieć, dlaczego postępujesz tak dziwacznie i usiło- waliby cię nakłonić do podporządkowania się ich oczekiwaniom (Gar- finkle, 1967). Jeżeli te rozmowy nie odniosłyby skutku, najprawdopo- dobniej zmniejszyliby natężenie komunikowania się z tobą (Festinger, Thibaut, 1951; Gerard, 1953). W tym momencie byłbyś rzeczywiście od- rzucony. Proces monitorowania, przekonywania i ewentualnego odrzucenia de- wianta został zademonstrowany w badaniach Stanieya Schachtera (1951). Poprosił on grupę studentów, by przeczytali i potem przedyskutowali historię o Johnnym Rocco, nieletnim przestępcy. Większość studentów zajęła w stosunku do tego przypadku stanowisko pośrednie oznajmiając, że Rocco powinien otrzymać rozsądnie zrównoważoną dawkę miłości i dyscypliny. Schachter bez wiedzy uczestników eksperymentu umieścił w grupie dyskutantów swojego współpracownika, który miał za zadanie nie zgadzać się z zaleceniami grupy. Współpracownik ten, bez względu na to, co mówili inni członkowie grupy, konsekwentnie dowodził, że Roc- co powinien zostać bardziej surowo ukarany. Jak potraktowano dewianta? To do niego właśnie prawdziwi ucze- stnicy eksperymentu kierowali najwięcej komentarzy i pytań aż do mo- mentu, w którym — prawie przy końcu dyskusji — natężenie ko- munikacji z nim wyraźnie spadło. Grupa starała się przekonać go, aby zgodził się z jej zdaniem. Kiedy okazało się, że wszelkie wysiłki nie przy- noszą pożądanego efektu, zignorowano go. W dodatku grupa ukarała dewianta. Po dyskusji poproszono osoby badane o wypełnienie kwe- stionariusza, który rzekomo miał odnosić się do następnych spotkań dys- kusyjnych tej grupy. Poproszono, by wskazali jednego spośród siebie, który zostałby wyeliminowany z następnych dyskusji, gdyby wielkość grupy miała ulec zmniejszeniu. Wybrali dewianta. Poproszono ich rów- nież, by wyznaczyli członków grupy do różnych zadań w przyszłych spotkaniach. Badani wyznaczyli tę samą osobę do mało ważnej i nudnej Zwyczaje nie wiążą się z tym, co dobre, ani z tym, co złe, ani z przyczyna. Trzeba im się jednak podporządkować: ktoś wyjaśnia tym wszystko dookoła, aż się nie zmęczy, jednak nie wolno mu ich naruszyć; jest to surowo wzbronione. — Mark Twain 284 Rozdział 7 Sukces bądź niepowodzenie wynikają z konformizmu wobec okoliczności. — Machiavelli pracy — do robienia notatek. Grupy społeczne mają spore doświadcze- nie w tym, jak przywoływać nonkonformistów do porządku. Nic więc dziwnego, że tak często ulegamy naciskom normatywnym! Normatywny wpływ społeczny w codziennym życiu Normatywny wpływ społeczny działa na wielu poziomach naszego życia. Odzież, którą nosimy, to tylko jeden przykład. Niewielu jest wśród nas niewolników mody. Jednak zwykle ubieramy się w to, co jest uważane za odpowiednie i gustowne w danym czasie. Mężczyźni w latach siedem- dziesiątych nosili szerokie krawaty, a w latach osiemdziesiątych kupowali krawaty wąskie. Bez wątpienia w następnym dziesięcioleciu znowu wrócą do szerokich krawatów. Podobnie, długość kobiecych strojów skracała się i wydłużała przez cały ubiegły wiek. Normatywny wpływ społeczny ujawnia się zawsze wtedy, gdy zauważasz, że wyglądasz podobnie do ludzi z pewnej grupy. Tak właśnie wyglądała „bobby-soxer" — nastolatka z lat czterdziestych i pięćdziesiątych oraz „zoot-suiter" — młody męż- czyzna z lat czterdziestych. Bez wątpienia za lat dwadzieścia wygląd ko- biety z początku lat dziewięćdziesiątych, ubranej w legginsy i luźną bluzę, będzie wydawał się przestarzały i śmieszny i nikt spośród nas w ten sposób się nie ubierze. Przykładem normatywnego wpływu społecznego są też dziwactwa. Pewne rodzaje aktywności albo pewne obiekty mogą nagle stać się popu- larne i porwać całe kraje. W latach trzydziestych studenci jedli złote rybki. W latach pięćdziesiątych do budek telefonicznych wpychało się tyle osób, ile tylko mogło się w nich zmieścić, a w latach siedemdziesiątych popular- ny był „streaking" (przebieganie nago) wśród zgromadzonych tłumów. „Zoot-suiter" z roku 1942. Marynarka ma sześciocalowe podkładki na ramionach, a balonowe spodnie podciągnięte są do wysokości klatki piersiowej. Moda damska dzisiaj. „Bobby-soxer": moda nastolatek z roku 1944. Konformizm: wpływanie na zachowanie 285 Szaleństwo hula-hoop, Union, New Jersey, 1958. Hula-hoop to zabawka, którą w latach pięćdziesiątych trzeba było mieć. W przeciwnym wypadku narażałeś się na społeczny ostracyzm. Ro- bin Akert wspomina pewne sobotnie popołudnie spędzone z rodziną w 1958 r.: Jeździliśmy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu hula-hoop. Wszędzie, gdzie byliśmy, mówiono nam, że sprzedano już wszystkie. Moja siostra i ja siedziałyśmy na tylnym siedzeniu, szlochając z zawodu. Ku większe- mu zmartwieniu naszych rodziców modliłyśmy się cienkimi, wysokimi głosikami o pomoc w znalezieniu hula-hoop jeszcze przed zapadnięciem nocy! Groźniejszą formą normatywnego wpływu społecznego jest taką, którą zmuszą kobiety do podporządkowania się kulturowej definicji atrakcyj- nego ciała. Podczas gdy w wielu, jeżeli nie we wszystkich, społeczeń- stwach świata uważa się, że pulchność kształtów u kobiet jest atrakcyjną (Ford, Beąch, 1952; Rudofsky, 1972), kulturą Zachodu, ą szczególnie kul- turą amerykańska najbardziej ceni u kobiet szczupłą sylwetkę (Gąrnęr, Gąrfinkel, Schwąrtz, Thompson, 1980). Silverstein, Perdue, Peterson, Kelley (1986) analizowali fotografie ko- biet, które pojawiły się w magazynach „Lądies' Home Journął" i „Vogue" od 1901 do 1981 roku. Badacze ci mierzyli (w centymetrach) kobietom na zdjęciach obwód biustu oraz talii i obliczali iloraz obwodu w piersiach i obwodu w pąsie. Wysoki wskaźnik oznaczał bardziej obfite i zmysłowe ciało, niski zaś — ciało bardziej wiotkie i szczupłe. Wyniki ich analiz pokazały wstrząsającą serię zmian w kulturowej definicji atrakcyjności kobiecego ciała od początku XX w. (patrz ryć. 7.4). Na początku wieku ciało atrakcyjnej kobiety było zmysłowe i obfite. Od okresu „zwiewności" lat dwudziestych ideał wyglądu kobiety zmieniał 286 Rozdział 7 • —• „Vogue" •—• ,1-adies1 Home Joumal" 1901 1909 1917 1925 1933 1941 1949 1857 1965 1973 1981 Rok RYCINA 7.4. Średnia wskaźnika obwodu biustu do obwodu talii modelek z reklam „Vogue" i „Ladies' Home Journal" w obecnym stuleciu. To, co było uważane za atrakcyjne w ciele kobiety, dramatycznie zmieniało się w ciągu ostatnich stu lat: od obfitych kształtów na początku wieku, przez sylwetki chude jak patyk w latach dwudziestych, następnie bardziej obfite kształty w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, do szczupłych figur w latach sześćdziesiątych. Począwszy od lat sześćdziesiątych moda ta wciąż się utrzymuje (zaczerpnięto z: Silverstein, Perdue, Peterson, Kelley, 1986) się. W latach dwudziestych atrakcyjna kobieta miała płaski biust i była chuda jak patyk. Norma sylwetki kobiecej zmieniła się ponownie w latach czterdziestych. Wtedy to „pinup girls" z czasów drugiej wojny światowej prezentowały, podobnie do Betty Grabie, znowu bardziej obfite kształty. W latach pięćdziesiątych nadal popularne były pulchne kształty. Przykła- dem może być Marilyn Monroe. Jednak „ swingu jące lata sześćdziesiąte" przyniosły znów modę na bardzo szczupłe figury, co uosabiała wiotka jak trzcina brytyjska modelka Twiggy. Brett Silverstein i jego współpracownicy (1986) zwracają uwagę, że wskaźnik obwodu biustu do obwodu talii od roku 1963 jest bardzo niski. Jest to najdłuższy przedział czasowy w całym obecnym stuleciu, kiedy standard kobiecej atrakcyjności fizycznej to nie- zwykle szczupłe ciało. Informacyjny wpływ społeczny może być mechanizmem, za pomocą którego kobiety się uczą, jakie ciało uważane jest za atrakcyjne w ich kulturze i w czasie, w którym żyją. Normatywny wpływ społeczny po- maga natomiast tłumaczyć ich próby stworzenia takiego ciała poprzez stosowanie diety i, co jest bardziej niepokojące, poprzez zaburzenia łak- nienia, takie jak anoreksja czy bulimia (Bruch, 1973, 1978; Palazzoli, 1974). Już w 1966 r. badacze stwierdzili, że wśród badanych dziewcząt ze szkół wyższych 70% jest nieszczęśliwych z powodu wyglądu swoje- go ciała i chciałoby stracić na wadze (Heunemann, Shapiro, Hampton, Konformizm: wpływanie na zachowanie 287 Mitchell, 1966). Gdy w 1991 r. Ellisa Koff i Jill Rierdan zadały pytanie: „Czy kiedykolwiek w życiu czułaś, że ważysz zbyt dużo?", 72% ba- danych jedenaste- i dwunastoletnich dziewczynek odpowiedziało twier- dząco („Boston Globe", 1992). Społeczno-kulturowa presja na kobiety (i w mniejszym stopniu na mężczyzn; patrz Silverstein i in., 1986), by zachowały szczupłą sylwetkę, jest formą normatywnego wpływu społe- cznego, która może być fatalna w skutkach. Kiedy wcześniej — w latach dwudziestych — standardem atrakcyjności była bardzo szczupła syl- wetka, rozprzestrzeniła się epidemia zaburzeń łaknienia (Silverstein, Pe- terson, Perdue, 1986). Inny typ normatywnego wpływu społecznego jest widoczny przy zmianach społecznych, które tworzą nowe reguły dla akceptowanych społecznie zachowań. Prawie przed stu laty, od czasu rekonstrukcji po- przez wojnę domową aż do 1950 r., afrykańscy Amerykanie w połu- dniowych stanach żyli w ramach amerykańskiej wersji apartheidu — według praw „Jima Crowa". Czarni na przykład nie mogli jeść w wię- kszości restauracji i zatrzymywać się w większości hoteli. Nie mogli uczyć się w szkołach ani na uniwersytetach dla białych. Mogli korzystać ze środków transportu publicznego, lecz miejsca dla nich znajdowały się w tylnej części pojazdów. Nie mogli korzystać z publicznych ujęć wodnych i poczekalni z wyjątkiem tych, które opatrzone były napisem „Murzyni". Niektórzy biali mieszkańcy Południa uważali te prawa za skandaliczne. Ogromna większość jednak przeżywała swoje życie, rzad- ko mówiąc albo robiąc coś, co mogłoby sprzeciwić się konformizmowi wobec tych norm społecznych. W 1955 r. Rosa Parks wsiadła do prawie pełnego autobusu w Mont- gomery, w stanie Alabama, i usiadła w „murzyńskiej" części pojazdu, z tyłu. Kiedy kierowca poprosił, by przesiadła się na siedzenie dla białych, odmówiła. Parks została wyprowadzona z autobusu przez policję i are- sztowana. Jedyną reakcją białych pasażerów było ciche pomrukiwanie i chichotanie (Toch, 1965). Bohaterskie zachowanie Parks wyraźnie naru- szało obowiązujące wówczas normy. Jej odmowa podporządkowania się im dała impuls do rozwoju ruchu praw obywatela i uchylenia praw Jima Crowa w południowych stanach. Bezrefleksyjny konformizm normatywny: działanie na zasadzie automatycznego pilota Jak pokazaliśmy wyżej, normatywne naciski na zachowania konformi- styczne mogą być bardzo silne, a gwałcenie tych norm może mieć roz- maite konsekwencje. Nie podporządkowując się normom segregacji obo- wiązującym w południowych stanach. Jeźdźcy Wolności narażali się na słowne i fizyczne zniewagi. Nic więc dziwnego, że w obliczu takich szy- kan ludzie zachowywali się konformistycznie. Zdarzało się, że miesz- kańcy Południa, nie aprobując segregacji, postępowali tak, jak gdyby ją akceptowali. Podobnie uczestnicy eksperymentu Ascha wiedzieli, że większość udziela błędnych odpowiedzi, porównując długość linii, ale podporządkowali się im, by nie wyjść na głupców, nie „pozostać sam jak palec". Jest jeszcze jeden ważny powód posłuszeństwa normom społecznym. Czasami są tak zakorzenione, że zostają zinternalizowane i uznane za Nie możesz uczynić człowieka z owcy postawionej na tylnych nogach. Stawiając jednak w ten sposób stado owiec, możesz utworzyć tłum ludzi. — Sir Max Beerbohm 288 Rozdział 7 bezrefleksyjny konformizm: posłuszne zinternalizowanie norm społecznych, bez zastanowienia się nad ich działaniem poprawne sposoby zachowania. W konsekwencji ludzie są posłuszni tym normom nawet wtedy, gdy nikt nie wywiera na nich żadnej presji. Na- uczyliśmy się nosić skarpetki w tym samym kolorze i witać się z wię- kszością ludzi podaniem ręki, a nie poklepywaniem ich po głowie. Na- uczyliśmy się, że konik polny to wstrętny owad, a nie przysmak. Jed- nak ludzie wyrastający w innych społeczeństwach internalizują inne nor- my. Na przykład w Japonii pieczone koniki polne są wielkim przy- smakiem! Wiele norm jest do tego stopnia zakorzenionych, że internalizujemy je bezrefleksyjnie, bez zastanawiania się nad tym, co robimy i dlaczego. Działamy tak, jak działa automatyczny pilot. To dobrze, ponieważ mo- żemy wtedy reagować automatycznie. Dokładnie wiemy, co powinniśmy robić, i nie tracimy czasu na rozważanie każdej najmniejszej czynności, którą musimy wykonać. Kiedy ubieramy się rano, nie zastanawiamy się nad kolorem każdej ze skarpetek. Wkładamy obie w tym samym kolorze, ponieważ taka jest norma. Są też jednak złe strony zbyt bezrefleksyjnego stosowania się do norm. Niektóre są restrykcyjne i niesprawiedliwe. W wielu subkulturach w Sta- nach Zjednoczonych normą są uprzedzenia w stosunku do mniejszości narodowych — Amerykanów pochodzenia murzyńskiego, hiszpańskie- go, azjatyckiego czy Żydów. Niestety wielu członków owych subkultur takie postawy internalizuje. Zwalczenie tak mocno zakorzenionych norm może być bardzo trudne nawet wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że są one niesprawiedliwe (Devine, 1989). Jest jeszcze jeden ujemny aspekt zbyt bezrefleksyjnego podporząd- kowywania się normom. Działając jak automatyczny pilot, nie obserwując uważnie, co się wokół dzieje, czasami podporządkowujemy się nieodpo- wiednim normom społecznym (Cialdini, 1988; Langer, 1989). W rezultacie zachowujemy się niewłaściwie i wpędzamy się w kłopoty. Na przykład o Robercie Oppenheimerze, naukowcu zajmującym się atomistyką, mówi się, że pewnego ranka przy śniadaniu był tak pochłonięty czytaniem ga- zety, że gdy wstawał, rzucił na stół napiwek zapominając, że jadł w domu, a nie w restauracji (nie trzeba dodawać, że jego żona nie była tym roz- bawiona). Konsekwencje takiej bezrefleksyjnej internalizacji są czasami humorystyczne, ale mogą też być przerażające. Weźmy jako przykład badania przeprowadzone przez Ellen Langer i jej współpracowników (1978). Wysłano do czterdziestu sekretarek z no- wojorskiego uniwersytetu notatkę, prosząc o natychmiastowe odesłanie jej do pokoju 238. Była to dość niemądra prośba. Po co ktoś w ogóle wysyła notatkę, jeżeli sam chce ją mieć? Badacze chcieli się dowiedzieć, czy sekretarki ją zwrócą, podporządkowując się bezrefleksyjnie normie, która mówi: „Rób to, o co cię proszą w notatce". Postawiono hipote- zę, że sekretarki zastosują się do prośby tylko wtedy, gdy notatką bę- dzie wyglądała tak jak te, które zwykle przyjmowały. Jeżeli rzut oka na nią wykaże, że jest podobną do setek innych, które już widziały, wów- czas prawdopodobnie bezrefleksyjnie to zrobią. Jeżeli jednak notatka bę- dzie wyglądała inaczej, mogą się wstrzymać i zastanowić nad tym, co chcą uczynić. Aby sprawdzić tę hipotezę, do jednej grupy sekretarek wysłano no- tatkę, która wyglądała jak tuziny notatek pojawiających się na ich biur- kach każdego tygodnia. Napisano na niej bezosobowo: Ten papier ma być nieznacznie zwrócony pocztą wewnętrzną do pokoju 238 — i nie była Konformizm: wpływanie na zachowanie 289 podpisana. (Badacze wiedzieli, po przejrzeniu wyrzuconych do kosza na śmieci starych notatek, że nie podpisane i bezosobowe notatki były normą na tym uniwersytecie). Druga notatka różniła się od pierwszej tym, że była napisana w formie osobowej: Byłbym wdzięczny, gdyby mogła pani niezwłocznie zwrócić ten papier pocztą wewnętrzną do pokoju 238 i pod- pisana: Z poważaniem, John Lewis. Gdy notatka była podobna do tych, najczęściej odbieranych, 90% sekretarek posłusznie odesłało ją do pokoju 238. Jeżeli miała formę inną, znacznie częściej wyłączały one automaty- cznego pilota i zastanawiały się nad tym, co robią, spostrzegając, że jest to niemądra prośba. Tylko 60% sekretarek w tym przypadku zwróciło notatkę. Jedną z norm, której często podporządkowujemy się zbyt bezre- fleksyjnie, jest norma wzajemności, która stwierdza, że jeżeli ludzie zro- bią dla nas coś miłego, jesteśmy zobowiązani uczynić coś miłego dla nich. Jeżeli ktoś zaprasza nas do swojego domu, uważamy, że powin- niśmy zaprosić tę osobę do siebie. Jeżeli ktoś daje nam prezent, czuje- my się zobowiązani również coś ofiarować tej osobie. Pewien badacz — aby zilustrować siłę, z jaką ta norma działa, oraz to, jak bezrefleksyj- nie ludzie się jej podporządkowują — wybrał losowo z książki tele- fonicznej nazwiska i każdej z wylosowanych osób wysłał podpisaną swo- im nazwiskiem kartkę świąteczną na Boże Narodzenie (Kunz, Wool- cott, 1976). Większość z tych osób w odpowiedzi przysłała mu również kartki świąteczne, mimo że był on dla nich całkowicie obcym czło- wiekiem! Komiwojażerzy i kwestorzy często wykorzystują skłonność do bezre- fleksyjnego podporządkowywania się normie wzajemności. Dają nam ma- ły upominek, na przykład kartkę z życzeniami albo wizytówkę, po to, byśmy poczuli się zobowiązani do wzajemności i kupili ich produkt albo wrzucili do puszki datek pieniężny. Sprzedawcy w sklepach również od- wołują się do normy wzajemności, wręczając nam w upominku darmowe próbki swoich towarów. Załóżmy na przykład, że pewnego dnia wcho- dzisz do sklepu spożywczego, który oferuje darmowe porcje nowego ga- tunku sera. Kobieta stojącą za atrakcyjnie wyglądającym stołem pyta cię, czy nie zechciałbyś spróbować troszeczkę. Zgadzasz się i ona podaje ci nieduży kawałek sera na wykałaczce. Jest to ser o pikantnym i intensyw- nym smaku z gatunku tych, których nie lubisz. Sprzedawczyni pyta cię wyczekująco: „Jak panu smakuje?" „Jest dobry" — odpowiadasz grze- cznie. Chwilę się wahasz, a następnie wkładasz opakowanie tego sera do swojego koszyczka, chociaż wiesz, że będzie on prawdopodobnie tygo- dniami leżał w twojej lodówce, porastając różnymi gatunkami pleśni, aż w końcu go wyrzucisz. Ludzie czują się zobowiązani odwzajemnić grzeczność i kupują ser, zapominając o tym, że tutaj norma wzajemności nie obowiązuje. Nie siedzisz w pokoju gościnnym przyjaciela i nie jesz hors d'oeuvre, przy- stawki przyrządzonej według utrzymywanego w sekrecie rodzinnego przepisu. Jesteś celem handlowej promocji towaru w sklepie spożyw- czym. Mimo to wielu postępuje zgodnie z normą wzajemności. Jeden z właścicieli supermarketu powiedział, że w kilka godzin sprzedał po- nad 1000 funtów sera, gdy zaczął proponować klientom darmowe próbki (Packard, 1957). Wkrótce zobaczymy, że bezrefleksyjne podporządkowanie się innej normie — regule, która stwierdza, że powinniśmy być posłuszni osobie norma wzajemności: norma społeczna, która stwierdza, że jeżeli otrzymujesz coś dobrego od innej osoby, to jesteś zobowiązany odpłacić jej tym samym (zachować się podobnie) 290 Rozdział 7 obdarzonej autorytetem — może mieć nawet tragiczne konsekwencje. Najpierw jednak zastanówmy się, dlaczego ludzie najczęściej podporząd- kowują się normatywnemu wpływowi społecznemu. teoria wpływu społecznego: teoria, według której dostosowanie się do wpływu społecznego zależy od siły, bezpośredniości i liczby innych ludzi w grupie Kiedy ludzie podporządkowują się normatywnemu wpływowi społecznemu Nie zawsze ulegamy presji innych i nie zawsze bezrefleksyjnie podpo- rządkowujemy się nieodpowiednim normom. Mimo że konformizm jest zjawiskiem powszednim, nie jesteśmy lemingami, które robią to, co robi każdy z pozostałych. I z pewnością nie jesteśmy zgodni co do wszystkich kwestii pojawiających się w trakcie ożywionych publicznych debat na takie tematy, jak aborcja/ wartość rodziny czy akcje charytatywne. (Wy- starczy posłuchać jakiejś telewizyjnej albo radiowej dyskusji, by stwier- dzić, jak bardzo ludzie nie zgadzają się w takich kwestiach). Kiedy więc najczęściej ulegamy normatywnym naciskom? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza teoria wpływu społecznego au- torstwa Bibba Łatanego (1981). Zgodnie z tą teorią prawdopodobieństwo, że zareagujesz na wpływ społeczny wywierany przez innych, zależy od trzech elementów: siły odwołującej się do tego, jak ważna jest dla ciebie grupa ludzi; bezpośredniości odwołującej się do odległości, w jakiej znaj- duje się ta grupa, oraz do czasu, w którym następują próby wywierania wpływu; liczby odwołującej się do liczebności grupy. Teoria wpływu społecznego przewiduje, że konformizm powinien wzrastać wtedy, gdy wzrasta siła i bezpośredniość. Oczywiste jest, że im grupa będzie dla nas bardziej ważna i im częściej będziemy się z nią spotykać, tym jest bardziej prawdopodobne, że będziemy podporządko- wywać się jej normatywnym naciskom. Na przykład uczestnicy niebez- piecznej zabawy z ciężarówkami zatrzymującymi się na światłach ulicz- nych narażeni byli na wysoki stopień siły i bezpośredniości, co dopro- wadziło do tragicznych skutków. Liczba działa w inny sposób niż siła i bezpośredniość. Jeżeli wielkość grupy rośnie, to każda kolejna osoba w grupie wywiera mniejszy wpływ. Zmiana liczebności grupy z trzech osób na cztery osoby daje z punktu widzenia częstości występowania zachowań konformistycznych o wiele silniejszy efekt niż zmiana liczebności grupy z pięćdziesięciu trzech na pięćdziesiąt cztery osoby. Jest to podobne do ekonomicznego prawa zmniejszania się dochodów, które mówi, że wzrost majątku o jednego dolara wydaje się znacznie większy wtedy, gdy mamy tylko jednego do- lara, niż wtedy, gdy mamy na koncie tysiąc dolarów. Podobnie rzecz się ma z odczuwaniem nacisków na zachowania konformistyczne ze stro- ny grupy. Dodanie jednej osoby do grupy powoduje o wiele większą różnicę wtedy, gdy składa się ona z trzech osób, niż wtedy, gdy liczy ich pięćdziesiąt. Łatane (1981) stworzył matematyczny model efektu siły, bezpośredniości oraz liczby i zastosował ten model do swoich ba- dań nad konformizmem. Pozwoliło mu to bardzo trafnie przewidzieć stopień konformizmu, jaki rzeczywiście się pojawił w analizowanych przez niego badaniach (Łatane, 1981; Łatane, Wolf, 1981; Tanford, Pen- rod,1984). Teoria wpływu społecznego ujmuje konformizm wobec wszystkich ro- dzajów wpływu społecznego. Sprawdźmy teraz bardziej szczegółowo, co Konformizm: wpływanie na zachowanie 291 12 3 456 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Liczba osób, które nie zgadzały się z osob^ badani; RYCINA 7.5. Wpływ wielkości grupy na konformizm. Asch różnicował wielkość jednomyślnej większości i stwierdził, że jeżeli większość składa się z co najmniej czterech osób, to dodawanie do niej większej liczby osób ma niewielki wpływ na natężenie konformizmu (zaczerpnięto z: Asch, 1955) mówi o warunkach, w których ludzie ulegają normatywnemu wpływowi społecznemu. Kiedy grupa liczy trzy osoby albo więcej osób. Pokazaliśmy już, że konformizm wzrasta, jeżeli rośnie liczba członków grupy — ale tyko do pewnego momentu. Wyobraź sobie, że jesteś uczestnikiem badań Solo- mona Ascha i porównujesz długości linii. Jeżeli zadanie wykonujesz tylko ty oraz jeszcze jeden uczestnik eksperymentu i ta druga osoba rażąco źle oceni długość linii, to czy jest bardziej prawdopodobne, że podporząd- kujesz się odpowiedziom tej jednej osoby czy że podporządkujesz się wte- dy, gdy pięciu innych uczestników tego badania będzie udzielać złych odpowiedzi? A co się stanie, jeżeli większość będzie się składać z pięć- dziesięciu osób? Asch (1955) analizował takie sytuacje i — jak widzimy na rycinie 7.5 — konformizm wzrastał wraz ze wzrostem liczby osób w grupie, ale tylko do pewnego punktu. Badania zapoczątkowane przez Ascha (1955) oraz dalsze przeprowa- dzone później przez innych badaczy wykazały, że w tego typu sytuacjach wzrost konformizmu jest niewielki, jeżeli grupa liczy więcej niż czterech lub pięciu członków (Gerard, Wilhelmy, Conolley, 1968; McGuire, 1968; Rosenberg, 1961). Jest więc dokładnie tak, jak sugeruje to teoria wpływu społecznego. Krótko mówiąc, aby stworzyć normatywny nacisk społeczny, wcale nie potrzeba bardzo wielkiej grupy. Mark Twain w Przygodach Hucka napisał: „Czyż nie mamy wszystkich głupców w mieście po swojej stronie? I czyż oni nie są wystarczającą większością w każdym mieście?" Kiedy zależy nam na grupie. Kolejną zasadą teorii wpływu społecz- nego jest to, że wielkość konformizmu zależy od siły grupy odwołującej się do stopnia, w jakim grupa ta jest dla nas ważna. Normatywny nacisk jest o wiele większy wtedy, gdy pochodzi od ludzi, którzy nas darzą 292 Rozdział 7 przyjaźnią, miłością albo szacunkiem, ponieważ w takiej sytuacji istnieje niebezpieczeństwo utraty tejże miłości i szacunku. Dlatego grupy, które są dla nas szczególnie atrakcyjne albo z którymi bardzo się identyfikuje- my, będą na nas wywierały silniejszy wpływ normatywny niż grupy, do których jesteśmy tylko trochę przywiązani lub nie jesteśmy związani z ni- mi wcale (Ciark, Maass, 1988; Lott, Lott, 1961; Nowak, Szamrej, Łatane, 1990; Sakurai, 1975; Wolf, 1985). Jedną z konsekwencji tego faktu jest to, że kontrolowanie decyzji silnie zwartej grupy może być bardzo niebez- pieczne, ponieważ troszczy się ona bardziej o przyjemności każdego ze swoich członków i o unikanie konfliktów niż o logikę i mądrość podej- mowanych decyzji. Kilka przykładów tego zjawiska przytoczymy w roz- dziale 9 traktującym o procesach grupowych. Kiedy grupa jest jednomyślna. Normatywny wpływ społeczny jest najsilniejszy wtedy, gdy każdy członek grupy mówi to samo i wierzy w to samo — na przykład wtedy, gdy cała grupa twoich przyjaciół jest przekonana, że 101 Dalmatyńczyków to najlepszy film, jaki kiedykolwiek wyprodukowano. Opieranie się takiemu jednomyślnemu wpływowi spo- łecznemu jest trudne, a czasami nawet niemożliwe, chyba że masz sprzy- mierzeńca. Jeżeli jakaś inna osoba nie zgodzi się z grupą i powie, że na przykład Obywatel Kane jest filmem wszechczasów, to jej zachowanie może ci pomóc również sprzeciwić się grupie. Aby zilustrować wagę, jaką ma posiadanie sprzymierzeńca, Asch (1955) przeprowadził inną wersję eksperymentu analizującego konfor- mizm. W tej wersji sześciu z siedmiu obecnych tam współpracowników eksperymentatora udzielało nieprawidłowych odpowiedzi. Jeden z nich odpowiadał prawidłowo w każdej próbie. Teraz badany nie był sam. Za- wsze, gdy nie zgadzał się z większością, miał jednego sprzymierzeńca, który pomagał mu opierać się normatywnym naciskom. Ludzie zachowali się konformistycznie tylko w 6% ogólnej liczby prób przeprowadzonych w tych badaniach. W wersji eksperymentu, w której wszyscy współpra- cownicy eksperymentatora dawali złe odpowiedzi, konformizm pojawił się w 32% prób. Niektóre inne badania wykazały, że obserwowanie, jak inna osoba opiera się normatywnemu wpływowi społecznemu, zachęca badanych do takiego samego postępowania (Allen, Levine, 1969; Morris, Miller, 1975; Nemeth, Chiles, 1988). Posiadanie sprzymierzeńca powoduje pewne interesujące anomalie w codziennym życiu. Ludzie, którzy mają niepopularne przekonania, po- trafią je zachować w sytuacji nacisku grupy, jeżeli tylko zdołają do nich przekonać przynajmniej kilka innych osób. W rozdziale 3 przedstawili- śmy członków małej grupy kultowej trwających w swojej wierze, że zbli- ża się koniec świata nawet wtedy, gdy ów koniec świata nie nastąpił. Oczywiście fakt, że inni wyznawcy tego kultu nadal w to wierzyli, po- mógł każdemu członkowi grupy zlekceważyć kpiny, z którymi spotykali się ze strony ludzi z zewnątrz. Podobnie mężczyzna z Lancaster w Ka- lifornii wierzył, że Ziema jest płaska, wbrew dowodom, że tak nie jest, dostarczanym przez naukowe eksperymenty przeprowadzane od kilku wieków (patrz reprint artykułu na następnej stronie). Utrzymanie takie- go niepopularnego (i nieprawdziwego!) zdania jest trudne. Nie jest więc zaskakujące, że mężczyzna ten aktywnie szukał zwolenników i starał się przekonać innych do swojego stanowiska poprzez wydawanie „Flat Earth Newsietter". Konformizm: wpływanie na zachowanie 293 StiU a Hoax to Flat-Earth Group M«*t ppopic law come ta acttpt (tui (4ea Unt the nm, the ftutit (tml ttM ntoati are all »ptt«n», md tftat «!Ctlf»»i!» oeoar twcautc ot lite rowlon ot the earth aroulKi tte suń and of ttu- tnaan around tlwe»rttt. »aKH»)pB«w^(«i'opte, theto. »irn»llfl»»ał Plot EarólR«»«m* SOCKty, aif'.'w,!i», behewa th«t photogr»[ito lakw tnm«(>*c«. •cwatt irf a(»tc» twwl lut virtualtyev('ryttiingets«cann«ci(», they cali a — ł>a» tetan (rydw to (ort »»> ptopte iiilih thl» nottoB lhattheeanhiaat»iil,"IAr Jotmsontónl tnaatetepirttw. "Stanteg arouwl 16BK, ttei ttits ww t;Mt »-«»ay by th» priewset t»» »»•' ceił- gjoa," !•«» saU, "iind the »Mt. gtobtł oan gaBM! ti»g»«- Tl<»y got n»as pecpłB ta ac" cw awirhMut. litit aotua." Nteolatts Coperatea »ttt a PotMi »*• l tonwner whiMC 1JM3 publlca-lon A»ci1t)- mg ihe moUtw ot pUaet* •iw»»d tir »» rwolutionizw) astroromy. Fortntrty. (h« vie socieiy te tteni&t, wMch w».<> (wsKtodl to ItSB, MW hal tboul 1.800 (omiitl rneint»r» to the Uniled SlAtei. te addłtion la some 1,000 bclH-ying outsin"»d«m Caner'» attenUon to Ci* tact" ttitt ta 18BB « n>ovte WB ia»$» by Uw Thw Sloogia sbotit a cotnic nittet trtp tt»w- (iniwted » th» «wx»." Mr. jo»i>e<>n!i»ltw>»l»«d^»» ot tbe aam. litr. Jokow wM. "W« dont reoBy go teto tó that. •nie BiNt ttll* *B tbat tise bcawro TB a inyaway," Jeżeli znajdziesz kilku sprzymierzeńców, którzy będą się z tobą zgadzać, łatwiej ci będzie opierać się większości i wierzyć nawet w coś dziwacznego („New York Times", February 26, 1979). Kiedy wyrastasz w pewnej kulturze. Czy społeczeństwo, w którym wyrastasz, ma wpływ na częstość pojawiania się normatywnego wpływu społecznego? Być może nikt nie będzie zaskoczony, gdy usłyszy odpowiedź twierdzącą. Stanicy Milgram (1961, 1977) przeprowadził eks- perymenty Ascha w Norwegii i we Francji. Stwierdził, że Norwegowie uczestniczący w jego eksperymentach częściej zachowywali się konformi- stycznie niż uczestnicy tego samego eksperymentu we Francji. Opisał nor- weską społeczność jako „w wysokim stopniu zwartą [...] z głębokim po- czuciem identyfikacji grupowej". O Francuzach napisał natomiast, że w porównaniu z Norwegami „wykazują daleko mniejszą zgodność tak w życiu społecznym, jak i w życiu politycznym" (1961, s. 51). Mogłoby się wydawać, że w kulturze japońskiej ludzie tak samo często będą ulegać konformizmowi, jak to czynią w naszej kulturze. Tymczasem w badaniach podobnych do eksperymentów Ascha okazało się, że gdy grupa jedno- myślnie podawała prawidłową odpowiedź, niektórzy japońscy studenci celowo odpowiadali źle. W Japonii studentów najwyżej nagradza się za niezależność. Wydaje się, że ci studenci wyrażali przeciwną opinię po to, by dowieść, że nie są konformistąmi (Frager, 1970). W innych badaniach międzykulturowych James Whittaker i Robert Meade (1967) dowiedli, że ludzie żyjący w Libanie, Hongkongu oraz Bra- zylii ulegali konformizmowi tak samo często (podobnie w każdym z tych krajów i podobnie do próby Amerykanów). Uczestnicy takich samych eksperymentów, wywodzący się ze szczepu Bantu z Zimbabwe, podpo- rządkowywali się jednak w znacznie większym stopniu. Badacze pod- kreślali, że konformizm ma bardzo dużą wartość społeczną w kulturze Bąntu. I wreszcie na koniec należy wspomnieć o pewnych intrygujących 294 Rozdział 7 dowodach na to, iż konformizm obecnie ulega zmniejszeniu. Powtórzenie badań Ascha w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych po trzydziestu latach od jego pierwszych eksperymentów wykazało, że mniejszy procent ludzi zachowuje się konformistycznie (Nicholson, Cole, Rocklin, 1985; Per- rin, Spencer, 1981). Kiedy jesteś pewnym typem człowieka. Wszystkie wyżej przedsta- wione warunki, w których człowiek ulega konformizmowi, odnoszą się do grupy. Teraz rozważmy z kolei wpływ indywidualnych cech człowieka na zachowania konformistyczne. Czy pewni ludzie częściej podporząd- kowują się naciskom normatywnym? Badacze, którzy interesowali się tym problemem, skupili się na dwóch kwestiach, a mianowicie na osobowości i na płci. Stwierdzenie, że niektórzy ludzie są typami konformistycznymi, inni natomiast mają osobowości, które czynią ich odpornymi na naciski nor- matywne, wydaje się uzasadnione. Solomon Asch (1956) zasugerował, iż osoby o niskiej samoocenie mogą być w szczególnym stopniu konformi- styczne, ponieważ boją się odrzucenia albo ukarania przez grupę. W pier- wszych badaniach nad cechami osobowości i nad konformizmem Richard Crutchfieid (1955) potwierdził istnienie takiego właśnie związku pomię- dzy samooceną i normatywnym konformizmem. Mark Snyder i William Ickes (1985) wykazali, że osoby spostrzegające u samych siebie dużą po- trzebę aprobaty ze strony innych, są bardziej skłonne do okazywania nor- matywnego konformizmu. Niestety, związek pomiędzy cechami osobowości i zachowaniami kon- formistycznymi nie zawsze jest tak wyraźny. Z niektórych badań wynika, że jest on słaby albo że w ogóle nie istnieje (Marlowe, Gergen, 1970). Powodem takiego stanu rzeczy może być to, że ludzie nie są konsekwentni w swoich reakcjach w odmiennych sytuacjach społecznych (McGuire, 1968; Mischel, 1968). Inaczej mówiąc, nie zawsze w różnych okoliczno- ściach i w różnym czasie ich zachowania konformistyczne kształtują się w taki sposób, jaki wynikałby z cech ich osobowości. Rodzaj sytuacji rów- nież wpływa na ich zachowanie. Tak więc w pewnych warunkach zacho- wują się konformistycznie, w innych zaś nie, i to bez względu na typ ich osobowości. Możemy w tym miejscu powtórzyć przytoczoną już w roz- dziale l podstawową zasadę psychologii społecznej: dla zrozumienia za- chowania człowieka często ważniejsza jest sytuacja społeczna niż jego oso- bowość. Drugą analizowaną zmienną osobowościową była płeć. Czy kobiety różnią się istotnie od mężczyzn gotowością do ulegania normatywnym naciskom? Od wielu lat powszechnie panowało przekonanie, iż odpo- wiedź na to pytanie jest twierdząca, a więc że kobiety są bardziej kon- formistyczne niż mężczyźni (Crutchfiełd, 1955). W czasach gdy my, au- torzy tej książki, studiowaliśmy, prezentowano nam taki właśnie punkt widzenia. Jednak przegląd najnowszej literatury wskazuje na to, że nie jest to wcale takie jednoznaczne. W ostatnich kilku latach badacze próbowali obiektywnie rozważyć ten problem i odwoływali się do m e t a a n a l i z y. Metaanaliza to technika statystyczna, która pozwala zbierać wyniki z dużej liczby badań, analizować je łącznie i wyprowadzać statystyczne wnioski sumaryczne. I tak na przykład Alice Eagły i Linda Carli (1981) przeprowadziły metaanalizę 145 badań dotyczących wpływu społecznego, ^ , ... - Konformizm: wpływanie na zachowanie 295 w których uczestniczyło 21 000 osób. Zgodnie z wcześniejszymi doniesie- niami z literatury okazało się, że średnio mężczyźni są mniej podatni na wpływ społeczny niż kobiety. Badaczki stwierdziły jednak, że różnica ta jest bardzo mała. Różnice w podatności na wpływy pojawiają się wtedy, gdy uśrednimy wyniki kilku tysięcy osób. Nie znaczy to wcale, że każdy mężczyzna, którego spotkasz, będzie mniej podatny na wpływy niż każda napotkana kobieta. I rzeczywiście, Eagły i Carli (1981) wykazały, że tylko 56% mężczyzn jest mniej podatnych na wpływ społeczny niż przeciętna kobieta. Znaczy to oczywiście, że wielu jest mężczyzn bardziej podatnych na wpływy niż przeciętna kobieta. Różnice w podatności na wpływy wynikające z płci są nie tylko małe, ale zależą też od typu wywieranej na ludzi presji społecznej. Eagły (1987) i Becker (1986) wykazali, że różnice w zależności od płci najczęściej ujaw- niają się wtedy, gdy grupa wywiera nacisk, a widzowie mogą wprost obserwować stopień, w jakim ty podporządkujesz się tej presji (jak na przykład w badaniach Ascha, gdzie każdy z uczestników wiedział, czy odpowiada tak samo jak reszta badanych). Na ten rodzaj nacisku społe- cznego kobiety istotnie częściej reagują konformistycznie niż mężczyźni. Zdarzają się jednak pewne sytuację, w których tylko my wiemy, czy za- chowujemy się konformistycznie czy nie. Dzieje się tak na przykład wte- dy, gdy słuchamy, kiedy inna osoba wygłasza mowę o treści sprzecznej z naszym punktem widzenia, a następnie rozstrzygamy, w tajemnicy przed innymi, w jakim stopniu zgadzamy się z jego argumentami. W sy- tuacjach tego rodzaju różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami doty- czące ich podatności na wpływy właściwie zanikają. Eagły (1987) suge- ruje, że może to wynikać ze społecznych ról mężczyzny i kobiety, których nas nauczono. Kobiety uczy się, by były skłonne do zgody i dawały wspar- cie innym, mężczyzn natomiast — by byli niezależni w obliczu bez- pośredniego nacisku społecznego. Eagły sądzi, że i mężczyźni, i kobiety w sytuacjach publicznych, kiedy każdy może zobaczyć, jak reagują, pre- zentują zwykle takie zachowania, które są właściwe danej płci (np. ba- dania nad konformizmem podobne do eksperymentów Ascha). Trzeba jednak pamiętać, że wielkość różnic związanych z płcią jest stosunkowo niewielką. Inny wniosek wynikający z badań dotyczących tej kwestii jest zaska- kujący i kontrowersyjny. Eagły i Carły (1981) wynotowały płeć badaczy, którzy przeprowadzali badania nad konformizmem, i stwierdziły, że ba- dacze znacznie częściej niż badaczki wyprowadzali wniosek, iż mężczyźni są mniej podatni na wpływy. Chociaż powód takiego stanu rzeczy nie jest jeszcze znany, Eagły i Carli (1981) zasugerowały pewne wyjaśnienie. Otóż badacze i badaczki mogą skłaniać się do wybierania takiego mate- riału eksperymentalnego i takich sytuacji, które są bliskie ich płci. Na przykład badacze mogą chętniej sprawdzać, czy ludzie ulegają presji wia- domości sportowych, badaczki zaś — czy ludzie ulegają przekonującym wiadomościom na temat większej familiarności w stosunku do kobiet. Jak pokazaliśmy wcześniej, ludzie są bardziej skłonni do konformizmu wtedy, gdy sytuacja jest im nie znana lub niejasna. Dlatego kobiety mogą częściej ulegać konformizmowi w nie znanych sobie sytuacjach stworzonych przez eksperymentatorów płci męskiej. Podsumujmy to, co zostało wyżej powiedziane. W badaniach oka- zało się, że kobiety wykazują nieco większą podatność na wpływy niż mężczyźni, szczególnie w sytuacji presji grupowej. Wcześniej owe 296 Rozdział 7 niewielkie różnice zostały wyolbrzymione w badaniach przeprowadza- nych przez badaczy płci męskiej. Są oni bardziej od badaczek skłonni wykazywać, że kobiety przejawiają większą podatność na wpływy niż mężczyźni. kredyt zaufania: zaufanie, które w ciągu długiego czasu zdobywa człowiek, dostosowując się do norm grupowych; kiedy zdobędzie już dość zaufania, może — jeżeli jest ku temu sposobność — zachować się niezgodnie z normami, bez groźby odwetu ze strony grupy Opieranie się normatywnemu wpływowi społecznemu Zwykle normatywny wpływ społeczny bywa użyteczny i właściwy. Nie zawsze jednak tak jest. W jaki sposób możemy się oprzeć niewłaściwemu normatywnemu wpływowi społecznemu? Najlepszym sposobem uchro- nienia się przed bezrefleksyjnym podporządkowywaniem się niewłaści- wym normom społecznym jest zwrócenie baczniejszej uwagi na to, co robimy. Jeżeli zastanowimy się nad tym/ czy norma, która wydaje się stosować do naszej sytuacji, jest rzeczywiście normą właściwą, to jest bardziej prawdopodobne, że dostrzeżemy te normy, którym podporząd- kować się nie powinniśmy. Uświadomienie sobie obecności normatywnego wpływu społecznego jest pierwszym krokiem do stawienia oporu. Drugim krokiem jest pod- jęcie działania. Dlaczego nie działamy? Z powodu obawy przed śmie- sznością, zakłopotaniem albo możliwością odrzucenia. Wiemy jednak, że posiadanie sprzymierzeńca może nam pomóc w opieraniu się nor- matywnej presji. Dlatego jeżeli znajdziesz się w sytuacji, w której nie będziesz chciał iść z tłumem, ale boisz się reperkusji z tego powodu, staraj się znaleźć inną osobę (a najlepiej grupę osób), która myśli podo- bnie jak ty. W dodatku, prawdziwe uleganie normatywnemu wpływowi w wię- kszości przypadków daje tobie prawo do tego, że od czasu do czasu w przyszłości możesz zachować się odmiennie bez poważnych konse- kwencji. Tę interesującą obserwację poczynił Edwin Hollander (1958, 1960), który stwierdził, że konfonnistyczne zachowanie wobec grupy przez pewien czas powoduje, że grupa ta obdarza cię kredytem zaufania (przypominającym składanie pieniędzy w banku). Dlatego twój wcześ- niejszy konformizm pozwala ci w przyszłości nieraz odejść od grupy (działać niezgodnie). Jeżeli na przykład odmówisz komuś pożyczenia two- jego samochodu, przyjaciele nie będą zaniepokojeni tym, co zrobiłeś, jeśli w przeszłości w innych obszarach działania podporządkowywałeś się obowiązującym w waszej grupie normom przyjaźni. Przez to podporząd- kowywanie się zapracowałeś na prawo bycia innym, na prawo odstępstwa od reguł normatywnych obowiązujących w tym obszarze. Opieranie się normatywnym wpływom społecznym może nie być trudne, jeżeli zdoby- łeś kredyt zaufania grupy. Wpływ mniejszości: kiedy kilku wpływa na wielu Nie chcielibyśmy kończyć naszej dyskusji na temat normatywnego wpły- wu społecznego, pozostawiając wrażenie, że jednostka nie może wpływać na grupę. Jak powiedział Serge Moscovici (1985), jeżeli grupom rzeczy- wiście udawałoby się uciszać nonkonformistów, pozbywać się dewian- tów i przekonywać każdego, by przyjął punkt widzenia większości, to w jaki sposób moglibyśmy wprowadzić jakąkolwiek zmianę w systemie? Konformizm: wpływanie na zachowanie 297 Mu-idib\ sm\ być wszyscy podobni do małych robotów, które zsynchro- nizowane, monotonnie maszerowałyby za innymi, i nigdy nie potrafili- byśmy przystosować się do zmiennej rzeczywistości. Moscovici (1985) do- wodzi, że także jednostka lub mniejszość może wpływać na większość. Przykładem tego jest Rosa Parks i jej odważne zachowanie w autobusie w Montgomery. Nazywa się to wpływem mniejszości. Tutaj kluczem jest zgodność. Ludzie, którzy reprezentują punkt widzenia mniejszości, muszą przez pewien czas wyrażać te same przekonania, a różni członkowie tejże mniejszości powinni się nawzajem ze sobą zgadzać. Jeżeli człowiek re- prezentujący mniejszość balansuje pomiędzy dwoma różnymi punktami widzenia albo jeżeli dwie osoby dają wyraz różnym mniejszościowym przekonaniom, wtedy większość odprawi ich jako jednostki, które wyra- żają dziwaczne albo bezpodstawne opinie. Jeżeli jednak mniejszość wy- raża zgodne i niezachwiane opinie, to większość najpewniej je zauważy i być może nawet zaadaptuje punkt widzenia mniejszości (Moscovici, Ne- meth, 1974). Istnieją różnice opinii co do tego, dlaczego zgodna mniejszość wpływa na większość. Jednak ostatnio badacze wskazali na pewne możliwe do przyjęcia wytłumaczenie. Jak dowiodły wczesne eksperymenty Ascha, u osób znajdujących się w mniejszości występowało zjawisko publicznego konformizmu. Nie pojawiła się jednak prywatna akceptacja. Ludzie znaj- dujący się w mniejszości zachowywali przekonanie, że mają rację. Zostali oni po prostu zniechęceni do publicznego wyrażania swojej opinii. Jeżeli jednak mniejszość wyrazi publicznie swoją opinię, to i tak nie ma siły, która zmusiłaby większość do podporządkowania się im. Mimo to wię- kszość mogłaby ulec, gdy to, co słyszy, powoduje pewne informacyjne konsekwencje. Członkowie większości mogą dojść do przekonania, że ist- nieją jeszcze inne poglądy oprócz ich perspektywy, i dlatego mogą roz- ważyć te kwestie bardziej uważnie. W rezultacie większość może zająć daleko bardziej rozważne i głęboko przemyślane stanowisko wobec zda- nia mniejszości, a to z kolei prowadzić może do przekonania, że punkt widzenia mniejszości jest wartościowy (Łatane, Wolf, 1981; Levine, Russo, 1987; Maass, Ciark, 1984; Moscovici, 1980; Nemeth, 1986; Nemeth, May- seless, Sherman, Brown, 1990). Krótko mówiąc, większość często wywo- łuję zjawisko publicznego konformizmu za sprawą oddziaływania nor- matywnego wpływu społecznego. Mniejszość natomiast, posługując się informacyjnym wpływem społecznym, wywołuje prywatną akceptację. Aby podsumować to, co zostało już powiedziane, przywołajmy trzy przyczyny konformistycznego zachowania się ludzi. Zachowujemy się konformistycznie: ponieważ inni ludzie są dla nas użytecznym źródłem informacji (informacyjny wpływ społeczny), z powodu nacisków na podporządkowywanie się normom (normatywny wpływ społeczny) oraz dlatego, że posiadamy zintemalizowane normy społeczne i bezrefleksyj- nie im się podporządkowujemy. Wróćmy raz jeszcze do masakry w My Lai. Przypuszczamy, że połą- czyły się tu wszystkie trzy przyczyny ludzkiego konformizmu, wywołując to okrucieństwo. Zachowanie innych żołnierzy spowodowało, że zabijanie wydawało się w tej sytuacji właściwe (wpływ informacyjny). Żołnierze chcieli też uniknąć odrzucenia przez kolegów i ośmieszenia się w ich oczach (wpływ normatywny). I wreszcie, zbyt łatwo podporządkowali się społecznej normie posłuszeństwa autorytetowi, bez stawiania pytań i bez wzięcia na siebie osobistej odpowiedzialności za własne czyny. To wpływ mniejszości: przypadek, w którym mniejszość członków grupy wpływa na zachowanie albo na przekonania większości 298 Rozdział 7 Ofiary holocaustu, Nordhausen, kwiecień 1945 r. Zgodnie z opinią psychologów społecznych większość niemieckich żołnierzy i obywateli, którzy uczestniczyli w holocauście, to nie byli szaleńcy, ale zwyczajni ludzie wystawieni na oddziaływanie niezwyczajnych wpływów społecznych. okoliczności wymuszające konformizm, a nie osobowościowe defekty żoł- nierzy amerykańskich doprowadziły do tragedii. W tym świetle ów in- cydent jest jeszcze bardziej przerażający, ponieważ wskazuje, że podobne wypadki mogą się wydarzyć w każdej grupie żołnierzy, jeżeli tylko pojawi się w niej podobna presja. Nie wolno jednak zapominać, że tragiczne konsekwencje konformizmu nie dotyczą tylko żołnierzy. Filozof Hannah Arendt (1965) dowodzi, iż większość uczestników holocaustu to nie sadyści czy psychopaci lubujący się w masowych morderstwach na niewinnych ludziach, lecz zwyczajni obywatele, poddani jednak kompleksowej i niezwykle silnej presji społe- cznej. Arendt analizowała przebieg procesu Adolfa Eichmanna, nazisto- wskiego urzędnika, odpowiedzialnego za wysyłanie Żydów do obozów śmierci. Stwierdziła, że Eichmann nie był potworem, za jakiego powszech- nie się go uważa, ale typowym biurokratą jak wielu innych, który bez stawiania pytań przełożonym robił, co mu kazano. Nie chcemy oczywiście powiedzieć, że powinniśmy usprawiedliwić przestępstwa, których dopuścili się żołnierze w My Lai czy Eichmann. Chcemy tylko stwierdzić, że wyjaśnianie ich zachowania jako działania złych ludzi jest zbyt proste. O wiele bardziej owocne, ale także bardziej przerażające jest potraktowanie ich zachowania jako działania ludzi prze- ciętnych, narażonych na niezwykły wpływ społeczny. Skąd jednak wiemy, że taka interpretacja holocaustu i wydarzeń w My Lai jest właściwa? Czy możemy być pewni, że to właśnie wpływ społeczny był przyczyną tych Konformizm: wpływanie na zachowanie 299 wszystkich okrucieństw i że nie stało się to jedynie za sprawą złych ludzi? Odpowiedzi należy szukać w badaniach nad presją społeczną, przepro- wadzanych w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych. Moglibyśmy wybrać próbę przeciętnych obywateli, poddać ich różnym rodzajom spo- łecznego wpływu i stwierdzić, w jakim stopniu się podporządkują i będą posłuszni. Czy eksperymentator może w taki sposób wpłynąć na tych ludzi, by popełniali niemoralne czyny, takie jak na przykład zadawanie dotkli- wego bólu niewinnym widzom? Staniey Milgram (1963,1974,1976) podjął się tego zadania i przeprowadził najsłynniejszą w psychologii społecznej serię badań. Wyobraź sobie, że jesteś jednym z uczestników badań Milgrama i pomyśl, jak ty byś reagował. Odpowiedziałeś na ogłoszenie w gazecie, w którym proszono o udział w badaniach nad pamięcią i uczeniem się. (Inni ucze- stnicy badań są w wieku od dwudziestu do pięćdziesięciu lat i są z za- wodu robotnikami). Kiedy wchodzisz do laboratorium, spotykasz drugie- go uczestnika eksperymentu. Ma on czterdzieści siedem lat, ma nadwagę i wygląda na miłego faceta. Eksperymentator wyjaśnia, że jeden z was będzie grał rolę nauczyciela, drugi zaś ucznia. Wyciągasz z kapelusza karteczkę i dowiadujesz się, że ty masz być nauczycielem. Okazuje się, że twoim zadaniem jest nauczenie twojego ucznia par wyrazów (np. nie- bieska-skrzynka, miły-dzień), a następnie sprawdzenie, czy umie je na pamięć. Eksperymentator mówi ci, że będziesz wymierzał uczniowi wstrząs elektryczny za każdym razem, kiedy się pomyli, ponieważ celem tych badań jest sprawdzenie wpływu kary na proces uczenia się. Widzisz, jak drugi uczestnik eksperymentu — twój uczeń — w są- siednim pokoju zostaje przywiązany do krzesła i jak mu przymocowują elektrody do rąk. Siedzisz przed generatorem wstrząsów elektrycznych zaopatrzonym w trzydzieści przełączników, za pomocą których emituje się wstrząsy o napięciu prądu od 15 do 450 woltów (każdy kolejny prze- łącznik wymierza wstrząs silniejszy o 15 woltów). Przy przełącznikach Na lewo: Generator wstrząsów elektrycznych używany w eksperymentach Milgrama. Na prawo: uczeń (współpracownik eksperymentatora) jest przywiązany do krzesła, a do rąk ma podłączone elektrody (zaczerpnięto z: Milgram, 1974). Konformizm: wpływanie na zachowanie Na początku wszystko przebiega gładko, ponieważ pierwsze odpowiedzi ucznia są prawidłowe. Później jednak pada zła odpowiedź, zatem, jak cię poinstruowano, wymierzasz uczniowi wstrząs elektryczny. Zaczynasz się prawdopodobnie niepokoić o liczbę i siłę wstrząsów, jakie będziesz musiał zastosować. Kiedy dochodzisz do poziomu 75 woltów, uczeń, którego sły- szysz przez interkom, wydaje z siebie odgłos bólu. Być może w tym mo- mencie przerywasz i pytasz eksperymentatora, co powinieneś zrobić. On odpowiada: „Proszę kontynuować". Uczeń popełnia kolejne pomyłki, a ty aplikujesz mu kilka następnych wstrząsów. Uczeń protestuje, krzyczy: „Eksperymentatorze! Już dość! Proszę mnie stąd wypuścić!" Patrzysz na eksperymentatora zaniepokojony, on jednak mówi: „Proszę kontynuować, to jest absolutnie konieczne" (patrz ryć. 7.6). Jak byś postąpił? Jak myślisz, ile osób byłoby nadal posłusznych ekspe- rymentatorowi i zwiększałoby natężenie wstrząsów, aż do zaaplikowania wstrząsu o maksymalnej sile — 450 woltów? Kiedy zadano to pytanie studentom starszych lat psychologii z Uni- wersytetu Yale, odpowiedzieli, że postąpiłoby tak jedynie około l % popu- lacji. Podobne przewidywania poczyniła grupa dorosłych osób wywodzą- cych się z klasy średniej oraz grupa psychiatrów przyjmujących pacjentów w ramach ubezpieczeń społecznych. Ty jednak, po naszej dotychczaso- wej dyskusji na temat konformizmu, nie jesteś prawdopodobnie takim optymistą. Nikt by nie przypuszczał, że holocaust czy masakra w My Lai mogą się zdarzyć, a jednak tak było. Podobnie jak żołnierze w My Lai tak większość uczestników badań Milgrama uległa presji osoby obdarzo- nej autorytetem. Średnie maksymalne natężenie zaaplikowanych ucznio- wi wstrząsów elektrycznych wyniosło 360 woltów, a 62,5% badanych za- stosowało szok o najwyższym natężeniu — 450 woltów, 80% uczestników eksperymentu emitowało wstrząsy nadal, nawet wówczas, gdy uczeń — który wcześniej wspominał, że ma kłopoty z sercem — krzyczał: „Po- zwólcie mi stąd wyjść! Pozwólcie mi stąd wyjść! Serce mi nawala! Pozwól- cie mi stąd wyjść! [...] Zabierzcie mnie stąd! Nie chcę już uczestniczyć w tym eksperymencie!" (Milgram, 1974, s. 56). Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że uczeń w rzeczywistości był współpracownikiem eksperymentatora i grał swoją rolę. Faktycznie nie odbierał żadnych wstrząsów. Równie ważne jest to, że badania zostały zaaranżowane w sposób bardzo przekonujący, tak że badani byli prze- konani, iż naprawdę wymierzają partnerowi wstrząsy elektryczne. Oto jak Milgram opisał reakcję jednego z uczestników eksperymentu, grają- cego rolę nauczyciela: Obserwowałem wykształconego i zrównoważonego biznesmena, który wkraczając do laboratorium, uśmiechał się i był pewny siebie. W ciągu 20 minut zmienił się w bełkoczącego i jąkającego się osobnika bliskiego sta- nowi załamania nerwowego. Stale chwytał się za uszy i wykręcał sobie ręce. W pewnym momencie położył dłoń na czole i wymamrotał: „Boże, niech to się skończy". Jednak cały czas reagował na każde słowo ekspe- rymentatora i był mu posłuszny do końca. (Milgram, 1963, s. 377) Dlaczego tak wielu uczestników eksperymentu (zróżnicowanych pod względem wieku od dwudziestu do pięćdziesięciu lat) uległo życzeniom eksperymentatora do tego stopnia, że (przynajmniej we własnym przekona- niu) zadawali wielki ból innemu człowiekowi? I dlaczego studenci, oso- by dorosłe, wywodzące się z klasy średniej, oraz psychiatrzy tak bardzo 302 Rozdział 7 Wersja standardowa Dwóch innych nauczycieli odmawia kontynuacji Eksperymentator opuszcza pokój i inny nauczyciel wydaje polecenie kontynuacji Badani sami wybierają silę wstrząsu, który wymierzą ucznioyi RYCINA 7.7. Wyniki różnych wersji eksperymentu Milgrama. Posłuszeństwo było najwyższe w wersji standardowej, w której badanym polecano wymierzać innej osobie wstrząsy elektryczne o wzrastającym napięciu (słupek z lewej strony). Posłuszeństwo obniżyło się wtedy, gdy inni uczestnicy eksperymentu byli nieposłuszni oraz wtedy, gdy osoba ciesząca się autorytetem nie była obecna (dwa środkowe słupki). W końcu, gdy nie wydawano poleceń, aby zwiększać intensywność wstrząsów elektrycznych, prawie żaden uczestnik eksperymentu nie użył mocniejszych wstrząsów (słupek po prawej stronie). Kontrast pomiędzy dwoma skrajnymi słupkami pokazuje siłę społecznej normy posłuszeństwa (zaczerpnięto z: Milgram, 1974) mylili się, próbując przewidzieć, co badani zrobią w tej sytuacji? Wszystkie trzy przyczyny, dla których ludzie zachowują się konformistycznie, zasto- sowane jednocześnie w podstępny sposób powodowały, że uczestnicy eks- perymentu Milgrama byli posłuszni — tak jak byli posłuszni żołnierze w My Lai. Rozważmy działanie tych przyczyn w eksperymencie Milgrama. Oczywiste jest przede wszystkim to, że z powodu normatywnego nacisku ludziom trudniej było odmówić eksperymentatorowi i przerwać emitowanie wstrząsów. Pokazaliśmy już, że jeżeli ktoś rzeczywiście chce nas do czegoś skłonić, to sprzeciwienie się jemu może być trudne. Jest to prawda szczególnie w odniesieniu do takich sytuacji, gdy ów „ktoś" jest osobą cieszącą się autorytetem. Uczestnicy eksperymentu Milgrama byli prawdopodobnie przekonani, że jeżeli odmówiliby współpracy, ekspery- mentator byłby zawiedziony, urażony, a może nawet zły — i każda z tych ewentualności stwarzała przymus do kontynuacji. Trzeba jednak zauwa- żyć, że tu, inaczej niż w badaniach Ascha, eksperymentator aktywnie pró- bował nakłonić uczestników do konformizmu, wydając im surowe polece- nia w rodzaju: „Proszę kontynuować, to jest absolutnie konieczne". Jeżeli osoba ciesząca się autorytetem tak bardzo domaga się, byśmy byli posłu- szni, trudno jej odmówić. Obecność normatywnej presji w badaniach Milgrama stała się oczywista po przeprowadzeniu jednej z odmian standardowej wersji eksperymen- tu. Tym razem w eksperymencie brało udział trzech nauczycieli, przy czym dwóch z nich było współpracownikami eksperymentatora. Jeden Konformizm: wpływanie na zachowanie współpracownik odczytywał listę par wyrazów, drugi natomiast informo- wał ucznia, czy jego odpowiedź jest poprawna. Zadaniem rzeczywistego uczestnika eksperymentu było podawanie wstrząsów elektrycznych. Tutaj, podobnie do oryginalnego eksperymentu, z każdym kolejnym błędem wzrastała siła wstrząsu. Przy wstrząsie 150 woltów, kiedy uczeń po raz pierwszy gwałtownie zaprotestował, jeden ze współpracowników odma- wiał dalszego udziału, mimo że eksperymentator nakłaniał go do tego. Przy wstrząsie o napięciu prądu 210 woltów odmawiał drugi współpra- cownik. Jaki był wynik tego eksperymentu? Gdy badani zauważali, że inni są nieposłuszni, uwalniali się od swego konformizmu i łatwiej im było również powiedzieć „nie". Jedynie 10% badanych zastosowało w tym eks- perymencie najsilniejszy wstrząs (patrz ryć. 7.7). Istnieje więc duża presja na konformizm wtedy, gdy ludzie pozostają sam na sam z osobą cieszącą się autorytetem. Jest im jednak łatwiej zbuntować się, gdy ktoś inny zrobi to samo. Wniosek ten jest zgodny z wynikami eksperymentu Ascha, który wykazał, że ludzie znacznie rzadziej ulegają konformizmowi, jeżeli jeden współpracownik eksperymentatora wyłamuje się z grupy i konsekwentnie podaje prawidłowe odpowiedzi. Pomimo swojej siły normatywny wpływ społeczny nie był jedyną przy- czyną ulegania. Eksperymentator, choć autorytatywny i stanowczy, nie straszył przecież nikogo pistoletem i nie groził badanym „konformizm albo nic". Uczestnicy eksperymentu mogli zrezygnować i wyjść w każdej chwili. Dlaczego tego nie zrobili, zwłaszcza że badacz był dla nich obcym czło- wiekiem, którego nigdy przedtem nie spotkali i z którym prawdopodobnie już nigdy więcej się nie zobaczą? Wcześniej mówiliśmy już, że jeżeli ludzie znajdą się w zaskakującej sytuacji i nie wiedzą, jak postąpić, wykorzystują innych, by pomogli ją zdefiniować. Informacyjny wpływ społeczny jest szczególnie silny wtedy, gdy sytuacja jest niejasna albo kryzysowa, a inni ludzie znaj- dujący się w tym samym położeniu są spostrzegani jako eksperci. Okoli- czności, w jakich znaleźli się uczestnicy badań Milgrama, były w sposób oczywisty zaskakujące i nieznane, a przy tym niepokojące. Dopóki eks- perymentator objaśniał zadanie, wszystko wydawało się proste. Wkrótce jednak natknęli się na coś zupełnie innego. Uczeń krzyczał z bólu, a eks- perymentator tłumaczył, że chociaż wstrząsy elektryczne mogą być bolesne, nie powodują trwałych uszkodzeń tkanek. Badani nie chcieli nikogo skrzyw- dzić, ale zgadzając się brać udział w eksperymencie, wykonywali polecenia. W obliczu takiego konfliktu było naturalne, że użyli oni eksperta — ekspe- rymentatora — by pomógł im rozstrzygnąć, jak należy postąpić. Dowodów na obecność informacyjnego wpływu społecznego dostar- czyła kolejna wersja standardowego eksperymentu Milgrama. Różnił się od oryginalnego tylko w trzech kluczowych punktach. Po pierwsze, eks- perymentator nigdy nie mówił, jak silnych wstrząsów należy użyć, po- zostawiając tę decyzję nauczycielowi (prawdziwej osobie badanej). Po drugie, przed zakończeniem badań wywoływano eksperymentatora do telefonu, a on wychodził z pokoju, polecając badanym, by kontynuowali bez niego. Po trzecie wreszcie, jeden ze współpracowników eksperymen- tatora grał rolę dodatkowego nauczyciela, którego zadaniem było reje- strować, ile czasu potrzebuje uczeń na reakcję. Gdy eksperymentator był nieobecny, drugi nauczyciel oznajmiał, że wymyślił właśnie dobry system. Proponował, by badany zwiększał siłę wstrząsu za każdym razem, gdy uczeń się pomyli. Upierał się, by zastosować taką procedurę. 304 Rozdział 7 Zauważmy, że w tej sytuacji osoba wydająca polecenia nie jest eks- pertem. Jest ona teraz człowiekiem przeciętnym i nie dysponuje większą wiedzą niż którykolwiek z uczestników eksperymentu. Ponieważ osoba ta już nie jest ekspertem, ludzie będą chętniej traktować ją jako źródło informacji o tym, jak należy zareagować. Jak widać na rycinie 7.7, w tej wersji eksperymentu stopień ulegania obniżył się z 65% osób, które za- stosowały najsilniejszy wstrząs, do jedynie 20%. (To, że 20% osób ciągle jeszcze ulega, świadczy o tym, iż niektórzy są do tego stopnia niepewni, co robić, że wykorzystują jako wskazówkę nawet zachowanie osoby, która nie jest ekspertem). Jeszcze jedna wersja eksperymentu przeprowadzona przez Stanieya Milgrama podkreśla wagę osoby obdarzonej autorytetem jako eksperta w wywoływaniu konformizmu i posłuszeństwa. W tych badaniach dwóch faktycznych eksperymentatorów wydawało polecenia osobie badanej. Przy wstrząsie o napięciu prądu 150 woltów, kiedy uczeń po raz pierwszy krzyknął, że nie chce dalej odpowiadać, eksperymentatorzy rozpoczęli spór o to, czy powinni kontynuować badanie. W tym momencie 100% uczestników eksperymentu przestało reagować. Zauważmy, że nigdy ofiara nie sprawiła, żeby wszyscy badani przestali być posłuszni. Jednak wtedy, kiedy definicja sytuacji, którą znają osoby mające autorytet jest niejasna, uczestnicy eksperymentu wyłamują się ze swojej konformisty- cznej roli. Zatem w eksperymentach Milgrama ujawniały się normatywne i in- formacyjne wpływy społeczne. Jednak nie wyjaśniają nam one w pełni często wręcz niehumanitarnego postępowania. Tłumaczą tylko, dlaczego ludzie ulegli na początku. Ale dlaczego potem, gdy coraz bardziej oczy- wiste się stawało, iż wyrządzają krzywdę uczniowi, nie zauważyli, że ich postępowanie jest złe, i dlaczego go nie zaprzestali? Zupełnie jak żołnierze w My Lai, którzy wytrwale zabijali mieszkańców wioski jeszcze długo potem, gdy stało się jasne, że są to nie uzbrojeni i bezbronni cywile, tak wielu uczestników eksperymentów Milgrama naciskało dźwignię gene- ratora raz za razem, nie zważając na krzyki dręczonego człowieka. Aby zrozumieć owo uleganie, musimy rozważyć jeszcze jeden aspekt sytuacji. Przede wszystkim, jak już mówiliśmy wcześniej, ludzie czasami podporządkowują się nieodpowiednim normom społecznym, właśnie tak, jak sekretarki w badaniach Ellen Langer, które podporządkowały się nor- mie: „Rób to, o co cię proszą w notatce", nawet wtedy, gdy notatka była dziwaczna. Czasami też włączamy „automatycznego pilota" i nie zauwa- żamy, że norma społeczna, której się podporządkowujemy, jest^niewła- ściwa albo że nie przystaje do danej sytuacji. Nie chcemy sugerować, że uczestnicy badań Milgrama byli całkowicie bezrefleksyjni czy też że nie uświadamiali sobie tego, co robią. Wszyscy bar- dzo przeżywali położenie ofiary. Problem polegał na tym, że badani wpadli w pajęczynę sprzecznych norm i trudno im było określić, której z nich się podporządkować. Na początku eksperymentu było całkowicie uzasadnione posłuszeństwo normie mówiącej: „Bądź posłuszny ekspertowi, osobie uzna- nej za autorytet". Eksperymentator był pewny siebie i dobrze poinformo- wany, a badania sprawiały wrażenie sensownego sprawdzianu interesują- cej hipotezy. Dlaczego więc nie współpracować i nie robić tego, o co proszą? Stopniowo jednak reguły gry zmieniały się i normą „posłuszeństwa autorytetowi" stała się w pewnym momencie niewłaściwa. Eksperymen- tator, który przedtem wydawał się racjonalny, prosi nas teraz o zadawanie Konformizm: wpływanie na zachowanie wielkiego bólu innemu uczestnikowi badań. Jeżeli jednak człowiek raz podporządkuje się jakiejś normie, jest mu trudno zawrócić i uświadomić sobie, że stała się już ona nieodpowiednia i że teraz trzeba podporząd- kować się innej, która mówi: „Nie krzywdź niepotrzebnie drugiego czło- wieka". Przypuśćmy na przykład, że eksperymentator wyjaśniłby na po- czątku, że szuka chętnych do podawania wstrząsów elektrycznych, być może nawet śmiertelnych, innej osobie uczestniczącej w badaniach. Ilu ludzi wyraziłoby zgodę na udział w tym eksperymencie? Przypuszczamy, że niewielu, ponieważ jest jasne, że byłoby to pogwałcenie społecznej i osobistej normy niewyrządzania krzywdy drugiemu człowiekowi. Za- miast tego eksperymentator zastosował więc pewien rodzaj procedury „wabienia i przełączania". Najpierw stworzył wrażenie, że norma „po- słuszeństwa autorytetowi" jest w tej sytuacji odpowiednia, a następnie stopniowo normę tę łamał. Rezygnacja z normy posłuszeństwa autorytetowi jest szczególnie trud- na z powodu dwóch kluczowych aspektów sytuacji. Po pierwsze, ekspe- ryment toczył się szybko i badani nie mieli czasu na refleksję nad własnym zachowaniem. Byli zajęci odkodowywaniem odpowiedzi ucznia, utrzy- mywaniem kolejności podawanych mu wyrazów i określaniem, czy jego odpowiedzi były prawidłowe. Jeżeli zajmowali się tymi szczegółami uważnie i dostosowywali się do szybkiego tempa eksperymentu, to trud- no im było zauważyć, że norma, która kierowała ich zachowaniem — współpraca z osobą cieszącą się autorytetem — po pewnym czasie prze- stała być właściwa. Sądzimy, że jeżeli w połowie eksperymentu uczestnicy mieliby choćby pięciominutową przerwę i zostali sami w pokoju, to o wie- le większej liczbie osób udałoby się przedefiniować sytuację i odmówiliby dalszego udziału w badaniach. Po drugie, trzeba pamiętać, że eksperymentator prosił o zwiększanie siły wstrząsów elektrycznych o bardzo małą wielkość. Uczestnicy badań nie przechodzili od podania słabego wstrząsu do wstrząsu potencjalnie śmiertelnego. Za każdym razem stawali w obliczu decyzji, czy zwię- kszyć napięcie prądu jedynie o 15 woltów. Jak widzieliśmy w rozdziale 3, kiedy człowiek podejmuje ważną albo skomplikowaną decyzję, poja- wia się dysonans, a zaraz potem nacisk, by go zredukować. Efektywnym sposobem redukcji dysonansu, który pojawia się przy podejmowaniu trudnych decyzji, jest konkluzja, że podjęta decyzja była w pełni uza- sadniona. Ponieważ proces redukowania dysonansu uzasadnia wcześ- niejsze działanie, to w pewnych sytuacjach dzieje się tak, że człowiek staje się bardziej podatny na presję prowadzącą do eskalacji wybranej aktywności. Dlatego, jeżeli uczestnicy eksperymentu Milgrama zgodzili się zasto- sować pierwszy wstrząs, znaleźli się pod presją, która kazała im nadal się podporządkowywać. Kiedy podawali każdy następny impuls o coraz większym natężeniu, musieli to działanie wytłumaczyć samym sobie. Sko- ro zaś uzasadnili podanie wstrząsu o pewnej sile, trudne było wyprowa- dzenie wniosku, że mogliby przerwać tę serię. Co właściwie mogliby wte- dy powiedzieć? „Dobrze, zaaplikuję mu 200 woltów, ale nie 215. Nie, 215 nigdy!" Każde kolejne uzasadnienie prowadziło do następnego wstrząsu, a ten znowu wywoływał dysonans, który trzeba było zlikwidować. 215 woltów niewiele różni się od 200, a 230 nie jest dużo większe od 215. Ci, którzy przerwali serię, musieli stawić czoło ogromnej presji wewnętrznej pchającej ich ku kontynuacji. 306 Rozdział 7 Na koniec przypomnijmy, że uczestnicy badań Milgrama znaleźli się w złożonej sytuacji społecznej i w ich decyzji przyciśnięcia guzika gene- ratora brało udział kilka czynników. Informacyjny i normatywny wpływ społeczny był bardzo silny. Wiemy, że ludzie niechętnie ponoszą koszty wynikające z nieposłuszeństwa wobec osób o niekwestionowanym auto- rytecie, za jaką uważali eksperymentatora, który był dla nich wiarygodnym źródłem informacji. Jednocześnie zostali schwytani w pajęczynę sprzecz- nych norm społecznych i trudno im było się zorientować, że ta norma, której się od początku podporządkowali — posłuszeństwo autorytetowi — stała się wkrótce nieodpowiednia. Do tych wszystkich trudności do- chodziła jeszcze i ta, że proszeni byli o zwiększanie napięcia prądu o małe wielkości. Po uzasadnieniu przed samym sobą faktu zaaplikowania pier- wszego wstrząsu, było już bardzo trudno uznać, że podanie następnego, różniącego się przecież tak niewiele od tego pierwszego, jest złe. Zanim zakończymy dyskusję o badaniach Milgrama, musimy wspo- mnieć o jeszcze jednej możliwej interpretacji uzyskanych przez niego wy- ników. Być może osoby badane nie działały tak niehumanitarnie, ponie- waż w każdym z nas istnieje zła strona ludzkiej natury — gotowa ujawnić się zawsze wtedy, gdy znajdzie chociażby kruche usprawiedliwienie. Po- mijając wszystkie inne względy, wyrządzanie krzywdy drugiemu czło- wiekowi w eksperymencie Milgrama było przecież społecznie dopusz- czalne, co więcej — badanym polecano to robić. Być może pozwoliło to na ekspresję uniwersalnego popędu agresji. Aby sprawdzić tę hipotezę, Milgram przeprowadził jeszcze jedną wersję swojego eksperymentu, która różniła się od standardowej tylko tym, że eksperymentator poinstruował badanych, iż mogą wybrać natężenie wstrząsów, jakie będą podawać ucz- niom, gdy ci popełnią błąd. Milgram przyzwolił na użycie wstrząsów o najwyższej sile, twierdząc, że wykorzystując wszystkie poziomy, możną się wiele nauczyć. Ta instrukcja powinna pozwolić na uwolnienie niepo- skromionych agresywnych popędów. Tak się jednak nie stało. Badani sto- sowali bardzo łagodne wstrząsy (patrz ryć. 7.7). Jedynie 2^5% osób zas- tosowało wstrząs o najwyższej sile. Tak więc badania Milgrama nie potwierdziły tezy, że istnieje w ludziach skłonność do czynienia zła, która ujawnia się w pewnych warunkach. Badania te dowiodły natomiast, że naciski społeczne mogą działać tak podstępnie, iż ludzie zaczynają po- stępować niehumanitarnie. Niech nam będzie wolno zakończyć ten roz- dział słowami samego Stanieya Milgrama: Nawet Eichmann odczuwał mdłości, gdy objeżdżał obozy koncentracyjne, a jego uczestnictwo w masowym morderstwie sprowadzało się do siedze- nia za biurkiem i przerzucania papierów. Natomiast osoba w obozie, która rzeczywiście wpuszczała cyklon B do komór gazowych, mogła uzasadnić swoje postępowanie tym, że wykonywała jedynie rozkazy płynące z góry. Zatem mamy tu do czynienia z fragmentaryzacją całkowitego ludzkiego działania. Żaden człowiek nie zdecydował się i na wykonanie złego czynu, i na konfrontację z jego konsekwencjami. Nie ma osoby, którą można by obarczyć catą odpowiedzialnością za ten akt. Być może jest to najbardziej powszechna cecha zorganizowanego społecznie zła we współczesnym spo- łeczeństwie. (Milgram, 1976, s. 183-184) Konformizm: wpływanie na zachowanie 307 W tym rozdziale skupiliśmy się na konformizmie, czyli na tym, jak ludzie zmieniają swoje zachowanie wskutek rzeczywistego (lub wyimaginowanego) wpływu innych osób. Stwierdziliśmy, że istnieją dwa główne po- wody, dla których zachowują się konformistycznie: in- formacyjny oraz normatywny wpływ społeczny. Infor- macyjny wpływ społeczny pojawia się wtedy, gdy ludzie nie wiedzą, co zrobić albo co powiedzieć, aby ich zacho- wanie było poprawne (lub najlepsze). Taka reakcja zwy- kle następuje w nowych, zaskakujących albo kryzyso- wych sytuacjach, a więc wówczas, kiedy definicja sytuacji nie jest jasna. Ludzie patrzą na zachowanie innych jak na ważne źródło informacji i wykorzystują je do wybie- rania właściwych kierunków swojego działania. Informa- cyjny wpływ społeczny kończy się zwykle prywatną akceptacją, gdy ludzie prawdziwie wierzą w to, co inni mówią i robią. Istnieje większa skłonność do wykorzystywania dru- giego człowieka jako źródła informacji wtedy, gdy sytu- acja (a więc i to, co należy robić) jest niejasna. W takim przypadku jesteśmy bardziej otwarci na wpływ innych osób. Eksperci są bardzo dobrym źródłem wpływu, po- nieważ mają zwykle najwięcej informacji o właściwych reakcjach. Specjalnym typem niejasnej sytuacji jest kry- zys. Strach, zakłopotanie i panika zwiększają naszą wiarę w to, że inni pomogą nam rozstrzygnąć, jak postąpić. Wykorzystywanie innych jako źródła informacji może się jednak nie powieść. Dzieje się tak na przykład wtedy, gdy ludzie popadają w panikę dlatego, że inni poddają się panice. Indukowanie może pojawić się wtedy, gdy emocje i zachowania szybko rozprzestrzeniają się w dużej grupie. Przykładem jest zjawisko psychozy tłumu. Możesz najle- piej się uchronić przed niewłaściwym wykorzystaniem in- nych jako źródła informacji poprzez sprawdzanie, czy in- formacje, które od nich otrzymujesz, nie są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i twoimi zasadami moralnymi. Normatywny wpływ społeczny wynika z różnych przyczyn. Zmieniamy swoje zachowanie, by dorównać innym, nie dlatego, że zdają się wiedzieć lepiej, co się wokół dzieje, ale dlatego, że chcemy zostać człon- kiem grupy i chcemy nadal czerpać korzyści wynikające z uczestnictwa w niej albo też pragniemy uniknąć ośmie- szenia czy odrzucenia. Normatywny wpływ społeczny może pojawić się nawet w jednoznacznych sytuacjach. Ludzie będą podporządkowywać się innym z powodów normatywnych nawet wtedy, gdy wiedzą, że to, co robią, jest niewłaściwe. Normatywny wpływ społeczny zwykle kończy się publicznym konformizmem, lecz nigdy pry- watną akceptacją idei czy zachowań innych ludzi. Brak reakcji na wpływy normatywne może być bar- dzo bolesny w skutkach. Naciski normatywne działają na wielu poziomach życia społecznego. Wpływają na to, co mamy w zwyczaju jeść, na nasz image, nasze hobby itd. One promują poprawne (grzeczne) zachowanie w społeczeństwie i mogą też pośredniczyć w zmianach społecznych. Specjalnym typem konformizmu jest bezre- fleksyjne podporządkowanie się. Działamy wtedy tak, jakbyśmy byli pod wpływem automatycznego pilota. Nigdy nie kwestionujemy i nigdy nie myślimy o normach społecznych, jak na przykład norma wzajemności, któ- rym się podporządkowujemy. Teoria wpływu społecznego określa, w jakich wa- runkach jest najbardziej prawdopodobne ujawnienie się normatywnego wpływu społecznego, a mianowicie po- przez odwołanie się do siły, bezpośredniości i liczby członków grupy. Jesteśmy najbardziej skłonni zachować się konformistycznie, gdy zależy nam na grupie, gdy członkowie grupy są jednomyślni w swoich przekona- niach i zachowaniach i gdy grupa liczy co najmniej trzy osoby albo więcej osób. Możemy się opierać niewłaści- wemu konformizmowi z powodów normatywnych, bę- dąc bardziej rozważnymi wobec presji normatywnej i po- przez zarabianie (w czasie) na kredyt zaufania ze strony grupy, której członków cenimy. I wreszcie, może się też w pewnych warunkach pojawić wpływ mniejszości, gdy mniejszość członków grupy wpływa na przekonania i za- chowanie większości. W najsłynniejszej w psychologii społecznej serii ekspe- rymentów Staniey Milgram badał granice posłuszeństwa osobie cieszącej się autorytetem. Połączone naciski infor- macyjne i normatywne spowodowały wysoki poziom po- słuszeństwa. Większość osób badanych podawała w ich mniemaniu prawie śmiertelne wstrząsy elektryczne innym uczestnikom. Uczestnicy eksperymentu zostali schwytani w pajęczynę norm pozostających ze sobą w konflikcie. Trudno im się było zorientować, że ta norma, której się podporządkowali na początku (posłuszeństwo autoryteto- wi), przestała być normą właściwą. Trudności przysparzał dodatkowo fakt, że proszono o zwiększanie siły wstrzą- sów o małą wielkość. Po uzasadnieniu przed samym sobą podania wstrząsu o pewnym napięciu prądu, ludziom trudno było stwierdzić, że tylko trochę silniejszy wstrząs jest zły. Niestety, warunki, które powodowały takie eks- tremalnie antyspołeczne zachowania w laboratorium Mil- grama, powstają także w realnym życiu, czego przykła- dem mogą być takie tragedie, jak holocaust czy masowe morderstwo w My Lai w Wietnamie. 308 Rozdział 7 Cialdini R.B. (1993). Influence: Science and practice (wyd. III). New York: HarperCollins. Niezwykle interesują- ce i zabawne przedstawienie badań nad konformi- zmem z ich odniesieniem do życia codziennego. Milgram S. (1974). Obediencc to authority: Ań experimental view. New York: Harper & Rów. Szczegółowy opis najstynniejszej serii eksperymentów w psychologii społecznej. Mowa o tych eksperymentach, w których ludziom polecano podawać coś, co w ich mniemaniu było wstrząsami elektrycznymi o niemal śmiertelnym natężeniu. Prawie dwadzieścia lat po jej opubliko- waniu książka Milgrama wciąż jeszcze jest gorzkim Cialdini R. (1994). Wywieranie wpływu na ludzi. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. i wnikliwym wyjaśnieniem zjawiska posłuszeństwa autorytetowi. Sherif M. (1936). The psychologa of social norms. New York: Harper & Rów. Zabawny opis badań Sherifa nad in- formacyjnym wpływem społecznym, w których lu- dzie oceniali, jak daleko przesunęło się światło. Jesz- cze dziś warto to przeczytać. Turner J.C. (1991). Social influence. Pacific Grove, CA: Brooks/Cole. Współczesne i wnikliwe sprawozdanie z badań psychologów społecznych nad wpływem społecznym i konformizmem. Mika S. (1981). Psychologia społeczna. Warszawa: PWN. Latem 1988 r. wiceprezydent USA George Bush był daleko za gubernatorem Michaelem Dukaidsem w wyścigu do prezydentury. Niektórzy obserwatorzy byli przekonani, że Dukakis jest już nie do pokonania. Niespodziewanie jednak w ciągu kilku miesięcy przewaga zniknęła i w dniu wyborów Bush łatwo zwyciężył. Wielu analityków polityki ważną rolę w tym zwrocie przypisywało Williemu Hortonowi. Rzeczywiście, magazyn „Time" nazwał go „najbardziej wartościowym graczem George'a Busha". Kim był Willie Horton? Nie był żadnym z doradców w kampanii Busha; nie był też ważną osobą wspierającą finansowo kampanię Busha. W rzeczywistości nigdy się nie spotkali. Być może niektórzy z was pamiętają, że Willie Horton był skazańcem, który został zwolniony z więzienia w Massachusetts przed upływem kary, w ramach Postawy i zmiana postaw: wpływanie na myśli i uczucia 313 BASIC STRATE61ES • Stay potiliye Whf-n yw wake up, proiiuM: •/CTifłelf (hal ym wtni't iiTOikc • cigareite ihal (Liy • Piciurc Łuccess. ftan ahcad and thmic ofhow you '11